Fakty zawarte w tekście “Sein Kampf albo ewolucja Holokaustu” zostały przeniesione (i przetłumaczone) z rozdziałów drugiego i trzeciego nieopublikowanych wspomnień Uriego Shmueli, pt. „My Memoirs”. Całość tekstu “My memoirs” w angielskim oryginale wraz z przedmową Wiesława Żyznowskiego jest również dostępna na naszej stronie w dziale: E-books. Zdjęcie zamieszczone poniżej przedstawia rodzinę Seidenfrau, publikujemy je dzięki uprzejmości pana Uriego Shmueli wraz z opisem jego autorstwa.


O wielickich Seidenfrauach

goldenwedding_1

Zdjęcie, do którego ten opis się odnosi było zrobione przez zakład Władysława Gargula, lub przez niego samego. Na złote wesele mojego Dziadka Dawida i Babci Gizeli (Gitl) Seidenfrau, zjechały wszystkie dzieci i wnuczki. Ja już byłem na świecie, gdyż kuzynka Helusia, siedząca na kolanach Cioci Sali, była w moim wieku, a więc musiało to być ok. roku 1930. Nie wiem dlaczego akurat ja zostałem w domu. Powyższe zdjęcie rodzinne dostałem od Sabiny Zimmels po moim wyjeździe do Izraela w 1947, wraz z innymi, które jej Mama, kuzynka Sabiny, przesłała przed wojną.

Mogę wszystkich przedstawić bo odwiedzaliśmy się nawzajem do wybuchu wojny w roku 1939.

Od lewej stoją: Tata, Mosze Szmulewicz; Mama, Nina Szmulewicz (z domu Seidenfrau); Rumek Seidenfrau, brat Mamy – wtedy jeszcze kawaler; Chaja Seidenfrau (z domu Englender), żona Józefa, brata Mamy; Józef Seidenfrau, brat Mamy; Bronia Seidenfrau (z domu Pipes), żona Izaaka, brata Mamy; Izaak Seidenfrau, brat Mamy; Jakub (Kuba) Seidenfrau, brat Mamy – wtedy jeszcze kawaler.
Siedzą, od prawej: Majer Lifschitz, mąż Sali, siostry Mamy; Sala Lifschitz (z domu Seidenfrau), siostra Mamy; Dawid Seidenfrau, mój Dziadek; Gizela (Gitl) Seidenfrau (z domu Plachte), moja Babcia; Dawid Horowitz, mąż Blumy, siostry Mamy; Bluma Horowitz (z domu Seidenfrau), siostra Mamy.
Cztery dziewczynki siedzą na dywanie: te “dorosłe” – pierwsza z lewej i pierwsza z prawej strony to córki Józefa i Chaji Seidenfrau. Wiem, że jedna nazywała się Zitta a druga Rozsi (węgierskie imiona). A te dwie dziewczynki w środku to córki Izaaka i Broni Seidenfrau. Ta starsza to Helusia, moja ulubiona kuzynka, a ta młodsza to Musia – wielki łobuz.

Tata, Mama i ja mieszkaliśmy wtedy w Krakowie, Chaja i Józef z rodziną w Oradea Mare (w Rumunii), Bronia i Izaak z córkami we Lwowie, Majer i Sala z Helusią w Rzeszowie, a Dziadkowie oraz Dawid i Bluma w Wieliczce. Nie wiem gdzie wtedy mieszkali Rumek i Kuba Seidenfrau.

Rodzina Seidenfrauów powiększała się w następnych latach (aż do 1939). Kuba Seidenfrau ożenił się z Hanią (z domu Silberman) i urodził im się synek, Rafuś. Rumek Seidenfrau pobrał się z Basią (z domu Kling) i mieli czworo dzieci. Nigdy ich nie spotkałem, bo mieszkali w Brodach, a to było wtedy daleko. Sala Lifschitz urodziła synka, Henia, który był o kilka lat młodszy od Helusi.

