Wiesław Żyznowski

DZIEŃ W RODZINIE. BRZEGI, 27 MAJA 1939 ROKU


O tym czasie chłód z pola przełamuje duchotę w izbie po piątej rano, akurat na samo wstawanie wgryza się w ciepełko ze spania na kupie. Franciszek wraz ze swoim najstarszym, Staszkiem, wyszli właśnie z chałupy. Idą bez słowa do roboty, na ramionach niosąc kosy, a nogami i biodrami obijając to, co mają po kieszeniach: suche placki ziemniaczane owinięte w papier – już z dwa tygodnie ten sam, po jednym jajku na twardo w skorupce, zakorkowaną butelkę z bawarką[1] i rzeczy do koszenia. Za dwie, trzy godziny zgłodnieją na dobre. Duch w nich po sobotniemu wesoły i po majowemu rześki, robota im śmignie, zwłaszcza że w nocy popadało, trawa długo będzie mokra, a taką kosi się najlepiej. Z należnego Franciszkowi na sezon skoszenia czterech setek[2] z wałów na dopływach Wisły dziś idą na pierwszą.
– Czemuś kosy nie wyklepoł? – ojciec, idąc z tyłu za Staszkiem, patrzy na kosę, którą ten niesie na ramieniu po przeciwnej stronie, tak, żeby się nie pocięli. Osiemnastoletni Staszek zwany Wteniem, jak to chłopak chodzący samopas, dorósł i zmężniał szybko, ale dojrzewał i odrywał się od cycka matki będzie przez całe życie.
– Chybom klepoł.
– Jaktoś klepoł? Przecie nie klepona – ojciec nie złości się, ale z czego jak czego, z sieczenia słynie na dwie wsie i kilka przysiółków.
– No, nie pamietom, jeszcze wyklepie, dzisioj przecie nie taka robota. Mosz babke?
– Pewno, że mom – Franciszek, nawet gdyby nie kochał kosy aż tak, miałby do niej wszystko przy sobie, jak to gospodarz: osełkę do ostrzenia w drewnianym kuboku na haczyku za paskiem, zamoczoną w wodzie, żeby się lepiej ostrzyło, a dźwięk głucho oddawał. W kieszeni waciaków czworograniastą babkę, kutą z metalu twardszego niż kosa – do metalicznego klepania w polu, nabitą na drewniany walec z metalowym szpicem do wbijania w ziemię i młotek, choć taka robota to jednak nie to samo, co przy domu, na pieńku. Łagodnie wygięte kosiska z półokrągłymi rączkami, wszystko z lekkiego drewna, najlepiej akacjowego, robi sam. Kos nie wyrzuca, aż przy piętce nie zedrą się do grubości szpica.
– Gdzie dzisioj zaczynomy? – im bliżej kośby, tym autorytet ojca większy.
– Od brzyska, koło czornej klapy.
Czarnej, znaczy świeżo malowanej. Idąc łąką płaską jak naleśnik, widać z daleka, gdzie to jest. Nie odwracają się na malejącą kupkę domów Brzegowych, przysłaniających wały Wisły płynącej z tyłu, za wsią. Horyzont ograniczają im z prawej strony wały dopływów Wisły tnące pola, a na wprost przymglona tasiemka kolei, za którą już wsie mniej zacofane. Stamtąd Franciszek tu przyszedł, ale przez prawie 20 lat, jak tędy chodzi, wspomniał sobie stare czasy może kilka razy, głównie bicie po łbie i pierwszą jazdę na koniu. Woli robić, ale czasem coś pomyśli: „Godają, że wojna… Gorzej nie bedzie… Dołeś Panie Boże dzień, dejże i noc”. Pustą przestrzeń pól syci późny maj, rześki, spokojny, ufny.
W szczerym polu nikt ich niczym nie poczęstuje, pociecha tylko, że sobota nie robota, później nogi same zaprowadzą Franciszka pod sklep u Sroki. Często poleguje on tam sobie na boku, na pagórku w trawie, z nogą na nodze, z głową podpartą łokciem, i czeka, żeby mu kto co postawił, a jak ma coś w pularysku, to się i dołoży.
Tymczasem w domu ruch jak w ulu, wszyscy już wstali i jeszcze tylko najmłodsza Antosia fika po łóżkach, bo jest Fikusiem. Trzylatka ma dużą brodawkę pod nosem i nogi wygięte jak bieguny – można by między nie wjechać. Drugą z kolei, pięcioletnią Krysię, ktoś nazwał Druszlakiem, bo tak okrągłe ma pucki – szczere i ładne przy uśmiechu uwypuklającym kości policzkowe. Później to ona, największa zauszniczka mamy, wkradnie się w jej łaski na tyle, że dostanie ćwiartkę ogrodu na pobudowanie się. Starsze dzieci mają dziś wolne od miejscowej, pożal się Boże, szkoły, bo jutro i pojutrze Zielone Świątki. Dużą izbę mama przywiera zaraz po wstaniu, śniadanie jedzą w małej, każde na swój sposób: chodząc, stojąc czy siedząc krajem na którymś z dwóch pyrciów[3] tak, żeby po nich nie chodzić, bo chłopaki śpiące w rogu pod oknem w trójkę, Staszek, Władek i Kazek, złoszczą się. Dzisiaj jest chlebuś omaszczony słoninką z cebulą, pokropiony słoną wodą z soli kamiennej, gotowanej przez mamę w garnku – warzonka będzie dopiero po wojnie – po trzy pajdy dla chłopców i dwie dla dziewcząt, do tego cieniutka kawa zbożowa lub rozwodnione mleko, co kto chce. Bez wydzielania przez mamę Rozalię nic by nie było i nikt nie doszedłby końca z wiecznie niedojedzonymi dziećmi.
