Mikołaj Moriak (dla miejscowych – Bereźni) – wspomnienie o zmarłym, część ostatnia

Albowiem czy życie ludzkie nie jest chwilą podchmielenia duszy, a także zamroczeniem duszy? Wszyscy jesteśmy jakby pijani, tylko każdy na swój sposób: jeden wypił więcej, inny mniej. I na każdego to działa inaczej: jeden śmieje się w twarz temu światu, a inny płacze na piersi tego świata. Jeden już zwymiotował i jest mu dobrze, a innego dopiero zaczyna mdlić. (Wieniedikt Wasiljewicz Jerofiejew, Moskwa-Pietuszki. Poemat, w przekładzie Niny Karsov i Szymona Szechtera, Londyn 1986, s.120)

Odejście Mikołaja nie daje mi spokoju, mimo że niedawno napisałem o nim dwa teksty do bloga. Wspomnieniami o zmarłych kwituję mój niepokój związany z odejściem człowieka. Rysuję postać przy użyciu moich rożnych pretensji wobec niej, chciałbym, żeby głównie chroniły pamięć przed zatratą.

Moja pretensja co do Mikołaja wiąże się z jego wsobnością – jaką dziś spotyka się już rzadko. Tak nazwę to, że Mikołaj przeżył całe życie w jednej wsi, na jednej górce, w jednym domu, z jedną matką, jedno robiąc i – cokolwiek to znaczy – jedno czując i myśląc, jedną mając wolność, jedno żyjąc, jedno umierając. Przez ponad sześćdziesiąt lat życia spał w jednym, lewym rogu jednej izby, stanowiącym zarazem róg chałupy, mając nad głową jedne belki i deski jednego sufitu, używając i patrząc na jedną ławkę, jeden piec, jedne dwa okna, jedne drzwi do domu, do pierwszej i do drugiej izby, do komórki, do stajni. Nie stoi już na swoim miejscu „leżanka”, na której spał – uwieczniona na fotografii zamieszczonej na 148 stronie naszej książki Olchowiec w Niskim Beskidzie. W kącie po jego leżance stoi stary fotel, przylegając smutno do obu ścian Mikołajowego kąta, jakby nieprzeznaczony do siedzenia. Sama leżanka, wyrzucona do boiska chałupy, czeka na obwoźnego zbieracza rzeczy niepotrzebnych, który przyjeżdża do wsi raz na pół roku. Wyglądający obecnie na muzealny, dom, w oczach Mikołaja – był, a w oczach jego mamy Anastazji – nadal jest: nowy, widny, obszerny, na wysokiej podmurówce, ze szparami między belkami wypełnionymi własnymi rękami – to jest sprawiający największą radość. Mimo że spędził całe życie w jednym zaledwie kilkunastodomowym Olchowcu, Mikołaja bynajmniej nie interesowały wszystkie sprawy tej wsi, a tylko te, które dotyczyły jego emocjonalnego Olchowca, to jest wsi przed wszelkimi zmianami, które przyniosła nowoczesność przełomu lat 70. i 80. Jego pobudzał jeden Olchowiec, a nie wiele Olchowców, którymi wieś zaczęła się stawać po tym, jak Edward Gierek wprowadził w Polsce renty dla mieszkańców wsi, i którymi ta wieś staje się coraz bardziej.

Najpłodniejszy opowiadacz nie opowiedziałby wszystkiego o jednej części Olchowca, w której Mikołaj żył. Jego chyża, podwórko, górka, strumyk, kamienny mostek, cerkiewka, cmentarz zmieniały się na jego oczach w dwóch rytmach: nieodwracalnego stawania się i przemijania oraz powtarzalnych pór roku. Jego mikroświat miał wszystkie ważne właściwości makroświata, miał wszystko, co potrzebne człowiekowi do życia i do poznania. Ale jak on na to patrzył? W końcu nigdy nie pytał o mój świat, niby szerszy niż jego.

Chyba wiem, co nie daje mi spokoju: to trywialne, bliskie zazdrości przeczucie dotyczące Mikołaja i jego tajemnicy, a może zagadki. On przedłużył sobie na całe życie ten moment z dzieciństwa, kiedy w domu zatrzymuje się czas, za oknami zapada spokojny zmrok, mama krząta się w niezbyt dobrze oświetlonej kuchni, a daleki świat jest niepotrzebny, nieciekawy, nieistniejący. Powtarzany w tym domu przez długie dziesiątki lat rytuał wieczora promieniował delikatnie na najbliższe otoczenie. Nikt o tym nie mówił, ale nie było w zwyczaju odwiedzać tego domu wieczorem, mimo że o wcześniejszej porze jak najbardziej, bez uprzedzenia i zawsze z chętnym przyjęciem. Mikołaj dzięki temu, że się zatrzymał w jednych sytuacjach, w jednym miejscu, z jednymi ludźmi, dotknął  istnienia świata bardziej niż niejeden, a może nawet bardziej niż każdy, kto ma do czynienia z bardziej różnorodną wielością.

