Przejdź do wybranych wpisów >>

Henrykowi Ostrowskiemu nieco strzeliście na koniec współpracy

02/10/2017

Heniu,

Przez 30 lat znajomości i 25 lat współpracy brałeś udział w większości ważnych dla mnie wydarzeń biznesowych i innych. Wymienię niektóre z nich. Pod Twoim skrzydłem mój brat Piotrek i ja robiliśmy pierwsze kroki handlowe, z których powstały Mercatory. Ratowałeś rankiem mojego ojca, który w nocy doznał udaru. Założyłeś i prowadziłeś przez pierwsze lata firmę Mercator Medical, czym położyłeś fundament pod dzisiejszą międzynarodową korporację. Prowadziłeś przez jakiś czas Mercator Poligrafia, co zapoczątkowało ostateczny podział Mercatorów, który wyszedł wszystkim na dobre. Zreformowaliśmy Bazę po Twoim dołączeniu do niej, co działa do dziś dość dobrze. Zbieraliśmy materiały do książek, które wydawaliśmy. Wybudowaliśmy pawilon, który nagradzano w konkursach architektonicznych i stał się znany. Kupowaliśmy nieużytki w Sierczy, by sadzić na nich lasy dla przyszłych pokoleń.

Przez ten czas poznałeś moją rodzinę lepiej niż niejeden mój bliski krewny. Nie dałoby się napisać jej porządnej historii bez Twojej osoby, co bardzo nas zobowiązuje wobec Ciebie. Poznaliśmy się także dość dobrze osobiście. W czasie współpracy na Bazie nasza relacja nabrała niesymetrycznych cech biznesowo-towarzyskich o charakterze niemal rodzinnym, choć pewnie gdyby nie biznes, wyglądałaby ona inaczej lub nawet mogłaby nie zaistnieć. Spędziliśmy wspólnie dużo czasu, nie tylko na różnych rozmowach, ale i na rozmaitych peregrynacjach po miastach i wsiach. Tworzyliśmy zgrany zespół fotograficzny, Ty lubiłeś zobaczyć kadr jako pierwszy, a mnie zostawić jego obsługę techniczną. To z Tobą pojechałem pierwszy raz w życiu w Beskid Niski, który od tamtego czasu tak mi zachodzi za skórę. Wypiliśmy też wszystko, co było naszego wspólnego. Twoje nalewki z dzikich owoców, jak dereń, tarnina, nie mają sobie równych. No i te bieszczadzkie jodły, które dowiozłeś do Sierczy na koniec, jakby na pożegnanie, podczas gdy ja chciałbym ich więcej.

Dla mnie jednak najważniejsze były między nami niektóre zdania, które od Ciebie usłyszałem, o czym wiesz, bo wspomniałem o tym we wpisie blogowym na Twoje sześćdziesiąte urodziny. W książkach przeczytałem mnóstwo mądrych i głupich zdań, ale z zasady kierowanych do wielu osób. Dlatego jako ważniejsze traktuję wypowiedzi mi dedykowane, które mnie rozszerzają. Nie każdy jest w stanie w swoich wypowiedziach być wystarczająco przenikliwym i szczerym w jednym momencie, nie mówiąc o chęci robienia tego. Spotkałem niewiele takich osób, a Ty należysz do tego grona. Powiedziałeś mi też wiele zdań sceptycznych wobec moich pomysłów, dzięki czemu albo je porzucałem, albo rozwijałem, jako że nauczyłem się oceniać Twoje oceny (:-)) – ostatecznie uchroniły mnie one przed wieloma kłopotami i przyczyniły się do licznych moich działań.

Ostatnimi czasy widziałem – zresztą sam o tym mówiłeś – że wolność zajmowania się czym dusza zapragnie nęci Cię coraz mocniej. Nic w tym dziwnego po ponad czterdziestu latach pracy zawodowej. Czuję brzemię bycia ważną częścią Twojej drogi zawodowej, czuję współodpowiedzialność za regulacje, które nie pochodzą ode mnie i się z nimi nie zgadzam. Cóż mogę zrobić poza życzeniem Ci wesołego żywota emeryta?

Po niemal dwudziestu latach od odejścia z Mercator Medical pamiętają Cię tam nie tylko najstarsi pracownicy, ale i wiedzą o Tobie młodsi, którzy usłyszeli o Tobie od pierwszych. Z Bazy jeszcze nie odszedłeś, a już mówi się o Twojej legendzie. W Twojej pracy zawodowej, której byłem świadkiem, odcisnąłeś osobiste piętno, zostawiłeś trwałe ślady po sobie, zrobiłeś swoje. Idź więc swoją drogą ku zasłużonemu spokojowi, szczęściu, błogości i heglowskiemu czy buddyjskiemu zlaniu się Ciebie jako podmiotu z ukochanymi przez Ciebie przedmiotami w świecie. Potrafisz tworzyć pierwsze przesłanki dla wartościowych trwałych rzeczy, więc twórz je jeszcze.

Dziękuję za tę drogę, na której się spotkaliśmy i którą wspólnie przeszliśmy. Dziękuję za wszystko. Obyś zażył dużo nowego dobrego.

Wiesław Żyznowski

received_10209939759161697

received_10209939740161222

received_10209939740641234

received_10209939739121196

 

Żyznowskim Miłoszowi na 12. (17.06.) i Tomaszowi na 16. (21.06.) rok życia

17/06/2017

 

Miłku,

12 lat życia chłopca to jeszcze rok dzieciństwa według tradycji żydowskiej, która jest tak stara, że choć wolno ją lekceważyć, to nie można tego robić. Ale w Twoim przypadku 12 lat życia okazuje się z pewnego względu wiekiem poważnym. Z całych sił zaangażowałeś się w realizację powziętego postanowienia: chcesz zostać mistrzem trialu motocyklowego. Dla mnie największe znaczenie ma to, że w tym wieku nadałeś kierunek swojemu życiu. Istotne jest również to, że zdecydowałeś się zostać mistrzem w czymś. Choć polubiłem tę dyscyplinę sportu za jej „czułą barbarzyńskość”, a w Twoim przypadku ona zdaje się być istotą życia, to w tym wszystkim traktuję ją jako narzędzie formacyjne, które ukształtuje Cię nie tylko na mistrza, ale szerzej.

Pewnego razu, kiedy miałeś może cztery lata, jeżdżąc w trójkę z Tomkiem w wielickim parku Mickiewicza, zauważyliśmy chłopców skaczących na rowerach z dość długiego rozpędu i progu wysokiego na jakieś dwa metry. Znając Twoje zakusy jednośladowe, podjechałem do nich, żeby zapytać, jak długo i na czym trzeba trenować, by móc skakać tak jak oni. Rozmawiałem z nimi przez chwilę, nim spostrzegłem Cię rozpędzonego i tak bliskiego skoku, że nie można było Cię już zatrzymać. Okazał się on niewiele słabszy od skoków tych nastolatków trenujących lata.

Ma poważne konsekwencje obranie celu życia przez człowieka w bardzo młodym wieku. Z jednej strony daje mu to szansę na jak największe doskonalenie się w pożądanym kierunku w okresie wzmożonego rozwoju. Z drugiej strony poważne, profesjonalne osobiste zaangażowanie się w jakąkolwiek dziedzinę naturalnie ogranicza postęp w innych dyscyplinach. Młody człowiek może bez większej straty osobistej zignorować wszystkie inne potencjalne kierunki, oprócz ogólnej edukacji, na którą w tym wieku także jest najbardziej chłonny. Oznacza to, że młody człowiek, który się edukuje choćby na średnim poziomie i zarazem uprawia jakąś dziedzinę wymagającą profesjonalizmu, ma podwójnie ciężko. Ma może najciężej spośród tych, którzy mają ciężko, wyłączywszy upośledzonych i pokrzywdzonych specjalnie przez los, bo się mocuje z dwoma ciężarami, podczas gdy ci z dorosłych, którzy oswajają jakiś ciężar, mają najczęściej do czynienia z jednym.

Dźwiganie ciężarów formacyjnych kształtuje charakter, a ten dla człowieka jest najważniejszy, bo siedzi w nim najgłębiej i do końca, dłużej niż zdrowie, przyjaźnie, majątki, sława, a nawet wykształcenie, o którym się mawia, że jest u człowieka tym, co w nim „zostaje po tym, jak już zapomni wszystkich wiadomości, których się nauczył w szkole”. Obserwowałem mojego ojca Zbigniewa przez jego ostatnie 12 lat życia. Po wylewie uleciało z niego tak wiele zdrowia, wykształcenia, wiedzy, umiejętności, w ogóle życia, za to bardziej niż wcześniej ujawnił się w nim niezłomny charakter, co dużo mu przydało w moich oczach w tamtym czasie. Resztkami sił wytężał swą niezłomność, by zobaczyć Cię na świecie, zabrakło mu tylko dwóch tygodni. Zdążyliście być blisko siebie, ale się nie zobaczyliście.

Dużo znaczy dla mnie to, że postanowiłeś i że dążysz usilnie do tego, by zostać mistrzem. Nie istnieje ktoś taki, jak mistrz bez wyraźnego charakteru. Mistrzem nie zostaje człowiek bez właściwości, to jest człowiek, o którym nie można powiedzieć, że jest właściwy sobie samemu, że jest jakiś konkretny, zborny, skupiony wokół czegoś jednego. Ty już się stajesz człowiekiem z właściwościami, co w mojej opinii jest lepsze niż bycie człowiekiem bez właściwości. Bycie mistrzem to z definicji bycie lepszym od innych w czymś, a to dzięki własnej pracy i własnemu wysiłkowi. To banalne, że bycie mistrzem daje wartości uznawane tak powszechnie za pożądane, że prawdopodobnie i Tobie się przydadzą: satysfakcję z siebie samego, poczucie własnej wartości, pewność siebie. Innymi słowy mistrz ma sobość i swojość wzmocnioną w sposób uzasadniony – w przeciwieństwie do przeciętnej wśród ludzi, gdzie albo tego za mało, albo za dużo. Mistrzem można zostać w każdej dziedzinie, którą para się człowiek, co oznacza, że wśród stojących z definicji na szczytach różnych hierarchii mistrzów także panują hierarchie, na dodatek zarówno wewnętrzne, to jest określające, jak mistrzowie postrzegają siebie wzajemnie, jak i przenikające się z nimi zewnętrzne – jak mistrzowie są postrzegani przez innych, którzy nie są mistrzami w żadnej dziedzinie.

W tym skomplikowanym zagadnieniu wskażę na jedno rozróżnienie: są mistrzowie konkurujący z innymi o mistrzostwo i tacy, którzy mogą zostać mistrzami bez konkurowania z innymi o to. Ci pierwsi zostają mistrzami dzięki temu, że wygrywają konkurencję z innymi, w drugim przypadku chodzi o tych, którzy osiągają mistrzostwo w jakiejś dziedzinie bez potrzeby konkurowania z innymi. Jesteś zdobywcą Pucharu Polski w Trialu do lat 12, ponieważ wygrałeś konkurencję z innymi. Bruno Schulz jest niedościgłym mistrzem stylu jemu właściwego nie dlatego, że się z kimś o  to ścigał. Dochodzenie do mistrzostwa przez konkurowanie ma miejsce w sporcie, biznesie, polityce, a przez niekonkurowanie w nauce i sztuce. Mistrz trialu może być jeden, mistrzów literatury mogłoby być tylu, co ludzi, ale nie znaczy to, że ci pierwsi osiągają większą maestrię niż ci drudzy. Może być wręcz przeciwnie. Konkurowanie z innymi często ogranicza pełne rozwinięcie się w danej dziedzinie, ponieważ trzeba robić mnóstwo nierozwijających rzeczy, by sprostać tym, którzy też je wykonują. Gdyby nie takie Mercatory Medicale, to być może najlepsza firma rękawicowa na świecie Hartalega opracowałaby już jakąś nową rękawicę chroniąca dłonie lepiej. Tak jest z pewnością w biznesie i polityce. Jak jest w sporcie pod tym względem, może już wiesz, a jeśli nie, spytaj o to Twojego trenera Roberta Błachuta, który jest mistrzem nie tylko jako sportowiec i trener, ale i filozof sportu. To on mnie rozwinął, mówiąc o „układzie mistrzowskim” między Wami. Dlatego dążenie do maestrii bez konieczności konkurowania o nią z innymi może być skuteczniejsze, ale tylko to drugie może dać miano zwycięzcy. Ze znanej powszechnie historii życia Brunona Schulza wynika, że wszelkie konkurowanie, do jakiego był zmuszany, tylko szkodziło rozwojowi jego niedościgłego kunsztu.

