Z czego jesteśmy zrobieni, tacy jesteśmy

Napisany 13/03/2017

 

W Polsce żyje około 120 tys. osób deklarujących się jako świadkowie Jehowy, w większości pewnie z powodu wychowania w domu, przekonania, przyzwyczajenia. Żyje tu także około kilkudziesięciu tysięcy Łemków (Rusinów) z pochodzenia, po części się utożsamiających lub deklarujących takimi, po części nie.

Świadkowie Jehowy zwykli się chwalić swoją liczebnością. Zapewne byłaby ona niższa, gdyby uwzględnić wszystkie „martwe dusze”, których zdaje się jest wśród nich sporo. Liczbę Łemków powtarzam za szacunkami, z którymi się spotykam, jako że oficjalnie w ramach Narodowego Spisu Powszechnego z 2011 r. tylko 11 tys. osób zadeklarowało swoją narodowość jako łemkowską, i to biorąc pod uwagę wszystkie warianty narodowościowe.

Milenaryści, o których mowa, robią dużo, by ich liczba w Polsce rosła, zajmując się głównie pozyskiwaniem do wspólnoty nowych członków – pracując niepłatnie, więc i niewydajnie – i umacnianiem jej samej. Jeśli chodzi o ilość osób uznających się za Łemków w Polsce, należy się obawiać, że będzie ona maleć z różnych względów, między innymi z braku wspólnotowej integracji większości z nich wokół jednej siły, jak np. miejsce na ziemi, język, wyznanie, interesy. Łemków w pełni łemkowskich w mentalności, zwyczajach, języku, wyznaniu, etnicznej jednorodności małżeńskiej jest w Polsce prawdopodobnie nie więcej niż kilka tysięcy, co byłoby bliskie 6 tys. deklarujących się w spisie powszechnym jako mający jedynie taką narodowość.

Na temat ponad 100 tys. polskich świadków Jehowy wydano kilka, najwyżej kilkanaście książek. Chyba wszystkie z nich odnoszą się do scentralizowanej, międzynarodowej doktryny tej grupy religijnej, w części na dodatek w sposób jawnie paszkwilancki, doktrynerski, interesowny. Najpewniej niewiele pozycji zawiera historie ludzi tego wyznania. Osobiście nie słyszałem o żadnej głębszej, wartościowej, artystycznej, ponadczasowej opowieści o nich. Sieciowe wynurzenia byłych lub wątpiących wyznawców nie mają zbyt dużej wartości poznawczej, nie mówiąc o walorach religioznawczych, historycznych, socjologicznych czy artystycznych. Takie wypowiedzi nie liczą się dla zrozumienia istoty, przeznaczenia, losu, odrębności tych ludzi. Epopeja o świadkach Jehowy w Polsce jeszcze nie została napisana i wątpię, czy to się zmieni w przyszłości. Nikt utalentowany nie zainspirował się tymi ludźmi w stopniu wystarczającym do stworzenia interesującego dzieła. Skądinąd świadczy to o ich silnej inspiracji wewnętrznej, że mimo obojętności świata trwają przy swoim. Chyba tak samo jest wszędzie indziej, gdzie żyją. Generalnie nikogo nie obchodzą.

O Łemkowszczyźnie i Łemkach w Polsce jest chyba więcej książek niż nich samych, zwłaszcza jeśli uwzględniać tych żyjących jeszcze tradycyjnie i przekonanych o swojej odrębnej tożsamości. Moja półka książek na ich temat jest nie dłuższa niż kilka, może 10 metrów. Znam ludzi mających co najmniej kilkaset książek o Rusinach i ich kulturze. Najzasobniejsze biblioteki dysponują zapewne wieloma tysiącami pozycji wszelkich kategorii i klas artystycznych, naukowych, popularnych. Dorobek pochodzących od Łemków Warhola, Nikifora i innych mniej znanych twórców, gdyby go zaliczyć do dziedzictwa Łemków, powiększyłby znacząco bibliografię na ich temat. Co roku ukazuje się wiele pozycji po polsku, wtórnych i oryginalnych, z pewnością tak samo jest w innych językach związanych z łemkowszczyzną, jak sam język łemkowski, a także np. słowacki, ukraiński, rosyjski, angielski.

