Angelina nie bierze Brada

13/08/2010

Po Pięknej Helenie drugą postacią Homerową, która mnie pobudza, jest Odyseusz. W moich oczach to on jest głównym bohaterem Iliady i Odysei i ulubieńcem ich autora. Uchodzi za najbardziej uniwersalną postać w dziejach literatury światowej. Stanowi archetyp wszechstronności homo sapiens. Dzieła Homera przedstawiają człowieka radzącego sobie w każdej sytuacji dzięki woli przetrwania, parciu do celów i wszechstronnym umiejętnościom. Heros Odyseusz bywa wybitnym dowódcą, patronem i opiekunem swych podopiecznych, nieugiętym i nieustraszonym wojownikiem, wytrawnym żeglarzem, wytrwałym negocjatorem, nieufnym dyplomatą, cierpliwym wędrowcem i niestrudzonym podróżnikiem, niepobitym dyskobolem, niezrównanym zapaśnikiem, lojalnym przyjacielem, wiernym mężem swojej żony, wdzięcznym zalotnikiem wobec innych kobiet, delikatnym kochankiem bogiń, obrotnym przedsiębiorcą, bezwstydnym chwalipiętą, bezwzględnym korsarzem, skrytym zabójcą, akceptującym rabunek, niszczenie i mord.

Z Ilionu wiatr niosąc mnie zagnał do Kikonów pod Ismar. Tam zburzyłem miasto, ich samych wyciąłem, potem wziąwszy z miasta kobiety i skarbów bez liku dzieliliśmy je między siebie, by nikt nie odszedł pokrzywdzony.

Ten sam człowiek czule wspomina troskę o sad owocowy wykazywaną wspólnie z ojcem Laertesem.

Następnie mogę ci wymienić drzewa w tym pięknym sadzie, jakie mi niegdyś dałeś: wyprosiłem je sobie dzieckiem będąc i biegając za tobą po ogrodzie. Chodziliśmy między drzewami, a ty każde z nich nazywałeś.

Odys wymyślił fortel z drewnianym koniem, który pozwolił Achajom zdobyć Troję w dziesiątym roku oblężenia, dzięki czemu zasłużył na miano tego, który „przeświętą warownię Troji pokruszył”. Przypisuje mu się bezlitosne zabicie synka Hektora Astyanaksa w związku z przepowiednią o odbudowaniu przez niego Troi po dorośnięciu i mściwe doprowadzenie do śmierci bohatera bez skazy, Palamedesa. Odyseusz zwalczał Troję tyleż dla chwały wojennej i łupów, co w celu jej unicestwienia, czego nigdy nie zapomnieli mu jej sukcesorzy, Rzymianie i ich następcy.
W. B. Stanford, znawca postaci Odysa, pisze:

Tylko Homer zaprezentował całego człowieka – mądrego króla, kochającego męża i ojca, walecznego wojownika, elokwentnego i pomysłowego polityka, dzielnego wędrowca, ukochanego przez boginie bohatera, stęsknionego wygnańca, wynalazcę wielu podstępów i pozorów, triumfującego mściciela, wnuka Autolykusa, ulubieńca Ateny.

Jak przystało na Homera, nie dookreślił on w swych epopejach relacji Heleny z Odyseuszem w sposób pobudzający wyobraźnię czytelników przez tysiąclecia. Helena opowiada synowi Odysa Telemachowi o tym, jak rozpoznała jego ojca, kiedy szpiegował w oblężonej Troi.

Ja tylko jedna rozpoznałam go pod przebraniem i zaczęłam wypytywać: chytrze się wymykał. Ale kiedy go wykąpałam i natarłam oliwą, i przebrałam w świeże szaty, zaklęłam się wielką przysięgą, że nie wyjawię w nim Odysa Trojanom, póki on nie wróci do chyżych okrętów i do namiotów – dopiero wtedy odkrył mi wszystkie zamiary Achajów. Wielu Trojan zabił długim spiżem i wrócił do Argiwów, a zebrał tu wiadomości niemało. Trojanki podniosły wielki lament, ale moje serce się radowało, bo już się skłaniało do powrotu, do domu, i już odpadło zaślepienie, którym Afrodyta wywiodła mnie precz z ziemi ojczystej i kazała porzucić córkę, łoże i małżonka, który nikomu nie ustępuje rozumem i urodą.

Istnieje legenda o tym, że Odyseusz znalazł się pośród licznych odrzuconych zalotników Pięknej Heleny, kiedy wybierała sobie męża. Odyseusz jako jeden z nielicznych spośród mężczyzn i kobiet przewyższał ją inteligencją. Być może wybrała Menelaosa ze względu na możliwość manipulowania nim, choć bardziej prawdopodobne jest to, że dla potęgi jego królestwa. Itaka Odyseusza była słabą gospodarczo i militarnie wyspą, o której nikt by nie pamiętał, gdyby nie jej sławny król.

Homer wstydziłby się kreować idyllę typu: Angelina Jolie i Brad Pitt tworzący szczęśliwe stadło. To, co realnie zbyt łatwe do osiągnięcia, nie nadaje się do nieśmiertelnego eposu. Z cytowanego wyżej fragmentu dowiadujemy się o tym, że kiedy Helena i Odyseusz zetknęli się w wojenno-szpiegowskich okolicznościach, zachowali się jak para starych przyjaciół. Homer taktownie nie wyjawia ustami Heleny rozmawiającej z młodym Telemachem, czy archaiczna para światowa numer jeden potwierdziła swą przyjaźń w łożu. W każdym razie Helena postawiła osobistą relację z Odyseuszem ponad lojalność względem Troi, w której była księżniczką na walizkach. Odyseusz sprytnie to wykorzystał goszcząc u kobiety, którą szanował, a może nawet się w niej podkochiwał.

Wszyscyśmy „za mało Odyseuszami”, można by rzec bodaj za Settembrinim z Czarodziejskiej Góry. Genialnie dostrzegł to James Joyce. W Ulissesie współczesny odpowiednik Odyseusza Leopold Bloom to człowiek pospolity. Jest on trochę aktywny, trochę leń, uzależniony psychicznie od swej żony, ale zdradzający ją, naiwnie intelektualizujący, przeżywający dubliński mikroświat bez zmieniania siebie. Bohater sprzed trzech tysięcy lat cechuje się licznymi heroicznymi cnotami i niecnotami. Współczesny antybohater nie wykazuje się czymkolwiek. To everyman, którym zostaje każdy. Bohaterowie literaccy się zmieniają, przeciwnie do piękności kobiet, która ciągle jest w świecie i szuka realnych bohaterów.
Wiesław Żyznowski

O dobrodziejstwie suczości (pewnego rodzaju)

06/07/2010

W “Iliadzie” i “Odysei” Homera znajduję niezrównane przeniknięcie krętości psychiki żeńskiej rozumianej jako psychika kobiet i bogiń.