Nie jest tak, że nie ma pociechy dla dążących do mistrzostwa w sporcie, biznesie, polityce. Jak już osiągną szczyt i osadzą się na nim mocno, dopiero wtedy mogą zacząć konkurować sami z sobą, jak od początku naukowcy czy artyści. W biznesie światowym chyba to osiągnęła korporacja Google i zapewne wiele innych, generalnie nie zajmowałbym się Mercatorem ani jednego dnia, gdybym nie był przekonany, że ostatecznym celem tej firmy jest właśnie konkurowanie z samą sobą, a dokładniej z własnymi słabościami. W trialu będziesz kimś takim za jakiś czas.

Trial nie zalicza się do widowiskowych gier zespołowych, jak futbol czy siatkówka, a także nie zabija i nie łamie karków zawodnikom, jak pozostałe sporty motorowe czy wyścigowe, dlatego nie jest tak popularny i nie cieszy się sporym gronem fanów. Nawet jak osiągniesz szczyty tej dyscypliny, zdobędziesz wieczną – w sensie trwale zanotowaną – chwałę, ale niekoniecznie szerszą, łechcącą próżność sławę. Każdy wie, nawet ja, kim jest Lewandowski, już znacznie mniej zna Błażusiaka, mimo że jest wielokrotnym mistrzem świata w enduro extreme, które jest o wiele bardziej popularne niż trial. Mnie taka wąska chwała i sława trialowca by się nawet podobała, bo jest coś ujmującego w poświęceniu się i osiągnięciu mistrzostwa w czymś niemal ukrytym przed szerokim światem. Nie wiem, co Ty o tym sądzisz. Aktualny mistrz świata Toni Bou ewoluuje w stronę bardziej widowiskowych sztuczek na motocyklu, odchodząc nieco od czysto terenowych źródeł trialu. Widać ciągnie go ku szerszej widowni. Ciekaw jestem, jak będzie z Tobą, jak już osiągniesz pisany Ci poziom.

Mnie osobiście nigdy nie pociągało, ani nie pociągałoby mnie, gdybym znów był młody, jakiekolwiek specjalizowanie się w sporcie, co nie znaczy, że sportu nie lubię i nie bawię nim trochę na poziomie amatorskim. Gdyby świat składał się z samych takich jak ja, byłby nudniejszy, bo wszyscy uprawialiby sport ubocznie i po amatorsku, podobnie okazjonalnie konkurowaliby ze sobą. Bliska mi jest postawa Odysa, który co prawda nie był profesjonalnym sportowcem, takowych w jego czasach nie było, igrzyska olimpijskie nastały kilkaset lat po jego czasie (mniej więcej w czasach Homera), ale był wybitnym amatorem w kilku przydatnych dziedzinach, a w młodości uprawiał sport na wysokim poziomie i przez całe życie dbał o swoją kondycję fizyczną i sprawność, ponadto lubił wygrywać i być najlepszym.

Przeczytaj fragment Odysei w tłumaczeniu Parandowskiego, zaczynający się od słów Odysa:

„Odezwałeś się nieprzyzwoicie i poruszyłeś mi serce w głębi piersi. Nie są mi obce zawody, jak mówisz, owszem, byłem, jak mniemam, wśród pierwszych, dopóki młodość rządziła moimi dłońmi. Dziś jestem w mocy niedoli i zgryzoty, wiele bowiem wycierpiałem na wojnie i wśród gorzkich fal. Ale i tak, mimo swej nędzy, stanę do zawodów: wyzwałeś mnie twoim zjadliwym słowem. Rzekł i nie zdejmując odzienia chwycił dysk większy i cięższy niż ten, który służył Feakom. Obróciwszy go puścił twardą dłonią. Zaszumiał kamień. Sławni żeglarze, miłośnicy długich wioseł, Feakowie pochylili się do samej ziemi pod rzutem kamienia, a ten w swym chyżym biegu przeleciał znaki wszystkich zawodników. Kres oznaczyła Atena. Była pod postacią mężczyzny i takim się odezwała słowem: – Nawet ślepy odróżniłby, gościu, twój znak po omacku: nie miesza się on z ciżbą innych, sam stojąc na przedzie. Możesz być dumny z tego rzutu, nie dosięgnie go żaden z Feaków ani nie przewyższy. Tak rzekła – ucieszył się niezłomny boski Odys, rad widzieć życzliwego towarzysza na polu igrzysk, i już z lżejszym sercem zawołał do Feaków: – Rzucajcie teraz, młodzi, do mojego znaku! Wnet dam nowy, spodziewam się, że będzie taki sam albo i lepszy. A w innych zawodach niech się ze mną spróbuje, komu serce doradza, boście mnie bardzo rozsierdzili. Na pięści, w zapasach, w biegu, nikomu nie odmówię ze wszystkich Feaków oprócz samego Laodamasa. To mój gospodarz, a któż by walczył z przyjacielem? Tylko nierozumny albo nikczemny wyzwie na zawody człowieka, który mu dał gościnę wśród obcego ludu: sam by siebie we wszystkim pokrzywdził. Z innych nikogo nie odrzucę, nikim nie wzgardzę, niech się pokaże, niechaj się zmierzy. Nie jestem ci ja taki lichy w igrzyskach, jakie są ludziom znane. Umiem się obchodzić z łukiem pięknie toczonym i moja strzała pierwsza dosięgłaby upatrzonego w tłumie nieprzyjaciół, nawet jeśliby wielu towarzyszy stało przy mnie i razem ze mną strzelało. Jeden Filoktetes przewyższał mnie, ilekroć Achajowie strzelali z łuków pod Troją. Nad resztą ja wysoko góruję, ilu dziś ludzi pożywa chleb na ziemi. Nie chcę się wodzić z dawnymi mężami, z Heraklesem albo Eurytosem z Ojchali, którzy nawet z nieśmiertelnymi mierzyli się w sztuce łuczniczej. Przez to zginął wielki Eurytos, którego starość nie dosięgła w domu, ale zabił go Apollon, rozgniewany, że ów wyzwał go na strzelanie z łuku. Mój oszczep niesie dalej niż u innego strzała. Boję się tylko, by mnie nogi feackie nie prześcignęły, haniebnie bowiem udręczyły mnie długie dni wśród fal, a na okręcie nie można dbać o siebie: zwątlały moje miłe kolana. Tak rzekł, wszyscy trwali w milczeniu, jeden Alkinoos dał mu odpowiedź: – Gościu, miłe jest nam, co mówisz. Chcesz okazać dzielność, którą posiadasz, bo rozgniewał cię ten człowiek. Zaczepił na polu igrzysk tak, jak nikt by nie uchybił twej dzielności, kto się rozumie na przyzwoitych słowach”.

Rozumiem jednak, że jak się chce w obecnych czasach nie „mieszać się z ciżbą innych” w jakiejkolwiek dziedzinie, nie tylko sportowej, trzeba przejść na zawodowstwo. Ty nie chciałbyś „mieszać się z ciżbą innych” w trialu, mnie się to podoba. Zresztą drugą obok Odysa kluczową postacią u Homera jest Achilles, o którym można powiedzieć, że był w walce na śmierć innych i jego własne życie – do czasu dosięgnięcia go strzały Parysa – stuprocentowym profesjonalistą i że nic więcej go nie interesowało, a walka to konkurencja w czystej postaci i sport pewnego rodzaju. Dlatego rób spośród rzeczy podpowiadanych Ci przez serce to, co najtrudniejsze. Zostań Achillesem trialu, obiecaj sobie i dotrzymaj tego słowa, że nie zdradzisz tej dyscypliny na rzecz innej.

 

Tomku

Idziesz swoją drogą wyraźniej od czasu, gdy miałeś osiem lat. W szkole na tablicy ogłoszeń znalazłeś małą karteczkę z informacją o możliwości pobierania prywatnych lekcji ze starożytnej greki. Przyszedłeś do domu i poprosiłeś mnie, żebym zatelefonował pod wskazany numer i załatwił Ci te lekcje. Dopiero na Twoją którąś z kolei, coraz bardziej nagabującą, prośbę zrobiłem to jakiegoś następnego dnia. Kiedy zadzwoniłem pod wskazany numer, Twojego przyszłego nauczyciela zastałem akurat na nartach w Zakopanem, zareagował z dużym niedowierzaniem, że w imieniu ośmiolatka pytam o lekcje greki. Okazał się nim wykształcony nie na tę epokę Michał Bizoń. Jest on Twoim nauczycielem prywatnym i domowym do dziś, realizujecie także część formalnego programu szkolnego. Ty też rośniesz na wykształconego nie na tę epokę.

100 lat temu było normalne, że szesnastolatek z języków obcych zna bardzo dobrze jeden nowożytny i jeden starożytny oraz trochę słabiej jeden nowożytny i jeden starożytny, a piątego nie uczy się w ramach buntu młodzieńczego wobec tradycji rodzinnej, ale w każdym momencie może zmienić zdanie. Była także normalna u młodych znajomość którejś dziedziny humanistycznej czy ścisłej w zakresie daleko wykraczającym poza wymogi szkolne – w Twoim przypadku jest to historia. Nie dziwiło wówczas napisanie pierwszej – bądźmy szczerzy, najczęściej jeszcze naiwnej książki – do dwudziestego roku życia i zrobienie doktoratu i zakończenie formalnej edukacji niedługo po dwudziestce. Ty już napisałeś i opublikowałeś prywatnie pierwszą dłuższą opowieść. Istnieje anegdota, że w przypadku jednego z Twoich kolegów jest to „jedyna książka, którą przeczytał”. Dziś wszyscy są magistrami, doktorami, profesorami, ale tak niewielu jest wykształconych starannie w rozumieniu klasycznym i tradycyjnym, że można spokojnie nazywać ich wariatami. Cieszę się, że mój syn będzie wariatem w takim sensie.

Od dłuższego czasu deklarujesz, że jako dorosły będziesz zarabiał na chleb, robiąc biznes i będąc właścicielem firmy. Jeśli tak się stanie, będziesz prawdopodobnie się zaliczał do tych niewielu intelektualistów, którzy skutecznie działają wśród ludzi. Ostatnio zmarł Zbigniew Brzeziński, o którym można powiedzieć, że udawało mu się łączyć te trudne do połączenia sfery. On umiał i chciał nie tylko pisać o polityce, ale i w niej skutecznie działać. Był jak ci starożytni Grecy, którzy uznawali za jedno teorię i praktykę, jak ci inni uważający, że „najlepszą praktyką jest teoria, a najlepszą teorią praktyka”, co dotyczy zwłaszcza może dziedzin społecznych, jak biznes, zarządzanie, w części ekonomia, także polityka i politologia.

