Maria Perlberger-Shmuel

Ich miłość mnie odnalazła

We wrześniu 1942 roku, po zdobyciu dla mnie aryjskich papierów na nazwisko Maria Teresa Nowakowska, pojechałam z panią Duszczyńską z Krakowa na Pragę do Warszawy, do rodziny koleżanki pani K. Następnie zaopiekowała się mną Irena Ch. współpracująca z Żegotą . Zamieszkałam z jej matką i córką Wandą w domu na Kole .

***

Dom przy ulicy Mickiewicza 16, w którym do 1942 roku mieszkała Maria Perlberger, lata sześćdziesiąte XX wieku.[…] Pod koniec 1944 roku pani Ch. postanowiła pojechać z Wandą i z babcią do swojej rodziny. Mnie jednak nie mogły ze sobą zabrać. Postanowiono więc, że po drodze zatrzymamy się w Krakowie, pani Ch. pojedzie do Wieliczki i nawiąże nowy kontakt z panią K. z naszej kamienicy przy ul. Mickiewicza 16 (kontakt się urwał w chwili wybuchu powstania warszawskiego). Przed wyjazdem obcięto mi warkocze, nie było przecież warunków, aby je pielęgnować.
Podróż była ciężka. Pociągi osobowe nie kursowały już regularnie – pierwszeństwo miały transporty wojsk niemieckich. Musiałyśmy się przesiadać niezliczoną ilość razy. Czasem odpychano nas od wagonów. Tak ciągnęła się ta jazda chyba ze dwie doby. Jednak nie chciałam, aby dobiegła do końca. Myśl o rozstaniu z panią Ch. bolała. Łzy nabiegały do oczu. Wanda przemawiała do mego harcerskiego hartu i honoru. Ale co mi tam honor i hart harcerski! Popłakiwałam więc od czasu do czasu. Dojechałyśmy do Krakowa. Pani Ch. pojechała od razu do Wieliczki, podczas gdy my czekałyśmy w poczekalni dworcowej, pełnej podróżnych. Po kilku godzinach pani Ch. wróciła. Pani K. obiecała, że nazajutrz przyjedzie do Krakowa, aby się mną zająć, tymczasem przesłała mi karteczkę z jakimś adresem. Tam właśnie miałam na nią czekać. Była już godzina policyjna, nie wolno więc było wyjść na miasto. Pociąg pani Ch. odchodził za godzinę – miałam więc czekać sama do rana tu, w poczekalni. Pragnęłam, aby zdarzyło się coś, co opóźni odjazd tego pociągu, ale właśnie ten zajechał punktualnie. Szybkie pożegnanie i już weszły do przedziału. Wanda stanęła w oknie. Łzy znowu zaczęły mnie dławić… „No, Marysiu, trzymaj się!” – były to ostatnie słowa Wandy i pociąg ruszył.
***

Zostałam na stacji sama z tą kartką. Musiałam czekać do rana, ponieważ obowiązywała jeszcze godzina policyjna. Nagle zdybał mnie jakiś Ukrainiec w służbie niemieckiej. I pyta: „A ty dziewczynko skąd? A ty dziewczynko dokąd? Kto ty jesteś? Skąd ty jesteś? Gdzie się uczyłaś?” – wszystko chciał wiedzieć.
Czułam, że to się nie skończy dobrze. Miałam wtedy jedenaście i pół roku, duża nie byłam. Ale wiedziałam, że już po mnie, z jego łap się nie wydostanę. Krążył wokół mnie jak sęp. Potem przyprowadził jeszcze jakiegoś kolegę i zaproponowali, że pójdziemy na herbatę. Pewnie chcieli mnie zgwałcić. Uciekłam do ubikacji dla kobiet. Myślałam, że tam już nie wejdzie. Ale wszedł. Pamiętam jego wzrok: podpity, zły, okropny, przenikliwy. „O, nawet tu pan za mną trafił” – powiedziałam z duszą na ramieniu. Nic nie odpowiedział, tylko trzymał rękę na klamce i stał w rozkroku. Szybko się schyliłam i śmignęłam mu pod tą ręką. Uciekłam do przystacyjnego bunkra. Nikogo nie było, tylko strasznie śmierdziało ludzkimi ekskrementami. Kiedy wyszłam po kilku godzinach, ciągle mi się zdawało, że on za mną idzie. Ale nie.