Dziadek i Babcia zmarli kilka lat przed wybuchem wojny.

Możemy dostrzec, że rodzina przedstawiona na zdjęciu składa się z dość różnorodnych postaci. Dziadek, Izaak i Józef byli bardzo pobożni, co widać nie tylko po sposobie ubierania, brodach lub mniej więcej przystrzyżonych bródkach, ale też z tego że Babcia, Bronia i Chaja noszą peruki! Z drugiej strony Kuba i Tata, i też ich rodziny mieli mało wspólnego z religią i można ich było widzieć w bożnicy w święto Nowego Roku, w Sądny Dzień i w inne ważne święta. Myślę że to samo można by powiedzieć o Lifschitzach i Horowitzach ale nie jestem pewien. Tylko Tata i Mama byli zdeklarowanymi syjonistami, inni się temu sprzeciwiali, albo się bali. Nie mniej jednak, zarówno u nas, jak i u wszystkich wujków i ciotek była koszerna kuchnia, co nie zawsze wynikało z przekonania, ale bardziej z tego, żeby wszyscy członkowie rodziny mogli gościć się wzajemnie – rodzina była ponad obyczajami i poglądami, nie tak jak to nierzadko dziś widać. Myślę że następujący przykład to wyjaśni: mimo to że u nas kuchnia była koszerna sensu stricto, gdy Mamy jedynaczek (tj. ja) nie chciał niczego jeść, Mama mu przynosiła z miasta bułeczkę z szynką którą musiał jeść z papierka! Były tez różnice stanu materialnego. Np. Izaak i Bronia byli dobrze sytuowani a Bluma i Dawid o wiele gorzej, nie mniej jednak, rodzina wyznawała zasadę: “Wszyscy za jednego, jeden za wszystkich”. I tak Tata i Jakub uciekli z początkiem wojny do Lwowa i zamieszkali u Izaaka, a ja z Mamą opuściliśmy Kraków i zamieszkaliśmy u Hani, żony Jakuba. Nie czułem przez przeszło półtora roku że komuś przeszkadzam! Była to ładna rodzina i było nie mało takich.

Wracając do zdjęcia: wliczając siebie i tych, w rodzinie jeszcze nieobecnych, w roku 1939 było nas dwadzieścia sześć osób. Nie wymienię tu gdzie kto zginął, ale tylko jedna z córek Józefa i Chaji oraz ja przeżyliśmy Holokaust.

Mama, jej dwie siostry i czterej bracia urodzili się prawdopodobnie wszyscy w Lednicy Górnej, w domu zwanym wtedy “Podoleniec”. W latach trzydziestych XX wieku pozostali w Wieliczce Dziadkowie, Bluma i Dawid Horowitz oraz Jakub i Hania Seidenfrau z Rafusiem. Wieliczka pozostała jednak punktem zbornym wszystkich wyżej wymienionych Seidenfrauów aż do wybuchu wojny w roku 1939.

Uri Shmueli, Tel Awiw, 30 lipca 2009.