W naszym niszowym wydawnictwie Żyznowski wydaliśmy jeden esej fotograficzny Olchowiec w niskim Beskidzie, a obecnie pracujemy nad dwiema kolejnymi książkami. Monografię tej łemkowskiej wsi pisze Mikołaj Gabło, mieszkaniec Olchowca z pradziada. Jest on jednym z najwyżej kilku tysięcy tworzących jeszcze jądro Łemków w Polsce. Powstaje też u nas esej fotograficzny autorstwa zasłużonego olchowianina pochodzącego z Łodzi – Tadeusza Kiełbasińskiego, który jest właścicielem zabytkowej chyży łemkowskiej. Będą więc to trzy książki naszego wydawnictwa na temat liczącej kilkanaście domostw łemkowskiej wioski, co nie tworzy pełnej bibliografii na jej temat, nie mówiąc o prawdopodobnym powiększaniu w przyszłości listy książek. Zapewne wydamy jeszcze następne publikacje na temat Rusinów i ich magicznej krainy.

Kiedy niedawno siedzieliśmy z Mikołajem Gabłą w jego domu pośród śniegów, zanurzeni w olchowieckiej Łemkowszczyźnie, akurat podjechali pod jego dom świadkowie Jehowy w wiadomym celu. Kazał on żonie powiedzieć im, by odeszli, co natychmiast karnie zrobili. Ostatni Mohikanie póki żyją, jeśli są nagabywani, bywają silniejsi od nagabujących, ale ci liczą, że w przyszłości się to zmieni na ich korzyść.

Dlaczego nikogo nie interesują losy legionów świadków ciągle ogłaszających swe istnienie i rychły koniec świata innego niż ich własny? Z tak dużym oddźwiękiem spotykają się rozproszone garstki szerzej nieznanych Łemków, których świat się kończy na naszych oczach. Dlaczego temat pierwszych jest niewdzięczny i nie odwdzięczający się, a drugich zupełnie przeciwny? Dlaczego pojedyncze wioski łemkowskie potrafią mieć więcej książek niż świadkowie Jehowy w całych krajach? Dlaczego jehowici skrzętnie odnotowują każdą notkę na swój temat – pozytywną na pokaz, a negatywną dla własnych wiadomości, podczas gdy najzagorzalsi kronikarze Łemków nie nadążają z oswajaniem nowych publikacji o nich samych?

Osadzenie świadków Jehowy w rzeczywistości wygląda na takie, że gdyby ich wyznanie zniknęło, świat by tego ani nie zauważył, ani nie odczuł. Miliardowe aktywa organizacji rozeszłyby się po cichu między anonimowych beneficjentów. Ale straty po Łemkach też nie odczuje wielu. Ich dawna kraina pozostaje ciągle w dużym stopniu tak samo cudowna, choć już ich w niej nie ma jako zwartej wspólnoty, co się nie zmieni w przyszłości.

W opowieściach bądź ich braku o obu tych społecznościach to nie o ich koniec chodzi, ale o początek.

Nikt nie wie na pewno, jak, kiedy i skąd wzięli początek Rusini, ale można być pewnym, że wyłonili się z najgłębszych życiowych konieczności, potrzeb, dążeń. Inaczej nie znaleźliby się jako odrębna kulturowo społeczność w sercu pięknych Karpat o nieurodzajnej ziemi. Kto osiadał na surowym korzeniu karpackim, musiał mieć charakter lub szybko go tam nabyć, inaczej przepadał bez reszty. Powojennym rządom Polski nie zależało na autarkicznej gospodarce karpackiej i z pobudek politycznych rozproszyli ostatecznie polskich Rusinów, którzy ostali się na swojej ziemi podczas obu wojen. A same góry coraz bardziej przestawały być niedostępne ze względu na zmiany komunikacyjne. Zanika pierwsza przyczyna istnienia Łemków, zanikają i oni. Jak ludzki, prawdziwy, twardy i charakterny był ich początek, taki będzie ich koniec i taka opowieść o nich się snuje i długo nie przestanie.