Tysiąc okrętów i dziesiątki tysięcy wojowników achajskich oblega warowną Troję od dziewięciu lat. Wojnę wywołał playboy i znakomity łucznik, Parys zwany też Aleksandrem, jeden z licznych synów Priama, króla Troi. Uwiódł i porwał najpiękniejszą z wszystkich kobiet, Helenę, córkę Ledy i formalnie Tyndareusa, a faktycznie Dzeusa. Zwano ją Piękną, Trojańską, Argiwską, była żoną Menelaosa (Menelaja), króla Sparty. Helena żyje po królewsku z Parysem w Troi obleganej od tylu lat przez armię, w której walczy i ryzykuje życie jej pierwszy mąż. Bardziej od swojego drugiego męża szanuje ona, a może nawet podkochuje się w Hektorze – trzeba przyznać powszechnie podziwianym – starszym bracie Parysa i najprzedniejszym bohaterze trojańskim. Hektor nigdy nie powiedział Helenie „grubego” słowa, mimo że za jej pobyt w Troi miał zapłacić najwyższą cenę, co przeczuwał. Zginął on i jego jedyny „synaczek” Astyanaks, a żonę Adromachę wziął w jasyr Neoptolemos, syn jego pogromcy, Achillesa. Pada pomysł, by zamiast wzajemnego wyżynania się konflikt rozstrzygnęła walka wręcz między Menelaosem a Parysem. Stawką jest nie tylko Helena, ale i zakończenie wyniszczającej obie strony wojny. Bogini Iris przynosi informację o tym Helenie, która akurat przebywa w pałacu tkając.

Oto z Parysem twym ów Aresowi miły Menelaj
Pojedynek na włócznie o ciebie gotują się stoczyć;
Kto odniesie zwycięstwo, ten ciebie małżonką swą nazwie.

Jak reaguje Helena? Obawą o życie któregoś z mężów, aktualnego lub wcześniejszego? Radością z tego, że przynajmniej jeden z nich przeżyje? Poczuciem ulgi, że nie zginą następne tysiące żołnierzy, że skończy się oblężenie i niedola powstałe z jej przyczyny?

Słowa bogini wzbudziły w Helenie słodką tęsknotę
Za mężem dawnym, obojgiem rodziców i grodem spartańskim.
Szybko chustę włożyła śnieżystą, lnianą na głowę
I wybiegła z komnaty, czułymi łzami zalana;

Wszelako bogowie, z Dzeusem na czele, którzy decydują o wszystkim, co ważne w archaicznej Grecji, nie chcą jeszcze zakończenia konfliktu między Achajami i Trojanami. Parys wyraźnie przegrywa w walce z Menelaosem, lecz od niechybnej śmierci ratuje go Afrodyta, przenosząc go w cudowny sposób do jego małżeńskiej komnaty. To bogini, którą wcześniej Parys wskazał jako najpiękniejszą spośród trzech bogiń: jej samej, Ateny zwanej też Pallas, i Hery. Odwdzięczyła mu się ona pomagając w zdobyciu najpiękniejszej kobiety, Heleny. Afrodyta w wojnie sprzyja Trojanom, a Atena i Hera, jak się łatwo domyślić, Achajom. Helena jeszcze nie wie o wyratowaniu Parysa i – jako że oznacza to przegraną Trojan – niehonorowym złamaniu przez nich zaprzysiężonego układu i nieoddaniu jej Achajom. Jak reaguje na wiadomość o tym? Cieszy się z tego, że żaden z jej mężów nie zginął, lub z tego, że zostanie z Parysem i z Trojanami, których będzie wspierać lub choćby pocieszać? Niepokoi się o to, że wojna nie jest zakończona i zginie jeszcze wielu wojowników? Nie ona. Przede wszystkim lustruje urodę Afrodyty:

[…] serce Heleny zabiło mocno na widok
Szyi przecudnej i piersi uroczych, i oczu bogini
Pełnych blasku […]

Afrodyta olśniewa Helenę urodą, najpewniej jeszcze wspanialszą od jej własnej. Pozwala to bogini pomagać Helenie z przyjemnością, ale ta nie wierzy, że Parys czeka na nią w komnacie. To obrusza Afrodytę gotową w momencie przejść z miłości do nienawiści wobec Heleny, a może zarazem wszystkich Trojan.

Nie jątrz mnie, nieszczęśnico, bo rzucę cię, gdy się rozsrożę,
I znienawidzę cię tak, jak cię dotąd serdecznie kochałam;

Kiedy wreszcie przerażona słowami Afrodyty Helena przychodzi do czekającego na nią Parysa odwraca od niego wzrok, drwi z niego i mu urąga, porównując go z Menelaosem:

Wróciłeś więc z boju! Szkoda, żeś nie legł tam pokonany
Przez potężnego rycerza, co ongi był moim małżonkiem
Nieraz chełpiłeś się przecie, że płowy Menelaj i siłą
Ręki i w starciu na włócznie nie może z tobą się mierzyć.

Jednak Parys nie po to uchodzi za międzynarodowego pięknisia, by nie poradzić sobie z nastrojem Heleny. To z przyczyny ich wspólnego kaprysu doszło do wojny uznawanej za początek Cywilizacji Zachodu, to z przyczyny jego tchórzostwa wojna się teraz przedłuży i zakończy upadkiem Troi, to on trafi śmiertelnie Achillesa w słynną piętę.

Dziś mnie Menelaj pokonał, bo Pallas mu była pomocna,
Ale zwyciężę go kiedyś i ja, bo i przy mnie są bogi.
Teraz zaś pójdź, miłości oddajmy się w łoża pieszczocie;
Nigdy jeszcze mi tak nie zmroczyła zmysłów namiętność, […]
Rzekł i wstąpił w łożnicę, a przy nim legła małżonka;
I zażywali miłości w ozdobnym łożu oboje.
Tymczasem Menelaj, jak dziki zwierz, przebiegał szeregi,
Chcąc Aleksandra wypatrzeć, co był do bogów podobny.