Sein Kampf albo ewolucja Holokaustu

Pierwszego września roku 1939 doskonale uzbrojone niemieckie wojsko napadło na Polskę. Był to pierwszy etap realizacji programu Hitlera, “Mein Kampf”, a ciąg dalszy nastąpił… Byliśmy zaszokowani i przestraszeni, ale prawie instynktownie postanowiono uciekać na wschód. Mama i ja dotarliśmy do samej Wieliczki (ok. 14 km od Krakowa), ale Tata i Jakub, brat Mamy mieszkający w Wieliczce, pożegnali się z nami i po kilku dniach przybyli do Lwowa, który w międzyczasie zaczął być okupowany przez armię sowiecką. Powodem tego rozstania było mniemanie, że Niemcy niczego złego nie zrobią kobietom i dzieciom, ale żydowscy mężczyźni są zagrożeni. Wprawdzie podstawą tego były (nieaktualne) przeżycia z czasów pierwszej wojny światowej, ale niemniej jednak, było to logiczne. Dzień albo dwa po naszym przybyciu do Wieliczki już tam było pełno Niemców. Po kilku dniach Niemcy postanowili się “przedstawić”. Ich pierwszym projektem było aresztowanie wszystkich żydowskich mężczyzn, których mogli znaleźć, a wielu ich nie było, bo większość była w drodze. Znaleźli, z pomocą Volksdeutscha, trzydziestu dwóch Żydów i, jak dobrze pamiętam, zawieźli ich na cmentarz i zamordowali. Dokładny opis tego strasznego dnia znajduje się w różnych zeznaniach. Nie pamiętam daty tego dnia, ale myślę, że było to mniej niż dwa tygodnie po rozpoczęciu wojny. Niemcy powtórzyli to morderstwo w kilku innych miasteczkach i zawiadomili przez to wszystkich, że trzeba się ich bać. Wprawdzie wyglądało to dość spontanicznie, ale jestem pewny, że te morderstwa były skrupulatnie zaplanowane. Po tych wydarzeniach Niemcy starali się zachowywać “po ludzku”, specjalnie gdy chodziło o miejscowe administracyjne problemy: musieli się przecież nauczyć, jak się z nimi obchodzić!