Dotarłam pod adres z karteczki. Właścicielka mieszkania nie kryła zdumienia. „Tutaj ma przyjść po mnie pani K.” – powiedziałam. To była żona tego lekarza, który wziął pieniądze moich rodziców i za mnie płacił. Kiedy pani K. mnie zabrała, od razu wpadła w lament, że nie ma ze mną co zrobić. „Jak ci nie znajdę miejsca, to cię oddam na gestapo” – pogroziła. Nic nie odpowiedziałam. W końcu znalazła mi jedno miejsce, a potem drugie. Wojna zbliżała się do końca, to był październik albo listopad. Ostatnie schronienie przypadło mi u pewnej bardzo pobożnej wdowy. Zawsze chętnie chodziłam do kościoła, do dzisiaj znam na pamięć wszystkie modlitwy, też po łacinie, ale ta pani była dewotką, ciągle tylko naganiała mnie do modlitwy i do czytania żywotów świętych albo historii o Żydach, którzy oszukiwali, i o Żydach, którzy zdradzali, choć wiedziała, że jestem Żydówką.
Pewnego dnia kazano nam zejść do schronu, słyszeliśmy detonacje. To Rosjanie wchodzili do miasta. W schronie ktoś powiedział: „Teraz znowu zobaczymy Żydów, tych pejsaczy”. Pomyślałam, że jak rodzice wrócą, to ja ich przekonam, żeby już nigdy nie byli Żydami. Nie chciałam identyfikować się z kimś, o kim mówiło się z pogardą.
Weszli Rosjanie. Na ulice wyległy tłumy. Nie wiem, dlaczego i po co. Szłam z tą panią pobożną, gdy usłyszałam, że ktoś mnie woła. Patrzę, a to mój kuzyn, Henek Lindenberg z Krakowa. Starszy ode mnie, dużo starszy. Jakoś przeżył. Tak bardzo się ucieszył, że mnie widzi. Od razu chciał adres. Ja byłam już nauczona, że nie wolno dawać adresu. I nie dałam. „Kto to jest?” – zapytała pani pobożna, kiedy poszedł. „I czego chciał?”. „A, on mi tylko dał adres i powiedział, gdzie mieszka z jeszcze z jednym kuzynem. Chce, żebym do niego przyszła”. „Możesz iść, ale muszę cię uprzedzić i ostrzec, Żydzi wolą otruć dziecko, które przeszło na wiarę chrześcijańską, niż pozwolić mu żyć jako katolikowi. Najczęściej podają takiemu herbatkę z trucizną”.
Nie miała wtedy jeszcze dwunastu lat, pomyślałam o moich rodzicach i poszłam. Dzwonię do drzwi. Kuzyn taki zadowolony, szczęśliwy. Mówi: „Marysiu, jak dobrze, że jesteś, chodź, dam ci herbaty”. Jak usłyszałam słowo „herbata”, to już mnie nie było. On nie rozumiał, dlaczego. Wołał: „Zostaw przynajmniej adres! Poczekaj!”. Szukaj wiatru w polu – biegłam, co sił.
To był styczeń 1945 roku. Pani K. już za mnie nie płaciła. Trafiłam do jakiegoś przytułku i ktoś chciał mnie adoptować. Nie uczynili tego prawnie, ale zabrali ze sobą do Łodzi. Taka para. Po prostu szukali służącej. To ja postanowiłam, że wracam do Warszawy. I pojechałam. Patrzę, a Warszawy nie ma. Nie mogłam niczego poznać. Ludzie wydeptali ścieżki przez gruzy i tak się poruszali. Ale Koło zostało nietknięte. Kiedy dochodziłam do domu, w którym żyłam po wyjeździe z Krakowa w 1942 roku pod przybraną tożsamością, spotkałam naszą sąsiadkę, panią Kamińską. „Pani Chmurowa jeszcze nie wróciła, możesz u mnie nocować” – zaprosiła. „Chętnie cię przyjmę, ale możesz wrócić do Żydów”.
Wtedy już wiedziałam, że ona znała prawdę cały czas.
Postanowiłam załatwić sobie miejsce w klasztorze. W klasztorach mieli internaty na poziomie. Nie wiedziałam tylko, że opieka społeczna, do której poszłam z prośbą o skierowanie, nie dysponuje takimi internatami. W końcu dostałam adres zgromadzenia urszulanek szarych koło Piaseczna. Byłam tam niedługo, do Bożego Narodzenia 1945 roku. Do szkoły trzeba było chodzić piechotą, a ja miałam tylko drewniaki i żadnego ciepłego ubrania. Klasztor żył z datków, panowała straszna bieda. Na Boże Narodzenie w szkole urządzili przyjęcie dla dzieci. „Kto nie ma domu, proszę podnieść palec” – ogłosili. Dawali paczuszki z jedzeniem. Ja się wstydziłam, ale podniosłam rękę. Zjadłam wszystko po drodze do klasztoru. A tam czekała Wanda Chmurówna.„Słuchaj – powiedziała – to nie jest miejsce dla ciebie. Ja ci załatwiłam coś innego”.