Jeśli chcesz zostać dobrym intelektualistą-biznesmenem, studiuj filozofię dłużej, a biznes krócej, niezależnie od innych dziedzin.

Filozofowanie to zajmowanie się między innymi ogólnością nieokreśloną co do przedmiotu, podczas gdy pozostałe dziedziny nauki, jeśli traktują o zasadach uniwersalnych, to w odniesieniu do określonych obszarów, może z wyjątkami, jak na przykład niektóre działy matematyki. Zderzenie filozoficznej nieokreśloności, abstrakcyjności, ogólności z jedną z podstawowych właściwości biznesu, którą jest (konkretna) realność, przynosi dobre efekty, jak to bywa ze zderzaniem przeciwieństw faktycznych i pozornych, dającym oryginalne perspektywy.

Działanie w biznesie to walka o przewagę nad konkurentami. Przewaga znających filozofię nad nieznającymi jej bierze się stąd, że ci drudzy mówią tym pierwszym najczęściej rzeczy albo oczywiste, które powinny być znane każdemu, albo nie tyle nieznane, co dziwne, to jest zasługujące na głębszy namysł, bo filozofia jest nauką rozróżniania dość dwubiegunowego między tym, czym jest common sense, a tym, co jest dziwne. Tradycyjne filozofowanie to dziwienie się rzeczom pozornie oczywistym i próba zrozumienia ich w inny sposób, czyli spekulowanie na ich temat. Biznes wymaga zazwyczaj podejmowania szybkich działań, które są poprzedzone podejmowanymi szybko decyzjami, a te lubią się opierać na oczywistościach. Przygotowanie filozoficzne, które pomaga rozumieć nieoczywistość rzeczy pozornie oczywistych, pozwala niekiedy na podejmowanie odważnych, niestandardowych i nieoczywistych decyzji. A te bywają cenne w biznesie, nie tylko jako idące pod prąd głównego nurtu, w którym biznes się w istocie znajduje.

Studiowanie filozofii pomaga zrozumieć, czym się różnią sfery obiektywna i subiektywna. A podstawowym zadaniem każdego biznesu, którego celem jest stanie się z małego dużym – to jest zdolnym przeżyć swojego właściciela – jest przejście ze sfery subiektywnej (właściciela i jego współpracowników) w sferę obiektywną, w sensie wspólną wielu ludziom, innymi słowy obiektywizacja subiektywności właściciela i jego pierwszych współpracowników.

Właściwe uczenie się biznesu polega na szkoleniu się. Większość szkoleń biznesowych zawiera podobne treści. Im bardziej program studiów wyższych sprofilowano pod kątem określonego zawodu, tym więcej zawiera szkoleń specjalistycznych, a mniej ogólnych. Szkolenie dotyczy zawsze jakiejś określonej dziedziny i polega na wyrabianiu umiejętności niezbędnych do poruszania się w niej. Szkolenie w biznesie to wyrabianie racjonalnych odruchów w sytuacjach typowych dla biznesu, najczęściej bez wyjaśnienia, na czym polega ich racjonalność. Kształcenie ogólne to wyrabianie racjonalnego (naukowego, artystycznego, teologicznego) umysłu. Uczenie się filozofii jest w wyjątkowo dużym stopniu kształceniem się, a w małym zakresie szkoleniem. Jeśli filozofia już szkoli, to głównie w zakresie logiki oraz umiejętności czytania i pisania tekstów. Znajomość filozofii pomaga posługiwać się racjonalnością po mistrzowsku.

Ile jest zagadnień humanistycznych w nauce o przedsiębiorczości i zarządzaniu biznesem, tyle filozofia wraz ze swoimi rozwinięciami w postaci socjologii i ekonomii tłumaczy najgłębiej, bo źródłowo – w sensie dotykania przyczyn, które uznaje się dotychczas jako pierwsze. Na przykład państwa demokratyczne deklaratywnie schlebiają przedsiębiorcom prywatnym, a zarazem bardzo dużo od nich wymagają, traktują ich nieprzyjaźnie i surowo karzą za najmniejsze przewinienie w zakresie formalnego prowadzenia biznesu. W porównaniu z wszystkimi wziętymi razem podręcznikami biznesu VIII księga Państwa Platona mówi więcej o przyczynach tego zjawiska. Platon pomaga poznać różnice w traktowaniu biznesu w różnych ustrojach politycznych i zrozumieć, dlaczego demokracja jest mimo wszystko dla nich najkorzystniejsza. Tłumaczy on przede wszystkim, dlaczego niektórzy są skłonni zarabiać jako przedsiębiorcy prywatni w odróżnieniu od innych. Zarabianie w sposób biznesowy przez zaspokajanie potrzeb innych ludzi jest traktowaniem ich przedmiotowo i byciem traktowanym przez nich tak samo. Filozofia dostarcza najlepszych dystynkcji służących do zrozumienia tego zjawiska, dzięki czemu można bardziej upodmiotowić tę dwustronną relację.

Arystoteles zaadresował swą Zachętę do Filozofii do króla Cypru. Nauczał filozofii Aleksandra Macedońskiego, innego króla, co poskutkowało zmianą świata. Filozofię powinni znać wszyscy zmieniający świat w mniejszym bądź w większym zakresie, więc także przedsiębiorcy, ludzie biznesu. Dzieląc się między te dwie dziedziny, można próbować je łączyć w filozofię biznesu czy przedsiębiorczości – napisano o tym sporo książek, ale dotykających istoty zagadnienia jak na lekarstwo.

Spośród młodych ludzi, którzy są skłonni robić coś silniejszego w życiu, niektórych może i pociągałaby filozofia, ale szkoda im ważnych lat na naukę „o niczym konkretnym”. Zgodziłbym się, że filozofia jest „o niczym”, ale tylko jeśli to „nic” rozumieć jako tożsame z „pustką”, o której mówi Laozi w fundamentalnym dla klasycznego taoizmu traktacie poetyckim Droga (Tao) w przekładzie Michała Fostowicza-Zahorskiego:

 

Trzydzieści szprych zbiega się

W środku koła,

Lecz użyteczność wozu

Jest w pustym środku piasty

 

Wypalona skorupa tworzy

Kształt glinianej misy,

Ale użyteczność

Jest w jej pustce.

 

By wznieść dom, budujesz ściany,

Wstawiasz w nie drzwi i okna,

Ale użyteczność domu

Jest w pustej przestrzeni.

 

Dlatego korzyść wynika

Z wszystkiego, co istnieje,

Lecz użyteczność – z tego,

Czego nie ma.

Filozofię postrzegam jako tę użyteczną pustkę w środku, z której promieniują i wokół której się kręcą dające korzyść wszelakie dziedziny nauk bardziej rzeczowych. Filozofia daje studiującemu użyteczność, którą rozumiem jako swobodę osobistą, potencjał niekoniecznie wykorzystany, a już z pewnością niezużyty nigdy, przestrzeń osobistą wokół siebie, w którą wielu może wejść, ale nikt nie może jej zająć na stałe, zawłaszczyć. Inne dziedziny nauki dają korzyści, które jednakże jako bardziej namacalne są bardziej krótkotrwałe, zużywają się i mogą być zawłaszczone przez innych.

Właściciel firmy powinien być jak ten pusty środek – z kręcącym się wokół kołem – który nie istnieje, wpierw coraz to bardziej w sprawach operacyjnych, bieżących aż po całkowite nieistnienie, podczas gdy koło ma się kręcić samo coraz bardziej zamaszyście. Zostań pustką, wokół której niech się coś kręci, im większe, ambitniejsze i bardziej inteligentne, tym lepiej, skoro już tak ma być.

 

Wiesław Ż.

Hat Yai, 10 czerwca 2017, w roli szprychy we własnym biznesie

 

Na swoje mało romantyczne 53. urodziny

27/05/2017

 

Dopiero zdania z Przysłów piekieł, zawartych w Zaślubinach nieba i piekła. Głos Diabła, w których dotyka mnie geniusz Williama Blake’a, uświadamiają mi, że to, co robimy w ramach Wydawnictwa Żyznowski, jest bardziej romantyczne niż pozytywistyczne. Czym innym mogłoby to być, skoro jestem leczącym się całe życie z romantyzmu przedsiębiorcą, a wydawnictwo z założenia od początku wyłączyliśmy ze sfery przedsiębiorczości w znaczeniu podstawowym?

„Tratuj wozem swoim i pługiem swym przeoruj kości umarłych”. Może historykom piszącym rozprawy do książek, które wydajemy, udaje się fachowo ukazywać umarłych bez naruszania porządku ich kości zostawionych bez ruchu. Być może uprawiają tylko prośby, a przecież te „nie orzą”. Jak tylko niehistorycy wezmą się u nas za historie, w większości prywatne, co zdarza się często, „jeżdżą” dość dowolnie po kościach tych, o których piszą, to znaczy przestawiają je w inne układy pośmiertne, którymi wcześniejsze życie zmarłych mogłoby skutkować, gdyby było takie, jak wyobrazili to sobie piszący u nas niehistorycy.

„Larwa przecięta wybacza pługowi”, bo skoro już nie istnieje, cóż może poradzić na to, co jest nieodwracalne. „Umarłe ciało nie mści żadnych krzywd” nie tylko dlatego, że nie jest w stanie, ale przede wszystkim z tego względu, że już nic nie jest dla niego krzywdą, a w szczególności nie jest nią jakiekolwiek zainteresowanie ze strony żywych.

Ileż romantycznej lekkości dodaje naszemu redagowaniu przekonanie, że „każda rzecz, w którą można uwierzyć, jest jakimś obrazem prawdy”. Całkiem podobnie jak nasz rodak Andriej Wyszynski, najkrwawszy prokurator stalinowski, który dowodził, że „pełnej prawdy ustalić nie można, zaś wyroki wydaje się na podstawie wersji najbardziej prawdopodobnej”. A co, jeśli nie można uzyskać bez przerastającego nas trudu danych faktograficznych o jakimś wydarzeniu, które inaczej nie zostanie wydobyte i utrwalone oraz nie pozostawi prawdopodobnie innego widocznego śladu? Nie utrwalać w ogóle – wbrew naszej misji, utrwalać zawieszone całkowicie poza faktografią czy tę przyjąć w najbardziej prawdopodobnej wersji? Najczęściej żonglujemy między wariantami drugim a trzecim. Właśnie z kimś, kto praktycznie jako jedyny zna z opowieści lub pamięta historie pewnej wsi, pracuję nad książką, która ma je zawierać. Brak pewności co do danych faktograficznych zdarza się nam na tyle często, że wzmiankowanie tego za każdym razem w samym tekście zbytnio by go zanieczyściło. Dlatego poinformujemy ogólnie i dobitnie we wstępie książki o tej niepewności faktograficznej.

Utrwalenie historii w tekście jest zawsze jej unieruchomieniem. „W stojącej wodzie spodziewaj się trucizny”, ale jeśli nasze treści nie są trujące, to chyba dlatego, że rościmy sobie pretensje do ich interpretacji pierwszej i być może często ostatniej, ale z założenia nie ostatecznej.

Cieszy nas jako wydawców, że wkładamy tyle serca, czasu, wysiłku, środków w coś, na czego nieistnienie świat by nie zwrócił uwagi. Ale jak już to zostało utrwalone, to nie wydaje się czymś niezdatnym, co musi się zalecać do roztropności, od której uciekamy w tym wypadku jako esencji przedsiębiorczości. Blake mówi na to tak: „Roztropność jest bogata, brzydka stara panna, do której się Niezdatność zaleca”. Widać, nie gardzi on roztropnością i jej technokratyczną córą ekonomicznością, bo wie, że bywają niezbędne w określonym czasie: „Wyjm liczbę, miarę i wagę w rok nieurodzaju”. Wypada mieć na życie co najmniej dwie skrzynki z narzędziami, że użyję zwrotu ślusarzy i profesjonalnych menadżerów: mierniczą na nieurodzaj, romantyczną na urodzaj.