Mieszkaliśmy jakiś czas w Wieliczce na ul. Słowackiego 21, w domu wujka Jakuba, z jego żoną Hanią i synkiem Rafusiem. Gdy się trochę uspokoiło, pożegnaliśmy się z Hanią, Rafusiem, ciocią Blumą (siostrą Mamy) i jej mężem Dawidem, wynajęliśmy wóz (Żydom już nie wolno było jeździć pociągiem) i wróciliśmy do naszego mieszkania w Krakowie, na ul. Kołłątaja 12. Żydowskie szkoły były zamknięte, a Żydom do polskich szkół nie wolno było chodzić. Następnie, właściciele żydowskich sklepów stali się sprzedawcami, a właścicielami zostali niemieccy cywile, tzw. “Treuhaenders”. Zazwyczaj Treuhaender nie miał pojęcia o pracy i musiał się ładnie odnosić do sprzedawcy (prawdziwego właściciela), aż się czegoś nauczył. Z końcem października 1939, wszyscy Żydzi, którzy mieli więcej niż 10 lat, musieli nosić białe opaski szerokości 10 cm z niebieską gwiazdą Dawida w środku. A więc zrobili ze wszystkich Żydów syjonistów! Było dużo innych ograniczeń, np. surowy zakaz mieszkania i chodzenia w pewnych częściach Krakowa, a wszystko było wyraźnie ogłaszane po niemiecku i po polsku, i zdawało się, że Niemcy nie tylko zdobywają, ale też panują.
Mama, i kilku profesorów hebrajskiego gimnazjum, zorganizowało prywatne lekcje i uczyłem się na nich nie mniej (a może więcej) niż bym się uczył w szkole. W każdym razie, byłem bardzo zajęty, i jako że miałem 11 lat jeszcze mnie do przymusowej pracy nie brali.
Z końcem roku 1939 nadeszły mniej więcej dokładne wiadomości od Taty. Mieszkał we Lwowie u wujka Izaaka (brata Mamy) i zmienił zawód: z profesora hebrajskiej literatury w hebrajskim gimnazjum stał się nauczycielem sowieckiego Yiddish w zawodowej szkole. To musiało być niełatwe ale jego znajomość zwykłego Yiddish była tak dobra, że opanował ten sowiecki bez trudu. W każdym razie pracował i nie był kandydatem na wysłanie na Syberię. A to było prawdopodobne, bo nie był obywatelem Lwowa.
Większa część roku 1940 była względnie niezła. Prywatne lekcje były tak intensywne, że szkoły mi prawie nie brakowało. Spotykałem wielu kolegów z klasy i poznawaliśmy Kraków. A robiło się to tak: zdejmowaliśmy opaski i udawaliśmy się na długie spacery do tych części Krakowa, które były dla Żydów surowo zabronione. Tzn. “oszukiwaliśmy” Niemców. Było to może głupie, ale byliśmy pewni siebie i nikomu nie wpadło go głowy, że jesteśmy Żydami, mimo “niedobrego” wyglądu (a specjalnie mojego). Podczas tych spacerów widzieliśmy wielu niemieckich żołnierzy i oficerów. Było ciekawe się przekonać, że nie wszyscy mają jasne włosy i niebieskie oczy; było niemało brunetów z ciemnymi oczami i orlimi nosami, wyglądających „jak Żydzi”. Powiedzieli nam później, że są to prawdopodobnie Austriacy.
Niemcy byli zajęci wydawaniem różnych obwieszczeń i konfiskowaniem żydowskiego mienia. Ale co nam najbardziej przeszkadzało, to postanowienie gubernatora Hansa Franka, by uczynić Kraków “Judenrein” (tj. “odżydzonym”). Planowano wtedy żydowskie getto na przedmieściu Podgórzu i zaznaczono wyraźnie, że będzie ono przeznaczone dla Żydów, których praca jest niezbędna dla wojennego wysiłku Trzeciej Rzeszy. Mama nie pracowała w takim przemyśle, ja byłem za młody, żeby coś “ważnego” robić, a to wszystko znaczyło, że musimy opuścić Kraków i nasze mieszkanie. Spakowaliśmy kilka walizek, zamówiliśmy wóz i przeprowadziliśmy się znów do Wieliczki, miasta Mamy, do domu Jakuba, gdzie zamieszkaliśmy z Hanią i Rafusiem.
Powinniśmy już wiedzieć, dokąd to wszystko zmierza: Niemcy mordują Żydów, przywłaszczają sobie ich mienie, poniżaja ich, a w końcu wynajdują to ważne słowo „Judenrein”. Robią to na razie w Krakowie, stolicy Guberni. Czy nie byłoby logiczne przypuszczać, że chcieliby widzieć swe całe „cesarstwo” Judenrein? Przecież to jest teza Hitlera, i gdyby go nie lekceważyć, trzeba by było uciekać, i to już! Ale nazistowskie kanalie o tym widocznie wiedziały i starały się na razie zachować pozory niby normalnego życia, a jeśli dodać do tego nieuzasadniony optymizm, ślepą wiarę w to, że „oni muszą tę wojnę przegrać, i to niedługo”, i niechęć rozstania się z mieszkaniem i źródłem jakiegokolwiek dochodu, prawie wszyscy wybrali pozostanie w tym raju głupców (tak to nazwałem w oryginale moich wspomnień).