Zawiozła mnie do innego domu dziecka, już nie klasztornego, tylko świeckiego, dla rodzin wojskowych. To naprawdę był porządny dom. Ale ja wciąż opowiadałam inne historie swojego życia, nie przyznawałam się, że jestem Żydówką. Bałam się. Wiedziałam przecież, że nic dobrego nie wyszło z tego żydostwa, wolałam pozostać Polką. A pani kierowniczka domu dziecka podpytywała ciągle: „Ty nie Żydówka?”. „Nie, ja nie Żydówka” – odpierałam.
Później ów dom dziecka przeniósł się na Śląsk, do Opola. I tam pewnego dnia dotarła do mnie pocztówka od jednej z moich ciotek. Nie znałam jej, ponieważ to była siostra dziadka. Napisała: „Marysiu, jestem twoją ciocią i chcę cię jeszcze zobaczyć”. I podpisała się nazwiskiem Schenker. Kiedy wszyscy siedzieli przy stole, kierowniczka zapytała dobitnie: „Marysiu, a co to za twoja ciocia ta Schenker?”.
Maria Perlberger-Shmuel podczas rozmowy z Urszulą i Wiesławem Żyznowskimi, Hajfa 14 marca 2012 roku.Zapewniłam, że to jakaś pomyłka, że nie o mnie chodzi. Ale kierowniczka uznała, że powinnam jechać do Krakowa i wyjaśnić całą sytuację. Pojechałam. Odnalazłam ciocię. „Marysiu, świetnie, że przyszłaś” – ucieszyła się. A ja na to, że wracam tam, skąd przyjechałam. Wtedy ona powiedziała: „Możesz wrócić, możesz być katoliczką, możesz być wszystkim, czym chcesz. Ale ja muszę stąd wyjechać” – miała już wyrobione papiery zezwalające na wyjazd.
Ale u cioci była jakaś pani, która wtrąciła nagle: „Skoro ona nie chce nic wiedzieć o rodzinie – wskazała na mnie – to rodzina nic nie będzie chciała wiedzieć o niej”.
To słowo „rodzina” podziałało. Tak długo nie miałam już rodziny. Dlatego choć ciocia wyjechała, a ja zostałam, to już w domu dziecka z żydowskimi dziećmi. Patrzyłam na nie z góry, ponieważ przeszkadzało mi, że są takie żydowskie, mają kręcone włosy i jak mi się zdawało – semickie głowy.
Potem wujek Henryk Luftig, brat mamy, który mieszkał w Belgii, usłyszał, że się znalazłam, i przysłał kogoś, kto mnie zabrał do Belgii. A potem ten wujek bardzo nieładnie się ze mną obszedł. Po miesiącu, dwóch oddał mnie do domu dziecka. A ja tak chciałam mieć normalny dom. Potem podpisał za mnie zgodę na wyjazd do Izraela. Nikt mnie nie zapytał, co wybieram. Ja nie przyjechałam tutaj. Mnie tu posłali. Minęło tyle lat, już się przyzwyczaiłam, mam tu dzieci i wnuki i obchodzi mnie, co się dzieje w kraju, ale ta świadomość, że zdecydowano wtedy za mnie, towarzyszy całemu mojemu życiu.
U wujka mieszkałam też jakiś czas, kiedy przyjechał z rodziną do Izraela, ale źle się u nich czułam. Bezustannie mieli pretensje i krytykowali mnie. Nie pytali, co się ze mną działo w Polsce. Moja kuzynka, a ich córka użalała się nad sobą, że musiała spać na stole z braku miejsca. Ale miała rodziców! Nie było żadnego porównania między tym, co przeżyli oni, z dala od obozów koncentracyjnych, i my. Nikt nie porównywał, ponieważ oni nie pytali.

Epilog

List Samuela i Henryki Perlbergerów do krewnych w USA.List Samuela i Henryki Perlbergerów do krewnych w USA.W 1990 roku po raz pierwszy po wojnie przyjechałam do Polski. Szukałam córki pani Duszczyńskiej, też Wandy (wiedziałam, że jej matka już nie żyje), mojej szkolnej koleżanki. Byłam w Wieliczce, w Krakowie, wszędzie, gdzie tylko mogłam – nikt nic nie słyszał. Jakieś dwa lata później dostałam od niej list. Spotkała kogoś, kto wiedział o moich poszukiwaniach. Ktoś inny podał jej mój adres. Napisała i nawiązałyśmy kontakt.
