Uri Shmueli

Sein Kampf albo ewolucja Holokaustu

Pierwszego września 1939 roku doskonale uzbrojone wojsko niemieckie napadło na Polskę. Był to pierwszy etap realizacji programu Hitlera Mein Kampf. Byliśmy zszokowani i przestraszeni, ale prawie instynktownie postanowiliśmy uciekać na wschód. Mama, Nina Szmulewicz, i ja dotarliśmy z Krakowa do samej Wieliczki, ale tata, Mosze Szmulewicz, i Jakub Seidenfrau, brat mamy mieszkający w Wieliczce, pożegnali się z nami i po kilku dniach przybyli do Izaaka Seidenfraua do Lwowa, który w tym czasie zaczął być okupowany przez armię sowiecką. Powodem tego rozstania było mniemanie, że Niemcy niczego złego nie zrobią kobietom i dzieciom, ale żydowscy mężczyźni są zagrożeni. Wprawdzie podstawą tego były odległe już przeżycia z czasów I wojny światowej, niemniej jednak było to logiczne założenie. Dzień albo dwa po naszym przybyciu do Wieliczki na początku września 1939 roku było tam już pełno Niemców. Po kilku dniach hitlerowcy postanowili się „przedstawić”. Ich pierwszym projektem było aresztowanie wszystkich żydowskich mężczyzn, których mogli znaleźć. Większość była w drodze, jednak z pomocą volksdeutscha znaleziono trzydziestu dwóch Żydów i, jak dobrze pamiętam, zawieziono ich na cmentarz w Grabówkach i zamordowano . Niemcy powtórzyli to morderstwo w kilku innych miasteczkach, zawiadamiając w ten sposób wszystkich, że trzeba się ich bać. Wprawdzie wyglądało to dość spontanicznie, ale jestem pewny, że te zbrodnie były skrupulatnie zaplanowane. Po tych wydarzeniach Niemcy starali się zachowywać „po ludzku”, zwłaszcza gdy chodziło o miejscowe problemy administracyjne: musieli się przecież nauczyć, jak się z nimi obchodzić!

Uri Szmulewicz z rodzicami: Niną i Mosze w Rabce, 1934 rok.

Mieszkaliśmy jakiś czas w Wieliczce na ul. Słowackiego 21, w domu wujka Jakuba Seidenfraua, z jego żoną Hanią i synkiem Rafusiem. Gdy się trochę uspokoiło, pożegnaliśmy się z Hanią, Rafusiem, ciocią Blumą (siostrą mamy) i jej mężem Dawidem Horowitzem, wynajęliśmy wóz i wróciliśmy do naszego mieszkania w Krakowie na ul. Kołłątaja 12. Żydowskie szkoły były zamknięte, a do polskich Żydom nie wolno było chodzić. Następnie właściciele żydowskich sklepów stali się sprzedawcami, a właścicielami zostali niemieccy cywile, tzw. Treuhänderzy. Zazwyczaj Treuhänder nie miał pojęcia o pracy i musiał się ładnie odnosić do sprzedawcy (prawowitego posiadacza), aż się czegoś nauczył. Od końca października 1939 roku wszyscy Żydzi, którzy mieli więcej niż dziesięć lat, musieli nosić białe opaski szerokości dziesięciu centymetrów z niebieską gwiazdą Dawida na środku . A więc Niemcy zrobili ze wszystkich Żydów syjonistów! Było dużo innych ograniczeń, np. surowy zakaz mieszkania w pewnych częściach Krakowa i poruszania się po nich, a wszystko było wyraźnie ogłaszane po niemiecku i po polsku; zdawało się, że Niemcy nie tylko zdobywają, ale też panują.

Mama i kilku profesorów hebrajskiego gimnazjum koedukacyjnego w Krakowie zorganizowali prywatne lekcje i uczyłem się na nich nie mniej (a może nawet więcej), niż bym się uczył w szkole. W każdym razie byłem bardzo zajęty, a jako że miałem jedenaście lat, jeszcze nie brano mnie do przymusowej pracy.

Pod koniec 1939 roku nadeszły wiadomości od taty. Mieszkał we Lwowie u wujka Izaaka Seidenfraua (brata Mamy) i zmienił zawód: z profesora literatury hebrajskiej w hebrajskim gimnazjum stał się nauczycielem sowieckiego jidysz w szkole zawodowej. To musiało być niełatwe, ale jego znajomość zwykłego jidysz była tak dobra, że opanował to sowieckie bez trudu. W każdym razie pracował i nie był kandydatem do wysyłki na Syberię, która była prawdopodobna, ponieważ tata nie był obywatelem Lwowa.