Jest, czy nie ma szkoły, po śniadaniu trzeba zabierać się do roboty, tylko Antosia na razie nie ma obowiązków, bo już Krysia musi pilnować małej, nie mówiąc o siedmioletniej Hani, zwanej Pulką. Właśnie zabrała się za dojenie Maliny – czerwonej krówki – jedynej, jaką mają. Robi to od czasu, kiedy jeszcze cała mogła wpaść do tego wiadereczka pod krówką, będzie to robić, aż przestanie widzieć wiadereczko i nie pomogą najgrubsze okulary, tak ciężkie, że przytrzymywane dookoła głowy gumką od majtek.
Swoje mleko Szymoniakowie mają dla siebie, dla obcych mają inne. Jest okazja do zarobku dla takich jak oni, licznych w rodzinie i biednych, bo bogatym gospodarzom nawet ze swoim mlekiem nie chce się ruszać do paniuś z miasta. W domu z podziału pracy na dziś wynika akurat, że trzynastoletnia Emilia, miła Mila, jako średnie dziecko, pójdzie za mlekiem do Wyciąży, za Wisłę. Przeprawi się przez nią tam i z powrotem łodzią przepełnioną do poziomu opłacalnego dla przewoźnika, może uda się jej za pięć groszy. Mleko przytargane w sześciolitrowej bańce powędruje do Krakowa wraz z dwoma wcześniej przygotowanymi dwunastolitrowymi bańkami. W sumie dwadzieścia cztery litry na plecach i żeby się nie nudziło, sześć w ręce. Wcześniej mleko nosiła głównie matka, a ostatnio najstarsza Marysia. Majkę młodsze rodzeństwo docenia po swojemu: – Aleś jest Uryn – przezywają ją pieszczotliwie, a ona, ich druga matka, tylko się uśmiecha. Jej stałymi odbiorcami są żydowskie paniusie z ulicy Estery w Krakowie. Stać je na mleko, bo ich mężowie też często handlują, i to czymś droższym. Opowiada czasem po powrocie młodszym siostrzyczkom, co tam widziała, w tym oddalonym o czternaście kilometrów mieście – marzeniu ich wszystkich.
Czternastoletnia Hela wymknęła się bez śniadania. Ucieczkę z domu ma we krwi, zje u sąsiadów na Szczurowie, u których bawi dzieci i pomaga przy kuchni. Nierozłącznych Władka i Kazka mama puszcza dziś do pasienia z ośmioletnią Józią. Dla małej ma to zaletę i wadę. Dwunastoletni Zdyb i rok młodszy Słup są już bardzo silni i sto wiejskich krów nie robi na nich wrażenia. Problem w tym, że będą więcej gadać, niż myśleć o robocie, i wszystko spadnie na jej głowę. Szymoniakowie, przywilejem najbiedniejszych, pasą na polach gminnych – dla całej wsi – wygoda to powszechna, a dochód dla Rozalii.
– Chłopoki, chodźcież już, trza pędzić! – Józia wypada z sieni, nie oglądając się. Leci tak, jak stała, na bosaka i w sukience, całe szczęście, że robi się ciepło.
– Idziemy, idziemy.
Kazek się zawieruszył, Władka widać w sieni, znaczy – nic nie despecą, bo do tego zawsze trzeba ich dwóch. Przyszłość stoi przed nimi otworem i nie mogą wiedzieć, że wzajemne przywiązanie nie pozwoli jednemu z nich pogodzić się z przedwczesną śmiercią drugiego.
Nie minęli jeszcze płotka z wikliny, sięgającego ramion Józi, i już krzyczą:
– Wygoniać, wygoniać! – to do Jeleni, sąsiadów zza płotu – na pewno usłyszeli. Krowa do krowy i już wsiowi pasterze poganiają przed sobą drogą przez środek wsi wąskie i długie stado.
– Weźże zobacz, co tom u Szelągów – Kazek, który ich dogonił, rozkazuje Józi.
– Z tymi hadziajami zawsze to samo – mała buczy pod nosem. Jako zaufani, mogą zachodzić do stajni i sami spuszczać gadzinę z łańcucha, jak kogoś nie ma w domu albo mu się nie chce. Dostają za to chleb, niekiedy biały i czysty, zapakowany – jak od Jeleni, a czasem tak obleśny, z wyra jakiegoś, że nawet oni potrafią go wyrzucić. U niektórych taki brud w chałupie, że muchy wchodzą do gęby i oczy chcą wyjeść.