—————————-

Wygląd i zachowanie Mikołaja były w jego późniejszym wieku czysto wiejskie, autentycznie i unikalnie łemkowskie i olchowieckie, uformowane, utrwalone i zakonserwowane przed reformą Gierka. W młodości jego wygląd pozwoliłby mu na każdą drogę życia i karierę: ładny, szczupły, delikatny, grzeczny, nieśmiały, uczuciowy, wyglądający inteligentnie. W wieku dojrzałym stał się poczciwiną niską, beczułkowatej postury, o ciężkim kroku, silnych dłoniach i szczerym, ciepłym uścisku. Kiedy jeszcze pracował w swoim gospodarstwie z innej epoki, jeśli nie jechał gdzieś dalej, co zdarzało się rzadko, w zwykłe dni nosił się „na roboczo”, chodząc tak po wsi, którą traktował jak rozszerzenie swojego obejścia. Po zakończeniu gospodarowania, w zamian za rentę strukturalną, nadal ubierał się raczej skromnie, ale już nie tak „na roboczo”. Nie miał w zwyczaju spoglądać rozmówcy w oczy, robił to rzadko i tylko na moment, tym samym sprawiał wrażenie nieśmiałego, wycofanego, może mającego kompleksy. Zawsze patrzył gdzieś w bok i raczej w ziemię. Za to w obiektyw fotograficzny potrafił spojrzeć. Jego twarz nie zdradzała łatwo emocji, tak jakby podczas rozmowy nie miał ich wiele lub umiał je skutecznie skrywać. Mówił mało, raczej krótko odpowiadał, niż pytał. Odwiedzenia kogoś nie utożsamiał z obowiązkiem zagajenia i prowadzenia rozmowy, chętnie pozostawiał to gospodarzowi. Miał zwyczaj mówić wyłącznie o istnieniu kogoś lub czegoś w Olchowcu lub niedaleko. Jeśli już wspominał o czymkolwiek poza Olchowcem, to inaczej niż zwykle, jakby po wzięciu w nawias lub cudzysłów. Mówiąc o pewnych rzeczach, na przykład związanych z wiarą, łatwiej mu było używać słów łemkowskich, zamiast polskich. Jeżeli miał jakąś sprawę, przechodził do niej bez ogródek, i słusznie, co najbardziej potrafią ludzie – przyznaję, że myślę tu o mężczyznach – niskiego albo wysokiego stanu. Kiedy przebywał w obecności mamy Anastazji, to ona zawsze nadawała ton rozmowie, a on niezapytany w zasadzie się nie odzywał. Nigdy nie okazywał agresji wobec innych i ciężko znosił coś takiego wobec siebie.

Kiedy w dzieciństwie i wczesnej młodości Mikołajowi i jego siostrze Marii rodzice kazali paść krowy, on miał zwyczaj zostawiać siostrę ze zwierzętami i samemu szukać zajęcia, które mu bardziej odpowiadało. Często łapał ręką pstrągi w strumieniu, po czym przynosił je do domu do usmażenia na maśle na patelni. Siostra zapamiętała, jak jednego razu, wracając z pasienia umęczona, zastała go z kolegami bawiącymi się w wesele. Rodzina Moriaków miała około ośmiu krów i dwa konie, co czyniło ją jedną z najbogatszych we wsi – w tamtych czasach. Nie palił się do roboty gospodarskiej. Kiedy przyszło mu powozić, koń nie chciał go słuchać, nie interesowały go narzędzia i urządzenia, nie znał się na robotach innych niż najprostsze rolnicze. Za to umiał kosić ręcznie jak mało kto, niemal do końca trawę kosił kosą, z przeznaczeniem na siano, niezmieszane z chwastami i ziemią, jakie bywa po kosiarce rotacyjnej. Ale nigdy nie nauczył się ani klepać, ani ostrzyć kosy, a kiedy nie było już chętnych do zrobienia za niego tego pierwszego, prosił o to drugie. Poza swoim gospodarstwem pracował zawodowo tylko przez dwa lata, na przełomie lat 70. i 80.  na stanowisku kwitkowego w ówczesnych Lasach Państwowych, jakby podleśniczego kwitującego drewno wywożone z lasu, było nie było bardziej umysłowym niż fizycznym. Po roku 2000 chętnie zrezygnował z jednego konia, dwóch – trzech krów, kilkunastu hektarów pola i lasu oraz całej roboty przy tym w zamian za tak zwaną rentę strukturalną, kiedy zgodziła się na to jego mama Anastazja i gdy się okazało, że mógł się utrzymać, nie zmieniając trybu życia i zwyczajów. Choć nie miał dobrego głosu, lubił śpiewać pieśni i piosenki łemkowskie po łemkowsku. Pierwsze słowa jego ulubionej piosenki tłumaczą trochę z jego pracowitości:

Tam za horom

Czarna rola

Ja jej orac ne budu

Szanował rzeczy materialne, które nabył w młodości. Do końca chodził w ciemnych butach na grubych podeszwach, które miał od początku lat 70. Tak samo było z kilkoma swetrami i kurtką. Ubranie szyte na miarę przez krawca Turczyka z Krempnej zachował do końca, mimo że od dawna nie mógł go zakładać ze względu na tuszę. Wielu nowości nie lubił. Słuchał starego radyjka, stojącego zawsze na stole, nastawionego zazwyczaj na program ze Słowacji, który nadawał skoczną muzykę. Zostawił spory majątek po sobie w  postaci gospodarstwa, które odziedziczył po rodzicach. Nic z niego nie ujął, nic do niego nie dodał, okazał się raczej trzecim typem z przypowieści ewangelicznej o talentach:

Podobnie też [jest] jak z pewnym człowiekiem, który mając się udać w podróż, przywołał swoje sługi i przekazał im swój majątek. 15 Jednemu dał pięć talentów, drugiemu dwa, trzeciemu jeden, każdemu według jego zdolności, i odjechał. 16 Zaraz ten, który otrzymał pięć talentów, poszedł, puścił je w obrót i zyskał drugie pięć. 17 Tak samo i ten, który dwa otrzymał; on również zyskał drugie dwa. 18 Ten zaś, który otrzymał jeden, poszedł i rozkopawszy ziemię, ukrył pieniądze swego pana.