Życie z Hanią i Rafusiem było bardzo przyjemne. Dom wujka Jakuba był wygodny, miał piękny ogród, a w nim kwiaty, jagody i jarzyny. Obecności Niemców nie czuliśmy, bo zarekwirowali magazyn i gabinet Jakuba, a siedział tam przeważnie Polak, który był przedstawicielem jakiejś polsko-niemieckiej firmy. Czuliśmy się jak w domu i nikomu nie wpadło do głowy uciekać. Jak już wspomniałem w moim tekście o Mamie, znajdującym się w książce Wiesława Żyznowskiego „Wieliczanie…”, było dużo prywatnych lekcji ze szkolnych i innych przedmiotów, tak że szkoły mi nie brakowało. Już w wieku 13 lat (lub mniej) interesowała mnie bardzo geometria, i to dzięki dwóm świetnym książkom Szczepana Jeleńskiego: „Lilavati” i „Śladami Pitagorasa”. Na trzynaste urodziny dostałem od Mamy zawodowy zbiór instrumentów kreślarskich i zajmowałem się różnymi konstrukcjami. Udało mi się po jakimś czasie pożyczyć od starszego brata kolegi, Iźka Eislanda, polskie tłumaczenie książki Egmonta Colerusa pt. „Od tabliczki do różniczki”. Przeczytałem ją od deski do deski, i tak, mając 14 lat, miałem już pojęcie o rachunku różniczkowym i całkowym. Przyniosło mi to wielkie zadowolenie i ogromną korzyść, gdy się przygotowywałem do egzaminów maturalnych w roku 1947.
Żydowski trzynastolatek odbywa religijną ceremonię, znaną jako Bar-Mitswa, w bożnicy, jeśli takowa istnieje. U Niemców tego nie było, ale żydowska wiara pozwala na odprawianie modlitwy w obecności przynajmniej dziesięciu mężczyzn, mających 13 lub więcej lat. Taka grupa nazywa się Minyan. U sąsiadów, państwa Atterman, był taki Minyan i zgodzili się, żebym u nich moją Bar-Mitswę święcił. Oprócz krótkiej modlitwy, czyta się rozdział z Biblii, przeważnie z ksiąg Proroków, z pewną określoną intonacją. Naturalnie, Mama mnie do tego przedstawienia dobrze przygotowała. W wyznaczoną sobotę przyszedłem do Minyanu i zaprosili mnie do Tory (Pięcioksięgu) w określonej części tygodniowego rozdziału. Odmówiłem modlitwę dobrze i wyraźnie dobrym hebrajskim, i przeczytałem mój rozdział, też po hebrajsku, tak jak się mówi. Gdy skończyłem, podszedł do mnie jeden z Attermanów i rzekł: „Dlaczego się tak śmiesznie modlisz?”. Odpowiedziałem: „Nie ma w tym nic śmiesznego. My tak mówimy w domu”. A on: „To wy używacie ten święty hebrajski język w życiu codziennym? To grzech!”. Parę miesięcy po tej rozmowie stałem się prawdziwym grzesznikiem.
W jesieni roku 1941, tzn. kilka miesięcy po napadzie Niemców na Sowietów i zdobyciu Lwowa, Tata i Jakub wrócili do Wieliczki. Bardzo się radowaliśmy tym zjednoczeniem rodzin i wydawało się, że jakaś równowaga, mimo niemieckiej okupacji Wieliczki, została osiągnięta. Były oczywiście zwyczajne ograniczenia. Tzn. nie było szkół dla Żydów, nie było bożnic, był surowy zakaz używania pociągu i przymusowe noszenie opasek. Nie było też wolno odwiedzać kopalni soli. Pożywienie też było uboższe niż w przedwojennych latach. Jednak, gdy się człowiek przyzwyczaił do tych ograniczeń, nie znał prawdziwego głodu i nie był maltretowany, wydawało się, że to wszystko jest tymczasowe i „wojna się przecież niedługo skończy”. Słyszałem i czytałem w opublikowanych zeznaniach wielickich Żydów, że ta względna równowaga była osiągnięta przez przekupienie burmistrza Wieliczki i jego kolegów. Była oczywiście przymusowa praca, z której ludzie cierpieli, ale ja byłem jeszcze na to za młody.