Większa część roku 1940 była niezła. Prywatne lekcje były tak intensywne, że szkoły mi prawie nie brakowało. Spotykałem wielu kolegów z klasy i poznawaliśmy Kraków. A robiło się to tak: zdejmowaliśmy opaski i udawaliśmy się na długie spacery do tych części Krakowa, które były dla Żydów surowo zabronione, czyli oszukiwaliśmy Niemców. Może to było głupie, ale byliśmy pewni siebie i nikomu nie przychodziło na myśl, że jesteśmy Żydami, mimo „niedobrego” wyglądu (zwłaszcza mojego). Podczas tych spacerów widzieliśmy wielu niemieckich żołnierzy i oficerów. Ciekawie było się przekonać, że nie wszyscy mają jasne włosy i niebieskie oczy; spotkaliśmy niemało brunetów z ciemnymi oczami i orlimi nosami, wyglądających jak Żydzi. Powiedziano nam później, że to prawdopodobnie Austriacy.

Niemcy byli zajęci wydawaniem obwieszczeń i konfiskatą żydowskiego mienia. Ale najbardziej nam przeszkadzało postanowienie gubernatora Hansa Franka, by uczynić Kraków Judenrein („odżydzonym”). Planowano wtedy żydowskie getto w Podgórzu i zaznaczono wyraźnie, że będzie ono przeznaczone dla Żydów, których praca jest niezbędna do wojennego wysiłku Trzeciej Rzeszy. Mama nie pracowała w takim przemyśle, ja byłem za młody, żeby coś „ważnego” robić, a to wszystko znaczyło, że musimy opuścić Kraków i nasze mieszkanie. Spakowaliśmy kilka walizek, zamówiliśmy wóz i przeprowadziliśmy się znów do Wieliczki, miasta mamy, do domu wujka Jakuba, gdzie zamieszkaliśmy z Hanią i Rafusiem.

Powinniśmy już byli wiedzieć, dokąd to wszystko zmierza: Niemcy mordują Żydów, przywłaszczają sobie ich mienie, poniżają ich, a w końcu wynajdują to ważne słowo Judenrein. Na razie działają tylko w Krakowie, stolicy Guberni. Jednak czy nie byłoby logiczne przypuszczać, że chcieliby widzieć swe całe „cesarstwo” wolne od Żydów? Przecież to była teza Hitlera i gdyby jej nie lekceważyć, trzeba by było uciekać, i to już! Ale nazistowskie kanalie starały się zachowywać pozory normalnego życia. To oraz nieuzasadniony optymizm ludzi, ślepa wiara w to, że „Niemcy muszą tę wojnę przegrać, i to niedługo”, i niechęć do rozstania się z mieszkaniem i źródłem jakiegokolwiek dochodu spowodowały, że prawie wszyscy wybrali pozostanie w tym raju głupców.

Życie z Hanią i Rafusiem było bardzo przyjemne. Dom wujka Jakuba był wygodny, miał piękny ogród, a w nim kwiaty, jagody i jarzyny. Obecności Niemców nie czuliśmy, bo zarekwirowali magazyn i gabinet Jakuba, a siedział tam przeważnie Polak, który był przedstawicielem jakiejś polsko-niemieckiej firmy. Czuliśmy się jak w domu i nikomu nie wpadło do głowy uciekać. Odbywało się dużo prywatnych lekcji. Już w wieku trzynastu lat (lub wcześniej) interesowała mnie bardzo geometria, a to dzięki dwóm świetnym książkom Szczepana Jeleńskiego: Lilavati i Śladami Pitagorasa. Na trzynaste urodziny dostałem od mamy zawodowy zbiór instrumentów kreślarskich i zajmowałem się różnymi konstrukcjami. Udało mi się po jakimś czasie pożyczyć od starszego brata kolegi, Iźka Eislanda, polskie tłumaczenie książki Egmonta Colerusa Od tabliczki do różniczki. Przeczytałem ją od deski do deski i tak, mając czternaście lat, miałem już pojęcie o rachunku różniczkowym i całkowym. Przyniosło mi to wielkie zadowolenie i ogromną korzyść, gdy się przygotowywałem do egzaminów maturalnych w 1947 roku.

