Żyznowskim Miłoszowi na 12. (17.06.) i Tomaszowi na 16. (21.06.) rok życia

Napisany 17/06/2017

 

Miłku,

12 lat życia chłopca to jeszcze rok dzieciństwa według tradycji żydowskiej, która jest tak stara, że choć wolno ją lekceważyć, to nie można tego robić. Ale w Twoim przypadku 12 lat życia okazuje się z pewnego względu wiekiem poważnym. Z całych sił zaangażowałeś się w realizację powziętego postanowienia: chcesz zostać mistrzem trialu motocyklowego. Dla mnie największe znaczenie ma to, że w tym wieku nadałeś kierunek swojemu życiu. Istotne jest również to, że zdecydowałeś się zostać mistrzem w czymś. Choć polubiłem tę dyscyplinę sportu za jej „czułą barbarzyńskość”, a w Twoim przypadku ona zdaje się być istotą życia, to w tym wszystkim traktuję ją jako narzędzie formacyjne, które ukształtuje Cię nie tylko na mistrza, ale szerzej.

Pewnego razu, kiedy miałeś może cztery lata, jeżdżąc w trójkę z Tomkiem w wielickim parku Mickiewicza, zauważyliśmy chłopców skaczących na rowerach z dość długiego rozpędu i progu wysokiego na jakieś dwa metry. Znając Twoje zakusy jednośladowe, podjechałem do nich, żeby zapytać, jak długo i na czym trzeba trenować, by móc skakać tak jak oni. Rozmawiałem z nimi przez chwilę, nim spostrzegłem Cię rozpędzonego i tak bliskiego skoku, że nie można było Cię już zatrzymać. Okazał się on niewiele słabszy od skoków tych nastolatków trenujących lata.

Ma poważne konsekwencje obranie celu życia przez człowieka w bardzo młodym wieku. Z jednej strony daje mu to szansę na jak największe doskonalenie się w pożądanym kierunku w okresie wzmożonego rozwoju. Z drugiej strony poważne, profesjonalne osobiste zaangażowanie się w jakąkolwiek dziedzinę naturalnie ogranicza postęp w innych dyscyplinach. Młody człowiek może bez większej straty osobistej zignorować wszystkie inne potencjalne kierunki, oprócz ogólnej edukacji, na którą w tym wieku także jest najbardziej chłonny. Oznacza to, że młody człowiek, który się edukuje choćby na średnim poziomie i zarazem uprawia jakąś dziedzinę wymagającą profesjonalizmu, ma podwójnie ciężko. Ma może najciężej spośród tych, którzy mają ciężko, wyłączywszy upośledzonych i pokrzywdzonych specjalnie przez los, bo się mocuje z dwoma ciężarami, podczas gdy ci z dorosłych, którzy oswajają jakiś ciężar, mają najczęściej do czynienia z jednym.

Dźwiganie ciężarów formacyjnych kształtuje charakter, a ten dla człowieka jest najważniejszy, bo siedzi w nim najgłębiej i do końca, dłużej niż zdrowie, przyjaźnie, majątki, sława, a nawet wykształcenie, o którym się mawia, że jest u człowieka tym, co w nim „zostaje po tym, jak już zapomni wszystkich wiadomości, których się nauczył w szkole”. Obserwowałem mojego ojca Zbigniewa przez jego ostatnie 12 lat życia. Po wylewie uleciało z niego tak wiele zdrowia, wykształcenia, wiedzy, umiejętności, w ogóle życia, za to bardziej niż wcześniej ujawnił się w nim niezłomny charakter, co dużo mu przydało w moich oczach w tamtym czasie. Resztkami sił wytężał swą niezłomność, by zobaczyć Cię na świecie, zabrakło mu tylko dwóch tygodni. Zdążyliście być blisko siebie, ale się nie zobaczyliście.

