Krystyna Forssander

MOJE BRZEGI

Chętnie wspominam chwile beztrosko spędzone u babci Rozalii w Brzegach. Mieszkałam wówczas z mamusią Heleną w trudnych warunkach w Krakowie, dlatego na te wyjazdy bardzo czekałyśmy; były one moim jedynym bliskim kontaktem z przyrodą na wsi. Pamiętam tamten świat od czasu, kiedy miałam może pięć lat. Jechało się do babci na wieś niezbyt wygodnie, bo w przepełnionym pociągu: ławki z twardych, wąskich desek i mnóstwo ludzi dojeżdżających do pracy z pobliskich wsi. Podróż trwała około 35 minut. Gwizd konduktora, ciężkie kłęby pary wyrzucanej przez lokomotywę, zgrzyty hamulców i wreszcie sygnał do wysiadania na przystanku Węgrzce Wielkie. Niełatwo było wysiąść, bo wagony wysokie, a na peronie żużel i ostre kamienie. Po chwili zamieszania nastawała błoga cisza. Długi, pusty peron, przewody wysokiego napięcia i lśniące linie torów między wysokimi peronami. Trzeba było tylko przeskoczyć z peronu na wał, później na drogę, i już czuło się wieś. Skowronki uprzyjemniały tę długą drogę radosnymi melodiami. Wokół nie było żadnych zabudowań, pustka ciągnęła się przez trzy kilometry, aż do domu babci. Kwitnące łąki falowały od podmuchów wiatru wśród rozsiewających eteryczny zapach ziół. Oczy roziskrzały różnokolorowe połacie pól i szumiące zboża, przeplatane wyniosłymi bławatkami i uśmiechniętymi makami.

[inspic=71,right,320]

Wspomnienia moje związane są z wiosną i latem, ponieważ wtedy bywałam tam najczęściej. Czas u babci to wciąż za krótkie godziny beztroskich zabaw, na przemian kraj fantazji i rzeczywistości dla wszystkich dzieci i wnuków, dla których dom był zawsze otwarty. Domek dziadków nie był widoczny z polnej drogi. Zasłaniał go duży sad owocowy z około 120 drzewami. Liczyłam. Rosły tam grusze każdego rodzaju, jabłonie, śliwy, czereśnie i wiśnie – rozdzielone w środku kilkoma rzędami białych i czerwonych porzeczek oraz różnymi gatunkami agrestu. Ogród Szymoniaków należał do największych we wsi, choć jego właściciele nie byli bogatymi gospodarzami. Posiadłość ogradzał płot po mistrzowsku wypleciony z wikliny. Dziadziuś był w tym najlepszy. Pomiędzy rozłożystymi gałęziami drzew owocowych można było dostrzec w głębi niebieski domek. Po jego południowej stronie znajdował się mały, kwiatowy ogródek z kilkoma pszczelimi ulami, odgrodzony od reszty sadu płotem z drewnianych balasków. Niewielu mogło tam wchodzić. Najczęściej bywał tam wujek Kazek – pyszny pszczeli miód to było jego dzieło. Z północnej strony domu stał barak z poniemieckiego odzysku, kunsztownie odrestaurowany przez tegoż wujka. Było w nim ciepło i przytulnie. Obok baraku, z prawej strony była studnia. Część podwórka zajmowała obora, oddzielona podmurówką z betonu. Obok znajdowały się schody wejściowe do części mieszkalnej i drzwi do stajni, połączone wspólną sienią. Przedłużenie domu stanowiła stodoła, w której odbywały się młocki, przechowywano siano, ziarno a także przygotowywano pasze dla zwierząt na tzw. sieczkarni. W domu były dwie izby mieszkalne – pokój i kuchnia. Po drugiej stronie sieni była stajnia i komora – zawsze zamknięta na duży klucz, który babcia Rozalia nosiła pod fartuchem. Tam przechowywała wszystkie smakołyki. W sieni, po prawej stronie znajdowały się drzwi do kuchni z klepiskiem. Po lewej stronie stał piec, pod przeciwległą ścianą łóżko (miejsce dziadzia), długa ława i mały stół pod oknem. Z kuchni prowadziły drzwi do pokoju, za nimi, po lewej stronie, stał piec do przechowywania obiadów z miejscem do spania (zwyczajowo dla kota), dwa łóżka na środku i szafa po prawej stronie. Gdy w domu było więcej gości, niektórzy spali w stodole na sianie. To było spanie! Szczególnie w czasie burzy, kiedy błyskawice wdzierały się przez szpary między deskami, a wokoło buszowały myszki. Z południowej strony domu było wejście do piwnicy – spadziste schody wiodły głęboko pod ziemię. W środku, wokół całego pomieszczenia, dziadziu rozmieścił na ścianach solidne półki. Leżały na nich letnie zbiory i jesienne owoce. Nieraz można się tam było dostać po kryjomu. Mocne zapachy jabłek i gruszek, ich ilość i różnorakie barwy oraz sam fakt przebywania w piwnicy paraliżował winowajcę, który ostatecznie niczego nie dotykał. Łatwiej i nie narażając się babci Rozalii, można było znaleźć spady pod drzewami.Codziennym strojem babci była długa spódnica, zapaska oraz ciemny, długi fartuch. Czarne, grube włosy upinała długimi spinkami w węzeł na karku. Wychodząc z domu zawsze zakładała nakrycie głowy – w zimie, okrywającą również ramiona, chustę. Stopy obuwała w długie, czarne, sznurowane trzewiki. Zamiast torebek nosiła zawsze koszyczki – duże i mniejsze, w zależności od potrzeby. Nieraz były one wypełnione serem, jabłkami, jajkami.