Nagle do zafrasowanego Kazka dolatuje z boku głośne:
– Uciekaj dziadu, bo cie rozjade! – Nosek wyjeżdża z bocznej dróżki swym wasążkiem, chłopską bryczką z wyplatanymi bokami, i pokazuje, kto tu rządzi. Dla miastowych, być może, wszyscy oni to wieśniacy, nie widzą niuansów w hierarchii, ale Kazek tylko odwraca głowę bez złości.
Do południa dzieciaki popasą dalej od wsi, na Obrytkach, za mostem, a po południu na Ugorku – tak się go komuś nazwało, choć to nadwiślańska równina. Od centrum wsi oddziela ona Hocki, osiedle kilku domów na skraju, ochrzczone tak przez nauczyciela Budnarkiewicza, który musiał się tu sporo nahockać. Miejsce to już za jedenaście lat stanie się centrum świata dla Hanusi. Dziś została w domu, ale też już tu pasa. Ciekawe, czy wtedy wybiega myślą w przyszłość i widzi siebie pasącą tutaj przez siedemdziesiąt pięć najbliższych lat, aż po drugą dekadę XXI wieku
W domu Rozalia piecze chleby. Z siedmiu bochenków sprzed dwóch tygodni zostały trzy suche piętki i jedna kromka. Maryna wczoraj była w Krakowie, toteż mama w przeddzień pieczenia musiała miszoć sama, to jest wyrobić ciasto na chleb z mąki żytniej, drożdży i zocynki, czyli gołki na kis z ciasta, które zostało z ostatniego pieczenia. Z wczoraj na dziś kisło ono na dzisce, specjalnej dzieży, przykryte dużą ścierką, żeby mu było ciepło, a dzisiaj po śniadaniu gospodyni dołożyła do niego utartych ziemniaków, podzieliła na kawałki i przełożyła do słomianek – ruszają się już w nich, czas piec.
– Hanuś, przynieś no mi z szopy tych gałązek, żeby napolić do pieczenia – Rózia zwraca się do niej dość szorstko, jak na tak przydatną córeczkę, przeczuwa bowiem, że ta podała się na Franciszka.
– Już przyniese.
Specjalne drewno z jabłoni, naznoszone zewsząd, ojciec składa zawsze w jednym miejscu w szopie.
– Nie mo kim robić – Rózia powiedziała po cichu swe powiedzonko. – Hela będzie na obiedzie, ale z tego odszczepieńca nigdy ni mo pożytku. Dobrze choć, że służy u Baranów, zawsze to troche piniendzy.
Tymczasem, przechylając się na boki, człapie do komory mieszczącej wszelakie dobro tego domu: powidła ze śliwek, mydło pamiętające pierwszą wojnę. Jako przywódca stada, mogłaby coś podjeść poza porządkiem, ale nie ma za bardzo czego, wczoraj poszła spać głodna. Zostawiła uchylone drzwi, żeby kątem oka widzieć Hanusię, właśnie kucającą z chrustem przed piecem chlebowym.
– Hanuś, pójdź tu, zrobisz mi te robote – mówi, wskazując ręką na wisadła, taki drewniany ruszt z cienkich kijków umocowanych w ścianie – Trzeba je omieść.
– Już, mamuś, tylko jeszcze roz ci przyniese.
Dziecko wypada przez drzwi wejściowe jak sprężynka.
– Tylko sie śpiesz, mom dużo roboty.
Mała tylko wróciła do izby i już słyszy:
– Lećże do Sroki, kup kajzerki na obiad.
Mama nie musi mówić, ile ich trzeba, wiadomo – 25 sztuk po 5 groszy za każdą.
– Powiedz mu, żeby dał na kartke.
Do sklepiku jest żabi krok. Hanusia lubi tam chodzić, tak jak lubi robić wszystko inne. Właściciel daje jej czasem kanolda – cukierka za 1 grosz, tak na przychętę dla biednych dzieci. Po jej powrocie kajzerki lądują w przetaku, wysoko na kredensie. Dzieci ich tam nie dostaną.
Fikuś bawi się z Druszlaczkiem. Właśnie wzięły się za drewniany samolocik, wystrugany przez brata Kazka – siedzą w rogu dwóch łóżek na małych kanapkach z dziurką, na klepisku, podłodze z ziemi suchej i ubitej na kamień. Bawią się w najciemniejszym kącie, żeby się nie oparzyć od pieca albo, nie daj Boże, nie dać się dziobnąć w oko kwoce wysiadującej jajka na sianie, w koszyku pod stołem. Na kupę i siku Fikuś musi już wychodzić na pole, choć jeszcze do niedawna robiła, co chciała, do swojego pyrcia, łóżeczka zbitego z trzech desek i wymoszczonego sianem zmienianym raz na tydzień.
Rózia rozpaliła już jakiś czas temu w piecu chlebowym. Przy tylu bochenkach, każdym na rękę do łokcia, jest trochę zajęcia. A tu zaraz wszyscy zlecą się na obiad jak te ćmy.
