Wiesław Żyznowski

JAK SZYMONIAK ZNALAZŁ SIĘ NA BRZEGACH

Jak na nieślubnego bachora, życie ustawiło go nienajgorzej, szczęściarza. Gdyby choć był przedślubnym synem panny Teresy Szymoniaczki, nie mówiąc, gdyby ona była Szymoniakówną, z „ównami” zawsze lżej niż z „czkami”. W rubryce nomen patris – nazwisko ojca – w Liber natorum parafii w Raciechowicach sporo pustych miejsc z czasów, kiedy Franciszek przyszedł na świat. Mógł taki pobożny ojciec, jeden z drugim, zrobić dziecko, nie dać mu ani nazwiska, ani na utrzymanie, nic. Więc na takiego Frania z rui bez boju od małego surowa materia napiera zewsząd. Chodzący i mówiący wypadek mamy przy pracy, służącej całą sobą, zamiast tylko rękami, w Krzyworzece, dokąd przyszła. Nawet po pijanemu nie tyka ojca anonima. Widział go kiedyś, ale mu się nie przedstawił – zawstydzony jak przed jakimś biskupem. U bogatych gospodarzy bywają służące, służący zaś tylko u prawdziwych państwa, pewnie dlatego jako ośmiolatek, został parobkiem przy koniach u Kałuży w Kokotowie, później u Skocza. Gdyby mama nie oddaliła go od siebie zawczasu, nie udałoby się jej wyjść za mąż w innej wsi, jako niemal bezdzietnej, a Franciszek nie miałby brata przyrodniego Zygmunta Pajora i rodziny w Wieliczce. A jak robota przy koniach, to i jeżdżenie do sąsiednich wiosek, szersza perspektywa, Brzegi, a tam na Małej Grobli partia, że hej – Rozalia z domu Szewczyk, sierota, bo sierota, ale tylko po rodzicach, niezupełnie bez rodziny, z wielowiekowymi brzeżańskimi korzeniami, z odzyskowym drzewem na dom i niecałym pół morgiem pola. Ślepemu kogutowi ziarno, panna zdrowa, o średniej kości i grubym włosie, jej wąskie usta, często zaciśnięte w dół w podkówkę wskazują na smutek z powodu przeciwności, które ją przerastają, ale i na chęć ich przezwyciężania. Od młodości rusza się w miarę wolno, za to nieustająco. Jedenaścioro dzieci urodziła mu jak najęta i tylko bałwan pomyśli, że było ich „jak u świni prosiąt”. Wystarczy zapytać, co myśli o tym jedenaste dziecko.

Rozalia Szymoniak. O czym świadczy kolczyk w jednym uchu? Czy przewidywano zdjęcie tylko z prawym uchem, a może to taki komplet ze spinką we włosach? Fotografia w posiadaniu Stanisława Kusia.

Pierwszemu Franusiowi zmarło się zaraz, lecz resztą dziatwy dziś można już dużo wyrobić – wszyscy będą żyli, jak będą mogli: jedna córka zginie niepotrzebnie jeszcze za panny, syna zamordują dla paru flaszek wódki, troje umrze w wieku średnim, a pięcioro dożyje wczesnej bądź późnej starości. Dwoje z nich wykroczy nieco poza granice wspólnego świata. Ludzie gadają, że Rózalcia poszła za parobka, po prawdzie jest on dla niej może bardziej wyrobnikiem, niż mężem – w końcu ona umie czytać i pisać. Nie wspominamy juz o tym jak dziećmi zgnębiona i jak stargane ma nerwy.

Wszyscy przezywają go Dalbo, bo mówi tak zamiast „albo”. W czasie opowiadania ma 47 lat. Szczupła, żwawa sylwetka wskazuje na 15 lat mniej, poorana po wiejsku, wąska, trójkątna twarz – na 10 więcej. Zima czy lato z daleka poznać go po kufajce – przydającej mu wiejskiej urzędowości – i gumiakach, wzuwanych na onuce, które co rano bierze ze stosika przy łóżku. W niedzielne poranki, dla odświętności, kalosze pastuje na czarno, a po całym dniu, jak popije, zdarza mu się w nich zasnąć.

Franciszek Szymoniak. Tu jeszcze jako reprezentant ponadczasowego typu mieszkańca wsi – takie zdjęcie równie dobrze mogłoby powstać pod koniec XIX wieku. Fotografia w posiadaniu Stanisława Kusia.

Franciszek jest strażnikiem wałowym, inaczej po prostu klapowym: robi porządek na wałach i troszczy się o masywne, żeliwne klapy odcinające wodę z dopływów. O robotę w melioracji wystarał mu się niejaki Siwek, swoisty anioł stróż rodziny Szymoniaków, urzędnik, a zarazem, co dziwne, świadek Jehowy, wtedy jeszcze chyba Badacz Pisma Świętego – być może w Brzegach próbował tak zdobyć nadwiślański przyczółek nowej wiary. Franciszek nie mówi do niego inaczej niż „mój Siwku”, wie bowiem, że nie zasłużył na taką pracę, jako że nie umie mówić pełnymi zdaniami i pobory musi kwitować krzyżykiem. Mimo zaliczania się do wyższej sfery już coś tam regularnie podpisujących, przez całe życie nie nauczył się bazgrolenia swego nazwiska. Dla tego jednego słówka nie kalkulowało mu się uczyć liter, bo co on by naczytał i z czego? Chyba tylko z tego starego elementarza w chałupie, przerabianego już przez nie wiadomo które dziecko. Co innego wyuczyć się obrazków na kartach do gry albo ulic w Krakowie – z tego jest ciągły pożytek.

Włosa na czworo nie dzieli, za to dropsa dla małych dzieci owszem. Ale jak tylko nie śpi, to nie klapnie spokojnie, bo robota go nie odstępuje, wszystko wokół niego jest niedokończone, a on chwyta się tego, co popadnie: w zimie z faszyny wyplata kosze, kuferki, wiotkie ekrany na płotki, przegródki do stodół. Taka wsiowa zapchajdziura, ale nie powsinoga, to co innego.

Opowiadanie pochodzi z książki Brzegi i Grabie pod Niepołomicami. Historia, zwyczaje, pisarstwo, dzieje jednej rodziny, Siercza 2007.

Franciszek Szymoniak w starszym wieku, pogodny. Zamiast marynarki ma na sobie uniform, który zapewne leży na nim lepiej i wskazuje na pewną służbistość, która pozostaje w człowieku na całe życie. Fotografia w posiadaniu rodziny Talagów.
Zaświadczenie dotyczące rodziny Szymoniaków wstawione dnia 9.01.1940 roku w urzędzie parafialnym w Grabiu przez księdza Józefa Ludkowskiego. Jedyne, jakie zachowało się do końca w domu rodzinnym. Widać uwzględnia on tylko żyjących − nie ma na nim Franciszka, pierwszego syna, który zmarł. Dokument w posiadaniu Wiesława Żyznowskiego.