Ukończył pięć klas w szkole w Olchowcu i dwie w Polanach. Uczył się dobrze, po ukończeniu siedmioklasowej szkoły podstawowej chciał – jak mawiał mój ojciec Zbigniew Żyznowski – „iść dalej”, ale dorośli w jego domu nie zgodzili się na to, chcąc by pomagał i pozostał na gospodarstwie. Mikołaj pamiętał wszytko, co mu się przydarzyło dzięki – potwierdza to wielu – znakomitej pamięci i przykładaniu wystarczającej uwagi do tego, co mu się przydarzało. Należał do Koła Młodzieży Wiejskiej, przez moment był nawet lokalnym przewodniczącym. Prenumerował dawno temu „Zielony Sztandar” i „Chłopską Drogę”, później „Nowiny” i inne gazety, co znaczy, że był człowiekiem czytającym. Gazet nie wyrzucał, lecz składał je na strychu: zachował zwyczaj, który pamiętam z lat 60. w Krakowie u mojej, nieżyjącej od dawna, nauczycielki czytania, którą nazywałem „Ciocią Ryszkową”. Słowo drukowane na papierze w jego domu było jednym z najdalej docierających pod przygraniczne lasy w Polsce. Telewizor marki Neptun miał jako jeden z pierwszych we wsi, kilka lat po doprowadzeniu do niej prądu w 1971 roku. Przez kilka lat w jego domu oglądano telewizję, siedząc na ławce lub stołkach stojących na klepisku, nazwanym „gliną” przez mamę Mikołaja, panią Anastazję. Miał drugi we wsi motocykl o nazwie WSK – przypominającej wiele Polakom w moim wieku i starszym.

W swoich kawalerskich latach przodował pod wieloma względami, z rzeczy materialnych miał wtedy to, co chciał, z relacji z kobietami raczej odwrotnie, niepoprawny wobec nich dżentelmen. Za młodu miał pieniądze, uchodził za partię jedną z lepszych w okolicy. Najbardziej zalecał się do jednej z miejscowych dziewczyn. Ale babka Ewa i mama Anastazja widziały w każdej kandydatce dyskwalifikujące wady: „ta za biedna”, „ta nieładna”, „nam niewiasty nie trzeba”, „żebyś był na szóstą w domu” (po randce). A on zwykł mawiać: „Nic mi nie trzeba”, „Ja wszystko mam”, nie sprzeciwiał się. Nie ożenił się, nie poszedł na „cieranię”, to jest nie wymienił się z nikim siostrami za żony, nie założył rodziny, ale nie dlatego, że tak chciał. Jeszcze kilka lat temu pytałem go ostatni raz, już dość nieprzekonująco, czy by nie znalazł sobie żony, nie założył rodziny, nie postarał się o dzieci. Wcześniej zagadywałem go o to dość regularnie. Z jego dawniejszych odpowiedzi wynikało, że może i chciałby, ale i znalezienie odpowiedniej kandydatki, i namówienie jej do życia w warunkach, w których on żył, wydawało mu się trudne, prawie nieosiągalne i dlatego niewarte zachodu. Zaznaczał często, że kandydatka powinna mieć wykształcenie podstawowe, być najlepiej Łemkinią (pochodzenia łemkowskiego, jak on), zaprawioną do surowego życia w starym wiejskim stylu. Wspominał zwłaszcza jedną, poznaną dawno – wydawało mu się wtedy – odpowiednią dziewczynę, która go odwiedziła kilka razy, przyjeżdżając do Olchowca autobusem, ale przestała, kiedy zmieniły się godziny kursów. Nie skorzystał za wiele z darów, „które Bóg dał mężczyźnie, by wynagrodzić mu fakt, iż nie jest kobietą”: na przykład z prowadzenia lub uczestniczenia w wojnach, niekoniecznie militarnych, czy z innych darów (zob. Jonathan Littel, Łaskawe, przekład M. Kamińskiej –Maurugeon, Kraków 2008, s.206, 211-212). Wydaje się, że jego zostanie w domu i bycie coraz dojrzalszym kawalerem z babką Ewą – do jej śmierci w 1982 roku, ojcem Michałem – analogicznie do 1991 i mamą – do końca, w czymś go zahamowało i zatrzymało. Mama Anastazja kwituje to obecnie słowami: „Tak miało być”. Jego szczątki leżą teraz w zimnym beskidzkim grobie, pośrodku grobów Ewy i Michała, zaznaczonych nagrobkami ozdobionymi konsekwentnie dwuramiennym krzyżem greckokatolickim i napisami cyrylicą, a pewnie mogłoby być bardziej trywialnie: mógł ciągle żyć przy rówieśnej kobiecie, patrzeć na swe dzieci i ich dokonania, wyglądać urodzin lub odwiedzin wnuków, czytać prasę, oglądać telewizję przy szklaneczce piwa.

Stanowiący niegdyś jedyne miejsce codziennych spotkań mieszkańców, więc jedyną zbiorową rozrywkę wsi, sklep był otwarty latem od 18, a zimą od 16 – „do ostatniego klienta”. Mikołaj zaglądał do niego zazwyczaj dwa razy, na początek na szybkie piwko i na koniec na zakupy i wolne piwko – siedząc na ławce wewnątrz sklepu wraz z innymi mężczyznami ze wsi. W sklepie zawsze mówił po łemkowsku, nawet w obecności obcych, co dawniej było odważne. Robiąc zakupy dla siebie i mamy, psu zawsze kupował bułkę. Mikołaj często pomagał rodzinie Draganów przy sklepie, a to przy noszeniu skrzynek z napojami, a to przy remoncie schodów czy przy „paleniu pod lepikiem” podczas remontu dachu. Około roku 2005 sklep został zamknięty wskutek braku porozumienia między właścicielami a radą wsi. Właściciel sklepu, Władysław, i Mikołaj wypili w nim po ostatnim piwie, po czym ten pierwszy wziął do ręki piłę łańcuchową, odmierzył z Mikołajem na oko kawałek lady sklepowej o długości zdatnej do przeciśnięcia przez wąskie drzwi sklepu i przerżnął ją w tym miejscu od góry do dołu. Kiedy usłyszała to mieszkająca nieopodal Cyganka Ewa Siwak, przybiegła pod sklep, przejęta, że go może okradają. Po wyjaśnieniu jej przez Władysława i Mikołaja, że to koniec sklepu, pożałowała go, jak to Cyganka, mówiąc, że we wsi „najważniejszy jest kościół i sklep”. Elementy sklepu wywieziono na przyczepie ciągniętej przez ciągnik.

