Aniela Birecka: Czaszka

Znaleziono ją podczas remontu jednego z bloków na wielickim osiedlu Boża Wola, pierwotnie imienia Aleksandra Zawadzkiego[1] jako że pobudowano je w dobie radośnie realnego socjalizmu, aby dopiero po roku 1990 powrócić do wcześniejszej nazwy ulicy i tym samym do miana, zwanego osiedlem, zespołu siedmiu jednopiętrowych domów wielorodzinnych sąsiadujących czy nawet stojących w pobliżu byłego szybu o identycznej, co dawniej ulica, nazwie.

Gdyby nie nadmierne zagęszczenie mieszkań można by określić je „elitarnym”. Położone w tarasowato wznoszącej się kotlinie, zewsząd otulone zielenią jeszcze do tej pory przypomina nieco zapomniane miasteczko z pogodnych snów, w których zawsze z wielką radością spotyka się naszych wszystkich drogich Zmarłych…

Lecz idylliczność opisanego miejsca bynajmniej nie szła w parze z panującą tam atmosferą sąsiedzkich kontaktów. Zwłaszcza pod tym numerem, gdzie natrafiono na nią podczas osuszania permanentnie zalewanych piwnic.
Relacjonujący to zdarzenie, Administrator wymienionego osiedla niemal rwał sobie resztki ze swej i tak nader mizernej czupryny. Bo oto w związku z tym makabrycznym odkryciem, prawie pod koniec bardzo mokrego listopada, wciąż fundamenty odsłonięte oraz awanturujący się ze wszystkimi i o wszystko lokatorzy, na korytarzach wszechobecny mokry brud i wreszcie ta – zatrącająca o kryminał – niespodzianka.
Kiedy jako członek Zarządu mojej Wspólnoty Mieszkaniowej wysłuchawszy tego, co miał mi do zakomunikowania Pan Administrator (przy okazji podpisywania mu naszych wszystkich koniecznych do realizacji świstków i czeków) i równocześnie pomna na własną dziennikarsko publicystyczną przeszłość, postawiłam Panu inżynierowi parę – już po trosze przeze mnie zapomnianych – reporterskich pytań typu:
położenia czaszki, bo jeżeli zwrócona oczodołami do fasady, czyli umownego wejścia do domostwa, to nie może być mowy o jakimś zatajonym morderstwie, ale posiada ścisły związek z czarną magią.
Po drugie: czy przypadkiem w pechowym bloku nie wybuchają ni stąd ni zowąd karczemne kłótnie lub inne konflikty?
Pytanie trzecie dotyczyło zdrowotności mieszkańców feralnego budynku oraz częstotliwości i rodzajów śmierci byłych (pod)najemców.
Żeby wszak oszczędzić Panu Administratorowi niepotrzebnego wytrzeszczu oczu (ze zdumienia i niedowierzania) jako że on z Wieliczki nie pochodzi, opowiedziałam mu pokrótce historię jego seryjnego miejsca pracy.
„Bolszewickim” względnie „(zd)radzieckim” określał mój Tata „Zawadzkiego”. I to „Zawadzkiego” naprawdę, ponieważ całkiem niedawno na tym około szybowym siedlisku kołysało się zboże i jedynie wznosząca się pod górkę (na poły wiejska) ulica wzięła swoją nazwę od nieczynnego szybu „Boża Wola”. Budowane osiedle dopiero czekało na patrona.
Niemniej, gdyby status owego honorowego (zależy dla kogo) opiekuna starać się przełożyć na przekonania jego mieszkańców, to towarzysz Zawadzki przynajmniej połowę z nich zaraz by zesłał na resocjalizację. Tata jednak o tym wówczas nie wiedział.
Oczywiście oprócz wymienionych lokatorów o nie zawsze prostych i bezpiecznych życiorysach, znaleźli się też inni, gminno miejskiej proweniencji politrucy, przed którymi należało mieć się na baczności. I to przypuszczalnie przez któregoś z nich, ktoś mściwie złośliwy zakopał pod stojącym na mokrzyźnie blokiem tę nieszczęsną czaszkę.
Bo gdy odwołamy się do staropolskich przesądów i zabobonów, to wśród nich znanym powszechnie było zadawanie czarów polegające na przykład na tym, że pod progami domów inkryminowanych osób zakopywano rozmaite paskudztwa[2]. Zdarzało się wszak, iż zeznania torturowanych czarownic nie były jedynie czystą fantazją: protokolant skrzętnie notował, iż zgodnie ze wskazówkami urocznej baby, pod rozgrzebaną ziemię znajdowano czary, z których środkiem najstraszliwszym był tak zwany kobyli łeb (czaszka końska) czasem cielaka[3]. Z pewnością w sytuacjach ówczesnych ludzka czaszka stanowiła skarb nie do ocenienia, zaś dla erygowanego osiedla im. Aleksandra Zawadzkiego przedmiot ów, mało że (bez)cenny, to dodatkowo był wtedy stosunkowo łatwy do pozyskania. Łatwy dlatego, gdyż niedaleko szybu Boża Wola, wzdłuż ulicy Sandrowskiej znajdowało się tak zwane getto, informowała w 1992 roku Pani Celina Tadanier uściślając topografię moich cyklicznie sennych koszmarów[4].
A że czaszka nie bibelot, więc i ten do kogo ona należała miał pełne prawo by domagać się od następnych pokoleń modlitewnej (dla siebie) pamięci. Zwłaszcza od (przypadkowych) znalazców swego cielesnego szczątka. Wobec niniejszego, po długiej oraz nieprzespanej nocy, w dniu następnym pomaszerowałam do mojego Księdza Proboszcza. Opowiedziałam co miałam do opowiedzenia, po czym zapytałam Monsignore jak należy sformułować mszalną intencję.