Dużo znaczy dla mnie to, że postanowiłeś i że dążysz usilnie do tego, by zostać mistrzem. Nie istnieje ktoś taki, jak mistrz bez wyraźnego charakteru. Mistrzem nie zostaje człowiek bez właściwości, to jest człowiek, o którym nie można powiedzieć, że jest właściwy sobie samemu, że jest jakiś konkretny, zborny, skupiony wokół czegoś jednego. Ty już się stajesz człowiekiem z właściwościami, co w mojej opinii jest lepsze niż bycie człowiekiem bez właściwości. Bycie mistrzem to z definicji bycie lepszym od innych w czymś, a to dzięki własnej pracy i własnemu wysiłkowi. To banalne, że bycie mistrzem daje wartości uznawane tak powszechnie za pożądane, że prawdopodobnie i Tobie się przydadzą: satysfakcję z siebie samego, poczucie własnej wartości, pewność siebie. Innymi słowy mistrz ma sobość i swojość wzmocnioną w sposób uzasadniony – w przeciwieństwie do przeciętnej wśród ludzi, gdzie albo tego za mało, albo za dużo. Mistrzem można zostać w każdej dziedzinie, którą para się człowiek, co oznacza, że wśród stojących z definicji na szczytach różnych hierarchii mistrzów także panują hierarchie, na dodatek zarówno wewnętrzne, to jest określające, jak mistrzowie postrzegają siebie wzajemnie, jak i przenikające się z nimi zewnętrzne – jak mistrzowie są postrzegani przez innych, którzy nie są mistrzami w żadnej dziedzinie.

W tym skomplikowanym zagadnieniu wskażę na jedno rozróżnienie: są mistrzowie konkurujący z innymi o mistrzostwo i tacy, którzy mogą zostać mistrzami bez konkurowania z innymi o to. Ci pierwsi zostają mistrzami dzięki temu, że wygrywają konkurencję z innymi, w drugim przypadku chodzi o tych, którzy osiągają mistrzostwo w jakiejś dziedzinie bez potrzeby konkurowania z innymi. Jesteś zdobywcą Pucharu Polski w Trialu do lat 12, ponieważ wygrałeś konkurencję z innymi. Bruno Schulz jest niedościgłym mistrzem stylu jemu właściwego nie dlatego, że się z kimś o  to ścigał. Dochodzenie do mistrzostwa przez konkurowanie ma miejsce w sporcie, biznesie, polityce, a przez niekonkurowanie w nauce i sztuce. Mistrz trialu może być jeden, mistrzów literatury mogłoby być tylu, co ludzi, ale nie znaczy to, że ci pierwsi osiągają większą maestrię niż ci drudzy. Może być wręcz przeciwnie. Konkurowanie z innymi często ogranicza pełne rozwinięcie się w danej dziedzinie, ponieważ trzeba robić mnóstwo nierozwijających rzeczy, by sprostać tym, którzy też je wykonują. Gdyby nie takie Mercatory Medicale, to być może najlepsza firma rękawicowa na świecie Hartalega opracowałaby już jakąś nową rękawicę chroniąca dłonie lepiej. Tak jest z pewnością w biznesie i polityce. Jak jest w sporcie pod tym względem, może już wiesz, a jeśli nie, spytaj o to Twojego trenera Roberta Błachuta, który jest mistrzem nie tylko jako sportowiec i trener, ale i filozof sportu. To on mnie rozwinął, mówiąc o „układzie mistrzowskim” między Wami. Dlatego dążenie do maestrii bez konieczności konkurowania o nią z innymi może być skuteczniejsze, ale tylko to drugie może dać miano zwycięzcy. Ze znanej powszechnie historii życia Brunona Schulza wynika, że wszelkie konkurowanie, do jakiego był zmuszany, tylko szkodziło rozwojowi jego niedościgłego kunsztu.

Nie jest tak, że nie ma pociechy dla dążących do mistrzostwa w sporcie, biznesie, polityce. Jak już osiągną szczyt i osadzą się na nim mocno, dopiero wtedy mogą zacząć konkurować sami z sobą, jak od początku naukowcy czy artyści. W biznesie światowym chyba to osiągnęła korporacja Google i zapewne wiele innych, generalnie nie zajmowałbym się Mercatorem ani jednego dnia, gdybym nie był przekonany, że ostatecznym celem tej firmy jest właśnie konkurowanie z samą sobą, a dokładniej z własnymi słabościami. W trialu będziesz kimś takim za jakiś czas.