Powołujemy na świat książki nie niezdatne – wierzę w to – ale i nie niezbędne, wytwarzamy więc nadmiar i go lubimy. Dający w swej twórczości poetyckiej i graficznej upust niepowściągniętej wyobraźni Blake musiał mieć szczególny stosunek do nadmiaru. On sam wydaje się być jednym „Nadmiarem smutku, który się śmieje i Nadmiarem radości, który płacze”. Nadmiar wydawniczy uspokaja i osadza nas w naszych miejscach w świecie, przeciwnie do przedsiębiorczości, która może dać tylko tymczasowe miejsce w światku biznesu. Jeśli „droga nadmiaru wiedzie do pałacu mądrości”, to człowiek, który nie pozwolił sobie na nadmiar w niczym, nie będzie mądry. Nadmiar uczy nasycenia, bez którego o mądrość trudno, jeśli określać ją jako sztukę rezygnacji, dla której nasycenie jest kontrastem. „Nigdy nie wiesz, co to dość, jeżeli nie wiesz co więcej niż dość”.

Lepszym niż „Nadmiar” słowem określającym Blake’a jest „Bujność”, o której on sam mówił: „Bujność jest piękno”. Kto chce zażyć bujności twórczej w najwyższym wydaniu, niech sięgnie po dzieła Blake’a. My też mamy coraz większą skłonność do bujności. Pierwsze wydanie monografii Sierczy, które dało początek naszemu wydawnictwu w 2004 roku, po ponad 10 latach wydało nam się na tyle mało bujne, że poświęciliśmy chyba dwa lata, by zmienić to wydaniem drugim. Już od jakiegoś czasu mamy skłonność do wydawania coraz bujniejszych książek.

Tematy i materiały do publikacji pozyskujemy w naszym najbliższym otoczeniu, ponieważ tylko tam możemy sięgać po to, co nam do nich potrzebne. Podobnie jest z żywnością, która najzdrowsza pochodzi z własnego ogródka i przyrządzenia. Sięgamy po wątki i źródła czekające na zainteresowanie niemal kogokolwiek, cały czas otwarte, dostępne, o które nikt nie konkuruje. „Wszystek pokarm zdrowy łowi się bez paści i sieci”. Jesteśmy zarozumiale przekonani, że gdyby piszący fikcję swoje talenty i wysiłki w jakiejś dużej części przerzucali na zbieranie informacji i opisywanie ich najbliższego świata, zyskaliby na tym wszyscy, w tym ostatecznie i oni sami, zwłaszcza dlatego, że okazywaliby się tak paradoksalnie bardziej romantyczni niż pozytywistyczni. Choć rozumiemy, skąd tylu próbuje sięgnąć gwiazd i że każdy szuka swojej drogi do genialności: „Doskonalenie prostuje drogi, lecz drogi kręte, bez doskonalenia, to drogi Geniuszu”.

Mimo że nasza praca edytorska przez ponad 10 lat zyskała chyba pewne lokalne uznanie, nadal często, a może nawet coraz częściej łapiemy samych siebie na odczuciu martyrologicznym: „dlaczego niby akurat my jesteśmy tymi głuptasami trudzącymi się, jako że chcemy istnienia takich książek, a nikt inny pewnie by się nimi nie zajął”. Skądinąd takie same odczucia mamy jako przedsiębiorcy, którzy muszę brać na klatę wszystko, czego nie biorą na siebie ich pracownicy, a co jest konieczne do zrobienia, by przedsiębiorstwo przeżyło. Motywacje ludzi wycieńczających się nad rzeczami zasadniczo niekoniecznymi ocierają się o taką banalność. Każdy, niezależnie czym się para, z czasem zaczyna sam siebie podejrzewać o bycie głupcem, choć wcześniej miał nadzieję, że „gdyby inni nie byli głupcami, my byśmy nimi zostali”.

Uprawianie iście romantycznego nadmiaru i bujności wydawniczej wzmacnia w nas w jakiś podskórny i trudny do wyjaśnienia sposób chęć trwania w tym i innych głupstwach. Blake pisał, że „Gdyby głupiec wytrwał w głupstwie swoim, stałby się mądry”. Dlatego jednak powinniśmy się martwić, bo wychodzi na to, że aspirujemy bardziej do mądrości niż do innych ważniejszych rzeczy do osiągnięcia, na przykład rozumienia świata, chyba że mądrość definiować inaczej niż sztukę rezygnacji.

Wiesław Żyznowski

Hat Yai, 22 maja 2017

Z czego jesteśmy zrobieni, tacy jesteśmy

13/03/2017

 

W Polsce żyje około 120 tys. osób deklarujących się jako świadkowie Jehowy, w większości pewnie z powodu wychowania w domu, przekonania, przyzwyczajenia. Żyje tu także około kilkudziesięciu tysięcy Łemków (Rusinów) z pochodzenia, po części się utożsamiających lub deklarujących takimi, po części nie.

Świadkowie Jehowy zwykli się chwalić swoją liczebnością. Zapewne byłaby ona niższa, gdyby uwzględnić wszystkie „martwe dusze”, których zdaje się jest wśród nich sporo. Liczbę Łemków powtarzam za szacunkami, z którymi się spotykam, jako że oficjalnie w ramach Narodowego Spisu Powszechnego z 2011 r. tylko 11 tys. osób zadeklarowało swoją narodowość jako łemkowską, i to biorąc pod uwagę wszystkie warianty narodowościowe.

Milenaryści, o których mowa, robią dużo, by ich liczba w Polsce rosła, zajmując się głównie pozyskiwaniem do wspólnoty nowych członków – pracując niepłatnie, więc i niewydajnie – i umacnianiem jej samej. Jeśli chodzi o ilość osób uznających się za Łemków w Polsce, należy się obawiać, że będzie ona maleć z różnych względów, między innymi z braku wspólnotowej integracji większości z nich wokół jednej siły, jak np. miejsce na ziemi, język, wyznanie, interesy. Łemków w pełni łemkowskich w mentalności, zwyczajach, języku, wyznaniu, etnicznej jednorodności małżeńskiej jest w Polsce prawdopodobnie nie więcej niż kilka tysięcy, co byłoby bliskie 6 tys. deklarujących się w spisie powszechnym jako mający jedynie taką narodowość.

Na temat ponad 100 tys. polskich świadków Jehowy wydano kilka, najwyżej kilkanaście książek. Chyba wszystkie z nich odnoszą się do scentralizowanej, międzynarodowej doktryny tej grupy religijnej, w części na dodatek w sposób jawnie paszkwilancki, doktrynerski, interesowny. Najpewniej niewiele pozycji zawiera historie ludzi tego wyznania. Osobiście nie słyszałem o żadnej głębszej, wartościowej, artystycznej, ponadczasowej opowieści o nich. Sieciowe wynurzenia byłych lub wątpiących wyznawców nie mają zbyt dużej wartości poznawczej, nie mówiąc o walorach religioznawczych, historycznych, socjologicznych czy artystycznych. Takie wypowiedzi nie liczą się dla zrozumienia istoty, przeznaczenia, losu, odrębności tych ludzi. Epopeja o świadkach Jehowy w Polsce jeszcze nie została napisana i wątpię, czy to się zmieni w przyszłości. Nikt utalentowany nie zainspirował się tymi ludźmi w stopniu wystarczającym do stworzenia interesującego dzieła. Skądinąd świadczy to o ich silnej inspiracji wewnętrznej, że mimo obojętności świata trwają przy swoim. Chyba tak samo jest wszędzie indziej, gdzie żyją. Generalnie nikogo nie obchodzą.

O Łemkowszczyźnie i Łemkach w Polsce jest chyba więcej książek niż nich samych, zwłaszcza jeśli uwzględniać tych żyjących jeszcze tradycyjnie i przekonanych o swojej odrębnej tożsamości. Moja półka książek na ich temat jest nie dłuższa niż kilka, może 10 metrów. Znam ludzi mających co najmniej kilkaset książek o Rusinach i ich kulturze. Najzasobniejsze biblioteki dysponują zapewne wieloma tysiącami pozycji wszelkich kategorii i klas artystycznych, naukowych, popularnych. Dorobek pochodzących od Łemków Warhola, Nikifora i innych mniej znanych twórców, gdyby go zaliczyć do dziedzictwa Łemków, powiększyłby znacząco bibliografię na ich temat. Co roku ukazuje się wiele pozycji po polsku, wtórnych i oryginalnych, z pewnością tak samo jest w innych językach związanych z łemkowszczyzną, jak sam język łemkowski, a także np. słowacki, ukraiński, rosyjski, angielski.

W naszym niszowym wydawnictwie Żyznowski wydaliśmy jeden esej fotograficzny Olchowiec w niskim Beskidzie, a obecnie pracujemy nad dwiema kolejnymi książkami. Monografię tej łemkowskiej wsi pisze Mikołaj Gabło, mieszkaniec Olchowca z pradziada. Jest on jednym z najwyżej kilku tysięcy tworzących jeszcze jądro Łemków w Polsce. Powstaje też u nas esej fotograficzny autorstwa zasłużonego olchowianina pochodzącego z Łodzi – Tadeusza Kiełbasińskiego, który jest właścicielem zabytkowej chyży łemkowskiej. Będą więc to trzy książki naszego wydawnictwa na temat liczącej kilkanaście domostw łemkowskiej wioski, co nie tworzy pełnej bibliografii na jej temat, nie mówiąc o prawdopodobnym powiększaniu w przyszłości listy książek. Zapewne wydamy jeszcze następne publikacje na temat Rusinów i ich magicznej krainy.

Kiedy niedawno siedzieliśmy z Mikołajem Gabłą w jego domu pośród śniegów, zanurzeni w olchowieckiej Łemkowszczyźnie, akurat podjechali pod jego dom świadkowie Jehowy w wiadomym celu. Kazał on żonie powiedzieć im, by odeszli, co natychmiast karnie zrobili. Ostatni Mohikanie póki żyją, jeśli są nagabywani, bywają silniejsi od nagabujących, ale ci liczą, że w przyszłości się to zmieni na ich korzyść.

Dlaczego nikogo nie interesują losy legionów świadków ciągle ogłaszających swe istnienie i rychły koniec świata innego niż ich własny? Z tak dużym oddźwiękiem spotykają się rozproszone garstki szerzej nieznanych Łemków, których świat się kończy na naszych oczach. Dlaczego temat pierwszych jest niewdzięczny i nie odwdzięczający się, a drugich zupełnie przeciwny? Dlaczego pojedyncze wioski łemkowskie potrafią mieć więcej książek niż świadkowie Jehowy w całych krajach? Dlaczego jehowici skrzętnie odnotowują każdą notkę na swój temat – pozytywną na pokaz, a negatywną dla własnych wiadomości, podczas gdy najzagorzalsi kronikarze Łemków nie nadążają z oswajaniem nowych publikacji o nich samych?

Osadzenie świadków Jehowy w rzeczywistości wygląda na takie, że gdyby ich wyznanie zniknęło, świat by tego ani nie zauważył, ani nie odczuł. Miliardowe aktywa organizacji rozeszłyby się po cichu między anonimowych beneficjentów. Ale straty po Łemkach też nie odczuje wielu. Ich dawna kraina pozostaje ciągle w dużym stopniu tak samo cudowna, choć już ich w niej nie ma jako zwartej wspólnoty, co się nie zmieni w przyszłości.

