Maria Perlberger-Shmuel: Wiersze okupacyjne zachowane w pamięci

Maria Perlberger-Shmuel (ur. 25 kwietnia 1933 roku w Wieliczce) Córka Samuela Perlbergera i Henryki (z domu Luftig). Dzieciństwo spędziła w Wieliczce, gdzie rodzice prowadzili trafikę tytoniową. W dniu wysiedlenia Żydów z Wieliczki w 1942 roku z pomocą polskiej znajomej udało jej się uciec przed wywiezieniem i ukryć w Krakowie. Najbliższa rodzina Marii zginęła w Obozie Zagłady w Bełżcu. Z fałszywymi dokumentami, jako Maria Teresa Nowakowska, przedostała się do Warszawy, gdzie przebywała aż do wyzwolenia, biorąc udział w Powstaniu Warszawskim. Po wojnie dowiedziała się, że jej ucieczka z Wieliczki była zorganizowana przez „Żegotę”. W 1946 roku wyjechała do Belgii, a stamtąd w 1948 roku do Izraela, gdzie w latach 1951 – 1953 odbyła obowiązkowe szkolenie wojskowe, a następnie skończyła szkołę pielęgniarską. Mieszka tam do dzisiaj. Jej wspomnienia zostały opublikowane w „Więzi” i Ustnej harmonijce. Przetłumaczyła z jęz. hebrajskiego pamiętnik I. Sternberga Pod przybraną tożsamością.

Po blisko czterdziestu latach, w niezwykłych okolicznościach, dotarł do Marii list, napisany przez jej rodziców dwa dni przed Zagładą, w którym prosili członków dalszej rodziny o udzielenie pomocy ich jedynemu dziecku.  Maria opisała to zdarzenie słowami: „W taki oto sposób, tyle lat po wojnie, ich miłość znów mnie odnalazła”.

img800

163

Poniżej prezentujemy zapamiętane i spisane po wojnie przez Marię Perlberger-Shmuel wiersze z czasu okupacji z Warszawy.

 

***

Jakże Cię, Polsko, kochać miłością codzienną,


jaką Cię siłą wtopić w każdej chwili trwanie?

Noc Cię w sercu otacza jeszcze bardzo ciemna,

a poza sercem – jesteś wciąż tylko czekaniem.

Jakże Cię, Polsko, sercu wytłumaczyć trzeba?

Czy jesteś każdym polem, każdym dróg rozstajem?

Czy tylko ta tęsknota, wołająca w niebo,

by spełniło się Słowo i stało się Ciałem?

A może, już w odwiecznym Bożym przeznaczeniu

dzieje się Twoje w księgach zapisały czasu

i żadna ludzka miłość historii nie zmieni,

i żadne z ludzkich cierpień nie odwróci losu.

Jakże Cię, Polsko, kochać w ostatniej godzinie?

Nie w tej, która wydzwoni zgrzyt więziennej bramy,

której ostatnim słowem będzie Twoje imię,

tak po prostu – dziś, jutro, jak Cię kochać mamy?

Jakże Cię Polsko kochać, jak ująć miłością

i zamknąć w kilku słowach Twój sens i znaczenie,

która się w serca takcie wyrażasz najprościej,

przy każdej wiejskiej drodze – cichym pszczół brzęczeniem.

***

Miałeś tylko karabin, przy pasie granaty, sześć ładownic nabojów i bagnet na broni,

bunkrami twymi były tylko chłopskie chaty, nie miałeś takich fortec, jakie mieli oni.

Nie miałeś setek armat, tanków, samolotów, na czołg szedłeś z granatem,

z butelką benzyny, nie w okopach z betonu, lecz wśród wiejskich płotów.

 

W wieniec sławy wplatałeś nowe, wielkie czyny,

bo żeś miał mężne serce, wiarę w słuszność sprawy,

za którą walczyć szedłeś na swych ziem granice,

dla której w bój poszedłeś zażarty i krwawy

w dym prochu, łoskot strzałów, ognia błyskawice.

 

Żaden ci Wał Zachodni nie dawał osłony przed atakami czołgów,

a za schron lotniczy, miałeś, polski piechurze, tylko drzew korony.

Ilu z was śpi dziś w polu jeden Pan Bóg zliczy…

A umierać umiałeś! Śmierci oko w oko patrzeć z zimną pogardą i bez chwili leku,

a gdy cię wraża kula zraniła głęboko, nawet w obliczu zgonu nie wydałeś jęku!

 

Dziś, leżysz gdzieś samotnie w cichym, polnym grobie,

lecz w aureoli sławy, niczym król w purpurze, bo jeszcze żaden żołnierz nie był

równy tobie – i świat ci cześć oddaje poległy piechurze!

