Monika Talaga

ANNA

Anna Talaga urodziła się 20 listopada 1932 roku. Do szkoły poszła w 1939 roku, ale gdy wybuchła wojna, lekcje zostały przerwane. Najpierw budynek został zajęty przez uchodźców, potem zamknęli go okupanci. W czasie wojny przerywano lekcje, Anna poszła do trzeciej klasy, ale posiada jedynie świadectwo ukończenia pierwszej. Po wojnie w szkole uczyli Władysława i Edmund Korneccy. W tym okresie wprowadzono system pięciu klas.

Anna Talaga z domu Szymoniak w wieku 18 lat. Na odwrocie zdjęcia napisała: „Na pamiątkę Kochanemu Braciszkowi posyła swoją podobiznę Hanusia”. Ciekawe, czy gdyby niektóre Szymoniakówny nie były tak ładne i gdyby rzadziej zdawały się na swoją urodę, ich życie byłoby łatwiejsze. Fotografia w posiadaniu rodziny Talagów.

W wieku 15 lat Anna rozpoczęła pracę przy budowie elektrowni wodnej za Wisłą; przepracowała tam ponad trzy lata. Przydzielono ją do kuchni, gdzie obierała ziemniaki, potem została gońcem pomiędzy Kujawami a Pleszowem – nosiła dokumenty do portu flisackiego. Z powodu bardzo niskiej płacy, przeniosła się do prac ziemnych: kopała ziemię pod fundamenty elektrowni, następnie wywoziła ją na wózkach, wybierała ił z piasku, który miał posłużyć do wyrobu betonu, przestawiała zwrotnice kolejek pracujących przy budowie.

W 1952 roku poślubiła Władysława Talagę, syna Józefa i Julii z Maćkowskich. W styczniu wzięli ślub cywilny, w czerwcu kościelny.

– My już chodzili tak trochę ze sobą po zabawach, na odpusty, do Mogiły[1]. Razem wszyscy, tako szmelcpaka było. W końcu my powiedzieli: – Ile my tak będziemy chodzić, to się będziemy żenić. Chciałam wyjść z domu, żeby mi się poprawił byt, bo była bida. Nie zdawałam sobie sprawy, gdzie ja będę mieszkać i co będę robić. Myślelimy, żeby się po cichu ożenić. Bo rodzice Władka się sprzeciwiali.

Ugadali my się obydwoje, że najpierw weźmiemy ślub cywilny. Poszli my po cichu do Wieliczki, po zawalu, tam ładnie było, wysiekane. Poszli my na Kokotów i do Wieliczki, do Heleny i powiedzielimy, że dziadek nie chce dać nam się żenić. Szwagier Kozik poszedł ze mną i jego kolega… czy to był Włodarczyk, tego już nie powiem… Byli nam za świadków. Tam my byli dwa dni. A rodzice za nami w pogoń, bo nas nie było. Na drugi dzień my na wieczór przyszli, na nogach, bo to się na nogach chodziło. Ja mu kazałam iść do domu, a sama nie szłam, bo się bałam, żeby mnie nie zbili. Ale się cieszyłam, bo się ożeniłam.

My nie pomyśleli nawet, gdzie my będziemy mieszkać. Tam na Paniekącie było kupa dzieci, a tu mnie nienawidził dziadek [ojciec męża – przyp. red.]. Od stycznia do czerwca my byli na Paniekącie. Władek chodził spać do chałupy ojca, a ja spałam u rodziców. Po naszym cywilnym ślubie. A jak już się wieczorzyło, to mamusia mówiła: – Władek, do domu, Hanuś, spać. Lampa była przykręcona, a my, jak to młodzi, chcielimy się przytulić trochę…

Prawdopodobnie zdjęcie zostało zrobione podczas poprawin wesela Adama i Marty Siwków. Od lewej siedzą: Anna Talaga z córką Moniką, Marta Siwek, Władysław Talaga – mąż Anny. Fotografia w posiadaniu rodziny Talagów.

Kościelny ślub my brali w czerwcu, bo do czerwca się to wszystko wlekło. Mamusia uznawała, że po ślubie cywilnym mnie nie wolno było spać z chłopem. Bo my byli katoliki. Czerwiec to był, dziadkowe imieniny. Nikt nie przyszedł na te imieniny, to my se umyśleli ślub. Poszlimy do księdza. Marysia[2] ze mną, bidoczka, chodziła wszędzie. Ksiądz pyta, czy rodzice są zadowoleni, bo my takie gówniorze byli. I ten ksiądz powiedział, że my powinni do biskupa pisać o zezwolenie, bo my są czwarte, czy trzecie dzieci, że my z Władkiem są rodzina.