Trial nie zalicza się do widowiskowych gier zespołowych, jak futbol czy siatkówka, a także nie zabija i nie łamie karków zawodnikom, jak pozostałe sporty motorowe czy wyścigowe, dlatego nie jest tak popularny i nie cieszy się sporym gronem fanów. Nawet jak osiągniesz szczyty tej dyscypliny, zdobędziesz wieczną – w sensie trwale zanotowaną – chwałę, ale niekoniecznie szerszą, łechcącą próżność sławę. Każdy wie, nawet ja, kim jest Lewandowski, już znacznie mniej zna Błażusiaka, mimo że jest wielokrotnym mistrzem świata w enduro extreme, które jest o wiele bardziej popularne niż trial. Mnie taka wąska chwała i sława trialowca by się nawet podobała, bo jest coś ujmującego w poświęceniu się i osiągnięciu mistrzostwa w czymś niemal ukrytym przed szerokim światem. Nie wiem, co Ty o tym sądzisz. Aktualny mistrz świata Toni Bou ewoluuje w stronę bardziej widowiskowych sztuczek na motocyklu, odchodząc nieco od czysto terenowych źródeł trialu. Widać ciągnie go ku szerszej widowni. Ciekaw jestem, jak będzie z Tobą, jak już osiągniesz pisany Ci poziom.

Mnie osobiście nigdy nie pociągało, ani nie pociągałoby mnie, gdybym znów był młody, jakiekolwiek specjalizowanie się w sporcie, co nie znaczy, że sportu nie lubię i nie bawię nim trochę na poziomie amatorskim. Gdyby świat składał się z samych takich jak ja, byłby nudniejszy, bo wszyscy uprawialiby sport ubocznie i po amatorsku, podobnie okazjonalnie konkurowaliby ze sobą. Bliska mi jest postawa Odysa, który co prawda nie był profesjonalnym sportowcem, takowych w jego czasach nie było, igrzyska olimpijskie nastały kilkaset lat po jego czasie (mniej więcej w czasach Homera), ale był wybitnym amatorem w kilku przydatnych dziedzinach, a w młodości uprawiał sport na wysokim poziomie i przez całe życie dbał o swoją kondycję fizyczną i sprawność, ponadto lubił wygrywać i być najlepszym.

Przeczytaj fragment Odysei w tłumaczeniu Parandowskiego, zaczynający się od słów Odysa:

„Odezwałeś się nieprzyzwoicie i poruszyłeś mi serce w głębi piersi. Nie są mi obce zawody, jak mówisz, owszem, byłem, jak mniemam, wśród pierwszych, dopóki młodość rządziła moimi dłońmi. Dziś jestem w mocy niedoli i zgryzoty, wiele bowiem wycierpiałem na wojnie i wśród gorzkich fal. Ale i tak, mimo swej nędzy, stanę do zawodów: wyzwałeś mnie twoim zjadliwym słowem. Rzekł i nie zdejmując odzienia chwycił dysk większy i cięższy niż ten, który służył Feakom. Obróciwszy go puścił twardą dłonią. Zaszumiał kamień. Sławni żeglarze, miłośnicy długich wioseł, Feakowie pochylili się do samej ziemi pod rzutem kamienia, a ten w swym chyżym biegu przeleciał znaki wszystkich zawodników. Kres oznaczyła Atena. Była pod postacią mężczyzny i takim się odezwała słowem: – Nawet ślepy odróżniłby, gościu, twój znak po omacku: nie miesza się on z ciżbą innych, sam stojąc na przedzie. Możesz być dumny z tego rzutu, nie dosięgnie go żaden z Feaków ani nie przewyższy. Tak rzekła – ucieszył się niezłomny boski Odys, rad widzieć życzliwego towarzysza na polu igrzysk, i już z lżejszym sercem zawołał do Feaków: – Rzucajcie teraz, młodzi, do mojego znaku! Wnet dam nowy, spodziewam się, że będzie taki sam albo i lepszy. A w innych zawodach niech się ze mną spróbuje, komu serce doradza, boście mnie bardzo rozsierdzili. Na pięści, w zapasach, w biegu, nikomu nie odmówię ze wszystkich Feaków oprócz samego Laodamasa. To mój gospodarz, a któż by walczył z przyjacielem? Tylko nierozumny albo nikczemny wyzwie na zawody człowieka, który mu dał gościnę wśród obcego ludu: sam by siebie we wszystkim pokrzywdził. Z innych nikogo nie odrzucę, nikim nie wzgardzę, niech się pokaże, niechaj się zmierzy. Nie jestem ci ja taki lichy w igrzyskach, jakie są ludziom znane. Umiem się obchodzić z łukiem pięknie toczonym i moja strzała pierwsza dosięgłaby upatrzonego w tłumie nieprzyjaciół, nawet jeśliby wielu towarzyszy stało przy mnie i razem ze mną strzelało. Jeden Filoktetes przewyższał mnie, ilekroć Achajowie strzelali z łuków pod Troją. Nad resztą ja wysoko góruję, ilu dziś ludzi pożywa chleb na ziemi. Nie chcę się wodzić z dawnymi mężami, z Heraklesem albo Eurytosem z Ojchali, którzy nawet z nieśmiertelnymi mierzyli się w sztuce łuczniczej. Przez to zginął wielki Eurytos, którego starość nie dosięgła w domu, ale zabił go Apollon, rozgniewany, że ów wyzwał go na strzelanie z łuku. Mój oszczep niesie dalej niż u innego strzała. Boję się tylko, by mnie nogi feackie nie prześcignęły, haniebnie bowiem udręczyły mnie długie dni wśród fal, a na okręcie nie można dbać o siebie: zwątlały moje miłe kolana. Tak rzekł, wszyscy trwali w milczeniu, jeden Alkinoos dał mu odpowiedź: – Gościu, miłe jest nam, co mówisz. Chcesz okazać dzielność, którą posiadasz, bo rozgniewał cię ten człowiek. Zaczepił na polu igrzysk tak, jak nikt by nie uchybił twej dzielności, kto się rozumie na przyzwoitych słowach”.