– Hanuś, idź no zajrzyj, czy sie poli w piecu, czy nie wygasło. Jak to wygodnie, że to dziecko jest zawsze pod ręką, choć trochę za małe i nie oceni, czy cegły są odpowiednio białe na ostre pieczenie.
– Mamuś, sama zajrzyj, bo jo nie wiem.
Wzdycha, ale idzie, bo musi.
– Jezu, bardzo sie napoliło, przynieś no pomietło, ino je namocz w wodzie, trza przestudzić cegły. Hanusia znów jest sprężynką.
Misterium pieczenia zaczyna się. Trzeba przynieść do sieni wyrośnięte surowe bochny, każdy ogromny – po jakieś siedem kilogramów, ze słomianek powywracać je po kolei na specjalną łopatę do chleba przyniesioną z komory, taką spadzistą, żeby chleb dobrze zsuwał się do wnętrza, z długim stylem, ponieważ otchłań pieca, stojącego w domku masywnie, jak czołg w stodole, to wraz z niszą niemal półtora metra. Na łopacie formuje się też ostatecznie każdy chlebuś, omywa letnią wodą, robi w nim dziurki i posypuje kminkiem, rzadziej makiem. Teraz jeszcze tylko pocioskiem wygarnąć popiół z paleniska, żeby chleby leżały na czystym tle, i można wkładać. Po bochnach jako ostatni do pieczenia idzie poskrobek – mały chlebek z ciasta wydrapanego na czysto z dziski, wkładany zaraz za blachę podpieraną cegłą, służącą za drzwiczki. Najszybciej brązowieją resztki ciasta, którymi, zajeżdżając palcem, zalepia się szpary drzwiczek. Dla równomiernego upieczenia chleby obraca się i przesadza z tyłu do przodu i na odwrót, samo pieczenie zabiera jakieś półtorej godziny, potem wysadza się je na ławę w sieni i ręką przemywa ponownie wodą, żeby skórka nabrała różu. Czasem na spodzie znajdzie się jakiś węgielek. Na koniec, jak już wystudzą się w sieni, bo inaczej zrobiłby się zakalec, te pachnące cuda któreś z dzieci poda mamie do komory, a ona ułoży je po swojemu na wisadłach, tak, żeby powietrze omiatało je ze wszystkich stron. I tam, za drzwiami zamkniętymi na dwudziestopięciocentymetrowy klucz, będą sobie wisiały, nie schnąc ani nie kwitnąc, aż zostaną zjedzone w ciągu dwóch najbliższych tygodni. Kto jadł ten chleb, nigdy nie zapomni jego smaku.
– Tylko nie odłam mi pientki, bo cie zleje.
Dziś Hanusia jest sama, lecz kiedy dzieci jest więcej, lubią podjadać z ciepłych chlebów, uszczerbkiem odwracając je do ściany. Nie pomaga ani lanie gałęzią, zawsze przygotowaną po to na piecu, ani to, że mama na blasze piecze im z ciasta chlebowego przesmaczne podpłomyki, czasem z fajerą przypaloną na spodzie.
Franciszek i Staszek skończyli już siec, w sobotę tak się nie chce, młody poszedł na chwilę do kolegi, a ojciec wypala właśnie skręta, którego pod sklepem zrobił sobie z gazety. Właśnie skończył mu się tytoń – kiedyś rozedmie mu on płuca i udusi go żywcem – poczeka teraz, żeby go ktoś poczęstował, we wsi jest lubiany, jak to bywa z najbiedniejszymi i przez to usłużnymi dla wszystkich.
– Dalbo, nie napiłbyś sie czego? – Franciszek gdzieś z tyłu słyszy nadchodzącego kumotra Sendorka, chrzestnego Heli. A już o mało nie zebrał się i nie poszedł do chałupy swoim skrótem między domami. Nikomu nie odmawia, a i obiad nigdzie z chałupy nie pójdzie.
– To dawoj.
– Ide po boncek, to wypijemy.
– Poczekom.
Boncek to sto gramów spirytusu i ma tę zaletę, że kosztuje złotówkę i pięć groszy, dlatego na pierwszym łatwo nie skończyć.
Do domu wrócili już Staszek z pracy, Mila z ośmioma litrami handlowego mleka – ląduje ono od razu w piwniczce, żeby wytrzymało do wtorku, bo w poniedziałek święto. Wróciła też i Józia z pasienia, podczas gdy Władek z Kazkiem zostali z krowami. Józia szybko zje obiad i pogna z powrotem, żeby i oni mogli zjeść, później wrócą do niej, bo sama nie dałaby rady zgonić wszystkich krów na wieczór. Oprócz ojca brakuje jeszcze Marysi i Heli, jedna nie wróciła z miasta, druga ze służby. Nie ma już na co czekać i mama zarządza:
– Mila, Józia, przynieście mi szybko ławe.
Przy stoliku pod oknem jada tylko ojciec, jak jest w domu. Dziś czeka na niego witojcie do odgrzania z trzeciego dnia. Czasem dzieci dziwią się, że ojciec nie ma ani jednego zęba, a on im na to powiada:
– Dzieci, dzieci, ja wszystko stłuke dzionsłami.