Zabiła go wątroba zniszczona ilością i jakością wypitych przez niego trunków alkoholowych. Nigdy jej nie leczył, choć go bolała prawdopodobnie od dawna, tak samo unikał jedzenia, a przecież nie był szczupły. Stronił od lekarzy i od ich badań. Wyniszczający tryb życia zaczął pomału od śmierci ojca w 1991 roku, który jeszcze trzymał dyscyplinę w domu, kiedy żył. Kilka lat temu Mikołaj przestał pić, przerzucając się na soczki owocowe typu Kubuś, ale udało mu się wytrzymać tylko kilka miesięcy. Ostatnimi czasy polubił wino marki Special o smaku wiśniowym. I ja mu je przywoziłem, kiedy podczas wakacji jeździłem z Tomkiem i Miłkiem po gazety do Dukli, czasem szukałem go w kilku sklepach. Butelkę po jednym z takich win wmurowano kilka lata temu w murek okalający cerkiew, od strony jego domu, kiedy Mikołaj pomagał przy tej robocie. Sacrum i alkohol połączyły się być może trwalej, niż w przypadku Mikołaja, którego już nie ma. Na swoją wielką szkodę Mikołaj nie utrzymał zwyczaju picia alkoholu w małych dawkach. Z pewnością nauczył się go w młodości, jako że jeszcze do niedawna w „Beśkidzie” dzielono ćwiartkę wódki na szesnaście porcji pitych z jednego kieliszeczka wypełnianego do połowy, by nie uronić kropli – po dwie dawki na ośmiu kosztujących. A nasz Mikołaj, nieszkodzący za bardzo nikomu oprócz siebie, potrafił opróżniać Speciala prosto z butelki, natychmiast po wzięciu go do ręki. Poalkoholowe schorzenia okazały się wyjątkowo ciężkie, jego ostatnie dni w szpitalu i śmierć okazały się straszne i dla niego, i dla personelu medycznego.

—————————-

Mikołajowi odpowiadało życie według hierarchicznego porządku ustalonego raz, dziesiątki, setki lat temu. Był jakby z innej epoki, może z przełomu XVIII i XIX wieku, co bynajmniej nie jest ujmą, wszakże Czesław Miłosz określał swą mentalność na pochodzącą z wieku XIV, a Goethe powiedział: „Współczesność bowiem nie jest warta, byśmy cokolwiek dla niej robili, gdyż to, co powstaje, może się w każdej chwili urwać. Musimy pracować dla przeszłości, aby uczcić jej zasługi”. Mikołaj akceptował lub, tym bardziej, inicjował odstępstwa od tradycyjnego porządku rzadko i w małej skali. Wszystkie te, które przychodziły do niego z zewnątrz, odczuwał wyraźnie. Te płynące z rozwiązań demokratycznych, zmniejszające jego wysiłek i ułatwiające mu życie, to jest psujące je, przyjmował raczej chętnie. Te demokratycznie zmuszające go do dodatkowego wysiłku i utrudniające mu życie odrzucał, na ile mógł.

Zapewne nieprzypadkowo noszący swoje imię Mikołaj związał się trwale z Cerkwią Przeniesienia Relikwii św. Mikołaja z Myry Licejskiej do Barii, stojącą kilkadziesiąt kroków od jego chałupy, jakby na tej samej co jego ziemi. Rodzina Skorodyńskich, od strony jego mamy, darowała prawdopodobnie niecałe dwieście lat temu lokalnej społeczności część swojej ziemi pod cerkiew grecko-katolicką i cmentarz. Mikołaj Gabło powiedział mi, że „ród Skorodyńskich chował się przy cerkwi”, pod którą dał pole. Stojącą obecnie świątynię postawiono w 1934 roku, wcześniejsza, mniejsza powstała przed 1692 rokiem, jak pisze Tadeusz Kiełbasiński w jednym ze wstępów do Olchowca w Niskim Beskidzie.

Na obecnej posesji państwa Moriaków, kilka metrów przed domem, w łące nadal odznacza się chyżysko (to po łemkowsku, po polsku: chałupnisko) pozostałe po chyży Skorodyńskich. Była długa, jak na chyże łemkowskie, liczyła około 28 metrów, przy jakichś 8 metrach szerokości, jeśli mierzyć chyżysko krokami (co zrobiłem). Jak mówi pani Anastazja, miała kuchnię z belkami sufitowymi wzdłuż domu i izbę obok, sień z dwoma drzwiami na przestrzał, świetlicę (między innymi na mieszkanie dla przyjezdnych) z kuchnią letnią obok (gdzie Niemcy gotowali sobie strawę podczas wojny), boisko i stajnię (podwójnej wielkości). W czasie wojny świetlica służyła za szkołę (uczyła się w niej także pani Anastazja), ponieważ delikatnisie Niemcy nie chcieli w niej mieszkać ze względu na stajnię w pobliżu. Jeśli posesja należała do Skorodyńskich od początku, co niemal pewne, można sądzić, że rodzina ta mieszkała na posesji łączącej się z terenem podarowanym na cerkiew i cmentarz od czasu darowizny. Przed wojną rodzina Skorodyńskich  liczyła dziewięcioro dziatwy, w tym czterech synów: najstarszego Andrzeja (ojca Anastazji, dziadka Mikołaja Moriaka, nazywam go Andrzejem seniorem w jednym z poprzednich tekstów o Mikołaju), Michała, Jana, Mikołaja. Andrzej senior miał zostać na gospodarstwie, ale i spłacić ósemkę rodzeństwa. Mikołaj Gabło mówi, że miał dużo do spłacenia, więc była jakaś minimalna ilość spłaty na każde z rodzeństwa, niezależnie od jego ilości. To (głównie) spowodowało wyjazd Andrzeja seniora na zarobek do Urugwaju. Na początku lat 50. chyża Skorodyńskich była stara i zrujnowana, co wskazuje, że miała co najmniej kilkadziesiąt lat, czyli mogła powstać blisko przed lub po połowie XIX wieku. Zbudował ją Skorodyński, fundator ziemi dla cerkwi i pod cmentarz, ojciec (lub najwyżej dziadek) Wasyla Skorodyńskiego, który był ojcem Andrzeja seniora o tym samym nazwisku, który w Beskidzie był ojcem Anastazji z tego domu, po mężu Moriak, a w Urugwaju był ojcem Andrzeja juniora (nazwałem go tak w jednym z poprzednich tekstów o Mikołaju). Anastazja była matką Mikołaja Moriaka.