W opowieściach bądź ich braku o obu tych społecznościach to nie o ich koniec chodzi, ale o początek.

Nikt nie wie na pewno, jak, kiedy i skąd wzięli początek Rusini, ale można być pewnym, że wyłonili się z najgłębszych życiowych konieczności, potrzeb, dążeń. Inaczej nie znaleźliby się jako odrębna kulturowo społeczność w sercu pięknych Karpat o nieurodzajnej ziemi. Kto osiadał na surowym korzeniu karpackim, musiał mieć charakter lub szybko go tam nabyć, inaczej przepadał bez reszty. Powojennym rządom Polski nie zależało na autarkicznej gospodarce karpackiej i z pobudek politycznych rozproszyli ostatecznie polskich Rusinów, którzy ostali się na swojej ziemi podczas obu wojen. A same góry coraz bardziej przestawały być niedostępne ze względu na zmiany komunikacyjne. Zanika pierwsza przyczyna istnienia Łemków, zanikają i oni. Jak ludzki, prawdziwy, twardy i charakterny był ich początek, taki będzie ich koniec i taka opowieść o nich się snuje i długo nie przestanie.

Pierwsi świadkowie Jehowy chcieli więcej – jak to w Ameryce – kolportować czasopism, dlatego musieli je wypełniać treściami atrakcyjnymi dla czytelników. Z czasem coraz bardziej próbowali oni umetafizycznić swoje pochodzenie, jakoby kolportaż wziął się z treści i to nie pochodzących od nich, lecz od „jedynego prawdziwego Boga”. Ale przyczyna ich pochodzenia jest w nich nadal najsilniejsza. Ciągle najważniejsze jest dla nich agitowanie, jakby to źródło miało szukać zainteresowanych, a nie odwrotnie. Agitacja i pozyskiwanie nowych członków napędza wzrost majątku, zwłaszcza nieruchomego, a ten należy do mającego akcjonariuszy Towarzystwa Strażnica, które jest co prawda organizacją religijną non profit, ale nie non assets. A aktywa mają tę właściwość, że zawsze ktoś ma i będzie miał do nich prawo korzystania i własności. Prawie każdy chciałby mieć majątek, ale nikt nie chce słuchać opowieści o jego pomnażaniu, bo ono jest zawsze podobne: odpowiedzialne, skrupulatne, przewidywalne, nudne. To nie wróży świadkom Jehowy rychłego końca, ponieważ aktywa zawsze znajdą kogoś, kto będzie chciał je mnożyć.

Prawdziwych Łemków będzie coraz mniej, a opowieści o nich coraz więcej, podobnie jak o starożytnych Grekach, których już nie ma od ponad dwudziestu wieków, a bibliografie na ich temat nie przestają się rozrastać. Świadków Jehowy będzie być może coraz więcej, ale porywające opowieści o nich nie będą się mnożyć, bo oni nie mogą zmienić swojego pochodzenia.

Wiesław Żyznowski

Urszuli Żyznowskiej na urodziny 9 listopada 2016

08/11/2016

Dojrzewam do tego

co znaczy twoja twarz

 

Chwytam wyglądy ciebie

różne jak przemijanie

 

Portretuję cię przelotnie

przeciw czasowi

 

Na pierwszym zdjęciu

widzę buzię młodą i chętną

 

Twarzą uchylasz słowa

jawisz ducha uważnego

 

Pokazujesz wnętrze

licem przenikliwym i czułym

 

Gładkim spokojem oczu

pilnujesz sekretnych obłości nosa

 

Ustami mienisz kształtnie

błogi uśmiech winny

 

Profil twarzy kreślisz

kreseczką subtelną

 

Kryjesz się za okularami

chcąc być w elicie ludzi

 

Rozczochraną rumianość

i gibkość miękką zostawiasz mnie

 

W półmroku odkrywasz

słodkie dziewczyńskie rysy

 

W twojej naturze leży

dochodzenie do końca

 

Wysilasz mnie,

popychasz wolę, urzekasz ego

 

Twój blask pomału równa

pięknu ci przyrodzonemu

 

Jesteś matką,

gruntem, glebą, wodą, mgłą

 

Jestem ojcem,

kamieniem, ziarnem, wiatrem, obłokiem

 

Daleki od źródeł nie zgłębiłem

stawania się bez korzyści

 

W tobie troska się odkłada

jak słoje cienkie, twarde, długowieczne

 

Jesteś promienna bez wymagań

jak kwiatek polny pośród traw

 

 

Wiesław Żyznowski

Hat Yai – Bangkok – Siercza – Hat Yai

 

 

O wiejskiej rodzinie tajskiej

02/11/2016

W tekście zamieszczonym w kilku miejscach w sieci zatytułowanym O Tajach wobec obcokrajowców w pracy, scharakteryzowałem krótko pewną Tajkę:

So pracuje w pewnej zagranicznej firmie od wielu lat. Utrzymuje ona całą część biurową w czystości, porządku i komforcie dla pracowników. Wygląda na zadowoloną z pracy, co pokazuje codzienną postawą, a czasem na przykład komicznie zamaszystym krokiem, jakby do przesady entuzjastycznym. Mimo że pracuje fizycznie, to właśnie w czasie pracy odpoczywa, ma najwięcej kontaktu ze swoim smartfonem, podjada smakołyki psujące jej figurę, usprawiedliwiając się, że są one zbyt aroi – „pyszne”. Pięćdziesięciokilometrową odległość między domem na wsi a firmą pokonuje motorowerem to w upale, to w deszczu. Praca zabiera jej ponad godzinę jazdy w jedną stronę, dziewięć godzin w biurze, w tym godzinną przerwę na lunch, ponadgodzinny powrót. W niewielkim domu mieszka z rodzicami, trzema innymi członkami rodziny i jednym nastolatkiem. Ona i jeszcze jedna osoba mają własne pokoje, reszta mieszkańców żyje w pomieszczeniu wspólnym. Oboje starzy rodzice So są niepełnosprawni w stopniu wymagającym zaawansowanej obsługi. Mimo że mają oni pięcioro dorosłych dzieci, tylko So ich utrzymuje ze skromnej pensji i wykonuje wszystkie najcięższe czynności przy nich w czasie wolnym od pracy, który ma przed 6 rano i po 6 wieczorem, w nie wszystkie soboty i wszystkie niedziele. Do tej wesołej, pogodnej i zdaje się szczęśliwej osoby dobrze po czterdziestce należy dość ciężki los, a do nas przeświadczenie, że ona w życiu zarówno prywatnym, jak i służbowym kieruje się głównie sercem.

Podczas obecnego pobytu roboczego w Tajlandii moja żona Urszula i ja, a także  pracujące w Mercatorze w Tajlandii Mild – tu służąca jako tłumaczka z angielskiego na tajski – i mieszkająca na stałe w Polsce Anna odwiedziliśmy So w domu. Wysłała nam naprzeciw swojego syna na skuterze, żeby czekał na drodze głównej i poprowadził nas wąziutkimi dróżkami wiejskimi – wpierw betonowymi, potem gruntowymi – do ich posesji.

Nowy dom So stoi na końcu wsi jako ostatni, na małej działce, na której rośnie kilka tropikalnych drzew owocowych, między innymi rodzące raz w roku około września czy października: wyniosły królewski durianowiec, krzaczasta lima z kwaśniutkimi limonkami, przypominający jabłoń jagodzian rambutan, a także owocujące na okrągło wielkoliściaste bananowce z gęstymi rzędami bananków co prawda mniejszych niż te, do których jesteśmy przyzwyczajeni, ale o bardziej bananowym, wyśmienitym smaku. Tuż za domem widać należącą do kogoś innego niewielką plantację kauczukowców, a trochę dalej dość konkretne góry nie poddające się gospodarce człowieka i porośnięte dżunglą dziką i na najstromszych stokach zapewne naturalną, jeśli nie pierwotną. Dżungla koncertuje na okrągło, a kto nie słyszał jej nocnego repertuaru, powinien szukać tego doświadczenia.

So czekała na nas na zewnątrz. Jeszcze nikt nigdy nie witał ani mnie, ani zapewne Uli uśmiechem tak szczerze promiennym od ucha do ucha w tak skromnych podwojach.
20161029_140926
Minimalistyczne miejsce, gdzie mieszkają, to już nie to, o którym pisałem wcześniej. Jest dużo lepsze niż ich poprzednie lokum, co ich uszczęśliwia i podnosi na duchu, stąd So ma także bliżej do pracy. Ta rozwiedziona dawno temu kobieta, jej 23-letni syn oraz rodzice dochodzący 90-tki mieszkają od miesiąca w nowo wybudowanym domu. Sprawiło im go im państwo za koszt 150 tys. bahtów (15–16 tys. zł) na 3 arach ziemi należącej do rodziców So. Weszli oni w jej legalne posiadanie jakiś czas temu, otrzymując od władz akt własności ziemi, ponieważ muzułmańscy przodkowie So zajęli ten teren około 40 lat temu, kiedy w Tajlandii, przynajmniej w tej lokalizacji, nie wszystkie grunty były czyjąś legalną własnością. Stąpamy po ziemi, której jeszcze 2–3 pokolenia wstecz dotyczyła naiwna wypowiedź Rousseau: „Ten, kto pierwszy ogrodził kawałek ziemi, powiedział «to moje» i znalazł ludzi dość naiwnych, by mu uwierzyć, był prawdziwym założycielem społeczeństwa. Iluż to zbrodni, wojen, morderstw, ile nędzy i grozy byłby rodzajowi ludzkiemu oszczędził ten, kto by kołki wyrwał lub rów zasypał i zawołał do otoczenia: «Uwaga! Nie słuchajcie tego oszusta; będziecie zgubieni, gdy zapomnicie, że płody należą do wszystkich, a ziemia do nikogo»”.

5 lat temu So zwróciła się do władz o pomoc w postaci domu i właśnie się go doczekała.
20161029_141330Budynek to przykryte eternitem położonym na dość spadzistym lekkim ruszcie drewnianym i nie połączone szczelnie z dachem 4 cienkie na niecałe 10 cm murowane ściany, stanowiące jedno pomieszczenie długie na 10 m w głąb i o froncie szerokim na 4 m. drzwiach wejściowych wisi ażurowa przesłonka wykonana z pomalowanych muszel nanizanych na linki. To jedyny przedmiot ozdobny w tym domu. Przy drzwiach znajduje się otwór okienny bez ramy i szyb, zamykany drewnianą okiennicą na zawiasach tkwiących w ścianie. Podobne okno znajduje się w ścianie bocznej pod koniec budynku z jednym pomieszczeniem. W jego tylnej ścianie jedne drzwi prowadzą do toalety umieszczonej w przybudówce poza głównym obrysem, drugie na zewnątrz na tyły domeczku. Doprowadzona naziemną rurką woda gospodarcza jest dostępna 24 godz./dobę w toalecie i w godz. 18–20 na pozostałe potrzeby. Wodę pitną trzeba przywozić z dalsza.

W środku pomieszczenia wyraźnie nad podłogę wznosi się jedynie nieduża szafa o trzech wąskich częściach, oddzielająca jakby części mieszkalną i kuchenną. To jedyny mebel w tym domu, jest jeszcze lodówka. Na poziomie podłogi toczy się reszta życia domowego. Mieszkańcy śpią na cienkich matach leżących bezpośrednio na wylewce betonowej stanowiącej podłogę – So ciasno z rodzicami, syn nieco dalej, tam też oni odpoczywają, siedzą, rozmawiają, jedzą. Na podłodze spoczywają także pozostałe sprzęty i przedmioty domowe w liczbie najwyżej kilkudziesięciu, włącznie z blaszanymi naczyniami kuchennymi.