Mila, zwyczajem starszej młodzieży, usiadła sobie na łóżku chłopaków z miską w ręku, opierając ją na kolanie; matka, jak to matka, je w locie, kręcąc się po izbie tu i tam. Mniejsze zaś niedojadki oblepiają się dwójkami wokół swych misek postawionych na ławie, która stoi czołem w stronę drzwi otwartych do dużej izby. Żelazne miski z wydzielonymi dla Antosi, Krysi, Hani i Józi targanymi kluskami omaszczonymi śmietaną i masłem są dwie, a w każdej z nich wszystko policzone przez dziewczynki do najmniejszego skwarka.
– Ty jużeś zjadła, odejdź – Hania niespokojnie patrzy na Józię. Ta, przyzwyczajona do takich zwyczajów, przysuwa do siebie swoją aluminiową łyżkę, specjalnie znaczoną, żeby się z czyją inną nie pomyliła. Każdy tak robi, Kazek poszedł najdalej, nosząc swoją zawsze za paskiem, bo mniejsze dzieci mogłyby ją jeszcze wziąć do błota albo zrobić co innego.
Drzwi do sieni są niedomknięte i słychać, że ktoś wchodzi do domu. Po zgrzytnięciu klamki mama poznaje, że to Hela. Ta ma dopiero czternaście lat, pracuje już u obcych, sama tak chciała, w ogóle chce się wyróżniać spośród reszty, nikt jej za to nie lubi, włącznie z mamą, może tylko ojcu to obojętne. Śmieszna jest czasem, mówi po pańsku i udaje miastową, a w mieście była może z 15 razy.
– Co cie nie było tyle czasu? – mama zaczyna łagodnie, bo Hela umie odpysknąć.
– Jużem jadła, nie jestem głodna – Hela tylko rzuca okiem na miskę dzieci.
– Zjedz co.
– Nie, nie chce.
Przylgnęło do niej: Żydówka niby, że taka ładna, ale po prawdzie dlatego, że, jak Żydzi, jest inna i wyniosła. Później, po latach, nikt nie powie o niej inaczej niż prześmiewczo: Śliczna Rzepa, odkąd pewnego razu zachwyciła się w polu rzepą, że taka śliczna, jakby nie wiedziała, że „śliczne”, to może być coś w mieście.
– Pomóż mi przy chlebach – mama nie chce ustąpić Heli. Po zapachu w chałupie czuje się, że można je już wykładać.
– Dobrze, za chwile, jestem zmęczona.
– Będzie ciężka do życia… – myśli sobie mama, ponaglając na głos – Dokąd mam czekać?
Wszyscy już zjedli. Józia jeszcze przez chwilę nie musi iść do krów, bo wie, że niektóre gospodynie były ze swymi skopkami[4] na łąkach na południowym udoju krów, tych po wycieleniu. W małej izdebce rozkręca się rejwach, co prawda bez Władka i Kazka, ale oni, jeśli nie muszą, nie siedzą w izbie – jak jest ciepło, jedzą na polu. Nie ma też ojca, ale ten, jak nie ma co robić, siada spokojniutko na kamieniu przed chałupą i ćmi skręty.
Wtem Krysia i Hanusia, ciągnąc Antosię, czmychają z brzegu łóżka, na którym siedzą, pod ścianę za chadry[5] wiszące na desce przybitej u góry do ściany. One zawsze pierwsze słyszą, jak do chałupy idzie ktoś obcy. Mama nauczyła je wstydzić się tego, że chodzą obdarte.
– Pochwalony Jezus Chrystus – Kobielonka, kuma z sąsiedztwa, zaszła pogwarzyć.
– Na wieki wieków amen. Siadajże tu.
– Co to, chleb pieczesz? Przecieżżeś niedawno piekła.
– A bo już zjedli, musze upic.
Dziewczynki, które najpierw łypały tylko oczami zza ubrań, wysuwają się, bo Kobielonka bywa tu ciągle.
– Józka, do krów, a chłopaki niech przyjdą do domu, Mila, wynieście te ławke i do mycia garków, Hela, idziemy chleb układać na wisadła.
Cały dzień wszystko chodzi pod komendą Rozalii, bez niej chybaby tu zginęli.
– Hanuś, leć no pod sklep, czy tam ojca ni ma. Jak nie, zajdź do Włodarczyka, może chciał tam co kupić.
– Jak go nie bedzie?
– To go poszukaj i przyjdź zaraz.
Po jakimś czasie Kobielonka poszła sobie, Marysia, inaczej Majka lub Maryna, zdążyła już wrócić, zjadła to, na co dziś zapracowała, i ma teraz do pogadania z Helą. Mama wyskoczyła jeszcze na chwilę na bajki do Noskowej, a młodsze dzieci bawią się na polu. Robi się wieczór. Kazek z Władkiem i Józią wreszcie wracają, zmęczeni, ale nie na tyle, żeby Józia nie podśpiewywała sobie po drodze:
Zachodźże słoneczko
Skoro masz zachodzić,
Bo mnie nóżki bolą
Za krowami chodzić.
