Aniela Birecka: Z Księgi Hioba w świetle hagady rozumianej

Na przełomie sierpnia i września, czyli w szóstym miesiącu kalendarza żydowskiego dla Izraelitów rozpoczynają się ich najważniejsze święta. Otwiera je żydowski Nowy Rok (Rosz ha-Szana), gdzie w jego drugim dniu, po przedwieczornych odprawionych w bóżnicy modłach, wierni wylegają nad wodę, aby tam – nadal się modląc – wytrząsać z załomków oraz kieszeni swych ubrań wszelkie nagromadzone w nich śmieci oraz paprochy, poniekąd plastycznie dokumentując profetyczną zapowiedź proroka Micheasza (7,19): Znowu zmiłuje się nad nami, zmyje nasze winy, do głębin morskich wrzuci wszystkie nasze grzechy… Z kolei w wigilię Jom Kippur (Święta Przebłagania) w synagogach modli się słowami Kol-Nidre, co znaczy: Czyje imię nie zostało zapisane w Księdze Życia lub Śmierci podczas Rosz ha-Szana, ten spotka się ze srogim wyrokiem w Jom Kippur, więc i też tego wieczoru głośno wyznaje się swoje grzechy, żałuje za nie, trwożnie oczekując na miłosierną sprawiedliwość Pana.
W Biblii Rosz ha-Szana określane jest mianem Święta Trąbek, bowiem dęcie w szofar (róg barani) pobożni Żydzi utożsamiają z przyzywaniem Bożego Miłosierdzia, albowiem tuż po Żydowskim Nowym Roku następują Straszne, gdyż Sądne Dni Pokuty, które łączą Nowy Rok ze Świętem Ekspiacji.
I w te „Przedsądne Dni” jakimś osobliwym zrządzeniem, identyfikowanej z symbolem Oka, Bożej Opatrzności rozgrywały się kolejne, z wielu po sobie następujących, epizodów holokaustu. Oto na przykład w mojej rodzimej Wieliczce, 27 sierpnia 1942 roku, jedenaście tysięcy osób spędzono na tutejszy dworzec kolejowy, ów swoisty Umschlagsplatz, w jaki zamieniły się mikroskopijne perony miejscowej stacji. Ciż pokornie stanęli w tasiemcowym szeregu wzdłuż dawnej ulicy Krzyszkowskiej, starsi i chorzy pousiadali wokół cegielnianej glinianki oraz na pobliskich boguckich łąkach niczym w sidła spętane ptaki. Następni wciąż jeszcze dochodzili.
Według beznamiętnej relacji historyka z Muzeum Żup Krakowskich: każda taka akcja zaplanowaną została zgodnie z uprzednio (i precyzyjnie) opracowanym planem, dlatego nieistotnym jest, gdzie oraz w którym mieście i kraju miała ona miejsce; zastanawiającym jest tylko fakt, że naziści niemal zawsze wybierali sobie czas w (przed)okresie największych żydowskich świąt.
Czas zagłady dla Żydów wielickich (i w ogóle Żydów małopolskich) był czasem sygnowanym przesuszonym, przepalonym latem; sezonem gęstym od spływającego z niebios żaru, tego oka słonecznego barwy miodu i żywicy, źrenicy beznamiętnie bezdusznej obojętnie spoglądającej i na prześladowców, i prześladowanych. Oka, dodajmy, które na pewno nie było dobrotliwym okiem Bożej Opatrzności, ale ciekłą magmą, szklistą monstrualną gałą, lustrującą chociażby przemieniających się w kamienie i w kamienie przeobrażanych, kochanków, jak przedstawił urodzony w Czerniowcach, niemieckojęzyczny oraz kultowy poeta żydowskiego pochodzenia:
Żyjesz obok mnie, jak ja:
niczym kamień
w zapadniętym policzku nocy.
Kochana, to usypisko
po którym my, obracając się i tocząc
my kamienie,
Od łożyska do strugi.
Coraz krąglejsi.
Bardziej podobni. Bardziej obcy.
O, oko nieprzytomne,
które wokół jak my się błąka
i nas niekiedy zdumione
w jedności ogląda.
(Paul Celan [1920-1970]: „Usypisko” (Die Halde); tłum. własne)
Na pewno los samych Ofiar był losem zbiorowym biblijnego Hioba, który jest w chrześcijaństwie uosobieniem niewinnie cierpiącego Chrystusa, niemniej w judaizmie „Hiob znaczy Hiob”, czyli odpowiada on symbolowi cierpienia i zła; zła, dodajmy, niezbadanego bezdennego, okrutnego, niby tamto rozżarzone słoneczne oko Shoah; zła przypisanego każdej jednostce ludzkiej, bądź odrzucającej ją od Boga, bądź przynaglającej do wpadnięcia w Jego ramiona, napisał w 1980 roku w przedmowie do „Księgi Hioba” (przekład: Czesław Miłosz) Ksiądz Józef Sadzik.