I ksiądz nie zgodził się na ten ślub. Był taki surowy ksiądz, Ludkowski, no i nie zgodził się. Bo tam w papierach wszystko jest: skąd moja matka, skąd ojciec, i on doszedł, że my są rodzina, i że nam się nie można żenić. No to do biskupa my pisali, a biskup dał zezwolenie.

Do ślubu nic mu [Władysławowi – przyp. red.] nie dali, ani na obrączki, ani na ubranie, ani nic. Marysia mi uszyła tako niebiesko sukienke króciutko, i miałam, pamiętam, taki bukiecik z mirtu i różyczke. A on se wzioł konia z domu i półkosek[3].

Obrączki my mieli z pięcioka – szwagier nam wyklepał z takiego miedzianego pieniądza. Szwagier mioł takie okrągłe żelazełka i on na tym klepoł, klepoł, klepoł… i z tego były obrączki. I my te obrączki mieli takie miedziane. Marysia mi była za starościną do kościoła i pierścionki podać, bo to taki był zwyczaj. My byli tylko we troje, Marysia, Władziu i ja. I jeszcze taki furman – Józek z Iwkowej, co się przyżenił na Brzegach. Słoneczko było ładne, dzień wichrowaty, jak my jechali ze ślubu na tym wozie.

Ślub Anny odbył się bez przyjęcia, udziału gości i weselnej biesiady.

– Przyjechali my do domu. Mamusia ćwiartkę wódki wyjena, wypili se tata z tym furmanem po kielichu, kanapeczki jakieś były, pamientom.

Jo się rozebrałam i było po kwiotkach, i było po ślubie, i było po weselu, i nie miałam nic. Marysia mi dała na szczęście 60 złotych. Nie wiem czy mamusia mi coś dała, czy nie. I chodziły takie portreciorze – łapiduchy – i portrety robili. No i przyszli i wzieli ode mnie te 60 zł. na portret, ale mi, dranie, nie zrobili, bo gdzieś wyjechali i portretu nie miołam i pieniędzy nie miołam. Ale potem drudzy chodzili i zrobili mi, pamientom, to ten mom, to leży na szafie.

Nowożeńcy przeprowadzili się do domu Władysława, znajdującego w części Brzegów zwanej Hockami; zamieszkali pod numerem 46. Dom posiadał trzy izby, kuchnię, komorę i sień. Mieszkali w nim rodzice Władysława i jego siostra Albina z mężem. W izbie zamieszkanej przez Annę i Władysława stał piec, łóżko, kredens i stół. W komorze była stajnia, w której hodowano dwie krowy, świnię i konia.

W Hockach przyszedł na świat pierwszy syn Anny i Władysława, Wiesław.

– Wiesiu był pierwszy, no to umarł. Mioł trzy i pół miesiąca. On mioł wszystkie choroby. Dostał zapalenie opon mózgowych. Doktorów nie było, tak jak teraz, nie było nic. Ja go na rękach nosiłam do przystanku i do lekarki, na Krowoderską. Ale jak my mu jedną chorobe podleczyli, to na drugą chorował. Lekarze stwierdzili, że zaziębione było dziecko. Jak byłam w ciąży, to nie miałam żadnej opieki, żadnych luksusów, witamin. Obiad zjadłam taki, jaki był. To dziecko się jeszcze pośladkiem rodziło, taki słaby, że był pod tlenem, jeszcze go odratowali. A potem umarł.

W roku 1954 przyszła na świat Elżbieta. Anna zajmowała się dzieckiem i pomagała teściom w gospodarstwie. W tym czasie we wsi nie było jeszcze wodociągu.