Nieważne, na ile historyczna jest figura nazwana przez Homera Heleną. O ile gniew Achillesa jako uniwersalny przymiot człowieka heroicznego stanowi oś tematyczną “Iliady”, to najważniejszą postacią ludzką, a z pewnością najciekawszą, jest Helena. Jest ona doskonałym prawzorem równowagi we wzajemnym angażowaniu się piękna kobiety w świecie i na odwrót. Równowagi płynącej z przekonania posiadaczki piękna o byciu równoważnym punktem odniesienia dla spraw światowych. Piękno kobiet działa specyficznie w świecie, jakby świat dotyczył go co najmniej tak, jak ono dotyczy świata. Świat się do niego uśmiecha raz przymilnie, raz złowrogo. Psychiki chodzących piękności meandrują po swojemu w życiu tworzącym dzieje prywatne i oficjalne. I w “Iliadzie” i w “Odysei” Helena sama wspomina o swej „suczej” naturze, która przyczyniła się do tylu nieszczęść i zwrotów w dziejach.

[…] Ten tutaj wygląda mi na syna nieustraszonego Telemacha, którego w kolebce zostawił, gdy z mojej suczej przyczyny Achajowie szli pod Troję, na tę wściekłą wojnę.

Na długą i szczęśliwą resztę życia wróciła do swego pierwszego męża Menelaosa, po tym jak zginęli Parys, Hektor, jej następny mąż Deifobos, brat Parysa, oraz zdobyto i zburzono Troję, czego była pierwotną przyczyną. Homer o tym nie wspomniał, ale podobno po śmierci jej dusza dostała się na Wyspy Szczęśliwe, pociągając za sobą duszę Menelaosa tylko dlatego, że był jej mężem. Zapewne znajdują się tam po dziś dzień.

Moja Matka też miała na imię Helena. Jej życie stworzyło historię krętego podciągania się pod miano „Pięknej”. Już od dwudziestu dwóch lat Jej dusza przebywa na Wyspach Szczęśliwych. Być może pociągnęła tam za sobą duszę któregoś ze swych dwóch mężów.
Wiesław Żyznowski

[Korzystałem z tekstu "Iliady" w tłumaczeniu Ignacego Wieniewskiego, Wydawnictwo Literackie 1986, oraz tekstu "Odysei" w tłumaczeniu Jana Parandowskiego, Czytelnik 1972]

Z książką u nogi 2

21/06/2010

Kilkuletni Wacuś, najmłodszy w rodzinie, znał widok wszystkich małych i większych przedmiotów z dwupokojowego mieszkania w bloku, gdzie mieszkał. Zazwyczaj wiele razy dziennie mijał stojącą w rogu dużego pokoju za drzwiami politurowaną jasnym orzechem szafkę o szybach wchodzących jedna za drugą. Z jej trzech półek w dwie niższe tata Wacusia powciskał na stojąco i na leżąco, jakby na stałe, stare i nowe encyklopedie, słowniki, obwolutowane albumy, w tym jeden z lekka erotyczny, Biblie różnych tłumaczeń i formatów, konkordancję biblijną, zbiory przysłów polskich, atlasy – łącznie z największym, ważącym około siedmiu kilogramów, i kilka innych, dziwniejszych książek. Chłopiec mógł je stamtąd wyciągać do woli, ale nie wolno mu było ich niszczyć. Przewracając stronice, przyglądał się fragmentom tekstu niczym obrazkom jednostajnie gęstym od małych, czarnych znaczków. Patrzył na nie z podobną uwagą – zarówno zanim nauczył się czytać, jak i później. Nie pomijał ich podczas wyszukiwania ilustracji, które przyciągały jego uwagę może tylko trochę bardziej. Przeglądał zadrukowane stronice, a wyrazy stawały się dla niego zrozumiałe w miarę, jak uczył się czytać. Ale sensy tworzone przez ciągi wyrazów go nie interesowały, bo były dla niego za trudne.

Mama dość często zostawiała go samego w mieszkaniu, w dużym pokoju z oknem wychodzącym na południe, skąd bez naglącej potrzeby nie chciał wychodzić do drugiej, zawsze ciemniejszej części mieszkania. Kiedy już przejrzał wszystkie rzeczy, którymi wolno mu było się bawić bądź nie, i napatrzył się przez okno, sięgał do biblioteczki po którąś z książek. Było ich tam niecałe sto. Dobrych kilka lat później policzył je dokładnie, żeby się pochwalić przed kolegami i koleżankami w podstawówce. Nie mógł skłamać, bo bywał u niego w domu Krzysiek, kolega z klasy, mieszkający w tym samym bloku, o trzy klatki dalej. Mało kto z klasy miał w domu pokaźniejszą bibliotekę. Ale gdy był jeszcze kilkulatkiem, bliższym pięciu niż dziesięciu lat, interesowała go nie tyle liczba książek, ile przewracanie ich stronic. Zatrzymując oczy na pojedynczych słowach, bez przesuwania wzroku dalej po linijce, Wacuś doznawał mocy łatwych do skopiowania liter otwierających całe światy. Kiedy już się nauczył całkiem dobrze czytać, nieraz jeszcze przeglądał przypadkowe książki, ale coraz częściej wertował encyklopedię, tym razem już czytając króciutkie hasła. Wszystkie wyrazy, które znał, podzieliły mu się bezwiednie na wymagające i niewymagające wyjaśnienia. Nie zdawał sobie sprawy, jak ten podział wpłynie na jego życie. Na przykład doczytał w encyklopedii, gdzie leży Afryka, ale nie dowiedział się z niej, co znaczy słowo „znaczy”. Przemieszały mu się w głowie słowa i rzeczy, raz utożsamiał jedne z drugimi, innym razem nie.

