Wiesław Żyznowski (red.)

EMILIA

Wszelkie smutki można znieść, gdy ujmie się je w historię
lub opowie o nich historię
.
Issak Dinesen

Urodziła się 2 maja 1926 roku. jako piąte dziecko w rodzinie Szymoniaków, licząc z Franciszkiem, który zmarł w trzy miesiące po urodzeniu. Zmarła tragicznie 7 września 1941 roku w okolicznościach, o których opowiada poniżej Maria Baran[1]. Nigdy nie zrobiono jej zdjęcia a o jej krótkim życiu wiemy mało – zapewne nie różniło się zbytnio od dzieciństwa jej braci i sióstr. Zapamiętano ją jako pogodną, ładną dziewczynkę z dwoma warkoczami grubymi jak ręka w przegubie.

 

*

– Dziecko kochane, to było tak. Czekaj, nie było gdzie kupić nafty, a była lampa, ta Łukasiewicza. To się naftę tam lało, zaświecało się, no i tak się świeciło. Ja miałam wtenczas osiemnaście lat, jeszcze nie byłam żonato. Albo siedem… osiemnaście musiałam mieć, bo jak ślub brałam, to miałam osiemnaście i pół; ona się spaliła we wrześniu, siódmego września[2], a ja w lutym brałam ślub, za pół roku. Słuchaj no, ja chodziłam z mlekiem. Wychodziliśmy na pociąg o godzinie szóstej. Staszek i tatuś pracowali w rowach, tych, co są na łąkach, melioracyjnych. I tatuś grodził płotki. Wbijali pale, żeby woda nie rwała, żeby nie zalewała łąk, pól. Tatuś mój grodził, a inni wybierali tę ziemię i wyrzucali.

 

Staszek i tatuś szykowali się do roboty, a ja na pociąg, z mlekiem. A mamusia obudziła Milę. Bo dawniej tak było, że rodzice spali, a dzieci musiały wstać i gotować już śniadanie. A to się barszcz jaki ugotowało, to zupę ziemniaczaną dzieciom, co zostawały w domu. A my, ja wiem, czy my tam co zjedli, czy nic, i wychodziliśmy z domu. No i mamusia obudziła Milę. I świeciła się lampa, ja ci mówię. I lampa zaczęła gasnąć. Nafty nie ma. A tatuś wczoraj – ona się spaliła w poniedziałek – tatuś wczoraj kupił benzolu. Tu, we wsi handlował benzolem chłop i tatuś kupił go zamiast nafty. Już się paliło pod piecem, ale czy to ja zapaliłam, tego już nie potwierdzę. Na piecu gotowała się zupa dla dzieci. Mila wzięła tę lampę, otworzyła drzwiczki od pieca i tak leje do niej ten benzol. Wiesz? A tam jest ogień. Lampa już się błyskała. Nawet nie! Lampa musiała się świecić. Tam się paliło, pod piecem. Otworzyła ten piec, żeby było widniej. Jak to fukło! Na tę lampę, na tę flaszkę. Ona to wszystko rzuciła. Tak stoję w izbie, nie wiem, co robić! Chusteczkę jej zdarłam z głowy i tak ją trzepię. A ona już się pali, trzepie rękami, już skóra jej się opaliła. O Jezu, wywlekłam ją do sieni, tam na podłogę. O, taki kawałek było podłogi. Staszek wcześniej przyniósł mamie dwa wiadra wody, żeby miała uciągnięte. Stała na polu, na takiej pokrótce, takim chodniku jakby, bo to mądrze się mówiło: pokrótka. I wziął to wiadro wody, i chlust na nią! A ona mówi tak: – Coście ze mną zrobili? Ostatnie jej słowa: – Coście ze mną zrobili?

 

No i co? Już czas do pociągu z mlekiem wychodzić, oni jeszcze zostali z tą Milą. Mamusia wyskoczyła z łóżka. Wszyscy ją gasili, a nic nie trzeba było, tylko owinąć ją w koc albo w pierzynę. I ona biedna te słowa powiedziała ostatnie, tylko tak się zatrzepała. Dostała od razu zapalenie płuc, ale żyła.

