Lidia Sałabun jest geografem, nauczycielem przyrody. Pisze różnorodne wiersze: refleksyjne, edukacyjne, zabawne. Tematem jej utworów są często ludzie, miejsca, zdarzenia i zwyczaje związane z Ziemią Wielicką, gdzie się urodziła, mieszka i pracuje.

Lidia Sałabun: „Światłem malowane”

Z cyklu: Obrazy duszy

Autorefleksja

Połowę mam wieku i wciąż jestem wolna
Od mód, SMS-ów, mail-i i kompleksów.
Podziwiam wciąż piękno mądrości człowieka,
Nieczułam na blaski ślepiących refleksów.

Kolorowy motyl przylatuje do mnie,
Choć go nie widziałam nawet w kwiecie wieku.
Ogłuchła na wrzaski współczesnego świata,
Coraz więcej widzę człowieka w człowieku.

Szary świergot wróbla operą się staje,
A kwiat najpiękniejszy znajduję na łące.
Zachwycam się ciszą, co o zmierzchu śpiewa,
Nawet mała gwiazda świeci mi jak słońce.

Przylaszczki wciąż szukam w krzyszkowickim lesie,
Pisali, że była i gdzieś tam się kryje.
Zabolał mnie rondel dziurawy pod dębem,
Choć jej nie spotkałam, wciąż nadzieją żyję.

Cisza

Kocham tę ciszę, co w wieczornej porze
Niebo i ziemię ze sobą zespala.
Tę, która słońce usypia cichutko,
Na firmamencie gwiazd milion zapala.

Lubię tę ciszę, która budzi słońce,
A ono grzecznie, lecz zrazu nieśmiało,
Na horyzoncie czai się niepewne.
Czego chcieć mogą? Po co go wzywają?

Lękam się ciszy – tej, która przed burzą
Do gniazd zagania zbłąkane pisklęta,
A człowiekowi wciąż robi nadzieję,
Lecz on nie wierzy. Zbyt dobrze pamięta.

Boję się ciszy, która dzwoni w uszach,
Gdy sen odchodzi w nocy i nie wraca.
Tej, która ciasnym pierścieniem zamyka,
Przenika duszę i ciało otacza.

Dwa w jednym

W szufladzie niepamięci odnalazłam młodość.
Schowała się tam kiedyś – na samym dnie życia.
Nie jest pokryta kurzem, nie wstydzi się ludzi,
Dziś już wielkich tajemnic nie ma do ukrycia.

Wszystko wróciło znowu i jest tak jak było.
Podwójnie teraz żyję: chwilą i wspomnieniem,
Łączę młodą naiwność z doświadczeniem życia,
Cieszy mnie dawna radość, smuci chwil trwonienie.

Lecz w lustrze tym nie widzę dawnych życia sensów,
Co było samym pięknem, dziś niepokój budzi.
Inne ja miałam, kiedyś o świecie pojęcie:
Przedtem bałam się wilków, dziś boję się ludzi.

Później, kiedyś, potem

Jeszcze tylko posprzątamy pokój,
Jeszcze jeden dywan wytrzepiemy
I będziemy rozmawiać z człowiekiem,
W jego trudnych sprawach pomożemy.

A na pewno, kiedy przyjdzie jesień,
Albo kiedy już nastanie zima,
To najbliższych odwiedzimy krewnych
I ze synem pójdziemy do kina.

Lecz ta pora też nie dość stosowna,
Bo dzień krótki i mróz tęgi trzyma.
Palić w piecu trzeba przez dzień cały
I jak zwykle, znowu czasu nie ma.

Wszak jesienią sad trzeba pograbić
I zakupy zrobić przed świętami.
Więc na razie żyjmy tak jak dotąd:
My tu sami, a oni tam sami.

A tych, co mieszkają najbliżej, za płotem,
Kiedy odwiedzimy?
Potem, potem, potem….

A jeśli kiedy

A jeśli kiedy zastanie nas jesień,
To płakać będzie nad szarugą życia.
A wichry nocy wyrwą nasze serce,
Zatrzasną furtkę ogrodu zdobycia.

Miłość się zwęgli na pogorzelisku
Naszych dokonań, zamiarów niechęci.
A zapach dymu snuć się będzie wszędzie
I dławić oddech przeszłością pamięci.

A jeśli kiedy zastanie nas zima,
Do snu ukoi zanim noc się stanie.
Lecz co ogrzeje wtedy naszą duszę?
Kto przygotuje na ziemskie rozstanie?