Skorodyńscy byli bogaci, przy wielkiej chyży stał młyn, znajdował się tam staw (ziemną nieckę po nim, nazywaną nadal „stawem”, widać do dziś), była też pasieka. Andrzej senior urodził się w 1905 roku i był najstarszym synem Wasyla. Można założyć, że z kolei najstarszy syn Skorodyńskiego fundatora, Wasyl urodził się około 1880-1885 roku, więc jego ojciec, fundator (lub syn fundatora), urodził się pewnie koło 1850 roku. To by się mniej więcej zgadzało z szacunkowym wiekiem chyży. Zgadza się to też z liczonym przeze mnie po słojach wiekiem jesionu, piszę o nim niżej, który w czasie ścięcia liczył 175-185 lat. Drzewo rozpoczęło swój byt około połowy XIX wieku. Zgadza się to także z informacją podaną przez Tadeusza Kiełbasińskiego, że w drugiej połowie XIX wieku w Olchowcu powstała parafia – która nie mogłaby istnieć bez bazy materialnej i być może dzięki niej powstała.

Pojawia się jednak pytanie, na które nie znam odpowiedzi, na co fundator Skorodyński dał ziemię, skoro stara cerkiew stała już od prawie dwustu lat? Może była to ziemia pod cmentarz i pod rozszerzenie terenu wokół cerkwi? Cerkiew prawie na pewno nie stała w innym miejscu niż obecna. W jednym ze wstępów do Olchowca w Niskim Beskidzie, zatytułowanym Sława Olchowcowi! Mikołaj Gabło napisał na stronie 19: „Najbogatsi w ziemię gospodarze byli na Sołtysiłce – mieli nawet ponad dwadzieścia pięć hektarów pola, a pośród nich najbogatszy był Skorodyński. To on podarował działkę pod cerkiew, a potem pod cmentarz, który dotrwał do dzisiejszych czasów. Najpierw chowano ludzi, zwłaszcza zasłużonych, koło cerkwi. Podczas jej budowy zasadzono lipy i jesiony, które z czasem urosły tak olbrzymie, że ich obwód dochodził do czterech metrów i musiano je usuwać”.

Obecnie cerkiew służy równolegle obrządkom rzymskiemu (łacińskiemu) i greckiemu, z których pierwszy wypiera drugi. Na zdjęciach zamykających wspomniany wyżej esej fotograficzny Olchowiec w Niskim Beskidzie, zrobionych w niedzielę 25 października 2009 roku, w odstępie około dwóch godzin, obrządek rzymski zgromadził czterdziestu mieszkańców, grecki siedmiu. Pośród tych ostatnich znalazł się nasz Mikołaj Moriak.

Darowizna Skorodyńskich ziemi pod cerkiew i cmentarz dała tej rodzinie, pozostającej w domu położonym nieopodal chyży i cmentarza, to jest ostatnio Mikołajowi i jego mamie Anastazji, obowiązki i przywileje – trwające przez niemal dwieście lat, mimo że ich nie spisano. Wydawały się one wzajemnie zrównywać, jak to w naturalnym hierarchicznym porządku, inaczej niż w demokracji, w której większość społeczeństwa (naturalnie) daje sobie rękami polityków więcej przywilejów, a mniejszości więcej obowiązków.