Rozumiem jednak, że jak się chce w obecnych czasach nie „mieszać się z ciżbą innych” w jakiejkolwiek dziedzinie, nie tylko sportowej, trzeba przejść na zawodowstwo. Ty nie chciałbyś „mieszać się z ciżbą innych” w trialu, mnie się to podoba. Zresztą drugą obok Odysa kluczową postacią u Homera jest Achilles, o którym można powiedzieć, że był w walce na śmierć innych i jego własne życie – do czasu dosięgnięcia go strzały Parysa – stuprocentowym profesjonalistą i że nic więcej go nie interesowało, a walka to konkurencja w czystej postaci i sport pewnego rodzaju. Dlatego rób spośród rzeczy podpowiadanych Ci przez serce to, co najtrudniejsze. Zostań Achillesem trialu, obiecaj sobie i dotrzymaj tego słowa, że nie zdradzisz tej dyscypliny na rzecz innej.

 

Tomku

Idziesz swoją drogą wyraźniej od czasu, gdy miałeś osiem lat. W szkole na tablicy ogłoszeń znalazłeś małą karteczkę z informacją o możliwości pobierania prywatnych lekcji ze starożytnej greki. Przyszedłeś do domu i poprosiłeś mnie, żebym zatelefonował pod wskazany numer i załatwił Ci te lekcje. Dopiero na Twoją którąś z kolei, coraz bardziej nagabującą, prośbę zrobiłem to jakiegoś następnego dnia. Kiedy zadzwoniłem pod wskazany numer, Twojego przyszłego nauczyciela zastałem akurat na nartach w Zakopanem, zareagował z dużym niedowierzaniem, że w imieniu ośmiolatka pytam o lekcje greki. Okazał się nim wykształcony nie na tę epokę Michał Bizoń. Jest on Twoim nauczycielem prywatnym i domowym do dziś, realizujecie także część formalnego programu szkolnego. Ty też rośniesz na wykształconego nie na tę epokę.

100 lat temu było normalne, że szesnastolatek z języków obcych zna bardzo dobrze jeden nowożytny i jeden starożytny oraz trochę słabiej jeden nowożytny i jeden starożytny, a piątego nie uczy się w ramach buntu młodzieńczego wobec tradycji rodzinnej, ale w każdym momencie może zmienić zdanie. Była także normalna u młodych znajomość którejś dziedziny humanistycznej czy ścisłej w zakresie daleko wykraczającym poza wymogi szkolne – w Twoim przypadku jest to historia. Nie dziwiło wówczas napisanie pierwszej – bądźmy szczerzy, najczęściej jeszcze naiwnej książki – do dwudziestego roku życia i zrobienie doktoratu i zakończenie formalnej edukacji niedługo po dwudziestce. Ty już napisałeś i opublikowałeś prywatnie pierwszą dłuższą opowieść. Istnieje anegdota, że w przypadku jednego z Twoich kolegów jest to „jedyna książka, którą przeczytał”. Dziś wszyscy są magistrami, doktorami, profesorami, ale tak niewielu jest wykształconych starannie w rozumieniu klasycznym i tradycyjnym, że można spokojnie nazywać ich wariatami. Cieszę się, że mój syn będzie wariatem w takim sensie.

