Amalia Gelband (Baranek), Brazylia

DZIEJE RODZINY GELBANDÓW W DOBIE HOLOCAUSTU

Katarzyna z Baranów Macalikowa z ukrywaną dziewczynką żydowską Amalią Gelband i własną córką Janiną; fotografia przed domem Macalików z okresu okupacji hitlerowskiej. Odbitka w posiadaniu Janiny z Marcalików Kotowej z Sierczy.

A więc ja, Amalia Gelband (Baranek), zwana od maleństwa Malwiną, jestem urodzona w Chorzowie w roku 1931. Mój starszy i jedyny brat Zygmunt jest urodzony w 1930 r., a nasi rodzice to Frimeta Gelband z Kemplerów i Chaim Hersz Gelband. Chorzów był więc naszym miastem do wyjazdu Ojca do Brazylii, kilka miesięcy przed wybuchem wojny. Ostatnie trzy miesiące przed wojną czekaliśmy w Krakowie w towarzystwie matki na następny statek do wyjazdu. Niestety, wojna nas zaskoczyła. W tej chwili zmieniły się nasze plany i jeszcze pod bombami wyjechaliśmy z Krakowa na furmance siana na wschód, razem z polskim wojskiem. W ten sposób dostaliśmy się do Lwowa, pod zaborem rosyjskim. Tam żyliśmy w towarzystwie rodziny Ziererów (siostra mej matki Sara, jej mąż Max i dwie kuzynki, Edith i Judith). Niestety, po kilku miesiącach wróciliśmy do Krakowa, gdzie panował zabór niemiecki: w końcu cała rodzina mieszkała między Krakowem, Katowicami a Wieliczką, więc wydawało się logiczne, że tu łatwiej będzie przeżyć wojnę. Tak przynajmniej myślały nasza Matka i Ciotka. Wtenczas nie wiedziało się, co nas czeka.

Ponieważ cała rodzina pochodziła z Wieliczki, nasi Rodzice zdecydowali osiedlić się w tym mieście, myśląc, że w mniejszym mieście będzie łatwiej się urządzić. W pierwszym roku 1940-41 było prawie normalnie, mieszkało się razem w jednym domu i jakoś się przeżywało, gdyż Ojciec pomagał paczkami kawy, herbaty i kakao z Brazylii, które to towary zmieniało się na inne towary. To trwało aż do roku 1942, kiedy nagle paczki zostały wzbronione. Mieszkał też z nami najstarszy brat mej Matki, Henryk Kempler, który znał od wielu lat rodzinę Kasprzyków [z Sierczy]. On pamiętał Kasprzyków jako dobrych przyjaciół naszego dziadka Noacha Kemplera, który posiadał dobry kawał roli w ich okolicy, wiele lat przed wojną. […] W 1942 r., po „Juden Frei” w Wieliczce[1], poszliśmy do Krakowa na nowy los… Jeszcze w pierwszych tygodniach byliśmy z naszą Matką i Ciotką, ale one w Krakowie zostały wskazane przez kogoś na ulicy i zaaresztowane u Montelupich, a my, jako czworo dzieci bez opieki [poszłyśmy] do ghetta krakowskiego po pomoc. Spotkaliśmy tam naszego wujka Henryka i Ojca mych kuzynek Maxa. A więc od tej chwili nasz wujek nas prowadził, gdyż on pracował w Bieżanowie, w takim nowym lagrze pracy[2]. Obóz ten nie był całkowicie zamknięty, Niemcy pozwalali w nim na mieszkanie dzieci razem [z rodzicami].

