Zapomniany milion oficjalistów dworskich

Napisany 09/12/2017

Mój dziadek Ludwik Żyznowski, urodzony w 1890 i zmarły w 1987 roku, ukończył pod zaborem austriackim Krajową Szkołę Ogrodniczą w Tarnowie. Działa ona do dziś jako Zespół Szkół Ekonomiczno-Ogrodniczych, mieszczący się w dawnym majątku książąt Sanguszków, w najcieplejszym miejscu w Tarnowie – o czym wiem od wychowanego w tym mieście Marka Waisa – który jest najcieplejszym miastem w Polsce. Ukończenie szkoły dało Ludwikowi zawód economusa, pozwoliło pracować jako oficjalista prywatny w randze zarządcy ogrodnika w gospodarstwach dworskich w Niebylcu, Igołomii, Batowicach, Śledziejowicach do 1937 roku, jeszcze przed wojną wybudować dość duży dom oraz założyć własną działalność ogrodniczą, którą prowadził do lat 70. Ogrodnictwo Żyznowskich w Sierczy miało 300 okien inspektowych, nie tak najmniej, skoro Iwaszkiewiczowy zarządca folwarku „Stokroć” Wiktor Ruben miał dużo roboty przy 200 oknach.

Jest trochę historycznych faktów rodzinnych, które pośrednio wskazują na to, że co najmniej odumarły wcześnie Ludwika ojciec Adam, a być może i dziadek Józef Żyznowski, także był oficjalistą prywatnym i należał do zbiedniałej i zdeklasowanej szlachty zwanej „gołotą”, która „spadła z własnych majątków na zarządców w cudzych”. Akurat dziadkowi Ludwikowi na około siedem lat przed końcem świata polskich dworów i folwarków, który miał miejsce po drugiej wojnie światowej, udało się założyć własny folwarczek – ni to szlachecki, ni kmiecy – na ziemi, którą jego żona Wiktoria z Sosinów miała z kmiecego wiana.

Jeszcze przed wojną samodzielny zawodowo Ludwik Żyznowski opuścił rozdrobniony świat polskich dworów i folwarków. Zrobił to, mimo że jego ostatnie miejsce – śledziejowickie gospodarstwo wyróżniało się do końca spośród równych sobie rezerwatowym parkiem, nowoczesnym rolnictwem, zbiorami sztuki. Co prawda swoją siłę zawdzięczało ono zmarłemu w 1938 roku Stanisławowi Niedzielskiemu (w sieci jest jego zdjęcie siedzącego na ganku posesji) i jego przodkom, a nie ostatniemu dziedzicowi, synowi Stanisława Adamowi Niedzielskiemu, który ponoć przesiadywał głównie w Anglii. Majątki ziemskie ciągle opisuje i wcześniej opisało wielu pisarzy, w tym największych, jak Mickiewicz, Miłosz czy wspomniany Iwaszkiewicz. O ile wiem, niestety nie ma za dużo tekstów ani z epoki, ani późniejszych o świecie oficjalistów pracujących w owych gospodarstwach na różnych stanowiskach, a podobno w XIX wieku bywało ich łącznie – bodaj w jednym czasie – około pół miliona. Nawet jeśli w międzywojniu było ich mniej, to wciąż była to wielka armia ludzi. Obecnie wydają się oni dość zapomniani. Wcześniej nie byliwystarczająco atrakcyjni dla opisujących świat, zwłaszcza w sposób literacki. Potem władze komunistyczne zlikwidowały ich stanowiska pracy reformą rolną, przy okazji dopuszczając do gigantycznych, lokalnych, spontanicznych, mściwych zniszczeń wielopokoleniowego dorobku materialnego, duchowego, rodzinnego posiadaczy majątków ziemskich. Prywatne archiwa szlacheckie zniszczyła tłuszcza i historycy teraz nie mają źródeł, żeby pisać czy o dworach, czy o ludziach tam pracujących.