Z początkiem 1942-go roku, gdy niemało wielickich Żydów żyło „jak u Pana Boga za piecem”, odbyła się konferencja w willi Wannsee koło Berlina, a jej tematem było rozwiązanie praktycznych problemów związanych z ostatecznym rozwiązaniem kwestii żydowskiej, to jest Zagłada. Oczywiście, nikt u nas o tym nie wiedział. Nawet gdy słyszeliśmy, że z początkiem czerwca 1942 było w krakowskim getcie wysiedlenie, nie podejrzewaliśmy, czym to pachnie. W połowie sierpnia 1942 roku Niemcy rozkazali wszystkim Żydom z Dobczyc, Gdowa, Niepołomic i innych miejscowości, przenieść się do Wieliczki i zabrać ze sobą co tylko mogą. Mówiło się o planowaniu getta w Wieliczce, ale o niczym więcej. „Troskliwe” władze założyły szpital w Wieliczce, żebyśmy niczego nie podejrzewali – i udało się im. Nagle, jak piorun z jasnego nieba, pojawiło się 26-ego sierpnia obwieszczenie o wysiedleniu wszystkich Żydów z Wieliczki i rozkaz stawienia się w punkcie zbornym nazajutrz rano. Ktokolwiek się nie stawi, zostanie rozstrzelany. Ludność polska została zawiadomiona, że przechowanie Żyda jest przestępstwem, za które grozi kara śmierci. To już było za dużo, nawet dla urodzonych optymistów. Ale Wieliczka była otoczona niemiecką i polską (granatową) policją i nie można było nigdzie uciec.
Nazajutrz, 27-ego sierpnia, program „Mein Kampf” został efektywnie zrealizowany, jeśli chodzi o żydowskich mieszkańców Wieliczki i okolicy. Kilkuset mężczyzn, a między nimi Tata i ja, zostało wybranych do pracy w niemieckim przemyśle wojennym (większość z nich zginęła w różnych obozach koncentracyjnych), starzy i słabi zostali zawiezieni do Puszczy Niepołomickiej na natychmiastowe rozstrzelanie, a reszta, licząca od ośmiu do dziesięciu tysięcy osób, została wepchnięta do bydlęcych wagonów i zawieziona, jak się później okazało, do Bełżca, na natychmiastową śmierć w gazowych komorach. Została tam też wysłana Mama i jej siostra Bluma, z mężem, Dawidem Horowitzem. Muszę jednak zaznaczyć, że powyższe liczby deportowanych Żydów z Wieliczki do Bełżca to granice ocen. Dolna granica, tj. 8 000 osób, zgadza się z oceną badacza Holokaustu Martina Gilberta, przedstawioną w jego znanej książce pt. „The Dent Atlas of the Holocaust”.
Po paru tygodniach przeniesiono Tatę i mnie do krakowskiego getta i stamtąd chodziliśmy do pracy. Słyszeliśmy, że Jakub i Hania byli w więzieniu policji i odwiedziliśmy ich. Usłyszeliśmy od nich, co następuje: Jakub i Hania przygotowali schowek pod podłogą gabinetu Jakuba. Posłali Rafusia do Izaaka do Lwowa, i ukryli się tam 27-ego sierpnia. Udało im się tam zostać przez parę tygodni. Pewnej nocy, gdy Jakub wyszedł ze schowka, żeby coś przynieść do jedzenia, złapał go „przyjazny” niebieski policjant. Ten nie zastrzelił Jakuba i Hani jak wielu innych, ale posłał ich do krakowskiego getta, a tam się nimi zajęła żydowska policja getta. Był to odroczony wyrok śmierci, bo “mieszkańcy” więzienia siedzieli tam aż do następnego wysiedlenia. Jakub i Hania zostali wywiezieni do Bełżca 28-ego października 1942 roku, z drugim wysiedleniem z krakowskiego getta, a więzienie policji zostało puste i oczekiwało na nowych „przestępców”.

Mama Nina, Ciotka Bluma i Wujek Jakub to ostatni Seidenfrauowie z Wieliczki, i ten sam los spotkał ich rodzeństwo pochodzące z Wieliczki, w Rzeszowie, Lwowie, Brodach i Oradea Mare, oraz ich rodziny. Tylko jedna córka Józefa, brata Mamy z Oradea Mare, i ja, przeżyliśmy Holokaust.
Mówiliśmy dużo o Wieliczce, ale ta sama lub podobna ewolucja Holokaustu miała miejsce we wszystkich miejscowościach w Polsce i poza nią, które były okupowane przez “ambasadorów” Hitlera.
Tata zginął w obozie koncentracyjnym Gusen II w Austrii, w styczniu r. 1945. Jego i moje dzieje, po powyżej opisanym tragicznym końcu Żydostwa Wieliczki, są streszczone w moich wspomnieniach zatytułowanych „My Memoirs”, które też znajdują się na tej internetowej stronie.
Napisał: Uri Shmueli, 29-ego maja 2009, w Tel Awiwie.