Pierwsi świadkowie Jehowy chcieli więcej – jak to w Ameryce – kolportować czasopism, dlatego musieli je wypełniać treściami atrakcyjnymi dla czytelników. Z czasem coraz bardziej próbowali oni umetafizycznić swoje pochodzenie, jakoby kolportaż wziął się z treści i to nie pochodzących od nich, lecz od „jedynego prawdziwego Boga”. Ale przyczyna ich pochodzenia jest w nich nadal najsilniejsza. Ciągle najważniejsze jest dla nich agitowanie, jakby to źródło miało szukać zainteresowanych, a nie odwrotnie. Agitacja i pozyskiwanie nowych członków napędza wzrost majątku, zwłaszcza nieruchomego, a ten należy do mającego akcjonariuszy Towarzystwa Strażnica, które jest co prawda organizacją religijną non profit, ale nie non assets. A aktywa mają tę właściwość, że zawsze ktoś ma i będzie miał do nich prawo korzystania i własności. Prawie każdy chciałby mieć majątek, ale nikt nie chce słuchać opowieści o jego pomnażaniu, bo ono jest zawsze podobne: odpowiedzialne, skrupulatne, przewidywalne, nudne. To nie wróży świadkom Jehowy rychłego końca, ponieważ aktywa zawsze znajdą kogoś, kto będzie chciał je mnożyć.

Prawdziwych Łemków będzie coraz mniej, a opowieści o nich coraz więcej, podobnie jak o starożytnych Grekach, których już nie ma od ponad dwudziestu wieków, a bibliografie na ich temat nie przestają się rozrastać. Świadków Jehowy będzie być może coraz więcej, ale porywające opowieści o nich nie będą się mnożyć, bo oni nie mogą zmienić swojego pochodzenia.

Wiesław Żyznowski

Zapisany w: Bez kategorii.

Jeden komentarz

  1. Napisany przez Maciej Piatkowski:

    Lęmkowynę poznałem w latach siedemdziesątych. Mieszkałem w Kotani i Piorunce. Urok tych terenów jest niepowtarzalny. Ciechania, zniszcona przez wojnę, z malowniczą doliną i bogatym runem lesnym, wsrod kktórego wystawaly kamienne , prawoslawne krzyze. Ożenna, Grab wyszowatka Wolowiec, Radocyna , no i Czarne zyskujace na znaczenju dzieki Stasiukowi . Wymienione wsie zniszcyła akcja Wisła i gospodarka socjalistyczna. Tworzono tam zaklady dla skazaanych, na końcowce ich wyroków. Nieliczni Łemkowie uchowali się, lecz trzeba było zdobyć ich zaufanie , aby przyznali się do swego pochodzenia. Gdy do Krempnej przyjeżdzali miłosnicy Beskidu Niskiego z UJ, organizowali watry (ogniska), gdzie często próbowano odtwarzać miejscowe piosenki, myląc je niejednokrotnie z czysto ukraińskimi. Zdarzało się , że w blasku watry widać było twarze starych , miejscowych Rusynów podsłuchujacych te śpiewy. Zapraszani, nie zawsze chcieli uczestniczyć w tym. Byli jeszcze pełni obaw… kttore dziś już nie mają miejsca. Byłem ostatnio w Piorunce i Czyrnej…. Niestety wrażenie zawodu. Gdzieś znikł klimat dawnej wsi beskidzkiej , z dawną zabudową , no i tą drewnianą architekturą. Przyszla już nowość. Sic trasit….

    13/03/2017 @ 19:44

Napisz komentarz

*