Na kolację jest smaczna kasza jaglana na suszkach z własnych śliwek, jabłek i gruszek, łupiny też się nie zmarnowały, bo jest z nich herbata. Kolację w sobotę je się wcześniej i wyjątkowo szybko, bo to wieczór kąpieli uzasadnionej minionym pracowitym tygodniem, jutrzejszym kościołem i dniem wolnym.
W ceremoniale tym najlepiej ma Fikuś, nie musi czekać, no i w cebrzyku przyniesionym z szopy, w którym siada po ramiona, woda cieplutka i czyściutka. Staszek nagrzał jej na piecu w dwóch wielkich i trzech mniejszych żeleźniokach, mama sięga po nią półlitrowym garnuszkiem, dolewa trochę octu i polewa włosy na głowie trzymanej między swoimi kolanami, później płucze całe ciało w cebrzyku, a każdej następnej dziewczynce dolewa nieco świeżej wody. Nagrzane lecą na golasa do dużej izby, pod chadry – pierzyn dorobią się po wojnie. Po kąpieli czeka je jeszcze czesanie i wyczesywanie – coś tam zawsze może się znaleźć. Im włosy gęstsze, tym rzadziej się przy nich robi, swoje mama raz na miesiąc smaruje smalcem, żeby rozczesać, następnie myje szarym mydłem. Kiedy czasem siada sobie na stołeczku, jej warkoczami szurającymi po ziemi bawią się kotki. Kazek i Władek już wstydzą się mamy, dlatego trudno powiedzieć, co tam myją i jak. Po nich zmiana wody – czas na Milę, Helę i Marysię, te trochę kucają w wodzie, ale raczej stoją, bo cebrzyk to nie wanna. Maryna idzie w izbie jako ostatnia przed mamą, bo dla ojca i Staszka jest już wystarczająco ciepło na polu – jak się tylko ściemni, umyją się w miednicy za domem, żeby ich nikt nie widział. Nie znaczy to, że chłopaki nie zdążyli już nieraz naprzyglądać się jędrnym cycuszkom i czerstwym pupom najstarszych sióstr.
– Co tam, Maryś, w mieście? – mama przy starszych dziewczynach nie asystuje już od dawna, do izby weszła tylko na chwilę.
– Ugrzałam sie, rozciepliło sie na polu.
Dziewczyna nie rozbierze się przy mamie, wstydziła się tego, jak miała 12 lat i jak jej urosło to i owo; najgorzej było z miesiączką, bo jako najstarszej nie miał jej kto wytłumaczyć.
– Co tam na gotówkach?
– Jedna nie kazała se reszty wydawać, powiedziała: „Weź se te pieńć groszy”.
– Może który panocek przyjdzie po którą z was, jak nie, to trza kawalira brać.
– Gdzie nam bedzie lepij jak tu, mamo.
Akurat Marysia już wie, że miasto jej niepisane, przecież przed miesiącem zakochała się z wzajemnością cielęcym, szczerym uczuciem w Józku Pichurze z Chobotu – pomagał on we wsi geodetom i zaszedł po coś do domu, do ojca. Wystarczyło jedno spotkanie się oczu, potem widzieli się jeszcze raz, jak znów tu był na robocie, rozmawiali jak to młodzi na wsi, nic jeszcze sobie nie powiedzieli, ale Marysia widzi już teraz całe swoje życie i Józka w nim. O miłościach nie gada się z nikim, wie tylko Hela, mama jeszcze nie podejrzewa.
– Jaki los wos spotka, dużo wos jest.
– Zobaczymy, jak to z nami bedzie. Mamuś, a co dostane na wiano?
– Może pierzyne i poduszke, no i maszyne do szycia, bedziesz krawcowo.
Córka ma szesnaście lat, szkołę skończyła już dawno, ale jeszcze w zimie tego roku chodziła do Śledziejowic uczyć się u krawcowej Michaśki Lembas. Co ją spotka w życiu? Jej to jeszcze dość obojętne, a zanim przestanie być, jej los znacznie się pogorszy, bowiem trochę dłużej niż za trzy miesiące, w pierwszym dniu wojny – słowa tego nie rozumie ona jeszcze dokładnie – jedna z przedpołudniowych bomb zrzuconych na Kraków zabije jej ukochanego Józka, jadącego właśnie na rowerze wzdłuż lotniska w Czyżynach ratować ciotkę. Co za cholera go tam pogna!
W tym samym czasie 150 metrów od chałupy Szymoniaków, za stodołą Władka Maćkowskiego, wygadanie Franciszka rośnie – alkohol rozszerza mu słownik. Nie wyliczył dobrze i trunki kulminują dziś, zamiast jutro. Pech, nie pech, w sklepie dołączył do niego i kumotra Sendorka niejaki Śledziowski. Ma on to do siebie, że stawia Franciszkowi nie wiadomo za co. Po paru bonckach i ćwiartce wódki pod sklepem tutaj pita jest trzecia ćwiartka, niby niedużo, ale Szymoniak od śniadania nic nie jadł.
– O kurwa, dzisiaj my nie siekli dużo, ja tu pójde cosik zjeść.