Pierwszy dzień w szkole włączył Wacusia w masę hałaśliwą na korytarzach, a cichą w klasie. Nieumiejąca czytać ni pisać większość pierwszaków wypychała go na obrzeża nurtu klasowego. Litery w zeszytach i w elementarzu były za duże i rozjeżdżały się, nie tak jak w normalnych książkach. Od razu dobrał się z pierwszym lepszym koleżką szkolnym Markiem w dwuosobową paczkę, przede wszystkim dlatego, że ten mieszkał zaraz przy drodze do szkoły i na parterze blokowej klatki schodowej. Nachuliganili, jak umieli i mogli, po czym wyrabiająca sobie zdanie o uczniach na następne osiem lat wychowawczyni wezwała mamę Wacusia do szkoły. Podczas rozmowy toczonej w klasie po lekcjach nawet słuchał, o czym rozmawiały obie kobiety, ale nie dawał się złapać, uciekając po ławkach zwinnie niczym żbik. Podjęto decyzję o rozdzieleniu Wacusia z Markiem i przeniesiono go na kolejne półrocze z klasy 1c do 1a.
Wiesław Żyznowski

Przeczytaj pierwszą część:

Z książką u nogi

“Jeżeli się nie zdarzyło, to…”

18/05/2010

Przeczytałem w artykule autorstwa Stephena Hawkinga, drukowanym w GW: „Gdyby wehikuły przenoszące człowieka w przeszłość miały kiedykolwiek powstać w przyszłości, mielibyśmy teraz rzesze turystów odwiedzających nas z przyszłości, a tak nie jest. Z tego można wnosić, że wehikuły przenoszące człowieka w przeszłość nigdy nie powstaną”. (Parafrazuję z pamięci; dodajmy, że nadzieja na wehikuły przenoszące człowieka w przyszłość nie jest pozbawiona sensu, wystarczy poradzić sobie z zaparkowaniem nieopodal czarnej dziury w kosmosie.) Żałuję, że pewnie nie doczekam wehikułów przenoszących żywego człowieka w czasie – w końcu ciekawość tego, co będzie, nie tylko mnie trzyma w pionie.

Intryguje mnie konstrukcja myślowa zawarta w wyżej cytowanym zdaniu: „Z faktu, że coś się nie zdarzyło i nie zdarza, wnioskuję to a to”.

Z faktu, że od setek osób, z którymi zadawałem się przez lata z różnych powodów nie otrzymuję kartek na święta – ani im ich nie wysyłam, wnoszę, że owe kontakty nie wywołały u żadnej ze stron jakiejś trwałej skłonności kartkowej. (Gdyby istniały wehikuły przyszłościowe i ktoś ze znajomych postanowił się przenieść w przyszłość, wysyłanie do niego kartek pobudzałoby mnie bardziej.)
Z faktu, że wszyscy moi znajomi wiedzą, że pod względem religijnym wychowywano mnie odłamowo, a rzadko ktoś mnie o to pyta, wnoszę, że ten temat – do ewentualnego poruszenia ze mną – jest nudny lub stanowi tabu; nudne tabu.

Z faktu, że tak wielu znajomych nigdy się nie zająknęło o tym, co o mnie myślą, wnoszę, że woleli mi tego nie mówić.

Z faktu, że nikt spośród tych, których kiedyś znałem, a później zmarli, nie pożegnał się ze mną jawnie przed śmiercią, wnoszę, że w moje relacje z nimi nie było to wpisane.

Z faktu, że nie otrzymałem dotąd wielu propozycji, które chciałbym otrzymać choć raz, wnoszę, że co najmniej za mało się starałem w tych względach.

Ponoć Hawking ostatnio woli popularyzować naukę, choć mógłby więcej. Dla mnie to się dobrze złożyło, bo pomógł mi w bardziej świadomym używaniu schematu myślowego – nazwę go tutaj – „wynikania z niezdarzenia się”. I w oddzieleniu go od innego, wydaje się, popularniejszego schematu, wyrażającego się w zdaniu: „Z faktu, że coś mogło się nie zdarzyć, a się zdarzyło, wnioskuję to a to”.
Wiesław Żyznowski

“Ja też!”

26/04/2010

Film opowiada historię miłości obciążonego zespołem Downa 34-latka i kobiety „normalnej”. On po ukończeniu studiów – co w takim jak jego przypadku jest wyjątkowe – próbuje żyć i pracować. Ona od dziecka pokonywała ostre zygzaki życiowe. Daniela gra Pablo Pineda, który faktycznie ma 34 lata i będąc upośledzony Downem, jako pierwszy w Europie ukończył studia. Laurę gra Lora Duenas, aktorka, która w ramach jednej roli przeobraża się z poharatanej „ździry” w kobietę o blasku zakochanej; podobno coś takiego jest łatwe dla każdego aktora.

Pablo Pineda zastrzega się w wywiadach, że nie ma zbyt wielkiej zbieżności między jego życiem a postacią, którą gra, ale dla mnie to obojętne. Oglądam na ekranie człowieka, który zarówno w życiu własnym jak i granej postaci przeszedł chyba jedną z najdłuższych dróg między „ja” a „też”. Przyszedł na świat nieco inny niż ludzie w większości, ale jest człowiekiem noszącym w sobie swe najdroższe „ja”. Jak każdemu po urodzeniu, brakowało mu owego „też”, to jest uznania przez świat za swojego, możliwości niezauważalnego wtopienia się w życie. Wiele czynników musiało się zbiec, by tak upośledzony zyskał choćby połowiczną szansę na to: jego spory wrodzony potencjał umysłowy, heroiczny wysiłek matki podczas wychowywania go, chyba niemniej bohaterska własna praca nad sobą, zapewne też dużo szczęścia. Mógł się pławić w naiwności, jak jego genetyczni pobratymcy, ale wybił się na realistyczny ogląd świata. Jako jeden z nielicznych spośród „ciągle niegotowych”, przygotował się do bycia w społeczeństwie. Wejrzał w swą mongoidalną twarz, szarpnął się z życiem.

Filmowy Daniel poznaje, co to dojrzała miłość kobiety, jeden raz pozwala mu ona także poznawać jej ciało. Oj, daleko zaszedł Pablo-Daniel, zanim odróżnił pospolitą szczęśliwość od szczęścia – lubiącego sprawiać ból. W wywiadach wspominał chyba o tym, że jest dość szczęśliwy, a w każdym razie zajęty. Mimo to jego los wydaje mi się nie do zniesienia, nie ogarniam go. Przeczytałem w Wikipedii, że na świecie co tysięczne dziecko rodzi się z zespołem Downa. Jest więc w samej Polsce pewnie ponad dwadzieścia tysięcy ludzi, którzy w większości są niegotowi. Ale nawet gdyby się przygotowali na to czy owo, cóż z tego? Myślę chwilowo, że fraza „ja też” dość trafnie wyraża los ludzki. Choćby dlatego, że jest króciutka. „Jako że się urodziłem, ja też chciałbym skosztować tego wszystkiego”.
Wiesław Żyznowski

Z książką u nogi

01/04/2010

Czołobitność wobec książek Wacław nabył we wczesnym dzieciństwie dzięki rodzicom, choć oni nie czytali książek. Jego mama przyjaźniła się ze starszą panią, która opiekowała się małym Wacławem; mówił na nią „ciocia Ryszkowa”. Bajki czytała mu spokojnym głosem kogoś, kto wie więcej, niż w nich napisano, niektóre po wielokroć, a bajkę o Midasie tyle razy, aż dotarło do niego, że złoto jest dziwne. Przy okazji Wacław nauczył się bajki na pamięć, dzięki czemu mógł przed odwiedzającymi dom licznymi gośćmi popisywać się tym, że umie czytać, zanim się tego nauczył. Ślizgając się wzrokiem po powierzchni liter, pięciolatek wywoływał z pamięci tekst i wymawiał go głośniej lub ciszej.