Żydowski trzynastolatek odbywa religijną ceremonię, znaną jako bar micwa, w bożnicy, jeśli takowa istnieje. Za Niemców tego nie było, ale żydowska wiara pozwala na odprawianie modlitwy w obecności przynajmniej dziesięciu mężczyzn, mających co trzynaście lat. Taka grupa nazywa się minjan. U sąsiadów na ulicy Słowackiego 19, u państwa Attermanów, był taki minjan i zgodzili się, żebym u nich święcił moją bar micwę. Oprócz krótkiej modlitwy czyta się rozdział z Biblii, przeważnie z ksiąg proroków, z pewną określoną intonacją. Naturalnie, mama mnie do tego przedstawienia dobrze przygotowała. W wyznaczoną sobotę przyszedłem do minjanu i oni zaprosili mnie do Tory w określonej części tygodniowego rozdziału. Odmówiłem modlitwę prawidłowo i dobrym hebrajskim oraz przeczytałem mój rozdział, też po hebrajsku, tak jak się mówi. Gdy skończyłem, podszedł do mnie jeden z Attermanów i rzekł: „Dlaczego się tak śmiesznie modlisz?”. Odpowiedziałem: „Nie ma w tym nic śmiesznego. My tak mówimy w domu”. A on: „To wy używacie ten święty hebrajski język w życiu codziennym? To grzech!”. Parę miesięcy po tej rozmowie stałem się prawdziwym grzesznikiem.
Jesienią 1941 roku, tzn. kilka miesięcy po ataku Niemców na Sowietów i zdobyciu Lwowa, tata i Jakub wrócili do Wieliczki. Bardzo się radowaliśmy tym zjednoczeniem rodzin i wydawało się, że jakaś równowaga, mimo niemieckiej okupacji Wieliczki, została osiągnięta. Były oczywiście zwyczajne ograniczenia. Nie było szkół dla Żydów, nie było bożnic, obowiązywał surowy zakaz używania pociągu i przymusowe noszenie opasek. Nie było wolno odwiedzać kopalni soli. Pożywienie było uboższe niż w latach przedwojennych. Jednak gdy się człowiek przyzwyczaił do tych ograniczeń, nie znał prawdziwego głodu i nie był maltretowany, wydawało się, że to wszystko jest tymczasowe i „wojna się przecież niedługo skończy”. Słyszałem i czytałem w opublikowanych zeznaniach wielickich Żydów, że ta względna równowaga została osiągnięta przez przekupienie burmistrza Wieliczki i jego popleczników. Była oczywiście przymusowa praca, z powodu której ludzie cierpieli, ale ja byłem jeszcze na to za młody.
Z początkiem 1942 roku, gdy niemało wielickich Żydów żyło „jak u Pana Boga za piecem”, odbyła się konferencja w willi Wannsee koło Berlina , a jej tematem było ostateczne rozwiązanie praktycznych problemów dotyczących kwestii żydowskiej, to jest Zagłady. Oczywiście, nikt u nas o tym nie wiedział. Nawet gdy słyszeliśmy, że na początku czerwca 1942 roku w krakowskim getcie było wysiedlenie, nie podejrzewaliśmy, czym to pachnie. W połowie sierpnia 1942 roku Niemcy rozkazali wszystkim Żydom z Dobczyc, Gdowa, Niepołomic i innych miejscowości przenieść się do Wieliczki i zabrać ze sobą, co tylko mogą. Mówiło się o planach utworzenia getta w Wieliczce, ale o niczym więcej. „Troskliwe” władze założyły szpital w Wieliczce, żebyśmy niczego nie podejrzewali. Nagle, jak piorun z jasnego nieba, 26 sierpnia pojawiło się obwieszczenie o wysiedleniu wszystkich Żydów z Wieliczki i rozkaz stawienia się w punkcie zbornym nazajutrz rano. Kto się nie stawi, nad ranem 27 sierpnia zostanie rozstrzelany. Ludność polska została zawiadomiona, że przechowanie Żyda jest przestępstwem, za które grozi kara śmierci. To już było za dużo, nawet dla urodzonych optymistów. Wieliczka była otoczona niemiecką i polską (granatową) policją i nie można było nigdzie uciec.
27 sierpnia program Mein Kampf został efektywnie zrealizowany w odniesieniu do żydowskich mieszkańców Wieliczki i okolicy. Przyszliśmy na wielką łąkę za stacją towarową Wieliczka, gdzie oczekiwali nas esesmani, strażnicy ukraińscy i granatowa polska policja. Siedzieliśmy na łące, zebrani w grupach, między którymi spacerowali nasi władcy. Nie pamiętam szczegółów selekcji, ale utkwiły w mojej pamięci dwa wydarzenia. Nieopodal naszej rodziny siedzieli lekarz o nazwisku Hirsch i jego żona. Gdy esesman, który wybierał ludzi do pracy (tzw. selektor), zbliżył się do nas, jego pierwszym kandydatem był Hirsch. Ten ostatni odpowiedział, że pójdzie, ale tylko razem z żoną. Na to powiedział selektor, że on wybiera tylko mężczyzn. Hirsch został z żoną… Drugie wydarzenie dotyczy taty i mnie. Selektor wybrał tatę, a tata wziął mnie za rękę. Wahałem się trochę, ale mama powiedziała po hebrajsku: „Idź z tatą”. Poszedłem i żyję – dzięki moim rodzicom. W rezultacie tej okropnej selekcji wybrano kilkuset mężczyzn, w tym tatę i mnie, do pracy w niemieckim przemyśle wojennym (większość z nich zginęła w różnych obozach koncentracyjnych), starzy i słabi zostali natychmiast rozstrzelani w Puszczy Niepołomickiej, a reszta, licząca od ośmiu do dziesięciu tysięcy osób, została wepchnięta do bydlęcych wagonów i zawieziona, jak się później okazało, do Bełżca, na natychmiastową śmierć w komorach gazowych. Wysłano tam też mamę i jej siostrę Blumę z mężem, Dawidem Horowitzem. Muszę jednak zaznaczyć, że powyższe liczby Żydów deportowanych z Wieliczki do Bełżca to granice szacunków. Dolna granica, tj. osiem tysięcy osób, zgadza się z oceną badacza Holokaustu Martina Gilberta, przedstawioną w jego książce The Dent Atlas of the Holocaust.