Od dłuższego czasu deklarujesz, że jako dorosły będziesz zarabiał na chleb, robiąc biznes i będąc właścicielem firmy. Jeśli tak się stanie, będziesz prawdopodobnie się zaliczał do tych niewielu intelektualistów, którzy skutecznie działają wśród ludzi. Ostatnio zmarł Zbigniew Brzeziński, o którym można powiedzieć, że udawało mu się łączyć te trudne do połączenia sfery. On umiał i chciał nie tylko pisać o polityce, ale i w niej skutecznie działać. Był jak ci starożytni Grecy, którzy uznawali za jedno teorię i praktykę, jak ci inni uważający, że „najlepszą praktyką jest teoria, a najlepszą teorią praktyka”, co dotyczy zwłaszcza może dziedzin społecznych, jak biznes, zarządzanie, w części ekonomia, także polityka i politologia.

Jeśli chcesz zostać dobrym intelektualistą-biznesmenem, studiuj filozofię dłużej, a biznes krócej, niezależnie od innych dziedzin.

Filozofowanie to zajmowanie się między innymi ogólnością nieokreśloną co do przedmiotu, podczas gdy pozostałe dziedziny nauki, jeśli traktują o zasadach uniwersalnych, to w odniesieniu do określonych obszarów, może z wyjątkami, jak na przykład niektóre działy matematyki. Zderzenie filozoficznej nieokreśloności, abstrakcyjności, ogólności z jedną z podstawowych właściwości biznesu, którą jest (konkretna) realność, przynosi dobre efekty, jak to bywa ze zderzaniem przeciwieństw faktycznych i pozornych, dającym oryginalne perspektywy.

Działanie w biznesie to walka o przewagę nad konkurentami. Przewaga znających filozofię nad nieznającymi jej bierze się stąd, że ci drudzy mówią tym pierwszym najczęściej rzeczy albo oczywiste, które powinny być znane każdemu, albo nie tyle nieznane, co dziwne, to jest zasługujące na głębszy namysł, bo filozofia jest nauką rozróżniania dość dwubiegunowego między tym, czym jest common sense, a tym, co jest dziwne. Tradycyjne filozofowanie to dziwienie się rzeczom pozornie oczywistym i próba zrozumienia ich w inny sposób, czyli spekulowanie na ich temat. Biznes wymaga zazwyczaj podejmowania szybkich działań, które są poprzedzone podejmowanymi szybko decyzjami, a te lubią się opierać na oczywistościach. Przygotowanie filozoficzne, które pomaga rozumieć nieoczywistość rzeczy pozornie oczywistych, pozwala niekiedy na podejmowanie odważnych, niestandardowych i nieoczywistych decyzji. A te bywają cenne w biznesie, nie tylko jako idące pod prąd głównego nurtu, w którym biznes się w istocie znajduje.

Studiowanie filozofii pomaga zrozumieć, czym się różnią sfery obiektywna i subiektywna. A podstawowym zadaniem każdego biznesu, którego celem jest stanie się z małego dużym – to jest zdolnym przeżyć swojego właściciela – jest przejście ze sfery subiektywnej (właściciela i jego współpracowników) w sferę obiektywną, w sensie wspólną wielu ludziom, innymi słowy obiektywizacja subiektywności właściciela i jego pierwszych współpracowników.

Właściwe uczenie się biznesu polega na szkoleniu się. Większość szkoleń biznesowych zawiera podobne treści. Im bardziej program studiów wyższych sprofilowano pod kątem określonego zawodu, tym więcej zawiera szkoleń specjalistycznych, a mniej ogólnych. Szkolenie dotyczy zawsze jakiejś określonej dziedziny i polega na wyrabianiu umiejętności niezbędnych do poruszania się w niej. Szkolenie w biznesie to wyrabianie racjonalnych odruchów w sytuacjach typowych dla biznesu, najczęściej bez wyjaśnienia, na czym polega ich racjonalność. Kształcenie ogólne to wyrabianie racjonalnego (naukowego, artystycznego, teologicznego) umysłu. Uczenie się filozofii jest w wyjątkowo dużym stopniu kształceniem się, a w małym zakresie szkoleniem. Jeśli filozofia już szkoli, to głównie w zakresie logiki oraz umiejętności czytania i pisania tekstów. Znajomość filozofii pomaga posługiwać się racjonalnością po mistrzowsku.