Mama jawiła się Wacławowi, odkąd ją pamiętał, jako sterana życiem kobieta, niemająca nigdy siły. Należała ona do pewnego małego ugrupowania religijnego, dzięki czemu mogła się cieszyć pośród znajomych reputacją osoby nie tylko czytającej, ale wręcz studiującej. I to nie książki, których jest wiele, lecz księgę, która jest jedna. Prawda, że mama Wacława bardziej się obnosiła z Biblią i tłumaczącymi ją czasopismami religijnymi, niż je czytała. Od czasu do czasu siadywała wieczorem w okularach przy lampce, żeby trochę poruszać wargami, zawsze jednak trwało to tylko krótszą lub dłuższą – ale niezbyt długą – chwilkę. Zaraz bowiem przypominała sobie o zajęciach niemogących poczekać tej chwilki. O ile wytrwałego studenta nie udało się jej wyrobić w sobie, o tyle nie chciała odpuścić synowi. Słusznie przeczuwała i poprawnie rozumowała, że sama temu nie podoła, dlatego najpierw woziła, później prowadziła, w końcu ciągała
Wacława na zebrania religijne owej grupy mieniącej się biblijną. Organizowano je zgodnie z kilkoma regułami, z których jedną wyraża powiedzonko: „konia bierz na wędzidło, chłopa(ka) na pismo”.

Młodemu Wacławowi przez dwadzieścia lat wtłaczano więc do głowy kilka razy w tygodniu, że księga zwana „Pismem Świętym” zawiera pisma święte – czyli teksty nadludzkie, nadprzyrodzone, metafizyczne. Dzięki temu już każde pismo – może zwłaszcza mieszczące się w opasłym tomie – miało mieć w jego oczach coś ze świętości. A że periodyki religijne, czytane na głos i omawiane podczas zebrań grupy, zawierały – jak już wspomniano – interpretacje Pisma Świętego, stawiało je to jeśli nie ponad nim, to na równi. Wygląda to teraz na naiwne, ale kiedyś skutecznie działało. Z owych dwóch przekonań wszczepianych mu od początku szybciej wyzbył się tego o „prawdzie i tylko prawdzie” zawartej w czasopismach; ich poziom zostawiał zbyt wiele do życzenia. Z Biblią już mu nie poszło tak łatwo, w końcu to jedna z najważniejszych ksiąg ludzkości. Od dziecka patrzył na jej litery tworzące wyrazy jak na magicznych pośredników przeprowadzających czytelnika na drugą stronę, do świętości zbliżającej czytelnika ku „świętości nad świętościami”. Wydawało mu się, że nic tylko wczytać się w wyrazy wystarczająco uważnie i można było tam przechodzić. Nigdy nie postrzegał tak ani złotych ust pasterzy religijnych, ani zawianych tajemnicą miejsc budowli sakralnych, ani samotnego lub grupowego modlenia się czy kontemplacji, tylko owe znaczki drukowane na stronicach książek. Szczególnie może niektórych. Wdrukowało mu się głęboko w mózg, że teksty mogą łączyć świat i zaświat.

Z kolei ojciec, którego Wacław postrzegał przed długie lata jako mężczyznę w kwiecie wieku, czytywał głównie gazety, i to najczęściej w sobotnie popołudnia lub w niedziele. Zdarzało mu się też, choć rzadko, sprawdzać coś w encyklopedii albo jakiejś specjalistycznej książce. Często siedział w wannie z okularami na nosie, czytając gazetę namakającą przez róg zamoczony w wodzie. Bywało, że siedział tak na tyle długo, że słyszał zza drzwi od łazienki: „Już dłużej nie wytrzymam, mogę wejść?”. Z lektur przeglądał jeszcze program telewizyjny, głównie podczas polegiwania na wersalce ustawionej na wprost telewizora. Wacław nigdy go nie zapytał o to, kiedy i jak zgromadził kilkadziesiąt książek wciśniętych jakby na stałe za szkło gablotki w dużym pokoju, lecz mógł się łatwo domyślić, dlaczego to zrobił. W drugiej połowie XX wieku ustawiając książki w domach, czasem demonstrowano tylko wiedzę, że książki powinno się mieć, czasem przywiązanie do nich. Jako chłopiec, którego zamykano na długie godziny w domu, Wacław zdążył oswoić się z wyglądem chyba wszystkich poszczególnych stron owych książek i zapamiętać wiele z nich – wyglądy, nie treści.

I tak umyśliło się Wacławowi dość mimowolnie, że rzeczy stworzone przez człowieka dzielą się na książki i pozostałe, że czas spędza się na czytaniu bądź na czymś innym. Z miejsca, gdzie mieszkał, do najbliższej biblioteki osiedlowej trzeba było przejść przez tylko jedną ulicę, więc zapisał się do niej, jak tylko rodzice pozwolili mu przechodzić samemu przez ulice. Buszowanie po półkach z książkami już nigdy później nie napawało go taką dumą jak wtedy – w dwóch małych, niedoświetlonych pomieszczeniach przyziemia bloku mieszkalnego. Już żadna inna pani bibliotekarka nie uśmiechała się do niego tak życzliwie i zarazem niecierpliwie jak tamta pierwsza. Z czasem Wacław zakolegował się z młodzieńcami podobnymi do niego w obsesji książkowej. Zapisał się do bodaj siedemnastu bibliotek położonych w centrum miasta, co nie było zabawne, lecz śmieszne, jako że księgozbiory powtarzały się w znacznej części. Jednego razu tak bardzo zapragnął pewnej książki, której nie mógł osiągnąć w inny sposób, że nie tyle wypożyczył ją sobie z biblioteki, co dał ją sobie bibliotece użyczyć, przenosząc za paskiem od spodni, pod płaszczem. Stoi na półce u niego do dziś, a pieczątka biblioteczna chyba jeszcze nikomu nie dała do myślenia, zwłaszcza że byłymi książkami bibliotecznymi obracano zawsze.