Mikołaj z satysfakcją wziął na siebie obowiązek opieki nad cerkwią i jej otoczeniem. Jego mama Anastazja mu w tym pomagała, co najmniej zachęcając go do tego. Stanął na straży przybytku, do którego od dziecka stale chodził. Pilnował go wraz z mamą przez całą dobę – z racji bliskości zamieszkania. Był klucznikiem dla swoich – otwierał i zamykał na msze grecką i rzymską i inne okazje, i dla obcych – przede wszystkim turystów. Służył jako cerkiewny (cerkiwnyk) do nabożeństwa bodaj od 1985 roku, jako trzeci z rzędu po wojnie. Miał prawdziwy dar i talent (powołanie) do tej pracy. Przed Mikołajem cerkiewnym był Wasyl Toropiła, i to on go nauczył wszystkiego i wciągnął w przycerkiewną posługę. Klucz do cerkwi był w domu Moriaków od zawsze i można przypuszczać, że wcześniej także w domu Skorodyńskich. Kilka lat temu niektórzy wpływowi mieszkańcy wsi odebrali mu klucz i władzę nad otwieraniem i zamykaniem świątyni na kilka miesięcy za jakieś przewiny. To go bardzo dotknęło, trudno mu się było z tym pogodzić, zaczął rzadziej chodzić do cerkwi. Wcześniej, kiedy zainstalowano alarm, Mikołaj znał hasło bodaj jako jedyny we wsi, w każdym razie, kiedy alarm włączał się samoistnie, wołano go, by go wyłączył. Troszczył się i sprawdzał wszystko, co było związane z cerkwią. Przez pierwsze dziesięć lat posługi cerkiewnego sprzątał świątynię, później robiły to kobiety z Olchowca na zmianę. Dbał o kadzidła i świeczki, stojak na ewangelię, chodził przed hostią. Kiedy około 1982 roku Władysław Dragan remontował zabytkowy, unikalny mostek prowadzący do cerkwi, Mikołaj nosił kamienie, zaprawę. Wszak mostek wchodzi w skład sakralno-mieszkalnego układu architektonicznego, którym on się opiekował. Kiedy jeszcze mógł, Mikołaj pilnował także porządku wewnątrz cerkwi, żeby wszystko było na swoim miejscu i nic nie zginęło. Oprowadzał turystów, opowiadając o świątyni (i niekiedy, niestety, czujnie patrząc na ich ręce i plecaki), brał od nich małe datki na cerkiew, sprzedawał im nasz albumik (o czym wspomniałem w poprzednim wpisie o Mikołaju). Czule i troskliwie wyciągał świętą księgę ze schowka, żeby ją pokazać zaufanym odwiedzającym. Dbał o kamień z wyrytym niezrozumiałym napisem, który kilkadziesiąt lat temu wypadł podczas remontu z kilkusetletniego kamiennego mostku, prowadzącego do świątyni. Starszy od niego, ponad siedemdziesięcioletni Mikołaj Gabło przejął kilka lat temu od Mikołaja Moriaka służenie do mszy, po tym jak tego ostatniego uwięziła w domu choroba mamy Anastazji. Mikołaj Gabło wziął wiele lat temu za żonę siostrę Mikołaja Moriaka, wspomnianą wcześniej Marię – więc z domu będącego w specjalnej relacji z olchowiecką cerkwią.

Czy kameralność olchowieckiej cerkwi, czy charakter mszy greckokatolickiej, czy wreszcie sposób usługiwania Mikołaja do mszy – coś dawało wrażenie, że Mikołaj, choć w znacznie skromniejszym stopniu, „współodprawiał” mszę z księdzem, mimo że czynności, jakie wykonywał, usługując, były całkowicie pozbawione uroczystej oprawy czy jakiejś szczególnie nabożnej formy. Wykonywał je z wprawą obcującego z nimi na co dzień od dziesiątek lat, zwyczajnie, jak wszystkie inne czynności, na jednym planie z księdzem, nie wycofany czy schowany względem niego. Podobnie do sacrum, któremu służył, nic nie mówił, był niemy, zagadkowy, nieodgadniony, pośrednik między sacrum a wierzącymi – jeszcze bardziej wyważony niż kapłan, który wypowiadając słowo Boga, traci ze swej wiarygodności tyle, na ile można Boga podejrzewać o niemość. Wtedy i tylko wtedy, w moich oczach, Mikołaj okazywał się funkcjonariuszem publicznym niskiego szczebla, skupionym na swojej pracy, uważnym, odpowiedzialnym, skromnym, poważnym, godnym zaufania. Jeśli liczyłem się z sacrum w olchowieckiej świątyni, to dzięki niemu. On kochał tę cerkiew i służbę w niej.

Służący w Olchowcu księża greckokatoliccy się zmieniali, ostatnio dość często, ale Mikołajowi nikt nie odebrałby przywileju cerkiewnego – zapewne nikt nie miał takiego zamiaru – póki ten chciał i mógł go wypełniać. Opieka nad cerkwią i jej otoczeniem przez Mikołaja i Anastazję Moriaków było moralnie silniejsze niż administrowanie nią przez księży, ale chyba słabsze niż odprawianie przez nich nabożeństw.

Rodzinie Moriaków należało się także poczesne miejsce na cmentarzu usytuowanym na wzgórku przechodzącym w równinkę zabudowaną cerkwią – miejsce bardziej na równym niż na pochyłym. W pierwszym rzędzie cmentarza znajdują się należące do rodziny Moriaków dwa stare i dwa nowe groby z nagrobkami. Leżą w nich szczątki Mikołaja, jego ojca i babki (dziadek nie wrócił z Urugwaju, o czym piszę w jednym z poprzednich tekstów), a jeden pusty sprawiła sobie po śmierci Mikołaja Anastazja, ma także przygotowany już od dawna porcelanowy portret nagrobkowy ze zdjęciem ze swej młodości. Na całym cmentarzu pocześniejsze miejsce mają tylko grobowiec rodziny Skorodyńskich fundatorów i stara zbiorowa mogiła księży – leżą na całkiem równym terenie tuż obok cerkwi, po jej obu stronach. Do dziś przechowano w Olchowcu pamięć o tym, że fundator zagwarantował swoim potomkom prawo do pochówku najbliżej cerkwi. Kiedy w latach 70. praktycznie niemówiąca po polsku babka Mikołaja, Ewa Skorodyńska, wybierała miejsce na grób swój i rodziny, zrezygnowała z najbardziej honorowego miejsca tuż przy samej cerkwi, koło starego grobu Skorodyńskich zwieńczonego stojącym nadal krzyżem – niedawno pobielonym jeszcze przez Mikołaja. W obecności kilku osób, między innymi jej córki Anastazji, ze względu na bliskość grobów swoich przodków, wybrała miejsce mniej poczesne, ale także honorowe. Jej wnuczka Maria mi powiedziała: „Pokazała, gdzie chciała być pochowana”.