Ile jest zagadnień humanistycznych w nauce o przedsiębiorczości i zarządzaniu biznesem, tyle filozofia wraz ze swoimi rozwinięciami w postaci socjologii i ekonomii tłumaczy najgłębiej, bo źródłowo – w sensie dotykania przyczyn, które uznaje się dotychczas jako pierwsze. Na przykład państwa demokratyczne deklaratywnie schlebiają przedsiębiorcom prywatnym, a zarazem bardzo dużo od nich wymagają, traktują ich nieprzyjaźnie i surowo karzą za najmniejsze przewinienie w zakresie formalnego prowadzenia biznesu. W porównaniu z wszystkimi wziętymi razem podręcznikami biznesu VIII księga Państwa Platona mówi więcej o przyczynach tego zjawiska. Platon pomaga poznać różnice w traktowaniu biznesu w różnych ustrojach politycznych i zrozumieć, dlaczego demokracja jest mimo wszystko dla nich najkorzystniejsza. Tłumaczy on przede wszystkim, dlaczego niektórzy są skłonni zarabiać jako przedsiębiorcy prywatni w odróżnieniu od innych. Zarabianie w sposób biznesowy przez zaspokajanie potrzeb innych ludzi jest traktowaniem ich przedmiotowo i byciem traktowanym przez nich tak samo. Filozofia dostarcza najlepszych dystynkcji służących do zrozumienia tego zjawiska, dzięki czemu można bardziej upodmiotowić tę dwustronną relację.

Arystoteles zaadresował swą Zachętę do Filozofii do króla Cypru. Nauczał filozofii Aleksandra Macedońskiego, innego króla, co poskutkowało zmianą świata. Filozofię powinni znać wszyscy zmieniający świat w mniejszym bądź w większym zakresie, więc także przedsiębiorcy, ludzie biznesu. Dzieląc się między te dwie dziedziny, można próbować je łączyć w filozofię biznesu czy przedsiębiorczości – napisano o tym sporo książek, ale dotykających istoty zagadnienia jak na lekarstwo.

Spośród młodych ludzi, którzy są skłonni robić coś silniejszego w życiu, niektórych może i pociągałaby filozofia, ale szkoda im ważnych lat na naukę „o niczym konkretnym”. Zgodziłbym się, że filozofia jest „o niczym”, ale tylko jeśli to „nic” rozumieć jako tożsame z „pustką”, o której mówi Laozi w fundamentalnym dla klasycznego taoizmu traktacie poetyckim Droga (Tao) w przekładzie Michała Fostowicza-Zahorskiego:

 

Trzydzieści szprych zbiega się

W środku koła,

Lecz użyteczność wozu

Jest w pustym środku piasty

 

Wypalona skorupa tworzy

Kształt glinianej misy,

Ale użyteczność

Jest w jej pustce.

 

By wznieść dom, budujesz ściany,

Wstawiasz w nie drzwi i okna,

Ale użyteczność domu

Jest w pustej przestrzeni.

 

Dlatego korzyść wynika

Z wszystkiego, co istnieje,

Lecz użyteczność – z tego,

Czego nie ma.

Filozofię postrzegam jako tę użyteczną pustkę w środku, z której promieniują i wokół której się kręcą dające korzyść wszelakie dziedziny nauk bardziej rzeczowych. Filozofia daje studiującemu użyteczność, którą rozumiem jako swobodę osobistą, potencjał niekoniecznie wykorzystany, a już z pewnością niezużyty nigdy, przestrzeń osobistą wokół siebie, w którą wielu może wejść, ale nikt nie może jej zająć na stałe, zawłaszczyć. Inne dziedziny nauki dają korzyści, które jednakże jako bardziej namacalne są bardziej krótkotrwałe, zużywają się i mogą być zawłaszczone przez innych.

Właściciel firmy powinien być jak ten pusty środek – z kręcącym się wokół kołem – który nie istnieje, wpierw coraz to bardziej w sprawach operacyjnych, bieżących aż po całkowite nieistnienie, podczas gdy koło ma się kręcić samo coraz bardziej zamaszyście. Zostań pustką, wokół której niech się coś kręci, im większe, ambitniejsze i bardziej inteligentne, tym lepiej, skoro już tak ma być.

 

Wiesław Ż.

Hat Yai, 10 czerwca 2017, w roli szprychy we własnym biznesie

 

Zapisany w: Bez kategorii.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

*