Spędzanie czasu z innymi ludźmi bezpośrednio na podłodze nastraja wzajemnie czułością, delikatnością, skromnością, poczuciem równości tak fizycznej, jak i mentalnej; w takiej pozycji trudniej o wyniosłość czy arogancję, nie mówiąc o agresji. Mniejsza wygoda wyzwala u człowieka silniejsze czucie własnego ciała, a przez to samego życia. Na podłodze od razu wychodzi z człowieka to, co pozostało w nim z dziecka, zresztą tam też często z dziećmi się bawimy, a jak w kimś nic z dziecka nie pozostało, to pewnie będzie się bronił przed spoczęciem na podłodze w towarzystwie innych.
20161029_141211
Rodzice So to drobniutcy staruszkowie o wzroście nieprzekraczającym 140 cm, przesuwający się tylko po podłodze ze względu na choroby nóg, na które oboje cierpią. Matka ma ponadto problemy mentalne, za to ojciec jest bardzo spokojny i pogodny. Opieka nad nimi jest na tyle wymagająca, że ktoś dorosły musi być ciągle w domu: albo niepracujący syn, albo So, jeśli akurat nie jest w pracy. Z tego powodu tylko jedno z nich może pracować zawodowo. So dostaje po 800 bahtów (80–90 zł) zapomogi państwowej miesięcznie na każdego rodzica jako osobę po 60-tce. Brakujące 5–6 tys. Bahtów (600–700 zł) na ich utrzymanie, z czego dużo pochłaniają artykuły medyczne i higieniczne, uzupełnia ze swojej pensji, która jest tylko nieco większa niż dwukrotność tej kwoty. Następne 1,5 tys. bahtów So zabiera jedna z 60 rat na skuter, którym jeździ do pracy i wszędzie indziej. Kilka tysięcy bahtów (kilkaset złotych) zostaje jej i synowi na życie.

Rozstawiając rzeczy na podłodze, So częstowała pokrojonymi owocami, wodą mineralną i coca-colą. Na pożegnanie wręczyła także każdemu z nas plastikową torbę z owocami z własnego ogrodu. W czasie naszej wizyty kilku dalszych krewnych mieszkających we wsi przyszło nas obejrzeć i poznać. Żegnali nas wszyscy, machając serdecznie rękami, nawet tata So przesunął się po podłodze do drzwi, żeby nam pomachać.

Wiesław Żyznowski

Obchody 500-lecia Olchowca

25/07/2016

 

L1003430Mieszkańcy wsi mogli wybrać na obchody swojego jubileuszu rok 2015 lub ostatecznie 2016. Jedna z tych dat znaczy (niemal) pewne pięćsetlecie istnienia wsi, choć możliwe też, że Olchowiec jest jeszcze starszy. Leży on bowiem na jednym z dawnych szlaków handlowych, ciągnącym się przez Przełęcz Szarbowską, który przechodzi także przez pobliską Iwlę liczącą 650 lat. Zdecydowano się na 16 lipca 2016 roku – datę letnią i niekolidującą z innymi imprezami w sąsiedztwie.

Tadeusz Kiełbasiński, właściciel odwiedzanej przez turystów Zabytkowej Chyży Łemkowskiej w Olchowcu, proponował, by w czasie obchodów zobrazować rzeczywistość pierwszych mieszkańców ogniskami na wzgórzach i pieśniami wykonywanymi przez obecnych olchowian ubranych w oryginalne stroje łemkowskie. Względy praktyczne zdecydowały jednak o bardziej współczesnej, skromniejszej oprawie.

L1003483Zaproszono wszystkich mieszkańców Olchowca i sąsiedniej Ropianki, przyjaciół wsi, a spośród osób oficjalnych przybyli: Dariusz Sobieraj – radny  wojewódzki, Jan Juszczak – starosta powiatu krośnieńskiego, Aleksander Mercik – dyrektor etatowy członek zarządu powiatu krośnieńskiego, Andrzej Bytnar – burmistrz miasta i gminy Dukla, Jolanta Bik – skarbnik miasta i gminy Dukla, Bohdan Gocz – radny miasta i gminy Dukla, Grzegorz Jadach – sołtys Tylawy, Bronisław Dubis – sołtys Zyndranowej, Józef Magmuszewski – sołtys Barwinka, Mariusz Kędra – sołtys  Iwli, Stefan Kłapyk – przewodniczący prezydium Zjednoczenia Łemków w Gorlicach, Stefan Hładyk – zastępca   prezydium Zjednoczenia Łemków w Gorlicach, Lesław Leśniak – dyrektor Magurskiego Parku Narodowego, Jacek Mercik – kierownik powiatowego zarządu dróg  w Dukli. W sumie 150 osób.

W przygotowaniach do obchodów wzięło udział wielu mieszkańców Olchowca, a największy udział mieli: sołtys Zenon Fedak z żoną Marią, Mikołaj Gabło, Tadeusz Kiełbasiński, Małgorzata i Grzegorz Kiełbasińscy, Urszula i Wiesław Żyznowscy.

L1003538Rozpoczęto uroczystą służbą bożą w lokalnej cerkwi, którą odprawili w obrządku grecko-katolickim kapłani tego wyznania: miejscowy proboszcz, dziekan Andrzej Żuraw i ksiądz Bogdan Kiszko, proboszcz w Mokrym. Uczestniczyli w niej także proboszcz miejscowej parafii rzymsko-katolickiej, ksiądz Zbigniew Preiznar, który odczytał Ewangelię i ksiądz Józef Obłaj, proboszcz w Desznicy. Kapłan Andrzej Żuraw wygłosił kazanie wyjątkowo po polsku, nie jak zazwyczaj – po łemkowsku czy po ukraińsku – ze względu na uszanowanie obrządku rzymskiego i obecność jego przedstawicieli. Wszystkich uczestników nabożeństwa, którzy opuszczali teren cerkwi, sfotografowano w identycznym ujęciu pojedynczo lub w grupkach na zabytkowym kamiennym mostku.

L1003571Stojący w centrum wsi kamienny obelisk z tablicą pamiątkową ufundowaną przez gorlickie Zjednoczenie Łemków odsłonili w obecności wszystkich zebranych  burmistrz Andrzej Bytnar i sołtys Zenon Fedak. Następnie wszyscy obecni kapłani poświęcili obelisk. Zaraz potem wykonano zdjęcie zbiorowe.

L1003593

Obelisk wymurował Robert Salwa, mieszkaniec Polan i przyjaciel Olchowca. Pomagali mu w tym olchowianie: Marek Tomaszczyk, Robert Pysz, Krzysztof Kiełbasiński, Sylwester Kondraciuk, Daniel Tomaszczyk.

Po zgromadzeniu się zaproszonych w obu salach miejscowego domu ludowego Andrzej Wielocha, wieloletni okresowy mieszkaniec wsi i prezes Towarzystwa Karpackiego, dał prelekcję wspartą slajdami zatytułowaną „Najstarsze dzieje Olchowca – co wiemy na pewno”.  Znalezione dotąd dokumenty pozwalają ustalić rok 1515 lub najpóźniej 1516 jako (niemal) pewną datę istnienia wsi, jednak bynajmniej nie oznaczają w sposób pewny daty założenia, która może być wcześniejsza, nawet znacznie. Wieś założono na dostosowanym do odmiennych warunków górskich prawie wołoskim. Na sali żartowano, że wystarczy głębiej poszukać w archiwach i Olchowiec będzie się niedługo szykować na 600-lecie, albo i jeszcze starszy jubileusz.

L1003629

L1003661Po zakończeniu obiadu serwowanego smacznie i sprawnie przez firmę Domenico z Tylawy uhonorowano sześcioro najstarszych mieszkańców wsi i dwóch najbardziej dla niej zasłużonych specjalnymi „dyplomami uznania i wdzięczności za wkład w życie Olchowca” , a także kwiatami i upominkami. Uhonorowani seniorzy i seniorki to: Anastazja Moriak ze Skorodyńskich, Michał Toropiła, Maria Toropiła z Gabłów, Anna Fedak z Buriaków, Anna Tomaszczyk z Romańczaków, Leokadia Hudak z Wróblów. Za najbardziej zasłużonych sołtys wsi i kilka osób doradzających uznali Mikołaja Gabłę i Tadeusza Kiełbasińskiego. Honorowali samych zainteresowanych lub ich dzieci, w przypadku nieobecności: Zenon Fedak, Jan Juszczak, Andrzej Bytnar, Stefan Kłapyk. Wiesław Żyznowski czytał każdemu honorowanemu z osobna przeznaczony specjalnie dla niego wpis na dyplomie. Na przykład Anastazji Moriak napisano: „Spośród olchowian żyje i mieszka w największym stopniu tak, jak łemkowscy przodkowie, najdłużej utrzymuje przy życiu prastare formy. Ucierpiała osobiście wskutek emigrowania najbliższych za chlebem. Zdołała powrócić na ojcowiznę wraz z rodziną z wygnania na wschód. Odumarta przez ukochanych współmieszkańców domu, osamotniona strzeże dzień i noc nie tylko jego, ale też sakralnego dziedzictwa wsi – cerkwi i cmentarza, ponieważ mieszka najbliżej miejsca, które przeznaczyli na ten cel Jej ojcowie”.

L1003596Szczególnie uroczysty był moment, gdy olchowieccy seniorzy stawali po kolei na środku sali. Ich rodzice mogli brać udział w jubileuszu 400-lecia wsi, gdyby taki miał miejsce, a pradziadowie niektórych z nich byli pośród zakładających wieś na korzeniu.

Przedostatnim punktem uroczystości były wspomnienia mieszkańców Olchowca. Zgłosili się na ochotnika kolejno: Wiesław Żyznowski, Tadeusz Kiełbasiński, Stanisław Kryciński. Wszyscy oni jako niepochodzący ze wsi, ale mieszkający w niej długie lata od czasu do czasu, położyli w swoich wypowiedziach nacisk na niezwykłość – wręcz magiczność – miejsca oraz nietuzinkowość mieszkańców. Wymieniali małe zdarzenia, które zdaje się mogły mieć miejsce tylko w Olchowcu i których się nigdy nie zapomina.

Sołtys Zenon Fedak zamykając część oficjalną wspomniał i podziękował wszystkim wcześniejszym powojennym sołtysom Olchowca. Byli to kolejno: Stefan Buriak, Wasyl Gabło, Wasyl Toropiła, Jan Romańczyk, Mikołaj Gabło, Jan Mikulik, Stanisław Toropiła, Jan Buriak. Podziękował także wszystkim za udział i uczestnictwo, po czym bardzo osobistymi słowy opowiedział o swoim zaangażowaniu w rodzinną od wielu pokoleń wieś, którą traktuje nie tylko jako swoje jedyne miejsce na ziemi, ale i miejsce najpiękniejsze, niepowtarzalne, warte całego życia.

L1003681Ciepła, łagodna, a momentami wręcz czuła energia pierwszej części uroczystości przeszła w biesiadną, taneczną, gorącą energię części drugiej. Spisał się wtedy zespół Allegro, grając utwory trwające po 20 minut i dłużej. Kapela pochodzi ze Słowacji, gdzie wielu olchowian ma członków swoich rodzin. Zakontraktowana na koniec grania pierwsza w nocy okazała się za wczesna dla najwytrwalszych.

Jak świętować 500 czy więcej lat, to najlepiej w domu ludowym w Olchowcu.