– Trzeba było iść na Groblę[4] po wodę albo do wsi. Ja chodziłam po wodę. No, kto mógł? Tu była woda tako zaskórna z wężykami, robakami takimi. Najpierw była woda dobra, ale jak rzeke pogłębiali – Śmierdziuchę[5] – to źródła opadły i została zaskórnica – od tej pory my wody nie mieli. Jak my nie mieli wody, to dziadek studnie zniszczył. Wykopali my w stawie studnie. A w stawie była woda tylko dla bydła. Ale to była męczarnia. Ale w zimie jak staw zasypało to trzeba było ścichę zrobić. Jak się krowy rano chciało napoić, to się ściche robiło, trzeba było ten lód obrąbywać i go do stajni nosić, żeby się roztopił. A jak się wychodziło pod górke z tymi wiaderkami, to ile razy się ta woda wylała, bo się człowiek poślizgnął. A do rzeki się na pranie chodziło. Tam chodziłam w zimie po wodę, miołam takie saneczki i blaszanke dwudziestke[6]. Deszczówkę dziadek chytoł – w szopie była taka beczka przez cało szope, on se taką prowizoryczno rynne zrobił i ta deszczówka mu leciała. Jak sie zrobiło pranie, to my te wode zostawiali na drugie pranie. Nie kąpali my się, tylko myli w miednicy. Wszystkie dzieci w jednej wodzie; nie było tej wody, to się oszczędzało. Potem się koszulki pieluszki, wszystko z dzieci uprało w tej wodzie.

Po roku Anna z mężem i córką przenieśli się do siostry męża – Marii, do dzielnicy Brzegów zwanej Dużą Groblą. Mieszkali tam w jednej izbie. Na świat przyszły wtedy Małgorzata i Krystyna. W międzyczasie pomagali przy budowie stajni na Hockach, a po sprzedaży krowy, którą Anna dostała od swej matki, dobudowali nad stajnią pokój, kuchnię i sień.

– Nie mielimy na majstra, nie mielimy nic. Mamusia mi dała krowe, tako czerwono, starszo. Sprzedałam jo na jarmarku, wziełam cztery tysiące, to kupili my drzewa na Podgrabiu. Z mostu, bo na Podgrabiu mosty rozbierali. Na Podgrabiu też mieszkał taki Ludwin, brat mojego chrzestnego i on nam postawił te chałupe. On nam za darmo postawił te chałupe. Wszystko było ręcznie robione. Pustaki nawet my robili ręcznie, sami, na podwórku. Później ni mioł nam kto tego wyprawić. I też przyszedł taki jeden z Przywozu i on za jedzenie wyprowił, wytrzcinowoł całe izby na górze. Taki fajny człowiek, starszy. Pieców my nie stawiali, bo my mieli kuchnie żelazną. Na górze mielimy piec taki przenośny. Potem postawili my w kuchni piec kaflowy.

Tutaj, pod numerem 83 urodzili się Jan i Zbigniew. Ostatnie dziecko, córka Monika, urodziła się w Krakowie, w Szpitalu im. Gabriela Narutowicza.

– Wychowałam jedenaście dzieci. Kto dzisiaj wychowa jedenaście dzieci? Kto? W jednej izbie… Trzeba to było oprać, onaprawiać. Moich było sześć, bo jedno umarło. Krysi chowałam do 12 roku życia dwoje dzieci. Frania i Jolke od Tosi, i jeszcze Hanie – dziecko najstarszej córki Marysi. Musiałam to wszystko podzielić. Trzeba było ugotować, a nie było czym polić, nie było prądu.

Władysław pracował jako elektryk: najpierw w PSS Społem, potem przeniósł się do Krakowskiego Przedsiębiorstwa Wodno-Inżynieryjnego, gdzie pracował do 1956 roku. Następnie pracował w Przedsiębiorstwie Usług Terenowych – praca ta wiązała się częstymi delegacjami, co powodowało, iż Anna musiała sama borykać się z codziennymi problemami, dziećmi i gospodarstwem. Ostatnim zakładem pracy Władysława był Szpital Dziecięcy w Prokocimiu, gdzie pracował przez 11 lat – do otrzymania renty.

Dom dla kilku pokoleń. Dorobek życia rozbudowany stopniowo tak, aby z wyglądem i komfortem mieszkania zawsze nadążać za czasem. Parter służy pracy, piętro wypoczynkowi. Specjalne przejście dla krów do stajni z tyłu domu ułatwia utrzymanie parkowego charakteru z przodu; fot. H. Legutko.

Wraz z przeniesieniem do własnego domu, zaczęli samodzielnie gospodarzyć: Józef Talaga podarował im hektar łąki. Mieli wówczas jedną krowę, dla której Anna przynosiła zza Wisły, z tzw. Sadzonki, trawę w płachcie na plecach.