– Ja też już pójde do chałupy.
– Ni mosz skrenta, dołbyś mi co zakurzyć.
– Mosz, zapol se.
– Ani, kurwa, wypić, ani dobrze zjeść, bo ni mo co.
– Trza się zabrać, iść do chałupy.
Franciszek w towarzystwie raczej nie kończy niczego pierwszy, a tu nagle, dźwigając się po cichu i szukając ręką czapki w trawie, zamyka posiedzenie:
– Ide do chałupy. Jutro przyjdziemy na karty, pogramy se w zekcyka.
Macha ręką na odchodne. Karty pójdą za nim kiedyś i do wieczności – żona włoży mu je wraz z aparatem słuchowym do trumny.
Chodzące wyposażenie Brzegów, ludzki kawałek pejzażu, a tu nagle robi się jakiś zamaszysty na pół wsi. Och, gdyby co jechało, chybaby nie ustąpił z drogi, choć środka nie trzyma – zatacza się, ale z szykiem. Może i walczył w pierwszej wojnie, bo skąd szable na stryszku i opowieści o pomarańczach na drzewach albo o tym, jak grali w karty po grobowcach. A może i on potrzebuje się czasem podbudować? Zazwyczaj nijaki, a teraz, jak tylko skręcił w Paniekąt, od Mielconki wydziera się na całą gębę:
Nic ni mom, nic ni mom,
Woda mi zabrała
Ino ta dziewczyna na brzegu została.
Dalbo mnie zabijcie,
Dalbo mnie powieście,
Dalbo mnie ptaszkowie po świecie roznieście.
Od Sirowa do Sirowa
Woda leciała.
Dobra była Sirowczanka,
Że mi nie dała.

Ostatnią frazę usłyszała już i Rózia, akurat stojąc w małej izbie nago w cebrzyku i polewając się po plecach:
– O Jezus Maria, idzie, już pijony, koszula!
Zaskoczona, że ślubny już dziś koncertuje, znaczy, nie będzie zważał na to, że ona w kąpieli. A pokazanie mu się tak nie wchodzi w rachubę, nigdy nie wchodziło, tym bardziej teraz, kiedy go już do siebie nie dopuszcza, bo ileż dzieci można wynosić:
– Jeszcze się mnie nie dotknie, już cosik jest – mawia.
– Rózia, kurwa, gdzie jesteś? – jak tak woła, wiadomo, co mu w głowie.
– A w dupie, zamknij, psiakrew, bo zimno.
Chojrak się wziął gorący, nic nie zobaczy, już się zakryła, ale nadal nie jest dobrze.
– Psiakrew, pijok cholerny, że też w sobote – akurat teraz, kiedy ten jeden raz na cały tydzień jest bezbronna, a dzieci upchane za ścianą.
Oj, już jest, wsuwa się do izby, owinięty wokół klamki, oczy robią mu się niecne. Rózalcia jeszcze wilgotna, w samej koszuli na środku izby koło cebrzyka, jej stanowcza twarz ostrzejsza niż zwykle, ale teraz to tylko bardziej zachęca. Krew by zalała – od dawna mu nie daje, nie tak, jak kiedyś, na zawołanie, a w niedzielę, kiedy jest najlepsza okazja, chowa się gdzieś.
– Rózia, krucafuks, chono tu!
– Pocałuj mnie w kant dupy, skurwiasynie! Zwykły, małżeński kod czułości.
– Jużeś zachlał mordę, dejże mi spokój.
On łaps ją za rękę, ona jeden krok ku łóżku, chwyta zwinięty fartuch do drugiej ręki i chlast go w łeb, nie pomaga, jeszcze raz – też nic, odporny dziś albo ona słaba, choć wagi ma drugie tyle, co on, ten łapie ją w pasie, przyciska nogami do łóżka, siłą przekręca tyłem do siebie, niedomkniętym rozporkiem napiera na jej pośladek, chce rozchylić, co trzeba, zwalnia jej wykręconą rękę, chwyta kciukiem za sprzączkę swojego paska, wtem ona z półobrotu bije weń barkiem, on, zmącony, obsuwa się, bokiem głowy uderza w drzwi do drugiej izby, zsuwa się po nich, leży oparty o ścianę, dyszy.
– Chłopoki, dajcie go na pyrcio!
Ze Staszkiem, który doskoczył z sieni, i Marysią z drugiej izby, chwytają go za ręce i nogi i jak manekina, kładą na plecach na łóżku.
– Ruziaaa…
– Psiakrew, nie śpi… Udusze cie, skurwiasynie… – Rózia, łaps mu poduszkę spode łba, hop na niego kolanem, obu rękami mocno zatyka pysk, ten robi się fioletowy, dusi się, jęczy, grdyka goni, trzepocze kończynami jak pająk, za chwilkę chrapie jak koń, śpi.
Wreszcie wszyscy w domu. Małemu tłumkowi nie w głowie, że w całości pocieszy się sobą tylko przez pięć lat, bo tyle upłynie od narodzin Antosi do spalenia się Mili. Nikt nie myśli o tym, jak szybko rozleci się wszystko – a każdemu do końca pozostanie tylko tęsknota za spotkaniem się jeszcze kiedyś w komplecie.