 

Wiesław Żyznowski

Artykuł zamieszczony za zgodą wydawcy „Dukielskiego Przeglądu Samorządowego”, na łamach którego wkrótce zostanie opublikowany.

Do dwójki jako bytu

16/06/2016

 

Filozofowie nie wiedzą czy istnieją dwójki

Tomek i Miłek Żyznowscy są dwójką

Dla rodziców będących dwójką dla nich

Dla innych co ich nie rozróżnili

 

Ta dwójka żyje w Sierczy

Jeździ do Wieliczki Krakowa Olchowca

Rzadko coś knuje skutecznie albo nie

Inni zwą ją braćmi ale rodzice inaczej

 

Ich dwójkowość – to co między nimi

Kiedyś przeminie oby zostawiła resztę

O niej ta powiastka zamyślona jako resztka

Mało prześwitująca przez inne

 

Starszy a młodszy młodszy a starszy

Dwa światy cztery byty

Cyfra się nie ustali nigdy

Dwójka niepoliczonych możliwości

 

Ciągną w życie blisko siebie

Każdy w swoją stronę sam

Każdy z częścią drugiego w sobie

Dumnie ambitnie za zwyczajem

 

Wyłączą czy nie środek między nimi

Zawieszony między ich głowami i sercami

Istniejący niezależnie w świecie

Także w wyobrażeniach innych ludzi

 

Którą logiką każdy wybierze dla ich dwójki

I Tomasz i Miłosz i Miłosz i Tomasz

Nie Miłosz nie Tomasz nie Tomasz nie Miłosz

Tomasz lub Miłosz Miłosz lub Tomasz

 

I Miłosz lub Tomasz i Tomasz lub Miłosz

Albo Tomasz i Miłosz albo Miłosz i Tomasz

Albo Miłosz lub Tomasz albo Tomasz lub Miłosz

Albo Tomasz albo Miłosz albo Miłosz albo Tomasz

 

Bracia rodni rodzeni z rodziców jednych

Chcących dla nich jednego i różnego

Różni złączeni zawsze jedną rodnością

Jednym domem jednymi widokami jedną Bazą

 

Niewielu braci wyzyskuje braterstwo

Niewiele ludzi wie co im dano

Nie o bezmiar możliwości chodzi a o jedną

Dla Miłka i Tomka niepowtórzoną dla nikogo

 

Rzadko starszy zawsze ucieka a młodszy goni

Motywacje i impulsy się nie starzeją

Nie kończą łatwo wzajemne porównania

Różnice nie znikają nie maleją

 

Dwójka gdyby nie istniała można ją nazwać

Tomko-Miłek Miłko-Tomek Miłko-Tomki

Słuszne pojęcia stworzą ich dwójkowość

Wyjdą z niej nowe słowa dla świata

 

Wiesław Żyznowski

Na oddzielone na zawsze o cztery dni, w zasadzie wspólne, tym razem piętnasto-jedenaste urodziny Dwójki Żyznowskich.

Ukończone 8 maja 2016 roku w Hat Yai, w południowej Tajlandii.

 

Na moje 52 urodziny – pobieżnie

29/05/2016

 

Istotę tego wieku, jego zaletę, wadę, siłę i słabość, a także to, jak jestem w tym czasie postrzegany, określam tak:

Nie jestem ani młody, ani stary – w oczach innych, bo sam oczywiście czuję się młodo, jak wszyscy w moim wieku i wszyscy ludzie w ogóle.

Wiele atrakcji, które świat oferuje młodym i starym, nie jest już albo jeszcze dla mnie. Przywileje, ulgi, zainteresowanie, sympatia, serdeczność, miłość, współczucie, czas wolny – to nie dla takich jak ja. Dla mnie są: robota, obowiązek i odpowiedzialność, co prawda przyprawione czasem szacunkiem i często grzecznością zwaną życzliwością. Młodzi są piękni, słodcy, pociągający, mało winni, patrzący w przyszłość i niewiele jeszcze mogą. Starzy są raczej brzydcy, czasem tłuści, obleśni i odpychający, interesujący tylko dla innych starych, mają nieświeże winy na sumieniu, są zanurzeni w przeszłości i niewiele już mogą.

Mój wiek sprawia, że w oczach innych jestem nijaki, wszystkiemu winny, za wszystko odpowiedzialny i wszystko mogę, a nawet muszę móc. Jestem w sytuacji, w której mną osobiście interesują się tylko najbliżsi, za to wszyscy traktują jako oczywiste, że mogę wiele zrobić i powinienem harować jak wół w celu dostarczania tego, co potrafię, światu składającemu się głównie z młodych i starych. Mogę sobie czerpać z tego dowolnie dużo satysfakcji osobistej, płynącej z zaspokojenia ambicji, tylko że to mało kogo obchodzi. Jaki jest osobnik w sile średniego wieku, zdążyło się ujawnić w rysach jego twarzy, wystarczy na nią spojrzeć, po co drążyć więcej i interesować się nim w całości?

Świat uwierzył w prawdziwą i korzystną tylko dla prawników paremię mówiącą: „chcącemu nie dzieje się krzywda”. Wyobrażam sobie przybierających świętoszkowate i skupione miny biznesmanów branży prawniczej zwanej „sprawiedliwością”, jak zapominają jak zwykle dookreślić tego, co w praktyce wszystko zmienia, w tym przypadku tego, że chodzi o upupianie „i chcących, i mogących”. A w wieku 50+ właśnie jeszcze dużo się chce i jeszcze więcej może, w przypadku wielu – najwięcej. Omijają tę zdradliwą rafę łączącą możność i wolę okresy: młodość, która kończy się dobrze po czterdziestce i starość, która potrafi zacząć się dobrze przed sześćdziesiątką. U wielu te dwa okresy się zazębiają: albo młodość przechodzi od razu w starość, albo oba trwają jednocześnie – niektórym udaje się ta sztuka nawet przez całe życie, w każdym razie chodzi o zostawianie innym „siły wieku” i jej pracowitej nijakości.

Kiedy miałem kilkanaście lat, mój tata będący po pięćdziesiątce, jak ja teraz, pewnego razu uciął sobie przy czymś koniec palca wskazującego prawej dłoni. Z tej przyczyny zrobiło mi się go żal, ale dość płytko i na krótko, praktycznie nie bardziej niż, dajmy na to, kiedy któreś z moich dzieci, będąc jeszcze małe, bęcnęło i obdarło sobie kolana. Zresztą w ostatnim etapie życia mojego taty, który trwał 12 lat, kiedy samotny chorował, niedomagał, cierpiał, przy współczuciu mu zawsze pojawiało się u mnie przeczucie, że na pewno da radę. Zawsze liczyłem na to, że był nie do zdarcia i równocześnie mało potrzebował dla siebie, jak to prawdziwy mężczyzna i ojciec.

Bardziej filozoficznie. Człowiek jako Arystotelesowe zwierzę rozumne obcuje z dwiema sferami. Ta subiektywna, w pewnym sensie zwierzęca, jest wszystkim tym, co unikalne dla jednego człowieka – chodzi o jego indywidualne, prywatne, osobiste życie, właściwe tylko jemu i wraz z nim przemijające. Subiektywność człowieka jest tym, co go czyni jednostką – różną od pozostałych. Sfera obiektywna, tworzona przez (wielu) ludzi, jest wspólna więcej niż jednemu człowiekowi, w pewnej części wspólna wszystkim ludziom, jak na przykład zdolność do wyrażania się językiem. Czasem nazywa się ją tym, co oczywiste, powszechne, obowiązujące, z angielska to common sense, „wspólne rozumienie”, „wspólny sens”.

Człowiek rodzi się, pozostaje przez większą część życia i umiera subiektywny. Obiektywności i posługiwania się nią uczy się on długie lata, wpierw w szkołach, potem w życiu dorosłym. Ludzie w bardzo różnym stopniu opanowują obiektywność, niektórzy prawie wcale – pozostając zawsze osobami prywatnymi – inni uczą się ją zauważać, wykorzystywać, określać, operować nią, a najwybitniejsi potrafią ją tworzyć lub odkrywać – wybór spośród tych dwóch określeń zależy od światopoglądu. Niezależnie od zdolności do rozumienia i posługiwania się obiektywnością przynależnych danej jednostce, szczyt człowieka w tym zakresie przypada właśnie na szóstą i czasem na siódmą dekadę życia. Platon nie pomylił się, pisząc, że rządzący w państwie powinni mieć minimum 50 lat.

Ot, dylemat pięćdziesięciolatka plus:

Z jednej strony można pławić się we własnej już dość dobrze rozwiniętej subiektywności, inaczej – we własnej, starzejącej się „mojości”, nurzać się w niej z dala od innych, co gorsza budzić tym samym nie tylko niesmak, ale i podejrzenie bycia „idiotą” w sensie pierwotnym – osobą prywatną stroniącą od spraw publicznych, widocznie nie znającą się na nich. Z drugiej strony można zajmować się sferą publiczną, a więc „innością” (innych ludzi), to jest być pożytecznym publicznie, być użytecznym dla innych bardziej niż dla siebie kosztem reszty swojego nie tak starego jeszcze życia. W tym wieku można wybierać między czymś trochę milszym, o czym jednakże nikt oprócz najbliższych nie wie i nie chce wiedzieć, a czymś mozolnym, o czym można głosić światu obciążonemu obecnie ponad miarę wszelakim głoszeniem, ale co niestety ma mniejsze osobiste znaczenie, niż się wydaje na pierwszy rzut oka.

Pięćdziesięciolatek plus jest w życiowym momencie „ani, ani”:

Ni młodość, ni starość

Ni namiętność, ni obojętność

Ni zdrowie, ni choroba

Ni kara, ni nagroda

Ni w górę, ni w dół

Ni dupa, ni ch…

Zgodzę się, że taka osoba zdaje się być w najniższym punkcie krzywej życiowej, którą można zobrazować literą „U”, o ile zmienić tę literą na znak bliższy literze „Ɩ”, z dużo krótszą, drugą odnogą wznoszącym się na prawo po obniżeniu i o ile ograniczyć to obrazowanie do relacji tej osoby z otoczeniem. Z dołka wieku średniego raczej się nie wychodzi na tak długo, jak się żyło przed wejściem weń.

Wszystko, o czym wyżej piszę tylko pozornie gorzko, jest na temat: pięćdziesięciolatek plus a świat. Zupełnie inaczej i dużo lepiej przedstawia się w moich oczach jego relacja z sobą samym i z najbliższymi. Akurat mnie z sobą samym, jako istotą rozumną i czującą, i z najbliższą rodziną, jako tym bardziej istotami niż osobami dla mnie, jest z upływającym czasem coraz lepiej. Mój życiowy przypadek obrazuje lepiej coś na kształt znaku, co prawda oryginalnie pisanego od prawa, ale dla mnie czytanego od lewa: ”ﻝ„– rozkosz wczesnego dzieciństwa, dołek młodości, późniejszy wznios, utrącenie na końcu (wspólne wszystkim żywym ludziom).

Takie podejście pozwala mi się bawić przez codzienny mozół i pot ciągłym nierozstrzyganiem banalnego dylematu szóstej dekady życiowej: żyć wbrew innym po swojemu czy wbrew sobie po inszemu. Ostatecznie liczy się nie tyle wysiłek i reakcja otoczenia, dylemat i jego nierozstrzygnięcie czy zabawa tym wszystkim, co raczej poczucie, że można się bawić, a może tylko poczucie, że można z tej zabawy zrezygnować – stan psychiczny, który jest delikatny, niepozorny, niezauważalny, jakkolwiek nie aż tak ulotny, także nieprzeliczalny na nic innego, i co najważniejsze, lepiej, żeby się nim nie interesowało zbyt wielu. Ale może o tym napiszę więcej, jeśli nie zapomnę, na moje następne urodziny, będą one ciągle pięćdziesiąte plus.