Na codzienne wydatki babcia Rozalia zarabiała sprzedając owoce i nabiał. Ukryta w swych chustach i zapaskach, z koszykiem wypełnionym towarem, wędrowała ponad trzy kilometry przez pola i łąki do pociągu, aby dojechać do Krakowa lub Wieliczki. Uczęszczałam wówczas do szkoły podstawowej nr 20 na Kleparzu i podczas przerwy wybiegałam nieraz do niej, aby ją uściskać i dostać 2 zł na napoleonkę z pianką. Zdarzało się też czasem, że to ona szukała mnie podczas przerwy – to były miłe chwile! Późnym popołudniem babcia wracała na wieś. Zmęczone nogi odmawiały posłuszeństwa, więc szła powoli, jedząc bułkę z miasta, często schylała się, żeby zebrać suche grudki ziemi – kruszyła je w ręce, głośno rozmyślając i rozprawiając. Zwyczaj ten już zawsze będzie mi się z nią kojarzył.Szczególną miłością babcia darzyła wnuka Jaśka (Jana Barana), syna Marii. Był jej oczkiem w głowie. Gdy Jasiek nabroił, to właśnie u niej zawsze znajdował schronienie przed rodzicami. Dostawał też od babci najwyższe kieszonkowe, ale jednocześnie nadała mu przezwisko: Popadyjok. Dziadziu Franciszek pozostał w mej pamięci jako staruszek cichy, skromny, spokojny, mało mówiący, szczupły i wysoki, z ciemnymi włosami, bezzębny. Jego codziennym okryciem była kufajka, cholewy i onucki owijające stopy. W niedzielę zawsze wkładał kapelusz i ciemne ubranie. W domu jego rola była podrzędna. Nie wymagał on od babci, swej żony, niczego – tylko parę złotych na papierosy, ale i to nie odbywało się pokojowo! Najczęściej siedział na paczce przy piecu, paląc papierosa i oczekując na rozkazy babci. Jego częstym zajęciem było koszenie trawy w ogrodzie lub na wałach i wożenie jej na taczkach lub pożyczonym wozem. Brał wówczas ze sobą blaszankę z czarną kawą, chleb, słoninę lub ser. Po powrocie babcia podawała mu zupę ziemniaczaną z jarzynami lub ziemniakami i kwaśnym mlekiem. Natomiast w niedziele i święta dziadziu Franciszek był zupełnie inną osobą.Po obiedzie, w dni wolne, chłopi ze wsi zbierali się w baraku i grali w karty, a przy tym dobrze smakowała wódeczka. Wieczorem lub w nocy dziadziu wracał do domu okrężną drogą, zapominając często, gdzie mieszka. Budził wieś swym śpiewaniem lub głośnym mamrotaniem przekleństw. Towarzyszyło mu niezawodnie zajadłe szczekanie psów. Rozbudzone i zalęknione czekałyśmy z babcią, na to, co się będzie działo – albo awantura, przezwiska i po chwili głośne chrapanie w kącie łóżka, albo ucieczka babci z domu. Wszystko to zależało od humoru dziadzia: w taki sposób odpłacał żonie za złe traktowanie. Drugiego dnia to znowu dziadziu musiał znosić znęcanie się babci. Po takim „przepitku”, po obiedzie szedł pokornie pod sędziwą, obsypaną drobnymi, słodkimi owocami, gruszę. Było to wygodne miejsce na poobiednią drzemkę. Tam dziadziu Franciszek miał spokój.