W 1997 roku znów pojechałam do Polski. Spotkałyśmy się. To właśnie wtedy dowiedziałam się wielu rzeczy. Między innymi o tym znajomym lekarzu, który wziął tylko pieniądze, a miał też wziąć i mnie. I o niemieckim wojskowym płaszczu, którym zostałam przykryta, żeby nie przeszkadzać zalotom Niemca „Ja bym chciała, żeby moja mama miała pośmiertnie medal Sprawiedliwej” – powiedziała Wanda. Postarałam się o takie odznaczenie. Zostało już przyznane.
Pani Chmurowa umarła, ale jej córka była u mnie dwukrotnie. Cały czas utrzymywałam z nią kontakt. To od Wandy Chmurówny dowiedziałam się z kolei, że akcję uratowania mi życia zorganizowała Żegota. Potem okazało się, że także moja kuzynka ocalała dzięki tej organizacji. Kuzynkę ulokowano u Polaków za pośrednictwem Zofii Kossak-Szczuckiej. Wanda odebrała medal Sprawiedliwej także w imieniu matki. Bardzo wzruszająca ceremonia odbyła się w Jerozolimie. Posadzili drzewko. Wanda, kiedyś taka promienna, taka idealistka, była już wtedy chora. Przez tę chorobę trudno się z nią teraz porozumieć. Żal.
O rodzicach już nigdy nie usłyszałam. Cały transport z Wieliczki, który widziałam, kiedy pani Duszczyńska prowadziła mnie na dworzec, poszedł do obozu zagłady. Do Bełżca. Stamtąd nikt nie wyszedł żywy.
Pewnego dnia 1985 roku otrzymałam list:
„Kochana Pani Mario, jestem czasowo w USA i pisze do Pani ten list, ponieważ mam ważną misję do spełnienia, przekazaną moim Rodzicom w Polsce przez pani Mamusię i Ojca, w czasach okupacji w 1942 roku. Oto list, który załączam, oddaję go Pani. Pani Tatuś znał dobrze moich rodziców w Wieliczce, gdzie wówczas przebywaliśmy podczas okupacji niemieckiej i czasem przychodził z Panią na ulicę Limanowskiego, gdzie mieszkaliśmy w czasie wojny. Ja, wówczas kilkuletnia dziewczynka, bawiłam się z Panią w ogrodzie. Nasi ojcowie wyprawiali nas z domu, gdyż nie chciano, aby dzieci słuchały o pewnych rzeczach. Mój ojciec (nieżyjący już od dwudziestu pięciu lat) pracował w tajnym nauczaniu jako profesor gimnazjalny i miał ścisłe kontakty z AK, z którą współpracował. Sądzę, że i Pani Tatuś również, gdyż spotykali się często i zapewne łączyły Ich tego rodzaju sprawy.
Pewnego wieczoru Pani Tatuś przyszedł sam do nas (pamiętam, gdyż był to deszczowy wieczór i przyszedł do nas z parasolem, co utkwiło w mojej pamięci), oparł głowę na rączce parasola i mówił coś do mego Ojca, po czym zaczął głośno płakać. Ojciec kazał mi wyjść natychmiast z pokoju. Byłam bardzo przerażona, gdyż nigdy nie widziałam czegoś podobnego i jako dziecko nie zdawałam sobie sprawy z tego, co się działo wtedy w Wieliczce. Był to bowiem ostatni wieczór przed ewakuacją rodzin żydowskich z Wieliczki.
Na drugi dzień rozpętało się istne piekło, wywieziono wszystkie rodziny, pozabijano osoby ukrywające się w domach, spakowano i splądrowano domy żydowskie. Byliśmy przerażeni, rozpacz była wielka. Wieliczka, w której było wiele rodzin żydowskich, prawie opustoszała. Po jakimś czasie zobaczyłam w domu list Pani Ojca pozostawiony u nas w ten pamiętny wieczór. Pytałam, co się stało z państwem Perlbergerami, i co z Marysią, ale Tato nie wiedział. Sądziliśmy, że wszyscy zginęli! Wspominaliśmy Was czasem. List był stale w naszym domu. Po zakończeniu wojny, za czasów Stalina, nie było szans znalezienia adresatów tego listu, stosunki z tak zwanym Zachodem były dla szarych ludzi niedozwolone. Lata mijały, nie wiedzieliśmy, gdzie szukać adresatów – bez adresu! Zmarł mój ojciec, w wieku pięćdziesięciu dziewięciu lat (w 1959 roku), ja wyszłam za mąż i przeniosłam się do Gdyni. Mama pozostała w Wieliczce, później przeniosła się również do Gdyni i nadal żyje, mimo że ciężko schorowana i w wieku osiemdziesięciu trzech lat. Tak znów minęło wiele lat.