Bóg z tobą polski żołnierzu, Bóg z twoją szlachetną bronią.

Kto błysnął ci stalą przed oczami, kto kazał ci sięgnąć po nią?

Nie przymus, co piętno niewoli na duszy ludzkiej wyciska,

jeno ten dzień powstający, jeno te świtu ogniska.

 

I w silnych dzierżysz ją rękach, na losy z nią idziesz twarde,

masz uwielbienie dla życia, dla śmierci czujesz pogardę.

Z piosenką idziesz na ustach, weselne czekają cię gody,

z twą Polską zawierasz dziś śluby, ty, polski żołnierzu młody.

 

Cóż może to znaczyć dla ciebie, że twe mogiły wciąż rosną,

na warcie w bramie cmentarnej duch z wieścią stoi radosną…

 

***

Na Kujawach, na szerokich, żyznych polach szara leży mgła,

ciężka, bezlitosna, bezsłoneczna dola ludzi w obcą stronę, jak wiatr liście, gna.

Kujawiakiem płacze wiatr w gałęziach drzew, umilkł nad polami każdy inny śpiew,

tylko czarna rola krzepnie w sobie z bólu, drobną rosą płaczą drobne listki wierzb.

 

Kujawiaczek, Kujawiaczek gdzieś nad obcą ziemią żali się i płacze,

Kujawiaczek, Kujawiaczek, jak jesienny wicher łka wśród drzew…

W tę kujawską ziemię, w tę kujawską czarną padło gęstym siewem krwi

braterskiej ziarno, leży w niej głęboko złote i gorące, czeka tylko blasku słońca.

I na pierwszy wiosny obudzony wiew śmignie prosto w niebo bohaterski siew.

Zbudzą się Kujawy, ziemia umęczona, za broń chwycą, pomszczą krzywdę, krew…

Kujawiakiem rozśpiewanym rozzłocą się w słońcu te kujawskie łany,

Kujawiakiem, Kujawiaczkiem, ze wzruszenia wierzby płaczą…

 

***

Jeden nas łączy los i jeden łączy ból, jedna tęsknota do tych lasów, łąk i pól,

jedna nas łączy dola dobra albo zła, w Polaku Polak brata dziś na pewno ma!

Wiec rzućmy swary, kłótnie, zwarci bądźmy dziś i jedna wspólna wszystkim

niech się zrodzi myśl: trąbka pobudkę gra, wiarę dziś każdy ma,

Bóg nam swą pomoc da!

Wrócimy tam, dokąd serce dziś tęskni i marzy,

wrócimy tam, wszyscy razem, młodzi i starzy,

wrócimy tam, aby zerwać Ojczyźnie kajdany,

wrócimy tam, gdzie nasz dom, gdzie kraj nasz kochany!

 

***

O miasto moje! O Warszawo święta! Skroń zniżam kornie do Twoich kamieni,

bo w każdym głazie czyjaś łza zaklęta i krew się czyjaś na każdym czerwieni.

A gdy myśleli, ze Cię złożą w trumnie, że padniesz, ziemią przysypana krwawą,

to Ty z uśmiechem, tak hardo, tak dumnie, męczeński krzyż swój dźwigałaś,

Warszawo!

 

Ja cię zawsze kochałam, Warszawo, taką piękną i  w godowych szatach,

z twoim gwarem, radością i wrzawą, przystrojoną w zieleń drzew i w kwiatach.

Lecz gdy jesteś dziś sponiewierana, taka smutna, oplwana i krwawa,

obszarpana i butem skopana, stokroć więcej cię kocham, Warszawo!

I wciąż wierzę, że przyjdzie dzień sławy, gdy się z granic twych wroga wyrzuci,

A na tarczy herbowej Warszawy przyszły wódz nasz zawiesi VIRTUTTI.

 

 

Jeden komentarz

  1. Napisany przez Elżbieta Tracewicz:

    Marysiu droga,

    rozrzewniły mnie te wiersze – że je pamiętasz . Cóż więcej można powiedzieć? On etak wiele mówią o Tobie. Dzięki Ci za tak dobrą pamięć. Twoje wiersze przypomniały mi pewne piosenki z okresu okupacji: „Czołgi dudnia drogą … Grożnie Ural śnieży” – kołysanka dla wywiezionych dzieci polskich, a także inna kołysanka: „O mamo otrzyj oczy” – z walk o Lwów w 1918 r. – i „Lulajże jezuniu” przerobione na wojenną kolędę dla orląt lwowskich, ze szpitala Dzieciatka Jezus (jeśli dobrze pamiętam jego nazwę).

    16/03/2014 @ 05:22

Napisz komentarz

*