I tylko wiosny nie będzie już nigdy,
Co swoim pięknem wabiła nas mile,
Radością życia i wolnością świata.
I nie ostrzegła, że przyszła na chwilę.

Zaprowadziła nas prosto do lata,
Żeby owoce zbierać naiwności.
I mieć nadzieję, że jeszcze się zdarzy,
Bo cień był krótki życia w pełnej krasie.

Ale gdzie miały płonąć ogniska miłości,
Skoro brak było świętości ołtarzy?

Bezdroża życia

Ciągle w życiu nam czegoś brakuje,
A najbardziej boli nas brak sensu,
Więc łapiemy, tak na chybił trafił,
Jak najwięcej, najczęściej nonsensów.

I błąkamy się po drogach życia,
Żeby nowych poszukiwać celów,
Potykając się o każdy kamień.
Na bezdrożach jest nas wciąż zbyt wielu.

By nie błądzić więcej po manowcach
Według planu, który nic nie znaczy,
Spróbuj kroczyć swoim życia szlakiem,
Co każdemu Bóg dawno wyznaczył.

Piękno i mądrość

Wszędzie tam gdzie piękno z mądrością się brata,
Gdzie płonie wieczny ogień w ołtarzu miłości,
Jest nadzieja, że człowiek podejmie wyzwanie:
Ratowania nie siebie, lecz siebie dla świata.

Naucz nas Panie

Naucz nas Panie kochać to, co mamy,
Cieszyć się chwilą myśląc o wieczności.
Naucz nas patrzeć w głębię ludzkiej duszy,
By dojrzeć promyk niebiańskiej światłości.

Naucz nas Panie radością się dzielić,
Oswajać smutek nim w rozpacz się zmieni,
Dostrzegać co dnia same blaski życia,
Jak najmniej widzieć codzienności cieni.

Na zapas

Chcemy uchwycić stubarwne motyle,
By karmić duszę skąpaną w szarości.
Chcemy zatrzymać uniesienia chwile,
Żeby nas grzały w czas chłodnej starości.

Chcemy upajać się wonnym nektarem,
Kwiatów, co kwitną na bezkresach życia.
Tak wiele trzeba piękna i miłości,
Tak wiele jeszcze mamy do zdobycia.

Przestroga

Kiedy miłość Cię spali od środka,
A cierpienie zaorze Ci czoło,
Kiedy złości zacisną Twe pięści,
Gorycz ziarno siać będzie wokoło.

Wtedy życie zapłacze Ci gorzko,
Nad ugorem Twojej codzienności
I żałobne zakwitną w niej kwiaty.
W tym pejzażu nie będzie świętości.

Chociaż szukać jej będziesz na drogach,
Gdzie chadzała wraz z Tobą pod rękę,
Na wybojach własnej nienawiści,
Znajdziesz rozpacz i ból, i udrękę.

Zleciało nam życie

Zleciało nam życie na łeb na szyje,
Lata górne dziś leżą na dole.
Ciężar zmartwień, bogactwo cierpienia
Wycisnęło nam zmarszczki na czole.

Gorycz wlało na samo dno duszy,
Która pali, jak piołun po nocy.
Smutek zasnuł na przyszłość widoki,
Starość śladem naszym pewnie kroczy.

Cykl: „Oblicza miasta”

Dwa oblicza miasta

Moje miasto ufnie wtulone w ziemię,
Przykryte mgieł kołdrą wczesnoporanną,
Oddycha ciszą uśpionych zaułków
I jeszcze drzemie ostatnią latarnią.

Moje miasto żyje w rytmie serca,
Które bije w krainie Skarbnika,
Tam, gdzie ciemność panuje odwieczna,
Promień słońca nigdy nie przenika.

Tam jest jego piękno, które co dnia
Tłum turystów na nowo odkrywa:
Tajemnice kopalnianych komór,
Kaplic, legend – świat cały podziwia.

Ono z soli tej ziemi wyrosło,
W niej jest dzieło rąk ludzkich schowane.
Moje miasto tak, jak żadne inne,
Moje miasto – jest zaczarowane.

A gdy słońce na niebie zachodzi,
Tłum turystów sprzed kopalni znika,
Zieje dymem ognisk plastikowych,
Smrodem śmieci z Baryczy przenika.

