Wiesław Żyznowski: Od wydawcy

Janina  z Pichórów,  schody domu_małyKazimierz i Janina Gurgulowie mają swoje miejsce w historii Wieliczki. Coś z ich uczuć zostało w świecie nawet po przeminięciu wraz z nimi samymi ich miłości, wszechogarniającej czułości przechodzącej w czułostkowość, tęsknoty i troski – świadczonych sobie na odległość w listach. A nie w przypadku każdej kochającej się pary tak jest. Nazwę to ich zdolnością do wyrażania prywatności i intymności w sposób, z którym utożsamiają się inni. To, a także ich sztuka korespondencji, dotrzymywanie obowiązku obywatelskiego, dzielność życiowa, domowa i konspiracyjna zasługują na utrwalenie w postaci książki. Janina i Kazimierz są w pewnym sensie ciągle żywi – na pewno dla ich syna Andrzeja oraz jego rodziny.

Ich synowa Maria Gurgul oraz ich wnuczka Janina Czernin zebrały i opracowały publikowany tutaj materiał. Żywość postaci Janiny i Kazimierza przeniknęła do Wydawnictwa Żyznowski, w którym Urszula Żyznowska, Anna Krzeczkowska-Ślusarczyk, Karolina Sivilli, Karina Graj oraz Katarzyna Wojtyga, Joanna Szumiec i Krzysztof Radoszek (z Magister Lemur s.c.) przygotowali materiały do druku i wydali w niniejszej książce. Oby owa żywość przenikała dalej, do czytelników, bo jest tego warta.

Łaskawy odbiorca weźmie tę książkę do ręki, poczyta i się zaduma. Może „piknie” go – jak Kazimierz pisze o swoim przeczuciu co do właśnie narodzonego Jędrusia – zazdrość wobec miłości tej pary, aż niemożliwej do udawania w setkach listów przez lata. Może poczuje on niechęć do złowrogiego losu urywającego na zawsze cudność relacji widoczną w listach obojga. Może czytelnik będzie ciekaw tego, jak toczyło się życie w inteligenckim domu w Wieliczce podczas wojny, zwłaszcza jeśli ma emocjonalny stosunek do tej miejscowości. Może zainteresuje się losem polskiego uchodźcy, który w czasie ostatniej wojny nie wrócił z przyjaznych dla niego Węgier.
„Przyszła w południe, zbadała i orzekła, że przyjdzie na noc, bo dzidziuś będzie się rodził. Bóle dobrze wzięły mnie dopiero po 21.00, a punkt 2.00 synuś był na świecie. […] Kaziku, synuś nie jest wcale taki malutki, jest długi bardzo, waży 3 kilogramy i 2 dekagramy. Rano poszedł Tatuś po Arsenicza, bo troszkę pękłam. Pozszywał i już się dobrze czuję, tylko dużo wziął, bo 50 złotych”. Jeśli dla pojedynczych zdań wydajemy książki o historiach wielickich, to właśnie dla takich, jak cytowane wyżej.
Te zdania „wymyśliła” – jak sama napisała o swoim pisaniu listów – Janina z Pichórów Gurgul, kreśląc w lutym 1940 roku list do męża, Kazimierza, przebywającego wśród uchodźców wojennych na Węgrzech. Zdania silne nie tylko dlatego, że kierowane do jednej określonej osoby. Kto by nie chciał,jak w przypadku syna Janiny i Kazimierza, Andrzeja Gurgula, zapracować swoim własnym urodzeniem się na taką wypowiedź.

Ona, trzeźwo myśląca, rzeczowa farmaceutka,chyba nie do końca świadoma własnych talentów epistolarnych, mistrzyni słodkości wyrazu i czułości ujęcia, twarda życiowo i przepracowująca się strażniczka ogniska domowego nazwana przez niego „Kochanym Pigularzem”. Kochająca miłością i tęskniąca tęsknotą wydobywającymi się z pokładów jej pochodzenia, rodzinności, tożsamości, wykształcenia. Kochająca w sposób wymagający w opisie stosowania słów: jeden, jednorazowo, jednoznacznie, jednostronnie, jedynie. W sierpniu 2013 roku pamięć o Janinie ciągle nie znalazła jeszcze wyrazu w formie notki biograficznej w Wikipedii.