Liczący niecałe dwieście lat przycerkiewny i przycmentarny jesion ścięto – wspominam o nim wyżej – ze względu na jego stan, na który zwrócili uwagę Moriakowie i nieprzypadkowo to byli oni. Po wybudowaniu kilka lat temu jednego nagrobka obok dwóch starych, zaczęli się obawiać, że może na nie wszystkie spaść ten stojący nieopodal stary jesion. Kiedy się dowiedziałem o ścięciu tak poważnego, starego drzewa, wstępne zdziwienie, żeby nie powiedzieć oburzenie, ustąpiło zadumie nad niuansami zależności, starodawnych obowiązków i przywilejów, pamiętanych, rozumianych i uznawanych w jednym miejscu przez kilkadziesiąt, bardziej kilkanaście osób. Ciało Mikołaja Moriaka znalazło się już w grobie z nadbudowanym nowym nagrobkiem, z którego powodu padł ostatni ze starych przycerkiewnych jesionów. Właśnie skończyło się w świecie coś bardzo trwałego i zarazem delikatnego, rzadkiego i zarazem akceptowanego przez lokalną społeczność. Cerkiew w Olchowcu straciła swojego piastuna Mikołaja, potomka darczyńców ziemi, na której ona stoi. Przywileje rodziny skończą się z odejściem Anastazji, co niech się stanie jak najpóźniej.

Mikołaj do końca życia formalnie był cerkiewnym i trzymał klucze. Wspomniałem już, że kilka lat temu zastąpił go w służeniu do mszy Mikołaj Gabło. Jednak usługujący w Olchowcu bodaj do końca 2013 roku kapłan greckokatolicki Krzysztof Błażejewski widział wcześniej namaszczenie Mikołaja Moriaka w usługiwaniu do mszy, stąd poprosił go, by to uczynił podczas święta Podwyższenia Krzyża Świętego, obchodzonego przez grekokatolików według kalendarza gregoriańskiego 27 września. Karetka wzięła Mikołaja do szpitala 23 września. Zmarł 27 września o godz. 2 rano, w samo święto.

———————-

Kilkanaście lat temu, kiedy quady nie były jeszcze znane i rozpowszechnione, a drogi były dziurawe i trudno przejezdne, wybrałem się z Mikołajem na wycieczkę quadem, przez tereny niedostępne dla innych pojazdów, przez kilka niskobeskidzkich dolin i wiosek – niekoniecznie zamieszkanych, w odwiedziny do jego dalszych kuzynów. Dwaj mężczyźni, jeden niespełna czterdziestoletni, drugi koło pięćdziesiątki oddali się czarowi wyprawy w to, co do czego chcieli, by w ich oczach okazało się niedostępne, niezamieszkane, nieznane, niewspółczesne, historyczne, naturalne, bajkowe. Zanurzyliśmy się w mitycznej pustce terenów niegdyś najgęściej, obecnie najrzadziej, zaludnionych w Polsce. Mijaliśmy tablice ostrzegające przed dzikimi niedźwiedziami, odczytywaliśmy cyrylicę zarośniętych trawą nagrobków, piliśmy piwo w dolinach otoczonych niezamieszkałymi dolinami, wyjechaliśmy na górę pełną przybyłych jakby znikąd pielgrzymów. Wracaliśmy do tej podróży w rozmowach do końca. Jej nominalnym celem było spotkanie z kuzynostwem Mikołaja, wypełniło je zaledwie kilkanaście zdawkowych zdań i gesty potwierdzające rzadkość relacji.

Przez wiele lat dorosły już Mikołaj pasał krowy, prowadząc je przydrożnym terenem w górę do pobliskiej Ropianki, gdzie u właścicieli sklepiku prowadzonego w Olchowcu i zamkniętego o tej porze, rodziny Draganów, wypijał jedno lub dwa piwa (jego ulubione: Okocim Mocny), zależnie od temperatury powietrza. Władysławowi Draganowi często przynosił to, co znalazł na drodze, czy to śrubkę, czy gałkę samochodową, mówiąc: – „Nie wiem, od czego to jest, ale może ci się przyda?”. Potem brał jeszcze jedno lub dwa piwa na drogę powrotną i wracał w dół, prowadząc i pasąc krowy przydrożnym terenem po przeciwnej  stronie drogi niż ta, którą szedł do Ropianki. Czasem, kiedy odwoziła go do Olchowca Renata Dragan, prosił: – „Wysadź mnie koło asa” (podwójnego słupa), bo nie chciał, żeby we wsi wiedziano, skąd wraca. Sklepik, póki funkcjonował, obsługiwał nie więcej niż dwadzieścia domów, z których sporo nic w nim nie kupowało. W latach 90. i na początku 2000, z okazji większych imprez takich jak (znany w szerokim świecie) Kermesz w Olchowcu Mikołaj miał zwyczaj „kalkulowania” picia alkoholu, co polegało na dawkowaniu, by trafić z upiciem się w odpowiedni czas, nie za wcześnie, bo szkoda imprezy, ale też bez przeciągania, bo szkoda się nie upić alkoholem i tak będącym do dyspozycji. To pierwsze zdarzało mu się częściej niż to drugie.

Jego ukochany pies Szarik zmarł przed nim. Zwyczajnie płakał po nim i nie chciał następnego psa, żeby znów nie płakać. O ślubie Uli ze mną w roku 2000 Olchowiec dowiedział się przez Mikołaja, który po otrzymaniu tej wiadomości przez telegram, przyszedł z nią do sklepu, dumny i poruszony. Pewnego razu Renacie przyniósł w prezencie prawie dzikiego (przysłowiowego) kota w worku do sklepu, który uwolniony dopiero w domu, szalał po całym pomieszczeniu. Miał Mikołaj i jego dom jeszcze inne, tak już niegdysiejsze zwyczaje, że ich tu nie wspomnę.