Kościółek Świętego Sebastiana

Przykucnął na progu miasta, jak sędziwy starzec
Zmęczony biegiem dziejów, co dźwiga na grzbiecie.
Świadek minionych epok, dramatów, nadziei,
Wzdycha mądrością życia:„Dokąd pędzisz świecie?”

I chce nam to przekazać, co w życiu najpierwsze.
Boga, ludzi i czasy w ciszy opowiada.
Tu wiarę znajdziesz łatwiej, niż w bazylik blasku,
Bo Bóg szepty modlitwy nad larum przedkłada.

Dzieje przodków przybliży i ufnością darzy,
Chłodem drzew przykościelnych zapał myśli studzi.
Siedzi przy bocznej drodze, na zboczu, pod niebem,
Choć ukrył się przed światem, wciąż czeka na ludzi.

Legenda o Świętej Kindze

Przed wiekiem to było, tak gminna wieść niesie,
Gdy naszej ojczyzny nie było na świecie,
A jedynie w sercach Polaków i duszy.

Pewien biedny górnik,
Co na dziennej szychcie bałwan soli kruszył,
Codziennie się modlił pod ziemią, na dole.
Wiele trosk było widać na strapionym czole.
Dla siebie prosił o chleb i zdrowia wrócenie,
Dla Polski o wolność i wiary wskrzeszenie.
Aż razu jednego w wielickich podziemiach
Ujrzał dziwną postać w kopalnianych cieniach.

Ta Wielicka Pani tak mu powiedziała,
Że nasza ojczyzna Wodza będzie miała.
Będzie to nasz polski Apostoł miłości,
Co ją poprowadzi do wielkiego dzieła:
Powrotu do Boga oraz do wolności.

Gdy przed kilku laty
Nasz Papież wynosił Kingę na ołtarze,
Za to, że żyła skromnie, w miłości, w pokorze.
Rodzina górnika wówczas przypomniała,
Co Wielicka Księżna, ich rodu dziadowi,
Niegdyś przekazała.

Popołudnie ze Straussem

Latem, kiedy się słońce wysoko przechadza
Nad ulicami miasta, w czas niedzielnej sjesty,
Mury Zamku Żupnego bierze we władanie
Jerzy, pierwszy kapelmistrz Straussowskiej Orkiestry.

Kiedy gra Obligato, to cesarz Franciszek,
Chociaż sam dawno śpiewa już w anielskim chórze,
Pozazdrościć nam może tej poezji grania,
O jakiej nie marzono na wiedeńskim dworze.

Ożywiają się nagle błyskiem słońca w oknach,
Zadumane i ciche zazwyczaj poddasza
I całą szerokością otwartych okiennic
Uśmiechają się do nas, słuchając czardasza.

Prędkie jak zwykle kroki Polki Pizzicato,
Przebiegają skocznie zamkowe podcienia,
Dunaj szeroką falą dziedzińcami płynie
I szarości zaułków w błękit wody zmienia.

Aksamitem się ścielą operowe arie,
Śmiechem Wesoła wdówka zaraża każdego,
Upiór znika przed Faustem ze Strasznego dworu
Na dźwięk Odgłosów wiosny Marsza Radetzkyego.

Baron Cygański marszem po scenie przemierza,
Polka węgierska z czeską za nim galopują.
Aż tak zmartwieni nie jesteśmy, kiedy Grzmoty,
Bo błyskawice Muzykę sfer nam zwiastują.

Nie ma tylko, natenczas, ani trochę taktu,
Poważny zwykle zegar na kościelnej wieży.
Zazdrości muzykantom wirtuozerii grania,
Co kwadrans głośno bije, czas za szybko mierzy.

Siuda Baba

Opowiem wam dzisiaj o pradawnych dziejach,
A było to w czasach Piasta Kołodzieja.
Ach jakież tu były wtedy piękne gaje,
W których rosły stare graby, szumiały ruczaje.

W takim właśnie gaju na Górnej Lednicy
Płonął wieczny ogień bogini dziewicy,
Co Ledą ją zwali wszyscy dookoła,
Modlili się do niej i chylili czoła.

Przed jej wizerunkiem w pogańskim ołtarzu,
Ognia strzegła wieszczka, by nie zgasł ni razu.
Na roczną tu służbę została oddana,
Ale tak naprawdę podstępnie schwytana,

Przez swą poprzedniczkę, co z samego rana,
W pierwszy dzień wiosenny przyszła osmolona.
Czarną miała głowę, nogi i ramiona.
Którą młodą pannę pierwszą naznaczała,
Ta chramu bogini odtąd pilnowała.