Wacław doszedł w młodości do młócki tysiąca stron dziennie, a może powinno się liczyć więcej, jako że ostatnie, doczytywane na siłę stronice widywał w podwójnych liniach. Czytał, a może raczej biegał oczami po literach wszędzie, gdzie się akurat znalazł. Czytywał na przykład podczas zebrań religijnych, tyle że nie to, co na nich omawiano; także pod przysłowiową kołdrą w łóżku po zgaszeniu światła; w ścisku, z książką oddaloną 20 cm od nosa w autobusie miejskim; z książką na kolanach podczas lekcji, wykładów, kursów; podczas długich podróży samochodem, kiedy ktoś go wiózł. Jedną ze złośliwszych pułapek, w jaką wpędziło go przywiązanie do książek, było to, że przez trzydzieści lat zwiedzał swój rodzinny Kraków, obchodząc ulubione antykwariaty i księgarnie. Długo wydawało mu się – i nie jemu jedynemu – że samo posiadanie książki jest mającym sens oswojeniem jej. Co jakiś czas czyścił swą bibliotekę z dubletów kupionych z zapomnienia lub niemożności znalezienia pierwszego egzemplarza.

Po długich latach Wacław niby nauczył się spoglądać na książki nieco inaczej, ale do dziś nie mieści mu się w głowie, że ktoś ze względów innych niż merytoryczne rezygnuje z napisania czy wydania książki, którą mógłby napisać czy wydać. Ciągle mu się roi, że ten ktoś w ten sposób pozbawia świat nieodwołalnie i niepowetowanie rozszerzającego ów świat bytu duchowego. W końcu sam postanowił na początek napisać i opublikować w sumie tysiąc stron, skoro kiedyś mógł tyle przeczytać w jeden dzień. Dlatego wziął się za wydawanie i pisanie książek, o które chciałby rozszerzyć świat.
c.d.n.

Wiesław Żyznowski

Drugie, trzecie życie

01/03/2010

Przysłowie niemieckie, którym się przejąłem w wieku nastoletnim, mówi: Wievielen Sprachen du sprichst, sooftmal bist Mensch. „Iloma językami mówisz, tylekroć jesteś człowiekiem”. Widzę w nim sugestię, że ponieważ nasze duchowe bycie toczy się przede wszystkim w języku, jedno bycie może mieć miejsce w języku ojczystym, inne ewentualnie w innych. Pamiętam dobrze z młodości przebłyski bycia innym człowiekiem w niemczyźnie i żałuję, że się nie rozszerzałem bardziej w tym względzie. W młodości przejmowała mnie bardziej możliwość zwielokrotniania języków, obecnie zaś ważniejsza dla mnie jest możliwość bycia równolegle różnymi ludźmi. Można to osiągnąć nie tylko przez nauczenie się języka obcego i bycia w nim.

Można też być jakby więcej niż jednym człowiekiem, żyjąc powtarzalnie, najlepiej w miarę regularnie, w dwóch miejscach na świecie. Chodzi mi o drugie życie, jeśli nie w pełnym zakresie, to jednak w znacznie większym niż bycie turystą na wczasach czy na wycieczce. Dobrze, jeśli miejsca, w których się żyje, różnią się wyglądem, klimatem, zwyczajami ludzi, językiem, możliwościami osobistego wykorzystania, a także odgłosami i zapachami. Żeby żyć drugim życiem, trzeba wchodzić z miejscowymi osobami, najlepiej ciągle tymi samymi, w relacje w miarę naturalne dla nich, nauczyć się w jakimś stopniu funkcjonować na sposób lokalny, mieć sprawy do załatwienia na miejscu, zadania do wykonania, problemy, wzloty, upadki do przeżycia, dotykać lokalnych realiów bez pośredników typu concierge w hotelu.

Po przemieszczeniu się między swoimi miejscami drugi, trzeci, trzydziesty raz miejsce, do którego się przybyło, wypycha z głowy to, czym była wypełniona przed rozpoczęciem podróży. Bardzo szybko nawiązuje się ciągłość z rzeczami, sprawami, odczuciami, które się tu pozostawiło. Rozmowy z tutejszymi znajomymi i przyjaciółmi rozpoczyna się niemalże od punktu, w którym się je tu skończyło. Nawet jeśli było to kilka, kilkanaście miesięcy temu. Wracają problemy i przemyślenia, które się tu miało i do których się nie wracało, będąc gdzie indziej. Bywa, że człowiek okazjonalnie zmienia do pewnego stopnia swoje odruchy, sposób mówienia i myślenia, sposób postrzegania rzeczy i spraw, zwyczaje, a nawet poglądy. Wraca się do obietnic, które się tu kiedyś złożyło, idzie się na obiecane a nieodbyte obiady. Używa się przedmiotów i ubrań przeznaczonych tylko do tego miejsca, czyta się inne książki i gazety. Żyje się życiem równoległym do żywotów, które ma się w innych miejscach.

Chyba najciekawsze w życiu równoległym jest to, że im dłużej się je przeżywa w powtarzających się fragmentach i w ich ramach ewentualnie intensyfikuje, tym bardziej ono się usamodzielnia w psychice, oddzielając się od innych żyć. Wszystkie kawałki owego życia wiążą się w świadomości człowieka w nową całość. Mniej w niej „stałych fragmentów”, znanych z życia podstawowego, tych, które jako najbardziej oswojone szybko zacierają się w pamięci, skądinąd powodując, że ludzie im starsi, tym w swoim odczuciu żyją szybciej. Owa całość alternatywnego życia może nawet wywoływać poczucie, że gdyby się przeżyło tylko ją, to może od biedy wystarczyłaby za jakieś życie. A stąd już niedaleko do tego, by ktoś mógł powiedzieć: żyję więcej niż jednym życiem.

Ludzie, którzy nie szukają żyć równoległych, będą jeździć na wczasy w coraz to inne miejsca, natomiast szukający ich – upatrzą sobie jedno miejsce lub nawet sprawią sobie drugi dom. Marynarze i ci, którzy wykonują zawody wymagające ciągłego przemieszczania się w obrębie tych samych miejsc lub sytuacji, mogliby się wypowiedzieć w sprawie. Pewnie tak samo emigranci – o ile na przykład wracają do ojczyzny w jedno miejsce. Ile żyć przeżywasz, tylekroć jesteś człowiekiem.
Wiesław Żyznowski
Hat Yai, 28 lutego 2010 roku

Czytam akta ubowców mojego ojca

05/02/2010

Instytut Pamięci Narodowej zaprosił brata i mnie na „udostępnienie do wglądu” akt osobowych byłych funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa, którzy w latach 50. ubiegłego wieku prowadzili śledztwa przeciw naszemu ojcu Zbigniewowi Żyznowskiemu. Odmówił on służby wojskowej i pracy w kopalnianej brygadzie specjalnej, wchodzącej w skład paramilitarnej formacji „Służba Polsce”, co spowodowało, że spędził w więzieniu około dwóch lat.