Tych zniszczeń mi żal. Znikło mnóstwo pięknych obiektów i przedmiotów oraz materiału historycznego. Wstydzę się za nie jako Polak, choć nie przepadam za światem dworów opisanych z perspektywy właścicieli i ich gości. Mimo że często w dziełach takiego pochodzenia zachwala się jego sielskość, anielskość, trwanie polskości, patriotyzm, ja widzę bardziej jego śmieszną pańskość, płaskość materialną, duchową, intelektualną, kołtuństwo, systemowy brak rozmachu. Pisze o tym wielu autorów. Przykro mi, że moi dziadowie musieli pracować w takim środowisku, nawet jeśli byli z tego zadowoleni i im się to podobało. Ten brak zachwytu nad polskim dworem i dworkiem odziedziczyłem albo po pochodzącym bezpośrednio stamtąd Czesławie Miłoszu (wiadomo jaki miał do tego stosunek), albo może po dziadku Ludwiku, jakkolwiek nigdy z nim o tym nie rozmawiałem, mimo że w ogóle nagadałem się z nim dużo. Może dziadek przekazał mi przez ojca gen niechęci płynącej z jego „genetycznego” żalu kogoś, kto „spadł” ileś pokoleń wcześniej z pozycji właściciela do pracownika, co prawda zarządzającego robotnikami.

Jedyną znaną mi – dzięki prof. Marianowi Wołkowskiemu-Wolskiemu – książką opisującą wprost życie zarządcy we dworze, i to galicyjskim, który interesuje mnie najbardziej, jest Pamiętnik Seweryna Łusakowskiego. Ten o 67 lat starszy od Ludwika Żyznowskiego zdeklasowany szlachcic ukończył „zakład medycki zwany szkołą ogrodniczą” Pawlikowskiego w Medyce, chyba pierwszy tego typu na terenach polskich, pracował jako ogrodnik w różnych majątkach ziemskich i może jako jedyny opisał obszerniej tę robotę. Może w „zakładzie medyckim” uczył się Adam Żyznowski? Szklarnie, inspekty, konewki, węże, stawki zarośnięte glonem, szczepienia drzewek i tak dalej – wszystkim tym jeszcze bawiłem się u dziadka jako chłopiec. Ludwik Żyznowski miał ambicję posiadania i pielęgnowania w swoim ogrodzie wszystkich gatunków owoców polskich w odmianach, które uznawał za najwartościowsze, wiele z tych tuż przedwojennych i wojennych drzew owocowych rośnie na swoich miejscach do dziś, niektóre nadal rodzą mimo braku bieżącej pielęgnacji. Podobnie „patriotycznie” podchodził on do kwiatów, które uprawiał na sprzedaż.

Łusakowski używa języka określanego przez literaturoznawców „prymitywnym literackim”, co jest korzystne dla czytelnika, bo przybliża go do języka, którym warstwa autora mówiła na co dzień, dziś nie mówi nim praktycznie nikt – może jeszcze oprócz urodzonego w 1925 roku mojego wuja Mariana Żyznowskiego, który po Ludwiku przejął fach – a jest on ciekawy swoim dotykaniem rzeczy wprost. Mimo że, jak to pamiętnikarz, sporo przynudza swoimi osobistymi perypetiami, zaliczam go do jednej z moich ulubionych kategorii piszących, co i wiedzą, jak się rzeczy mają, i piszą o nich. Cenię sobie jego rozumiejącą ironię, którą opisuje objawy słabości umysłowej właścicieli ziemskich, nie dość że tkwiących pod zaborem austriackim, to opętanych snobizmem francuszczyzny:

„Medyka [szkoła ogrodnicza, WŻ] stanęła na tak wielkiej skali niezawodnie głupstwem całego kraju, pychą panków, którzy chcieli być panami i mieć ogrody, palmiarnie, szmarawce, a pietruszki, kartofli i uczciwego jabłka rzadko w którym dworze znalazłeś, choć śmiało mogę powiedzieć, że milionami szczep najprzedniejszych francuskich gatunków się rozchodziło rokrocznie po kraju i za granicę. […] Za delikatne na klimat galicyjski i nieaklimatyzowane. […] Tu chodziło o wiele gatunków i francuskie nazwy; znaliśmy naszych kupców i nie żałowaliśmy im francuskich etykietek, a śmieliśmy się w kułak z głupoty pyszałków galicyjskich! Za całe cztery lata z ogonem ogromna ilość tych panów przewędrowała co dnia, co godzinę po zakładzie i niemało z nimi się nawłóczyłem po zakładzie, a ani razu nie zdarzyło mi się, żeby któren się zapytał lub zapytała: «A macie wy polskie jabłka, gruszki, pietruszki lub rzepę przynajmniej?»”.