W 36 godzin po odprawionej za niego wieczornej Mszy Świętej w parafialnym kościele św. Klemensa Papieża i Męczennika, nad ranem przystanął przede mną z lękliwie nieśmiałym uśmiechem. I stał tak przez chwilę w trudnym do opisania perłowo srebrnym, emanującym łagodnym ciepłem Świetle. Za nim – niczym promienna fototapeta – ściana migotliwie liściastej zieleni. Ubrany w jasno popielate ubranie z jedwabistej popeliny, przez prawe ramię przerzucona marynarka, u idealnie białej koszuli podwinięte rękawy. Leciutki zapach wody kolońskiej No 4711. Krępy. Przysadziście niskawy. Miły ryżawy blondas o różowej karnacji prosiaczka z cukru.
Powiedział, że jest lekarzem (dokładniej: „doktorem [zapewne wszech]nauk medycznych”). Mieszkał na Podgórzu, w narożnej kamienicy u zbiegu ulic Limanowskiego i Lwowskiej. Pojawił się w Wieliczce z początkiem lipca 1942, bowiem – podobnie jak inni jego towarzysze współniedoli – naiwnie sądził, że tu może być ciut bezpieczniej[5].
Zastrzelił go bez powodu wychodzący z budynku Straży Pożarnej esesman w pochmurnie ciepłe lipcowe, niedzielne przedpołudnie. Doktor w chwili śmierci liczył lat 45.

Konwojowana przez Policję – błogosławionej (czy może bardziej, gdyż za staraniem wierzącej i praktykującej katoliczki – świętej pamięci) czaszka Doktora znalazła się w Zakładzie Medycyny Sądowej krakowskiej Akademii Medycznej. Po przeprowadzeniu stosownych analiz ustalono, iż pochodzi ona z okresu drugiej wojny światowej i należy do mężczyzny w średnim wieku.
Szczęśliwie też zakończył się remont w pechowym bloku. Nawet uspokoili się swarliwi sąsiedzi.

PRZYPISY:
[1] Lata życia: 1899-1964; działacz komunistyczny. W PRL-u wpierw wicepremier, później (do śmierci) Przewodniczący Rady Państwa.
[2] Zob.: Bohdan Baranowski, „Życie codzienne małego miasteczka w XVII i XVIII wieku”, Warszawa 1975. s. 230-231.
[3] j.w.
[4] A. Birecka: „Druga jesień – Refleksje o pamiętnym 27 sierpnia Anno Domini 1942 w dawnym galicyjskim mieście Wieliczce…” W: „Echo Krakowa” nr 176 z 8.09.1992, s. 9.
[5] Pisze Stanisław Gawęda w artykule „Wieliczka pod okupacją niemiecką” (W: „Wieliczka – dzieje miasta”). Kraków 1990. – s.257: „Od końca 1940 roku zaczęli przybywać do Wieliczki masowo Żydzi z Krakowa, by nie dostać się do organizowanego tam getta, w związku z czym liczba ich stale wzrastała, przekraczając w lipcu 1942 r. 8000 osób”.

Aniela Birecka – poetka, autorka zbiorów: Dyariusz czterech pór roku (2001), Popołudnia z Vivaldim (2002), Rodzima Wieliczka (2005), Radość świętowania (2005), Obecność (2006), Być struną (2007), Rędziny. Katalog malarsko-poetycki do prac autorstwa Barbary Borowiec (2007), Mistyczna Wieliczka (2007), Dom pod rozśpiewanymi Aniołami (2007), Naczynie gliniane (to jest) biblijna niewiasta (2008).