Człowiek, który umarł i nie zaznaczył się w świecie w sposób widoczny dla innych ludzi, tak jakby nigdy nie istniał dla innych ludzi i dla siebie – spotykam się czasem z taką myślą i nie jest mi ona mentalnie obca. Oto odszedł człowiek, o którym można powiedzieć, że żyjąc normalnie w małej społeczności wiejskiej, jakkolwiek nie założywszy rodziny, zaznaczył się w świecie dość minimalnie, to znaczy zostawił po sobie mało trwałych, widocznych śladów, mimo że troszczył się o miejscową świątynię przez dekady. Może ja nie widzę tych śladów, a inni tak? Jago wyjątkowa mało-śladowość motywowała wielu do fotografowania go, zrobiono mu setki zdjęć, wystąpił nawet w głównej roli w studenckiej etiudzie filmowej, zamieszczonej niżej. Gdyby Mikołaj Moriak zmarł przed nastaniem mediów cyfrowych, byłby pamiętany w Olchowcu i okolicy dłużej niż zwykli mieszkańcy, ze względu na jego powiązanie z cerkwią i unikalny tryb życia, może nawet do czwartego pokolenia. Pamięć ta nie różniłaby się zbytnio od pamięci przodków w rodzinie, wszak mieszkańcy Olchowca są ciągle niczym większa rodzina. Widzę, jak zupełnie, bez reszty, zsunęły się do lamusów różnego rodzaju, w tym ostatnio cyfrowych, nazwiska w czasie mojego dzieciństwa i młodości bardzo głośne – w świecie, w kraju, w mieście, w różnych organizacjach.

———————-

Mama Anastazja pożegnała się z leżącym w trumnie synem w ich domu. Zwraca się ciągle do niego w płaczu i żalu nie do ukojenia, zerkając w stronę miejsca, gdzie leży, widocznego z okna ich domu. On dla niej jest nadal obecny, tylko leży w grobie kilkadziesiąt metrów od domu, przez co nie może do niej przyjść i zapełnić sobą domu. Pani Anastazja, płacząc przywitała mnie słowami: „Widzi pan, jaki pusty dom”. Podczas mojej pierwszej wizyty panią Anastazję odwiedza pani Helena Gabło, która gościła tę pierwszą w swym domu przez kilka pierwszych miesięcy po stracie syna. To postawna kobieta po sześćdziesiątce, stonowana, o spokojnych ruchach, z twarzą zdradzającą powagę i dystans płynące z ciężkich osobistych przeżyć, z jednym widzącym okiem i drugim niezasłoniętym niewidzącym od piętnastu lat. Przynosi pani Anastazji słoik z zupą pomidorową. „Macie tu zupę, na pewno ją zjecie”. Uświadamiam sobie nie pierwszy raz, że każdy Olchowianin to wyrazista postać warta szkicu, no może powyżej pewnego wieku.

Zacząłem publikować historię Mikołaja Moriaka 19 września 2013 roku, kiedy on jeszcze miał żyć przez osiem dni – o czym nie wiedziałem, od zamieszczonego na blogu tekstu o długu moralnym, zaciągniętym przez Andrzeja Skorodyńskiego seniora, do spłacenia przez Andrzeja Skorodyńskiego juniora wobec Anastazji i Mikołaja. Ten ostatni zmarł, ale trzeba przyznać, że Andrzej junior sprawia się dobrze. Po śmierci i pogrzebie Mikołaja przyjechał z Urugwaju ponownie, złożył na jego grobie przywiezioną z sobą wiązankę, która jest tam do dziś, pomodlił się za duszę zmarłego. Zorganizował także w Domu Ludowym w Olchowcu przyjęcie dla swojej rodziny, mieszkającej na miejscu. Zeszło się ono z 82 urodzinami Anastazji, ale ona, rozpaczająca za Mikołajem każdego dnia, nie chciała na nie iść mimo próśb Andrzeja. Poszła dopiero wtedy, jak przyrodni brat przed nią uklęknął. Andrzej junior przywiózł także przyrodniej siostrze paszport ich ojca Andrzeja seniora – z którym ten wyruszył z Olchowca w świat – żeby choć on wrócił na swoje miejsce po siedemdziesięciu czterech latach.

Słucham któryś raz starej pieśni łemkowskiej „Pływie kacza” (Płyną kaczki), okrzykniętej pieśnią żałosną Majdanu, po tym jak odtworzono ją na pogrzebie Michaiła Żyznieuskiego, który zginął na placu. Oddaje ona to, co wyjątkowo piękne w duszy Łemka jako syna swojej matki, i znosi wszelkie wydumane wypowiedzi.

(Rozmawiałem na temat Mikołaja Moriaka z Anastazją Moriak z d. Skorodyńską, Marią Gabło z d. Moriak, Mikołajem Gabło, Marią Dragan z d. Dupnak, Władysławem Dragan, Renatą Dragan-Ziębą, Marią Fedak, Iwoną Buriak, Janem Buriak, Janem Tomaszczyk, Heleną Gabło).
Wiesław Żyznowski

 

Jeden komentarz

  1. Napisany przez Wiesław Ż.:

    „Więc tak samo ma się rzecz z tworzeniem chorób. Jeżeli im ktoś wbrew przeznaczonemu terminowi czasu przeszkadza lekarstwami, to lubią się z małych chorób robić wielkie i z nielicznych liczne. Dlatego wszelkimi takimi rzeczami trzeba kierować jak dziećmi, przez odpowiednie sposoby życia, jeżeli ktoś ma na to czas, a nie budzić licha lekarstwami” (Platon, Timajos, 89C, tłum. W. Witwickiego)

    21/04/2014 @ 16:10

Napisz komentarz

*