A więc moje kuzynki Edith i Judith poszły do Bieżanowa, do ojca, a ja z bratem zostaliśmy pod opieką mego wujka Henryka, który nas osadził właśnie u Kasprzyków. On myślał, że to tylko na kilka tygodni, ale, niestety, siedzieliśmy tam może ze dwa – trzy miesiące, aż do chwili, gdy było niebezpiecznie tam zostać, gdyż sąsiedzi zaczęli gadać, że tam się ukrywa Żydów. Nawet w tym niebezpiecznym momencie Kasprzykowie nas trzymali, a tylko Zygmunt wyszedł z Panem Mietkiem [Kasprzykiem], gdyż [Pan Mietek] dostał pracę dla niego jako pomocnika przy koniach. Zygmunt tam został do końca wojny[3]. Ja kilka dni później wyszłam sama i też znalazłam pracę w innym domu blisko Krakowa[4].

Wracając do Kasprzyków; matka Pana Mietka była szczególną osobą, mając tyle maleństw swoich, też się nami opiekowała i karmiła. Nic nam nie brakowało, jadaliśmy identycznie jak cała rodzina. A życie było trudne i drogie, a właściwie nie mogliśmy nawet im zapłacić. Pan Mietek pracował w gospodarstwach bogatszych latem i pomagał w domu: mąką, ziemniakami, żywnością.

Ja się dostałam do domu [pod Krakowem], gdzie mnie przyjęto. To była starsza para, mieli trzech synów i dwie córki, a córki już były zamężne, dlatego mnie przyjęli, abym pomogła w domu. Byli to bardzo dobrzy ludzie, ale ja się bałam wyjawić, że jestem Żydówką, natomiast powiedziałam, że z powodu wyjazdu mego ojca na prace przymusowe, nie mogę zostać w domu. I tak zostałam przyjęta do nich. Pracowałam pod imieniem Helena Kowalska aż do końca wojny. Ta rodzina nawet powiedziała, że mogę w ogóle tam zostać na zawsze. Tu muszę jeszcze powiedzieć kilka specjalnych słów, jak jesteśmy wdzięczni Panu Mieczysławowi Kasprzykowi, gdyż on nawet po naszym wyjściu z domu jego rodziców wyszukał mój adres i co kilka miesięcy przychodził do mnie i do Zygmunta, aby nam powiedzieć, że wszystko jest w porządku. Był to właśnie Pan Mietek, który podał Zygmuntowi mój adres po wojnie.

Nasz pierwszy krok po wojnie, to było powitanie rodziny Kasprzyków. A potem udaliśmy się do Domu Dziecka w Krakowie przy ul. Długiej. W roku 1948 wyjechaliśmy prosto do Brazylii statkiem, gdzie nasz Ojciec nas oczekiwał. Niestety, nasza Matka i Ciocia nie przeżyły. Jedynie moja kuzynka Edith Zierer żyje jeszcze w Haifie, w Izraelu. Ona przeżyła wojnę pracując w lagrze.Pomoc rodziny Kasprzyków, a szczególnie Pana Mieczysława, jest nam szalenie cenna. Mieliśmy szczęście spotkać prawdziwych ludzi, narażających swoje życie.

Fragment pochodzi z książki Józefa Piotrowicza i Bogusława Krasnowolskiego pt. Siercza. Dach Wieliczki, Siercza 2005.


[1] Mordowanie i wywożenie do obozów Żydów wielickich miało miejsce w końcu sierpnia 1942 r.; zob. S. Gawęda, Okupacja niemiecka, s. 257-258.

[2] Obóz pracy w Bieżanowie, przeznaczony początkowo wyłącznie dla Żydów, był filią obozu w Płaszowie; decyzja o jego powstaniu zapadła w czerwcu, plany opracowywano w lipcu, zaś budowę rozpoczęto w końcu października 1942 r. Zob. A. Chwalba, Kraków w latach 1939-1945, s. 143.

[3] Według relacji Pana Mieczysława Kasprzyka – Zygmunt Gelband mieszkał i pracował w gospodarstwie rodziny Kawulów w Prusach pod Krakowem.

[4] Według relacji Pana Mieczysława Kasprzyka – Amalia Gelband mieszkała i pracowała u rodziny Gembalów w Pleszowie pod Krakowem.