Rosła tam również druga grusza, jeszcze bardziej sędziwa. Pod nią dziadziu zbudował ławę i stół. W tym miejscu jadano, zwłaszcza w lecie, niedzielne obiady. Większość posiłków podawano na blaszanych talerzach. Babcia była bardzo dobrą gospodynią, jej wypieki i chleb miały niezapomniany smak i zapach. Jej córki i wnuczki odziedziczyły talent do pieczenia ciast drożdżowych. Szczególnie wspominam święta. W tym czasie, w komorze na podłodze znajdowały się wspaniałe wypieki: kilkadziesiąt kołaczy, zawijańców z makiem, kakao i powidłami, nadto mazurki, baby i buły drożdżowe z rodzynkami. Codzienne pożywienie było skromne, ale na święta było wszystko! Zabijano wówczas świnkę i robiono własne, pyszne wyroby. Po posiłkach wszystko wędrowało, pod okiem babci, do komory. Chowano tam nawet duży okrągły, pieczony przez babcię chleb. Najczęściej raczono się nim wraz z topioną słoniną i cebulą, ale tylko w porach posiłków można było korzystać z tych dobroci.Latem, każdego poranka budziło nas zrzędliwe gdakanie kur, głośne pianie kogutów i szczekanie psa, Azorka. Poranne odgłosy były sygnałem, że babcia wydoiła juz krowy i ciepłe mleczko z pianką i pajda pysznego chleba czekają już na stole. Po śniadaniu biegłam z kuzynkami do ogrodu na poranny przegląd spadów. Najsprytniejsza z nas znajdowała pod drzewami najokazalsze jabłka i gruszki. Objadanie się dojrzałymi, soczystymi owocami prosto z rosnących przy ogrodzeniu jabłoni, wiśni i czereśni przeważnie kończyło się potłuczeniami, odrapanymi łokciami i krwawiącymi kolanami. W większości przypadków nasze wspinaczki po drzewach ukrywałyśmy w tajemnicy przed babcią.

W północnej części zagrody znajdował się plac zabaw. Obora otoczona była murkiem z betonu, na którym dziadziu położył szeroką i długą szynę z żelaza. To był nasz piec. Nie brakowało nam produktów do przyrządzania ciekawych potraw, gdyż większość placu pokryta była trawą, kwiatkami i ziołami. Wystarczyło się tylko schylić i zerwać. W wymyślonym sklepie obowiązywało płacenie liśćmi babek, których rosło wokół pod dostatkiem. Bez trudu można było znaleźć kilka gatunków kasz – kamyczków. Torty i ciasta powstawały z gliny i wody, z dodatkiem kredy lub węgla. Piec – szyna była rozgrzana od słońca, pieczenie więc nie stwarzało najmniejszych trudności.Najczęściej bawiliśmy się w parach, udając mamę i tatę: mężowie szli do pracy i wracali z babkowymi pieniędzmi, a żony gospodarzyły w domu.

[inspic=72,left,220]

Do naszych obowiązków należało karmienie kur pszenicą z nawoływaniem: – Tiu, tiu, tiu. Wykorzystując nieuwagę babci, podglądałyśmy znoszące jajka kurki i te – jeszcze cieplutkie – podbierałyśmy. Po chwili jednak dziecięca uczciwość kazała nam zanieść je babci.Gdy padał deszcz, szukaliśmy schronienia w szopie ze spadzistym dachem. Było w niej ciepło i przytulnie, a najważniejsze, że można było bawić się w niej pomimo deszczu.Podczas ciepłych, letnich dni przesiadywaliśmy z południowej strony domu, najczęściej na progu sieni. Obiad gotowało się wówczas na piecu chlebowym, a umyte naczynie wieszało na sztachetach małego ogródka. To był czas na rozmowę lub obserwowanie drogi do wsi przez okna pustych miejsc między drzewami. Tak też babcia spostrzegała nas z mamusią na drodze. Wówczas słyszało się głośne, radosne nawoływanie: – Helka, Helka, Krysia – przyjechały!