Pierwszy niech będzie Żyłą Wodną. Urodził się w 1925 roku w Złożeńcu. Był pochodzenia chłopskiego, rodzina miała gospodarstwo i dwie morgi ziemi. Jego ojciec jeszcze przed wojną był członkiem PPR. Miał czterech braci. W czasie II wojny światowej był w grupie Newskiego partyzantem o twardo brzmiącym pseudonimie. W 1943 roku wstąpił do Gwardii Ludowej, a w 1944 roku do Armii Ludowej, w której służył w konspiracji do stycznia 1945 roku W tym samym roku po wstąpieniu do Milicji Obywatelskiej złożył w Olkuszu ślubowanie, w którym napisał: „Czując się uczciwem Polakiem, chcę dołożyć swojej przysługi w nowo oswobodzonej, demokratycznej Polsce”. Podpisał także zobowiązanie, z którego jeden cytat brzmi: „Tajemnicy służbowej dotrzymam i nigdy jej nie zdradzę […] w przeciwnym razie będę surowo ukarany według prawa”. W 1958 roku zdał maturę eksternistyczną, w 1962 roku ukończył Zawodowe Studium Administracyjne na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, a w 1967 roku studia wyższe, również na UJ. Mieszkał w Krakowie przy al. Słowackiego. W MO przeszedł ścieżkę od plutonowego do podpułkownika, którym został w 1968 roku. W 1971 roku objął funkcję naczelnika wydziału IV SB. Otrzymał piętnaście odznaczeń państwowych. W 1976 roku zarabiał 13 200 zł miesięcznie. Był przełożonym drugiego ubowca, o którym mowa poniżej. W 1976 roku skierował do generała brygady Stanisława Kowalczyka pismo o zwolnienie ze służby, co wkrótce nastąpiło. Złożył wówczas zobowiązanie, w którym obiecywał „zachować tajemnicę służbową do śmierci”. Po zwolnieniu, w sierpniu 1977 roku, otrzymał 13 200 zł emerytury, czyli dokładnie tyle, ile wcześniej zarabiał. Miał syna i córkę.

Drugiego ubowca nazywam Mądrym Wołem. Urodził się w 1927 roku w Chorągwicy pod Wieliczką, trzy lata wcześniej niż mój ojciec i niemal jako jego sąsiad – dzieliło ich kilka kilometrów. Ojciec Mądrego Wołu był emerytowanym górnikiem. Miał dwóch braci i trzy siostry. Ukończył szkołę podstawową oraz liceum zawodowe w Wieliczce. Zdobył zawód ślusarza, praktyki zawodowe odbywał w Pawlikowicach. Następnie pracował jako kalkulator w Zakładach Budowlanych Maszyn i Aparatury w Krakowie. Nie odbył przeszkolenia wojskowego. W 1948 roku ożenił się, do czasu zakończenia służby prawdopodobnie nie miał dzieci. Zamieszkał z żoną w Wieliczce. W 1952 roku wstąpił do partii i jednocześnie do UB. Jako powód swojego zgłoszenia podał w podaniu: „Ponieważ praca ta będzie mi odpowiadała”. Złożył wówczas deklarację: „Jako świadomy członek partii, chcę przez pracę w organizacji bezpieczeństwa przyczynić się do umocnienia władzy ludowej i jej bezpieczeństwa”. W UB nie pracował samodzielnie. Został wydalony ze służby w 1956 roku za incydent z alkoholem i bronią. Na karcie zwolnienia jako powód wpisano „wykroczenie natury moralnej”. Został skazany na 2,5 roku wiezienia.

Dziwne uczucie przeglądać poufne akta ludzi, ponad pół wieku temu mogących bezkarnie decydować o życiu i śmierci dwudziestokilkulatka, który później został moim ojcem. Mogli z łatwością, według swojego widzimisię, nawet mimowolnie, zlikwidować możliwość przyjścia na świat mnie i mojego brata, naszych dzieci, wnuków, aż po koniec wszystkich rodów, które rozgałęziając się, ostatecznie powstaną wskutek rozrodczości mojego ojca. Wpatruję się w twarze ubowców na zdjęciach dołączonych do akt. Jeden wygląda, jakby jeszcze poprzedniego dnia klepał pług, jego rysy są wyostrzone, jakby ich właściciel był zmuszony do kierowania się w jakąś stronę. Gładsze rysy drugiego wskazują na twarz, od której odbiły się różne impulsy.

Od początku istnienia IPN ojciec słał pisma do tej instytucji, ale przez siedem następnych lat, póki żył, urzędnicy nie zdążyli pokazać mu jego teczki. Minęło kilka następnych lat i państwo polskie umożliwia mi i bratu zapoznanie się wybranymi szczegółami z życia służbowego i prywatnego ubowców, którzy zajmowali się ojcem. Państwo mści się na tych, których niegdyś nagradzało, hołubiło, odznaczało. Czym jest państwo polskie? Czy tysiącletnim, ponadindywidualnym bytem kierującym się moralnością własnego przetrwania i niepoczuwającym się do wierności wobec swoich sług? Bo nie nieistniejącym w żadnej formie ani wymiarze widmem na usługach aktualnych funkcjonariuszy, którzy rządząc, mogą się obrócić przeciw wcześniejszym kolegom po fachu. Nie, naród i jego duch liczą się bardziej niż widzimisię funkcjonariuszy.