Anna przez 54 lata, odkąd mieszka w Brzegach pod numerem 83, pracowała w polu i opiekowała się dziećmi. Sprzedawała ogórki i bób na placu targowym w Wieliczce lub pod Halą Targową w Krakowie. Za pieniądze mogła kupić bułki, chleb i masło dla dzieci. Było ciężko: dzieci chodziły w ubraniach po starszym rodzeństwie, donaszały po sobie buty.

Anna jest przywiązana do tradycji kościelnej, co też starała się przekazać swoim dzieciom. Jest jedną z niewielu kobiet, które na zakończenie oktawy Bożego Ciała wiją wianki z ziół i kwiatów przeznaczonych do poświęcenia w kościele. Nie zapomina o ziołach na dzień Matki Boskiej Zielnej, o święceniu zboża na zasiewy na święto Matki Boskiej Siewnej, czy poświęceniu owsa w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia – tradycji związanej z kamienowaniem św. Szczepana.

Od momentu zamążpójścia Anna poświęca cały swój czas gospodarstwu i rodzinie. Praca na roli nie daje wytchnienia Święto, czy nie, trzeba oporządzić bydło i wydoić krowy. Anna, wychowana w wielkiej biedzie, jest bardzo przywiązana do ziemi.

– Dlaczego ja się urodziłam pod taką godziną, że ja mogę dzień i noc pracować i mi się nie krzywduje. Jo nie patrzyłam szkoły. My byli biedni. Marysia mogła być poetką. Miała talenty niesamowite, ale nie było pieniędzy. Mamusia nie miała nas za co wykształcić, tyle, że wychowała nas po bożemu, spokojnie. Nie bandyci, nie złodzieje, nie kanciorze. My zawsze mówimy, że my są dziady. Choćbym miała pałac, to nigdy bym się nie podnosiła, że jestem ważna, bo zawsze będę pamiętać, z jakiej rodziny pochodzę i już nie będę inna. Tylko praca, pole i nic więcej.

Jo kocham ziemie do podziś. Jak widzę, że ktoś na ziemie narzeka, to mi się coś dzieje w sobie. Momy te ziemie obrabiać. Byde siedzieć? Byde na te bide patrzeć? Jo bym zwariowała bez pola! Jo bym nie usiedziała, bo mnie nogi bolo z siedzenia, jo już musze iść… Praca mnie nie męczy, jo tylko proszę, żeby był spokój. Żebym se do domu przyszła i żeby nikt mi nie zwracał uwagi, a po co ci te krowy… To nie jest lekka praca, to jest ciężko. Wszystko musze ja zrobić.

Według jedynej żyjącej siostry – Antoniny – motto Hanusi brzmi: Jak się nie naharujesz, to nie czujesz, że żyjesz.
Opowiadanie pochodzi z książki Brzegi i Grabie pod Niepołomicami. Historia, zwyczaje, pisarstwo, dzieje jednej rodziny, Siercza 2007.


[1] Wspomnienia stanowią skrót zapisu rozmowy, którą Anna Talaga i Paweł Biegacz przeprowadzili we wrześniu 2006 roku, w całości nagrano ją na dyktafon. Usunięto powtórzenia i myśli znane z innych tekstów o Szymoniakach, a także takie, które mogłyby w niekorzystnym świetle postawić osoby żyjące.

Mogiła – dawniej wieś, obecnie dzielnica Krakowa ( Nowa Huta), gdzie, przy ulicy Klasztornej, mieści się Sanktuarium Krzyża Św. Opactwa Cystersów. Tam od 14 września, przez tydzień odbywał się odpust, na który zjeżdżali się ludzie, a nawet – jak z Brzegów – przepływali łodziami przez Wisłę.

[2] Maria Baran, siostra Anny.

[3] Półkosek – nakładka na wóz, tzw. rafiok, pleciona z wikliny, z dwoma siedzeniami.

[4] Duża Grobla – jedna z dzielnic Brzegów.

[5] Rzeka Drwinia, płynąca przez Brzegi, potocznie zwana przez mieszkańców Serawką.

[6] Blaszanka – metalowe naczynie z uchwytem, służące do przenoszenia mleka lub wody; w opowiadaniu Anny – dwudziestolitrowa.