 

Wiesław Żyznowski

28 maja 2016 r., Hat Yai

Jedność domu i gospodyni: Anna Buriak i jej łemkowska chyża

11/04/2016

15 lutego 2016 roku, w greckokatolickie święto Matki Bożej Gromnicznej, wyruszyliśmy z Olchowca z moją żoną Urszulą Żyznowską i naszym przyjacielem, olchowianinem z dziada pradziada i da Bóg po prawnuki Janem Buriakiem, by odwiedzić jego stryjenkę (żonę kuzyna ojca) żyjącą w sąsiednich Polanach. Chcieliśmy zobaczyć i sfotografować dom, w którym mieszka, a także lepiej poznać jej rodzinę i ją samą.

Anna Buriak z domu Wasylenko (Wasylenkania) urodziła się w 1922 roku. Mieszkała i nadal mieszka w drewnianej chyży łemkowskiej o numerze 45 (przedtem 48) w Polanach. I tak od dziewięćdziesięciu czterech lat trwa uratowana („zatrzymana”) od zawieruch życiowych i dziejowych jedność miejsca na ziemi, domu i czyjegoś całego długiego życia.

W obrębie naszej fotoreporterskiej trójki podzieliśmy role następująco: Janek Buriak wprowadził i przedstawił nas oraz miał w razie czego podtrzymywać rozmowę, co okazało się zbędne wskutek gościnności gospodarzy, nadzwyczajnej nawet jak na Łemków i Łemkowszczyznę. Ula pytała i notowała. Ja fotografowałem przede wszystkim wnętrze chałupy – zastane, nieprzygotowane.

Rodzice gospodyni Aleksy i Anna w 1921 roku „wpierw wyrychtowali dom, a niedługo potem ją”, jak mówi sama Anna Buriak. Mieli ponadto dwie córki i syna. Ojciec był jednym z zasobniejszych gospodarzy w okolicy, kosztowało go to życie jeszcze w 1939 roku, kiedy żądający kontyngentów żywnościowych Niemcy pobili go ze skutkiem śmiertelnym. Trzeba założyć, że konsekwencji za to nie ponieśli ani oni, ani ich potomkowie. Matkę wywieziono czy wyjechała przymuszona podczas wojny na Ukrainę, skąd nie wróciła, także za to nikt nikomu nie odpłacił do dziś. Anna Buriak uniknęła po wojnie wysiedlenia w ramach akcji „Wisła”, bo akurat wraz z siedmioma innymi osobami wyjechała na Słowację za pracą na drutach, gdzie umyślny zawiadomił ich, że w rodzinnej wsi trwa wysiedlanie. Po powrocie nie zastała nikogo w domu. To przymusowe fizyczne przemieszczanie życiowe ludzi miało jeszcze charakter wojenny – kogo okrążono i złapano, tego brutalnie usuwano z ojcowizny i małej ojczyzny, natomiast nie dbano już później o tych, których nie złapano o czasie.

Po umknięciu atakom nienawistnych władz niemieckich, sowieckich, polskich dwudziestopięcioletnia Anna bez zwłoki w 1947 roku wyszła za mąż za Michała Buriaka, w dwa tygodnie po tym, jak wrócił z robót w Bawarii. Ślubu udzielał ksiądz Jan Wysoczański.  Sama mówi, że „wianek donosiła, a nawet przenosiła”. Młodzi zamówili sobie wspólny portret ślubny, który jednakże do nich nie dotarł. Zwalczające Łemków powojenne władze polskie ją zostawiły w spokoju, ale nie męża, którego zamknęły na pół roku w obozie w Jaworznie. Po wyjściu z obozu siepaccy urzędnicy UB nękali i znęcali się nad nim jako nad „banderowcem”. Małżeństwo postanowiło stworzyć sobie drugi portret ślubny na bazie późniejszej fotografii, na której byli już innymi ludźmi i inaczej wyglądali. Poślubne zdjęcie ślubne zawisło na ścianie w głównej izbie. Swego czasu Michał, mąż Anny, zachodząc do pewnego domu w Polanach zauważył ich pierwszy oryginalny portret wiszący na ścianie jak gdyby nigdy nic, widać ze względów innych niż te, które wydawałyby się jedynymi skłaniającymi do powieszenia na ścianie obrazu tego rodzaju. Wyszła na jaw pomyłka przy przesyłce pocztowej kilka lat wcześniej i nadużycie tego przez fałszywego adresata. Od tej pory w domu Buriaków w jednej izbie wiszą dwa portrety ślubne, „zdjęte z” jednej pary małżeńskiej w odstępie kilku lat. Pierwszy prawdziwy wisi nad łóżkiem Anny (il. 1), drugi na przeciwnej ścianie (il. 2).

L1002911_il.1

il.1

 

L1002914_il.2

il. 2

 

Para spłodziła i wychowała córkę i syna. Maria jest znaną w regionie śpiewającą i tańczącą członkinią łemkowskich zespołów muzycznych. Mieszka z mężem Kazimierzem Serniakiem i matką. Syn Aleksander mieszka poza Polanami.

Jak każda łemkowska chyża, niemal stuletni dom Buriaków składa się z kilku tysięcy elementów, w przeważającej części drewnianych bądź metalowych. Można je podzielić na  pochodzące z czasu powstania domu i nowsze, których jest tak niewiele, że można je wszystkie z grubsza wymienić i uzasadnić ich późniejsze wprowadzenie. Stary piec kuchenny, „kuchnię” – prawdopodobnie „maszczoną lepionkę” z kamienia na glinie – zburzono chyba po wojnie. W jego miejsce postawiono nowy piec kaflowy, równie skomplikowany co poprzedni, grzejący w dwóch izbach mieszkalnych, komórce i sieni, z zawiłymi, zakręcającymi w poziomie kanałami i wieloma drzwiczkami rożnej wielkości o wyrafinowanych zastosowaniach. Żaden piec domowy eksploatowany na okrągło w dzień i czasem nocami nie wytrzyma dłużej niż 25–35 lat. „Elektrykę” zainstalowano w 1964 roku, bo nie robili tego wówczas tylko wierzący w rychły koniec świata, ale i to przez krótki czas. Strzechę zmieniono na eternit w latach 1970, jak przypuszczam, przede wszystkim ze względu na wymogi związane z ubezpieczeniem domu. Okna wymienił i przy okazji powiększył Jan Buriak, tak że odwiedzając ten dom mógł przy okazji swoje dzieło oglądać i osobiście za nie odpowiadać. Stare okna rozlatywały się ze starości po kilkudziesięciu latach pośredniczenia między aurą kuchenną a beskidzką. To samo stało się z drzwiami wejściowymi. Wymieniono także podłogę w komórce, stare deski obróciły się w próchno, być może od wilgoci. Łóżka też są młodsze niż dom, mają po 50–60 lat i wyglądają na dorobkowe małżeństwa Anny i Michała. Zapewne są jeszcze inne rzeczy, które weszły do tego domu później.

Reszta chyży wraz z właścicielką żyją razem już niemal od dziewięćdziesięciu pięciu lat. Ciągle zmieniająca się struktura drewniana i człowiek przeżyli już jasną, zbierająca się w sobie, trzeszczącą młodość, wiecznie dojrzewający, delikatnie patynujący się wiek średni i weszli w mądrą, godną, niemal pomnikową, więc nieco zmurszałą, ale jednak pogodną a nawet wesołą starość, trochę inaczej wyglądającą na pierwszy rzut oka, inaczej po bliższym poznaniu. Ściany chyży zbudowane najpewniej z jodłowych beli – o masywności niedostępnej w regionach o słabszych lasach – od frontu pomalowano tradycyjnie na czarno i niebiesko, od tyłu imponują one żywą barwą naturalnego drewna. Przykryta dachem, zadbana więźba zachowała słuszną postawę. Od strychu służącego do składowania siana i słomy, na który wchodzi się po stopniach konstrukcji biorącej co najlepsze z drabiny i schodów (il. 3), wionie charakterystycznym zapachem. Stajnia emanuje odgłosami, wonią i ciepłem Malwiny, Makówki i Kwiatuli (il. 4). Drewniane szerokie deski podłogowe w sieni i izbach mieszkalnych zdążyły wyszlachetnieć dzięki nieznacznemu wytarciu się miększego miąższu i samoistnemu wyszlifowaniu. Ciemnobrązowa patyna solidnych belek, w tym oznaczonego datą i wschodnim krzyżem sosrębu, i grubych desek sufitu składa się z unoszącej się w górę od niemal stu lat lotnej warstwy pochodzącej z czynności życiowych mieszkańców; pary z płuc, smakowitych zapachów kuchennych, w tym pieczonego chleba, różnych pachnideł, oparów farb używanych do odręcznego zdobienia pisanek, w których specjalizują się mieszkanki tego domu, dymów spod kuchni, dymu z papierosów, wyziewów przypalających się potraw oraz opalania i oprawiania drobiu, wiatru zawiewającego od sieni przy otwartych drzwiach do chałupy (il. 5). W normalnym użytku są tu ciągle meble z roku na rok coraz bardziej zabytkowe. Gospodyni seniorka siedziała skromnie przy stole na błyszczącej żółto od użytkowania, niegdyś rozkładanej do spania na twardym, drewnianej ławie kuchennej, zwanej w tym domu „rozkładaną kanapą”. Szafa i kredens służą dalej, pracowały mniej niż okna i drzwi wyjściowe. Niełatwo wymienić wszystko, co trwa w tym domu od początku.

L1002922_il.3

il. 3

 

L1002956_il.4

il. 4

 

L1002880_il.5

il. 5

W chałupie w Polanach oprócz rzeczy z czasu jej powstania i późniejszego znajduje się jeszcze specjalne miejsce, które można nazwać pozaczasowym – w tym sensie, że zawsze współgra z emocjami Anny Buriak. To urządzony przez nią jej tradycyjny prywatny kącik sypialny w głównej izbie. Stoi tam pokryte poduszkami łóżko, na którym gospodyni śpi. W tym miejscu rodziła także dzieci i przeżyła niejedno. Tu wisi na ścianie makata z rozczulającym rajskim widokiem, wspomniany portret ślubny, obrazki święte (il. 6). Tu unosi się duch tego domu.

L1002869_il.6

il. 6

Jak wszyscy w miarę zdrowi ludzie w jej wieku, Anna Buriak, uważająca się za osobę młodą, oczekiwała od nas, jeszcze młodszych, traktowania jej po rówieśnemu. Popijała żubrówkę i zakąszała jak pozostali. Śpiewała piosenki, przyśpiewki, kolędy łemkowskie, z których jest znana, jak jej córka Maria. Obie wyraziście i przekonująco śpiewają w sąsiadującej z ich domem cerkwi na mszach w obrządku greckokatolickim; dochowują wiary ojców. Całowała nas w lico jak młoda dziewczyna. Stała i pochylała się, oglądając album fotograficzny, jak każdy. Pozowała do zdjęć, jak wprawiona w to zajęcie (il. 7).

L1002891_il.7

il. 7

Anna Buriak mówi, że to niesprawiedliwość, ona żyje tak długo, a inni nie. Jeszcze jedna dobra, choć niesprawiedliwa, rzecz na świecie.

Wiesław Żyznowski

Więcej zdjęć w naszej galerii

Tekst ukaże się w najnowszym wydaniu pisma „Magury”.

 

 

« Previous