Na potwierdzenie powyższych słów posłużę się tutaj trzema, w jakimś sensie zatrącającymi o legendę, przykładami, a mianowicie: w samo Święto Dnia Pierwszych Owoców (naszych Zielonych Świąt) kiedy nie jest odmawiana Modlitwa za Zmarłych (kadisz), naprzeciw Starej Bóżnicy na krakowskim Kazimierzu, w samo południe usłyszeć można rozpaczliwy lament jakby żywcem pogrzebanych. Za to w oktawie Zaduszek, i znowu, w tym samym, samiuteńkim miejscu i o tej samej porze, w powietrzu zaczyna wirować zmaltretowany przymrozkiem liść, który w momencie, gdy opadnie na ziemię zamienia się w stareńką, krasnalkowej postury, kobiecinkę. Jej pomarszczona, podobna do pestki moreli twarzyczka spogląda ślepymi źrenicami; patyczkowate rączyny owijają się szczelnie, przypominającymi zetlałą ścierkę, łachmanami, natomiast z wąskiej, na kształt ust, kreseczki, wydobywa się suchy, rozpaczliwy szloch: „Znikąd pomocy, znikąd pomocy, znikąd pomocy…”
Lecz Sądne Dni także niosą ogromną, bo nie potrafiącą nikogo zawieść Nadzieję, ponieważ współczująco solidarny (ze swym wciąż wybranym Narodem) Bóg wciąż mu (Ludowi) okazuje swoje rozjaśnione i jaśniejące Oblicze, jak to uczynił piszącej niniejsze słowa 5 października 2003 roku w samo Święto Jom Kippur.
A zaczęło się bardzo prozaicznie: po bezskutecznym ratowaniu „przeplombowanego zęba, cierpiąca, pomimo Świętej Niedzieli, udałam się do dentysty na ul. Augustiańską.
Wysiadłszy z busa na Starowiślnej, przejść musiałam przez Kazimierz. Szłam tak pustymi ulicami, między jednym a drugim deszczem, bezwiednie ewokując ironię zdarzeń, gdy obserwowałam krzątających się wokół swoich, przeważnie z chińską tandetą, sklepików nader zapobiegliwych i równocześnie z siebie niezadowolonych goimów!
I wtedy niespodziewanie na zupełnie pustej ulicy spotkałam Rebe. Szedł naprzeciw mnie – niczym wyrosły spod ziemi – wysoki i smukły, około trzydziestoletni, wyjątkowej urody Pan, nader wytworny w tym swoim czarnym, z najprzedniejszego materiału uszytym palcie; wokół szyi zamotany śnieżnie biały jedwabny szal, zaś w lewej ręce – rzecz wyjątkowo charakterystyczna – trzymał nie księgę, ale ZWÓJ.
Choć początkowo w majestatycznym Przechodniu dopatrzyłam się turystycznego pątnika, to momentalnie pomyślałam sobie też o Nim jako personifikacji zapowiedzi Proroka Izajasza: Duch Pański spoczywa na mnie / ponieważ mnie namaścił i posłał mnie, / abym ubogim niósł Dobrą Nowinę, / więźniom głosił wolność, / a niewidomym przejrzenie; (…) abym obwoływał rok łaski od Pana.
Wówczas spotkały się nasze oczy. Natomiast kiedy ON prześwietlił do głębi moje jestestwo swymi świetlanie szarobłękitnymi źrenicami i jednocześnie prawą (szczupłą i delikatną) dłonią lekko uniósł rondo swojego cylindra w geście pełnego szacunku, pozdrowienia, znieruchomiałam. Myśl pierwsza: pomylił z którąś ze swych znajomych; myśl druga – TO przecież ON: PAN MÓJ I BÓG, Tożsamy oraz solidarny z WYBRANYM przez Siebie NARODEM, który Go nie przyjął. Mimo to wpierw należy Mu się najpiękniej odkłonić!
Nie odkłoniłam (właściwie powinnam była upaść przed Nim na kolana) gdyż pusta i mokra ulica odpowiedziała mi tylko echem mych własnych kroków. Nikt mnie nie mijał, nie nadchodził, nie przeszedł ani nie przechodził.
W domu spojrzawszy na Oblicze Człowieka z Całunu Turyńskiego, upewniłam się KOGO podczas Dnia Pojednania spotkałam w prastarej żydowskiej dzielnicy azimierz królewskiego Miasta Krakowa. I znowu przypomniały mi się już nie tyle słowa Micheasza, co słowa Jana Pawła II, wypowiedziane jesienią 1980 roku w Moguncji podczas papieskiej pielgrzymki do Republiki Federalnej Niemiec: „Kto spotyka Jezusa Chrystusa, spotyka judaizm”: Szema Israel, Adonaj Elochenu, Adonaj Ehad!