On, obowiązkowy ponad wszystko,utożsamiający formalność z koniecznością, rozentuzjazmowany swoją dydaktyczną inteligenckością w pierwszym pokoleniu, skupiony na sobie, porucznik rezerwy i nauczyciel nazywany przez żonę i innych „Sękiem” – od sękowatości charakteru. Kochający i tęskniący bardziej impulsywnie i entuzjastycznie, nie tak refleksyjnie, jak jego żona. W sierpniu 2013 roku pod hasłem „Kazimierz Gurgul” w Wikipedii można znaleźć interesujący biogram.„Sęk” i „Kochany Pigularz” mają synka – „Buddę”.

Tych dwoje przyjmuje różne postawy w czasie wojny, widoczne w publikowanej tu korespondencji. Prawdopodobnie wynika to z odmienności położeń, w jakich się znaleźli. Nikt nie może powiedzieć, co by zrobił, gdyby znalazł się w sytuacji któregoś z małżonków. Ona życzyłaby sobie i wyraźnie o tym pisze, by on wrócił do domu, ale on uzależnia to od otrzymania oficjalnej zgody od władz. „Gdyby nie moja obowiązkowość, może byłoby inaczej, ale któż mógł przypuszczać, że tak to nastąpi”. Nie chce działać nielegalnie w swojej prywatnej i rodzinnej sprawie, ale z czasem angażuje się w nielegalną antyniemiecką działalność służącą celom politycznym i wojskowym, która przyniesie mu śmierć. Janina przeżyje, choć praktycznie codziennie ryzykuje życiem, łamiąc czy omijając w sprawach prywatnych obowiązujące przepisy prawa – dotyczące jej rodziny, znajomych, obcych, ale nie angażując się zbytnio w publiczne działania konspiracyjne. Dwie tak bliskie sobie uczuciowo osoby mające zapewne podobne formacje duchowe i moralne wykazały dwie różne postawy. Jej dzielność jest bardziej „życiowa”, jego bardziej „książkowa”, by użyć słów Kazimierza, kiedy pisze do Janiny, co ma dać w „łapkę” synkowi zaraz po tym, jak się narodzi. Skądinąd mowa o sympatycznym i symbolicznym zwyczaju, który obecnie chyba zanika. Tak samo jak coraz rzadsze jest łączenie się myślami o ustalonej godzinie przez osoby rozłączone fizycznie, a bliskie sobie emocjonalnie – nasi bohaterowie robili to codziennie między 21.00 a 22.00 od grudnia 1939 roku.
Postacie Janiny i Kazimierza poznałem w 2008 roku przez ich miłosne spojrzenie, zwłaszcza jej kierowane ku niemu, uwiecznione na fotografii zrobionej przez Stanisława Ścierańskiego. O spojrzeniu i fotografii napisałem w Wieliczanach na opisanych fotografiach: „Coś na tym zdjęciu szczególnie przyciąga wzrok. Czy to nie tęsknota za czymś, co w życiu zdarza się jeden (jedyny) raz? […]”. Zdjęcie można obejrzeć także w niniejszej książce na stronie 59. Nie wiedziałem wtedy, co Janina napisała w liście – przytaczamy go tu dalej – przesłanym Kazimierzowi z tym i innymi zdjęciami. Wszystko się pomału wyjaśnia – skoro Kazimierz zasłużył na Janinę, jej miłość i uwiecznienie ich miłości, to należały mu się także następujące, chyba nieco kokieteryjne, zdania od żony: „List Twój bardzo mnie ucieszył, a ponieważ Staszek przyniósł właśnie fotografie, więc od razu odpisuję, aby Ci je przesłać i przypomnieć ostatnie dni spędzone w Wieliczce. Cieszę się, że niektóre zdjęcia są bardzo dobre, inne mniej, ale da się jeszcze wytrzymać: najgorsze to zdjęcie, na którym jesteśmy oboje na schodkach – czerwienię się, gdy na nie spojrzę, dlatego proszę Cię bardzo, zniszcz je po oglądnięciu, aby ktoś nie zobaczył i bardzo złego wyobrażenia o mnie nie nabrał”