To samo dotyczyło córki Antoniny (Tosi). Wówczas babcia wołała:– Ciupek, Ciupek idzie!Gospodarstwo dziadków z każdej strony otaczały zagrody sąsiadów. Odgrodzone były płotkami z plecionej wikliny. Od strony zachodniej mieszkała rodzina Zielonków: ojciec z córką i wnuczką Krystyną, starszą ode mnie o parę lat. Pan Zielonek był wysokim, barczystym, dojrzałym mężczyzną. Jego córka Hania była cichą i pracowitą kobietą. Krysia, ukochana jedynaczka, bawiła się nieraz z nami. W ich domu nie bywaliśmy często. Przeskakując przez płot, skradaliśmy się do pokoju Krysi, gdzie leżały, oparte o ścianę, szmaciane lalki. Rodzina Zielonków była młodsza i zamożniejsza niż Szymoniacka, często więc patrzyła z góry na ich liczne potomstwo. Stronę wschodnią zagrody, za plecionym płotem, otaczał nieduży staw. Były tam gęsi, kaczki i żaby. Wieczorami słychać było wtórowanie ich silnych, melodyjnych głosów. Białe sylwetki gęsi z czerwonymi dziobami na tle zielonej tafli wody stawu i odbijających się w niej drzew – wszystko to stanowiło dla mnie urokliwy, żyjący obraz. Wczesnym porankiem stawałam przy płocie, próbując nawiązać kontakt z ptakami. Zagroda babci to był mój rewir, ale na jej zewnętrznej stronie, te same ptaki, szczególnie gęsi, nie były już takie piękne i miłe dla mnie. Biegły z rozpostartymi skrzydłami, chcąc mnie uszczypnąć. Zwykle kończyło się to płaczem i pośpiesznym truchtem do bramki ogrodu. Za wschodnim brzegiem stawu mieszkała, w małym domku, rodzina Sitków. Jako że posiadali pokaźne stado gęsi, w okresie skubania, pierze jak biały dywan, pokrywało trawniki. Od strony północnej stał dom, w którym mieszkała rodzina Grabków: małżeństwo z dwójką dzieci. Większa odległość od gospodarstwa dziadków sprawiała, że nie mogłam ich dokładnie obserwować; widziałam jedynie studnię i stół z ławkami na środku ogrodu, gdzie siadywali gospodarze i rozmawiali. Pomiędzy stawem a gospodarstwem Grabków mieszkała rodzina Pieprzyków. Kilka dużych drzew zasłaniało mi widok małego ogródka. Przy płocie naszego dziadzia, od strony gospodarstwa Pieprzyków, rósł duży krzak bzu. Jego mocny, przyjemny zapach prowokował nas od zrywania kwiatów, lecz ciekawszym zajęciem było wyszukiwanie piątego płatka bzu i wróżenie. Mijały lata i wakacje zdawały się być coraz krótsze. Moje wyjazdy na wieś do babci nie mogły być już tak częste ze względu na naukę i praktykę w szkole średniej oraz randki z narzeczonym Tadeuszem.

Pewnego lata, być może w 1969 r., wybraliśmy się odwiedzić babcię Rozalię, która od kilku miesięcy chorowała po wylewie. Szliśmy między tymi samymi łąkami, polami, kwiatami i śpiewającymi słowikami. Im bliżej domu babci, tym ciężej robiło mi się na duszy, coś ściskało w gardle, łzy zniekształciły obraz sadu i niebieskiego domku. Babcia była sama. Dziadziu Franciszek odszedł już na zawsze i więcej jej nie sprawiał kłopotu. Pamiętam jego spokojną, pomarszczoną twarz w trumnie, podczas gdy babcia leżała na łóżku w pobliżu okna. Jak dawniej, był szczuplutki i niewinny. Teraz też babcia nie mogła się zbytnio ruszać, lecz przywitała nas serdecznymi uściskami. Ciągle grube, chociaż teraz już szpakowate, włosy miała splecione w warkocz. Leżała i czekała na bliskich. Córka Krystyna opiekowała się nią w chwilach wolnych od pracy. Mimo jasnego, letniego dnia, w pokoju było ciemno i smutno – brakowało babcinego rządzenia i nawoływania. Jej smutne oczy opowiadały nam wszystko, na jej twarzy nie dawało się dostrzec jakiejkolwiek nadziei, nie pomogły przywiezione przez nas drobne, słodkie pyszności. Przy pożegnaniu starała się wcisnąć mi w rękę 500 zł – nie przyjęłam ich i sama byłam gotowa zostawić jej parę złotych. Wspólne uściski i uśmiechy przez łzy zamieniły się w długie pożegnanie. Potem babcia znowu została sama. Nasza powrotna droga wiodła do Bieżanowa. Postanowiliśmy iść pieszo około siedmiu kilometrów, mój narzeczony niósł mnie przez większą część drogi na ramionach, śpiewając pieszczotliwie i pocieszając mnie przy pięknym zachodzie słońca.

Ostateczne pożegnanie babci było bardzo trudne i smutne. W pokoju znajdowało się wiele osób, było jasno od palących się wkoło świeczek. Tu i ówdzie ktoś szlochał, klęczał, modlił się. Leżała w trumnie blada, ze złożonymi rękami, odziana jak zawsze w chustę… Po złożeniu pocałunków na jej czole i ręce pożegnałam Ją.Długie wieczory, słoneczne beztroskie ranki, zapachy owoców i kwiatów, zbóż i siana, pierwsza dziecinna platoniczna miłość, poczucie rodzinności z jej chroniącymi skrzydłami; wreszcie członkowie rodziny i ich różnorodne charaktery – to wszystko pozostanie na zawsze w mej pamięci i w sercu.

Opowiadanie pochodzi z książki Brzegi i Grabie pod Niepołomicami. Historia, zwyczaje, pisarstwo, dzieje jednej rodziny, Siercza 2007.