Ogrodnik Łusakowski wypada tu mądrzej niż zarówno zmanierowani i oderwani od realności właściciele ziemscy, jak i oczywiście chłopi, którzy wówczas byli najczęściej analfabetami. Jest on jakby poza heglowską wymianą panów na niewolników i niewolników na panów. Nie jest ani panem, który nie pracując, zsuwa się ku niewolnictwu – bo pracuje jako specjalista, ani niewolnikiem mającym pracą dopiero zdobyć miejsce pana – bo jest światłym potomkiem panów.

Najciekawszy dla mnie jest jednak inny fragment. Dotyczy on struktury oficjalistów pracujących w 1847 roku i później dla hrabiego Adama Baworowskiego w Kopyczyńcach, cyrkule czorstkowskim, leżącym obecnie na terenie Ukrainy:

„Garderoba była wyższa od pralni. Panny garderobne nie wdawały się z pannami z pralni. Taki sam stosunek był pomiędzy lokajami i furmanami. Furmani byli prości ludzie, choć wyguzikowani tak jak i lokaje. Tak samo ci jak ci ubierali się w trzewiki, pończochy i guziki z herbami od pięt do głowy. […] Dzieliły się tam jeszcze dziewki z pralni i piekarni i dziewczęta z garderoby, i mnóstwo było tak zwanych kółek stopniowanych. Ogrodniczek żył z kuchcikiem, broń Boże, ze stróżem lub parobkiem stajennym, choć byli z jednej wsi i jednej matki, jednakże każdy bronił swego honoru i stanowiska w hierarchii dworskiej i majątkowej. A pomiędzy oficjalistami niezmiernie było przestrzegane, kto jakiego urodzenia: najzacniejszym, najmądrzejszym człowiekiem pomiatano najsrożej, z największą obojętnością, jeśli nie był urodzony szlachcic. […] Był jeszcze pan mandatariusz, a w większym majątku, jak Kopyczyńce, i pan justycariusz – ci byli w połowie oficjaliści, w połowie urzędnicy; i tu był stopień dwojaki. […] Wszystkie te stopnie dworskie były osobno od siebie nawet stołowane, nawet karmione – broń Boże razem! Osobny stół lokajski, osobny furmański, osobny garderoby, osobny pralni, osobny każdy, ale na każdego było wyznaczone dziennie pół kwarty mąki, kwaterka krup. Jedni, i to najniżsi, brali chleb tygodniowy, tak zwany obroczny, drudzy chleb spólny, razowy, inni chleb półpytlowany, spólny, znowu inni chleb stołowy. Biedna była tam klucznica i straszną miała pracę. Śniadanie także się dzieliło na wiele gatunków: jedni pili kawę, inni mleko, inni brali miesięczną kawę i cukier, i po garnuszku śmietanki – drugorzędna była śmietanka i pierwszorzędna. […] W razie braku klucznica musiała iść do samego hrabiego i tam się tłumaczyć, dlaczego nie stało. Hrabia mruczał: – Śmierdziuchy! Pamiętam, gdy w roku 1848 po 19 marca przyniosłem hrabiemu odezwę […] z tytułem Równość, jedność, braterstwo; gdy hrabia Adam to przeczytał, krzyknął zerwawszy się z kanapy: – O! O! O! śmierdziuchy. Nauczę was”.

U hrabiego w Galicji wschodniej było tak wszystko po hrabiowsku urządzone tuż po rzezi galicyjskiej z lutego i marca 1846 roku, kiedy spalono co najmniej 500 dworów oraz zabito około trzech tysięcy ziemian i urzędników dworskich – co prawda w Galicji zachodniej, oraz tuż po powstaniu krakowskim, przeciw któremu władze austriackie wykorzystały galicyjskich chłopów. Los dał z pewnością temu hrabi czas, by nabył mądrości, ale ten z jakiegoś powodu nie skorzystał. Zdaje się, że tak było też z wieloma innymi spośród posiadającej szlachty. Nieposiadający spośród niej bywali mądrzejsi. Jestem ciekaw analizy wpływów na historię Polski jednych i drugich. O pierwszych napisano dużo, o drugich niemal nic. Może przeczyta to jakiś historyk, który miał w rodzie oficjalistę prywatnego, ujmie go przeszłość przodka, zbierze materiały na temat tych ludzi, napisze i opublikuje porządną monografię o nich.

 

ludwik

Ludwik Żyznowski przed pierwszą wojną światową.

Ludwik i Wiktoria

Ludwik Żyznowski z żoną Wiktorią pod koniec uprawiania własnego ogrodnictwa, ciągle buszujący w zieleni.

 
Wiesław Żyznowski

Zapisany w: Bez kategorii.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

*