Ważniejszy z dwóch ubowców otrzymał piętnaście odznaczeń państwowych, a ja czytam o jego chorobach i słabostkach, o tym, jak się prosił, żeby na koniec służby w 1976 roku do emerytury w wysokości 13 500 złotych dorzucono mu jeszcze jeden ważny medal. Urzędnicy, jak kiedyś odznaczali się nawzajem po piętnaście, dwadzieścia razy, tak robią to nadal – raczej bez zażenowania. Mojego ojca nie odznaczono. Przepracował zawodowo niemal pięćdziesiąt lat, jak pamiętam, w 1976 roku jego pensja wynosiła około 4000 złotych – osoby młodsze i ewentualnie z zagranicy informuję, że było to około 40 dolarów amerykańskich.
Wiesław Żyznowski

37 milionów powtórzeń

13/01/2010

Świadkowie Jehowy zostawili pod drzwiami mojego domu wydanie „Strażnicy” z 1 grudnia 2009 roku. Na stronie redakcyjnej można przeczytać taką oto deklarację wydawców:

Strażnica stawia sobie za cel uwydatnianie pozycji Boga Jehowy jako Władcy Wszechświata. Podobnie jak strażnice, które w dawnych czasach pozwalały z daleka obserwować wydarzenia, czasopismo to ukazuje znaczenie wydarzeń światowych w świetle proroctw biblijnych. Pociesza wszystkich dobrą nowiną, że Królestwo Boże – realny rząd panujący w niebie – wkrótce usunie z ziemi zło i przeobrazi ją w raj. Umacnia wiarę w już panującego Króla, Jezusa Chrystusa, który poniósł męczeńską śmierć, by ludzie mogli osiągnąć życie wieczne. Świadkowie Jehowy wydają to czasopismo od roku 1897. Jest ono całkowicie apolityczne i uznaje wyłącznie autorytet Biblii”.

O czym lub o kim jest mowa w przypadku “Strażnicy” jako stawiającej sobie coś za cel? Czy chodzi o wydawnictwo w sensie bytu prawnego lub może złożony z ludzi zespół wydawniczy? Teksty zamieszczane w czasopismach piszą autorzy lub redaktorzy, a cele, zwłaszcza dla innych ludzi, wyznaczają decydenci, liderzy, szefowie.

Z uwydatnianiem pozycji Boga jako Władcy Wszechświata jest jak z uwydatnianiem pozycji taty jako ojca. Można zajmować w rodzinie miejsce należne ojcu, nie mając jego autorytetu. Niemniej w rozumieniu religii chrześcijańskich Bóg pisany dużą literą jest najczęściej tożsamy z Władcą Wszechświata w sensie bytu najważniejszego we wszechświecie. Zatem może chodzi o uwydatnianie przekonania (decydentów lub autorów Strażnicy), że Bóg tak nazywany jest taki, a nie inny?
Pod jakimi względami umożliwienie obserwacji zdarzeń z daleka (jak ze strażnicy w sensie dosłownym) jest podobne do ukazywania znaczenia zdarzeń na tle czegoś tam (jak robią to autorzy Strażnicy)? To pierwsze ogranicza się do technicznej pomocy, to drugie wyraża roszczenie do interpretacji. Pierwsze pomaga w uzyskaniu samodzielnego oglądu, drugie wyraża chęć autora interpretacji, aby wywierać wpływ na poglądy czytelnika. Pierwsze pozwala zauważać wydarzenia bezpośrednio, drugie pośrednio.

Jeśli autorzy “Strażnicy” pocieszają kogoś, to z pewnością nie wszystkich, najwyżej swoich czytelników i innych zainteresowanych przekazem. Jeśli informują, że od 1897 roku głoszą dobrą nowinę o tym, że wkrótce będzie raj na ziemi, to chyba powinni zdefiniować słowo „wkrótce”. Nie wspominając o tym, że w XIX wieku to nie świadkowie Jehowy wydawali czasopismo, tylko ich poprzednicy prawni i doktrynalni – o ile to nie byli nawet poprzednicy ich poprzedników – i że chyba nie nazywało się ono Strażnica, tylko inaczej. Nie można też mówić o apolityczności poglądów zamieszczanych w czasopiśmie, skoro autorzy próbują ukazywać w nim znaczenie wydarzeń światowych – mających przecież często politykę w tle. No i nawet gdyby się zgodzić, że uznają oni wyłącznie autorytet Biblii, powracają pytania: uznają autorytet Biblii jako zbioru ksiąg czy może autorów tychże ksiąg, a może tylko tych, którzy ich inspirowali? Zgodnie z którą wykładnią językową tekstów to robią? Itd.

Czytam, że „przeciętny nakład każdego wydania” w ujęciu globalnym wynosi ponad 37 mln egzemplarzy. Co dwa tygodnie zużywane jest tyle papieru, farby drukarskiej, pracy ludzi… Tęsknię za wysiłkiem skrybów, pochylonych nad każdym słowem, marzy mi się czytanie i pisanie słów, które okażą się niebłahe po upływie tysiąca lat.
Wiesław Żyznowski

31 lat

30/12/2009

Mam 31 lat. Od wczoraj. Na dodatek za dwa dni koniec roku, a więc naturalny czas podsumowań i innych takich kancelaryjnych robótek w segregatorze pod tytułem „życie”. Podobno. Wszyscy mówią, że trzeba podsumowywać, to może faktycznie chociaż raz podążyć za mądrością ludową? Nigdy za dobra w takich podsumowaniach nie byłam, zwykle robiłam na bieżąco rachunek zysków i strat, raczej nie obierając celów dalekosiężnych, bardziej próbując zerknąć w przelocie co czyha za następnym zakrętem, próbując okiełznać rzeczywistość. Czy to oznacza, że te trzydzieści lat przeżyłam bezrefleksyjnie? Nie wiem, może. „Pomyślę o tym jutro”, jak mawiała Scarlett O’Hara. A może Bridget Jones? W każdym razie podobno powinien dopaść mnie kryzys tej magicznej (nie cierpię słowa magiczny, podobnie jak słowa: cudowny, kultowy, przysłowiowy, czy: słodki – w odniesieniu do ludzi – kanibale czy jak?) trzydziestki – właśnie jako pochodna robienia takiego zestawienia wpływów i kosztów… bo podobno zwykle jakieś manko wychodzi. U mnie manka nijak nie widać, może słaby ten bilans zrobiłam. Ogólnie nawet nieprzyzwoite wręcz czasami zadowolenia z mojego „gdzie, jak, kiedy i dlaczego”. Wiem, wiem, można się zagnieżdżać, można być nomadą, można być Piotrusiem Panem albo Matką Polką – i ze wszystkiego można czerpać radość, satysfakcję, spełnienie. Ale można się też nie określać i lawirować sobie wesolutko, tam, gdzie sami chcemy, albo tam, gdzie najmocniej pcha nas wiatr lub ciekawość.
I tego w Nowym Roku Państwu życzę – nieustającej ciekawości świata, siebie samego i tego co zakrętem. I bilansu na plusie.
Ania

« Previous