Z tego wszystkiego zrobiło się już późno i czas spać. Najpierw układa się duża izba, wchodzą tam dwa łóżka wzdłuż ściany: w tym od okna Antosia zasnęła już między Krysią i Hanusią, które jeszcze coś tam plotą nad jej głową, zaś w nogach tej trójki Józia zmawia pacierz – wcześniej nie zdążyła, teraz ma spokój. Nie tak, jak tydzień temu, kiedy wujenka z Grabia spała obok nich na desce położonej na dwóch stołkach i w nocy trzeba było przechodzić przez nią do sikania w sieni, do wiadra zakrywanego pokrywką ze skórzanym uchwytem. W łóżku bliżej wejścia Hela z Milą leżą głowami do drzwi, nogami do Marysi, każda myśli o czym innym, bo one nie zasypiają już, ot tak, zwłaszcza że muchy jeszcze nie śpią – nie wszystkim dają rady porozwieszane wszędzie lepy. W kuchni jeszcze względny ruch, któryś z chłopaków leci do wygódki, im zawsze ciężko położyć się i przestać gadać – niedługo pójdą spać do stodoły i będzie spokój. Ojciec jak zasnął, tak leży, matka wsuwa się obok niego na kraj leżanki, najwęższej w domu, w końcu sypiają tylko we dwoje. Franciszek jeszcze niedawno bez przeszkód mógł kłaść się na Rózi, jak tylko słyszał, że chłopcy chrapią – teraz ona ma czterdzieści lat i stąd takie sceny jak dziś.
Żeby wyspać się w tym domu, najlepiej umordować się za dnia, inaczej chrapanie, chrząkanie, wychodzenie do sieni, a szczególnie brak powietrza jest nie do wytrzymania, jedyna zaleta, że śpi się tu o jednym czasie.

W tej opowieści szczegóły są na tyle autentyczne, na ile dokładnie zapamiętały i odtworzyły je w czasie rozmów Anna Talaga i jej młodsza siostra, Antonina Michalewicz. Nadały one ostateczny kształt wszystkim zawartym tu dialogom, minimalistycznym z natury, zgłosiły też wiele uwag i poprawek do narracji. Pomocne okazały się też rozmowy z Marią Baran, najstarszą z rodzeństwa, nagrane na video w 2000 roku. Do opisów technicznych wniósł sporo Władysław Talaga, pochodzący z Brzegów mąż Anny, który odwiedzał dom Szymoniaków jeszcze przed wojną. Pozostali współtworzący powyższy tekst, którzy znali dom i rodzinę Szymoniaków w czasach późniejszych, dla których imiona Franciszka i Rozalii są czymś więcej niż dźwiękiem, choć nie mogą pamiętać Zielonych Świątek 1939 roku w Brzegach, to: Jan Baran, Krystyna Forssander, Kazimierz Baran i Małgorzata Talaga. Magda Sarnek najdokładniej opisała samego Franciszka i odtworzyła jego piosenki. Z ksiąg parafialnych dane genealogiczne Franciszka i Rozalii wydobył Henryk Ostrowski, zgłosił także mnóstwo uwag merytorycznych do opowiadania. Halina Legutko i Paweł Biegacz ocenili sam tekst i jego narrację.
Portrety osób, opisy rzeczy, atmosferę domu przywołały z pamięci osoby wspomniane powyżej, wymyślono zaś dialogi, nadając im brzmienie jak najbliższe oryginalnemu oraz datę i układ zdarzeń, dbając o to, aby były jak najbardziej prawdopodobne. Całego materiału starczyło na zagęszczenie w jednym dniu, dziś już nie można i chyba nie miałoby sensu odtwarzać jednostajnych biegów życia Franciszka i Rozalii. Przypomnijmy, że Franciszek urodził się w 1892 roku w Krzyworzece, zmarł w 1968 roku w Brzegach; tam urodziła się w 1899 roku Rozalia i tam też w roku 1970 zmarła. Ślub wzięli w 1919 roku. Więcej szczegółów z życia domowego rodziny można znaleźć w zamieszczonym dalej opowiadaniu o tym domu w czasach powojennych i w biogramach dzieci. Poza autentycznymi postaciami z rodziny Szymoniaków reszta osób i ich nazwiska są wymyślone, a zbieżność z prawdziwymi postaciami przypadkowa.

Opowiadanie pochodzi z książki Brzegi i Grabie pod Niepołomicami. Historia, zwyczaje, pisarstwo, dzieje jednej rodziny, Siercza 2007.


[1] Bawarka – herbata z mlekiem.
[2] Tj. czterysta metrów bieżących łąki na wałach.
[3] Pyrcio (pot.) – łóżko z siennikiem wypychanym słomą dwa razy w roku, jak się „już straciła”.
[4] Skopek – wiadro lub stągiew drewniana, ścięta pod kątem i rozszerzająca się ku dołowi.
[5] Chadry (pot.) – szmaty, ubrania.