 

Myśleliśmy, że my ją uratowali, że jak ona się odezwała, to już jest dobra, nie? No to my się zabrali i poszliśmy: ja z mlekiem, a tatuś ze Staszkiem do tych rowów. Mama została z tą Milą. Poszliśmy, dobrej myśli, że ją ugasiliśmy. Jezu kochany. I dobrze. I ja to mleko rozniosłam i proszę ciebie… Jak to było?

 

Rozniosłam to mleko. Ale ona, jak my pojechaliśmy, zaczęła charczeć. Więc mamusia moja poleciała do akuszerki poradzić się, co ma zrobić. Akuszerka powiedziała: – Do szpitala. Sąsiad, tu, z tego domu, ze wsi, miał konia, więc załadowali ją na wóz i zawieźli do szpitala, do Bonifratrów, a stamtąd odesłali ją na Kopernika. I ja raz… Nie, to ja wtenczas przyjechałam do domu. Przyjechałam i jeszcze uprałam poszeweczkę na jaśka. Jeszcze żyła, jeden dzień. Ugotowałam jej kompotu z jabłek.

 

Na drugi dzień mamusia powiedziała, że pójdzie do niej. Nie było telefonu, żeby się coś od kogoś dowiedzieć, nie? No i ja na drugi dzień pojechałam z tym mlekiem, rozniosłam je i z sąsiadką, z którą chodziłam z mlekiem, poszłyśmy obie na tego Kopernika. Wiedziałam, gdzie ona jest, bo mamusia mówiła. I proszę ciebie, wchodzę, portier się pyta, do kogo idę. No, ja mówię, że do takiej oparzonej, co wczoraj przywieźli, i nazwisko. On na to: – No, to pani przyjdzie jutro, dzisiaj nie ma odwiedzin. A ona już nie żyła.
O dziesiątej z Krakowa odchodził pociąg, „Leb” się nazywał. My już w pociągu, a tu krzyk taki na peronie! No, ta wygląda przez okno. Rany boskie, mamę prowadzą! Mamę prowadzą, taką omdlałą, tak o! Kto ją prowadził, tego już nie wiem, a ona tak krzyczy! I słabnie. A tu nie ma nigdzie wody. Odwiązałam od blaszanki półlitrówkę do mierzenia mleka i tak gonię po tym peronie za wodą. Jakiś Niemiec mnie złapał za rękę, zaprowadził mnie do kurka i nalał mi wody. Ale zanim przyleciałam do pociągu, to połowę wychlapałam. Bo to było, widzisz, na innym peronie, a ja na inny poleciałam po tę wodę. Mamusię my tak trochę okrzesili, no i przyszłyśmy do domu. Mama mówi, że Mila nie żyje. No to my się opłakały, ruch się narobił, przywieźliśmy ją do domu. No i co? No i umarła. I koniec.

 

Przywieźliśmy ją na wozie, w trumnie. Przywiózł ją chyba ten sąsiad, co ją wiózł do szpitala. Pochowaliśmy ją. Nie wiem, skąd mamusia wzięła pieniądze, żeby sukienkę kupić, taką białą, byle jaką. Sukienkę. Chłopaki ją nieśli, tacy kawalerowie, na piechotę. Do kościoła na piechotę ją zabrali no i pochowaliśmy ją. W czterdziestym pierwszym roku, siódmego września umarła. Mila była pierwsza, a rodzice moi za nią. Ona umarła w czterdziestym pierwszym roku, a tatuś umarł w sześćdziesiątym ósmym roku, to jeszcze były deski z trumny. Deski, białe deski, bo była biała trumna. Ziemia sucha, sucha… Tak, że tylko była głowa. Trumny już nie było. Tylko deski porozlatywane. Jak grabarz kopał, to mimo woli łopatą trącił i szczepy się porobiły.


[1] Opowiadanie o Emilii powstało na podstawie wywiadu przeprowadzonego przez Wiesława Żyznowskiego z Marią Baran w 2000 roku w jej domu w Brzegach.

[2] Dokładna data śmierci Emilii to 7 września 1941 roku.