Zwyczaj Siudej Baby, bo o nim tu mowa,
Przetrwał wszystkie czasy i żyje od nowa.
Przebrany w Wielkanoc w niewieścine szaty,
Biega po Wieliczce mężczyzna żonaty.

Z domu wziął różaniec, pejcz i dwie spódnice,
Chciałby on w niewolę też iść na Lednicę,
Bo tam jest zazwyczaj, przecież cisza głucha,
A w domu kobieta skrzeczy mu do ucha.

A kiedy wśród modłów, przez bóstwo
Zostanie przyjęta też jego obiata,
Weźmie pewnie udział w wyborach Miss Świata.

Cykl „Portrety pamięci”

Rodzinna fotografia

 

Dziś strzępy rodzinnej fotografii
Wlecze podmuch dziurawej pamięci,
Więcej można było uratować
Lecz byliśmy najczęściej – zajęci.

Trudno obraz przeszłości odtworzyć,
Poukładać w nim ludzi, ich losy,
Wiele faktów z ich życia brakuje,
Pozostały po nich nieme głosy.

Kiedy żyli chcieli opowiadać
Lecz byliśmy jak zwykle – zajęci.
Dziś już nikt nam czasu nie zabierze,
Nikt nam swego czasu nie poświęci.

Abonent czasowo niedostępny

Pamięci mojej siostry Jadzi

Odeszłaś poza strefę ziemskiego zasięgu,
Zabrałaś z sobą wiedzę naszej codzienności.
Co zrobię, kiedy przepis na ogórki zgubię?
Znasz nawet tajemnicę drogi do wieczności.

Wystarczyło zadzwonić, chętnie się dzieliłaś
Światem, który dla Ciebie był zawsze odświętny.
Dzisiaj słyszę w słuchawce słowa wiarygodne,
Uprzejme: Abonent czasowo niedostępny.

Tym bardziej serce boli, im mocniej przyświeci
Pamięć, co błyszczy jasno, ale już z oddali.
Czy w przyszłości znajdziemy się w tej samej sieci?
Czy będziemy nadawać na tej samej fali?

Święto Wszystkich Świętych

Święto zadumy, refleksji i ciszy,
Która otacza zmarłych i po nas zostanie.
Święto pamięci o tych, co odeszli,
Przez nią są z nami. Jest ich zmartwychwstaniem.

Święto nadziei, której ciągle mało.
Ile blask świecy jej dojrzeć pomoże?
Święto umarłych. Nie nasze w tym roku.
A Wszystkich Świętych? Czy naszym być może?

Polskie cmentarze

Dziś nie znajdziesz na nich melancholii,
Ani miejsca powagi zaświatów.
Niegdyś święte miejsca naszych bliskich,
Wysypiskiem plastikowych kwiatów.

Nad gustami niech zapadnie cisza,
Ale godność się zmarłym należy.
Komu polski zwyczaj chrześcijański
Na pogański zamienić zależy?

Na cmentarze niech powrócą drzewa
I requiem szumią jak przed laty.
Niech o zmarłych zawsze żyje pamięć,
Na ich grobach leżą żywe kwiaty.

Kamień na kamieniu

Pamięci wielickich Żydów

A gdy się los miał spełnić w te piękne dni lata,
To tłum ofiarny czekał na łąkach zbawienia.
A świat patrzył, nie wierzył w swojej bezradności,
Aż zastygł i pozostał kamieniem milczenia.

I przyjął Bóg ofiarę pod swój dach, do nieba,
I osuszył łzy płaczek, i utulił dziecię.
I uspokoił burzę na morzu już martwym,
I cicho, i głucho było odtąd wszędzie.

I trwa po dzień dzisiejszy ta milczenia zmowa:
Nie ma nagrobnych macew, ni ulic imienia.
Bo jak składać na grobach kamienie pamięci
O dniach śmierci miłości i śmierci sumienia.

Pamięci Księdza Rafała

To już tyle lat jak Ciebie nie ma.
Zostawiłeś nas tutaj na świecie,
Sam poszedłeś przed oblicze Boga,
Po nagrodę za dziesięciolecie.

Żyłeś z nami przez całą dekadę.
Ludzi, wiarę i ich czyny znałeś.
Chociaż trudno bywało zapewne,
Nigdy tego nie okazywałeś.