W 1981 roku przyjechałam do USA na ślub w rodzinie koleżanki w Bostonie, ale stan wojenny zatrzymał mnie w USA przez dziesięć miesięcy, w czasie których musiałam podjąć jakąś pracę, aby nie być ciężarem dla przyjaciół. Los zetknął mnie w Nowym Jorku z panem Oskarem Schenkerem, którego żona po przebytej chorobie potrzebowała chwilowej pomocy w domu. Moja znajoma Polka z nowego Jorku przedstawiła mnie panom Aleksandrowi i Oskarowi Schenkerom i gdy pani wróciła ze szpitala, pomagałam trochę w rodzinie państwa. Oczywiście, ponieważ pan Oskar znał Kraków i Wieliczkę, zgadaliśmy się na temat wojny i różnych znajomych osób – padło też nazwisko państwa Perlbergerów. Opowiedziałam całą historię, ale nie kojarzyłam sobie zupełnie nazwiska pana Oskara Schenkera z adresatem listu, o którym opowiadałam! Sama moja opowieść wydawać by się mogła nawet nieprawdziwa! Powróciłam do Polski i poprosiłam mamę o list – wyszperała mi go gdzieś w papierach rodzinnych – jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłam, że był to list do Pana Oskara Schenkera i jego brata! Czekać musiałam jednak na stosowną chwilę. Znów po dwóch latach losy rzuciły mnie do USA, na Alaskę. Przywiozłam ze sobą list, przekazałam kserokopię Panom Aleksandrowi i Oskarowi Schenkerom. Również i ich zdziwienie było ogromne, byliśmy wszyscy wzruszeni (rozmawialiśmy niestety telefonicznie!).
Po otrzymaniu listu od Pana Aleksandra, a w nim adresu do Pani, od razu piszę ten list, gdyż pragnę jak najprędzej wejść z Panią w kontakt i doręczyć ten dokument rodzinny z 1942 roku. W 1981 roku ktoś z Pani rodziny w Nowym Jorku podobno pisał do Pani o nim – było to w czasie, kiedy nie mogłam wrócić do Polski i przebywałam w Nowym Jorku – ale jakoś nie nawiązałam z Panią kontaktu, a Pani nie przypominała mnie sobie z Wieliczki – nic dziwnego, ja wówczas w 1939 roku miałam dziewięć lat, a Pani na pewno mniej – o ile pamiętam. Natomiast pamiętają Panią inne moje koleżanki, jak Marysia Stałowczykówna i Marysia Baburkówna (mieli wytwórnię win i soków koło Warzelni Soli w Wieliczce).
Droga Pani Mario, proszę wybaczyć nieforemne i pospiesznie sklecone zdania, ale to po prostu z pośpiechu. Jeśli Pani zechciałaby do mnie napisać lub coś więcej się dowiedzieć, załączam poniżej adres. Pragnę również prosić Panią o powiadomienie mnie, czy list Pani Rodziców z 1942 roku dotarł do Pani rąk. Jest to dla mnie ważna misja rodzinna do spełnienia i moja mama, oddając mi list, prosiła o doręczenie i potwierdzenie doręczenia. Pan Oskar i Pan Aleksander zdecydowali, że powinien się znaleźć w Pani rękach, więc spełniam ich życzenie, jako Pani rodziny. Łączę dla Pani dużo serdeczności i oczekuję wiadomości. Wiesława Wajdowa” .
Moi rodzice w wyżej opisanym liście pisali do braci Schenkerów (Nowy Jork, Fabryka Czekolady):
„Kochani Kuzynowie! Piszę do Was w tragicznej chwili naszego wysiedlenia. Córkę moją Marysię ulokowałam u znajomych. Bóg z nią! Gdyby nas po wojnie nie było, zaopiekujcie się nią! Bądźcie zdrowi i pamiętajcie o niej! Heńka i Śmilek Perlberger
25 VIII 1942 rok.
Moi bardzo Kochani! Nie mogę w tej strasznej chwili pisać. Błagam Was tylko, byście, o ile możności, odszukali i zajęli się moim jedynym dzieckiem. Śmilek”.
W taki oto sposób, tyle lat po wojnie, ich miłość znów mnie odnalazła.