Trzy Wieliczanki z rodziny Seidenfrauów: Sabina (po mężu Zimmels), Nina (po mężu Szmulewicz) i Hela (po mężu Jedlin). Sabina i Hela były córkami Kalmana i Reginy Seidenfrauów, Nina - córką Dawida, brata Kalmana, 1934 rok.

Nie pamiętam, czy nas, wybranych do pracy, przywieziono czy poprowadzono do dużego baraku na Zadorach. W tym baraku czekaliśmy na „klientów”. Tata i ja byliśmy tam dzień albo dwa, a potem wywieziono nas w pierwszej setce pracowników do obozu pracy Julag 1 w Płaszowie. Z tego obozu chodziliśmy do fabryki kabli (wtedy Kabelwerk Krakau), która nas „kupiła”. Pracowaliśmy tam przy obsłudze pras hydraulicznych w oddziale wyrobów bakelitowych. Praca była ciężka, droga do obozu długa, warunki – jak to w obozie. Dyrekcja fabryki postanowiła poprawić naszą wydajność przez przeniesienie nas do krakowskiego getta. Przetransportowano nas tam po kilku tygodniach i stamtąd chodziliśmy do pracy. Słyszeliśmy, że Jakub i Hania Seidenfrauowie byli w więzieniu policji, odwiedziliśmy ich. Wiedzieliśmy, że Jakub i Hania przygotowali sobie schowek pod podłogą gabinetu Jakuba, że posłali Rafusia do Izaaka do Lwowa i że nie poszli z nami na wysiedlenie 27 sierpnia 1942. W więzieniu policji opowiedzieli nam, że udało im się zostać w kryjówce w Wieliczce przez kilka tygodni. Pewnej nocy, gdy Jakub wyszedł ze schowka, żeby coś przynieść do jedzenia, złapał go „przyjazny” niebieski policjant. Nie zastrzelił jego ani żony, jak wielu innych, ale posłał ich do krakowskiego getta, a tam zajęła się nimi żydowska policja getta. Był to odroczony wyrok śmierci, ponieważ więźniowie siedzieli tam aż do następnego wysiedlenia. Jakub i Hania zostali wywiezieni do Bełżca 28 października 1942 roku, z drugim wysiedleniem z krakowskiego getta, a więzienie policji zostało puste i oczekiwało na nowych „przestępców”. Muszę przyznać, że przy wysiedleniu z Wieliczki i przy drugim wysiedleniu z krakowskiego getta nie wiedziałem nic konkretnego o komorach gazowych i nie zdawałem sobie sprawy, że celem tych deportacji było natychmiastowe uśmiercenie wszystkich przesiedlanych. Dopiero w zimie roku 1944, gdy do Linz III przybyli więźniowie z Oświęcimia, dowiedziałem się od nich, jak naprawdę wyglądał ten „przemysł śmierci”. Mama Nina, ciotka Bluma i wujek Jakub to ostatni Seidenfrauowie z Wieliczki. Śmierć dosięgnęła także ich rodzeństwo pochodzące z Wieliczki, w Rzeszowie, Lwowie, Brodach i Oradea Mare, oraz ich rodziny. Tylko jedna córka Józefa Seidenfraua, brata mamy z Oradea Mare, po przejściu przez Oświęcim i inne obozy, a także ja po przejściu przez Plaszow, Mauthausen i Linz III, przeżyliśmy Holokaust.
Tata zginął w obozie koncentracyjnym Gusen II w Austrii, w styczniu 1945 roku. Jego i moje dzieje są streszczone w moich wspomnieniach (niepublikowane, ale dostępne w internecie ).
Mówiliśmy dużo o Wieliczce, ale ewolucja Holokaustu miała miejsce we wszystkich miejscowościach w Polsce, w których mieszkali Żydzi, a jej koniec był zawsze ten sam.