Jak Ty pięknie umiałeś się cieszyć
Ze spotkania człowieka na drodze.
I spraw tyle umiałeś załatwić,
I skłóconych ze sobą pogodzić.

Nie pytałeś, kto, w którym kościele
Hołd i modły do Boga zanosi.
Pomagałeś innym nawet w sprawach,
Co do których nie śmieliby prosić.

Tak uroczo umiałeś się spierać,
O początek kolejnego wieku
I znienacka, niby mimochodem,
Tyle wiary wzbudzałeś w człowieku.

Chociaż mocno stąpałeś po ziemi,
Żyłeś zawsze między nią, a niebem.
Potrafiłeś z innymi się dzielić
Swoją wiarą, talentem i chlebem.

Zawsze miły, serdeczny, życzliwy,
Wszyscy braćmi zawsze Tobie byli.
Nikt nie wierzył, że nas pozostawisz,
Każdy ufał, do ostatniej chwili.

Zostawiłeś nas tu pełen wiary,
Że zdołamy bez Ciebie nie błądzić,
Bo myślałeś, że my potrafimy
Iść Twym śladem i jeszcze nadążyć.

Kto zatroszczy się o wodę w kranie
I w problemach tak wielu zadziała?
Kto zaśpiewa tak pięknie Te Deum
Na procesji w dzień Bożego Ciała?

Kto opowie drugiego człowieka,
Pięknym słowem przepojonym treścią?
I kto Bogu podziękuje za nas
Swą modlitwą i czynem, i pieśnią?

Za Twe słowa, czyny, dobre serce
Niechaj Pan Bóg nagrodzi Cię w niebie.
My z pokorą podziękujmy Jemu,
Że mieliśmy szczęście poznać Ciebie.

W piątą rocznicę śmierci Księdza Rafała

Sierpień to nie był dobry czas na umieranie,
Pełne światła i życia były te dni lata.
Tylko u nas, co piękne, wtedy się skończyło
I odeszło wraz z Tobą do innego świata.

Ktoś powtarzał nad trumną Twe ostatnie słowa,
Była w nich o nas troska i wiara, i droga.
Znów dawałeś nam przykład miłości do ludzi
I głębokiej Swej wiary w miłosierdzie Boga.

Słońce witało Ciebie uśmiechnięte w niebie,
A Ty nam radość życia zabrałeś ze sobą.
Pozostaliśmy tutaj ze swoimi łzami,
Tym razem nie mogliśmy cieszyć się wraz z Tobą.

Kolejne lata płyną, jak chmury po niebie,
Które wiatr pędzi. Dokąd? gdy jesień na świecie.
Ostatnie pięć, bez Ciebie. Niełatwo nam było,
Jak w czas szarug jesiennych po słonecznym lecie.

I chociaż czas powoli Twe ślady zaciera,
To pamięć oraz serce ciągle jeszcze boli.
Tych, co z Tobą byliśmy, wspólnego tworzenia,
Losu uczestnikami. Ona nie umiera.

Drzewa w Twoim ogrodzie z roku na rok większe,
Ścigają się, by Ciebie tam w niebie dosięgnąć.
I coraz głośniej szumią najpiękniejszą pieśnią,
Tym, co już zapomnieli lub pamiętać nie chcą.

Lecz my wciąż pamiętamy i chociaż jest ciężko,
Drogowskazem nam jesteś, do życia zachętą.
A byłeś przecież tylko zwyczajnym człowiekiem.
Dla tych, co Cię nie znali jesteś już legendą.

Świata Obywatel

Byłam kiedyś u Chopina w Żelazowej Woli,
Tam wszystko jest takie samo, jak przed dwustu laty:
Salonowe granie cicho snuje się przez okno,
Mazurkowe nuty płyną falami Utraty.

Wiatr rozwiesił na gałęziach starej wierzby gamy,
Tej, co Frycka nauczała kiedyś polskiej pieśni,
Więc gra dzisiaj polonezy, walce i preludia,
A park słucha i wtóruje, tańcem liści – pieści.

Stary dworek bluszcz otulił przed nastaniem zimy,
Żeby ciepło brzmiało scherzo w czas Bożego Święta,
Żeby wszystkim opowiadał Chopinowe dzieje,
Ten fortepian, co Go uczył i dobrze pamięta.

Chociaż klimat tego miejsca wciąż pozostał swojski,
Tak wiele jest Świata u jego kołyski,
A tak mało Polski.