Wiesław Żyznowski: O Tajach wobec obcokrajowców w pracy

 

Tajowie są znani z tego, że ich kultura, mentalność, zwyczaje, przyzwyczajenia, także alfabet czy stosunek do osób królewskich panujących w Tajlandii są wyraźnie odmienne od występujących gdzie indziej, a zwłaszcza tych w świecie zachodnim. Dużo się mówi i pisze o tym, jako że Tajlandia ma wiele różnorodnych kontaktów z innymi krajami. Nic z takich opisów nie stosuje się do wszystkich Tajów, bo każde generalizowanie o jakiejkolwiek nacji jest z założenia fałszywe w sensie ścisłym.

Nie tyle spróbuję tu dołożyć cokolwiek nowego do opisu odmienności Tajów – dostępny w języku angielskim materiał na ten temat jest obszerny i w miarę wyczerpujący, co wzmiankować wykorzystywanie przez nich własnej odmienności w relacjach zawodowych z obcokrajowcami. Moje doświadczenia dotyczą głównie Tajów żyjących i pracujących na południu kraju i poczyniłem je z perspektywy nie znajdującego się nigdy w ich najbliższym kręgu rodzinnym i przyjaciół. Poniższe wypowiedzi odnoszą się przede wszystkim do rdzennych Tajów, bez domieszki pochodzenia obcego, w tym wypadku najczęściej chińskiego czy hinduskiego, w zasadzie pracujących w biurze, którzy nie spędzili długiego czasu za granicą wśród obcokrajowców i nie mieli z nimi dużo do czynienia w innych sposób. Zajmuję się tutaj głównie problemami w pracy zawodowej, wynikającymi z różnic kulturowych, a pomijam odwrotne do nich dogodności, których wyzyskanie i opis wymagałyby większego doświadczenia niż moje.  Chcąc współpracować efektywnie z Tajami staje się w obliczu trzech niekończących się wyzwań: uczenia się, uczenia ich oraz wysłuchiwania od osób postronnych pouczeń traktujących wszystko od początku.

Kto obcował z Tajami, chyba potwierdzi, że niewielu spośród tych uroczych, pełnych wdzięku, sympatycznych, pogodnych, uprzejmych i nieśmiałych wobec obcych ludzi postępuje wobec obcokrajowców zgodnie z zasadą zapisaną w Piśmie Świętym jako wypowiedź apostoła Pawła:

Tak więc nie zależąc od nikogo, stałem się niewolnikiem wszystkich, aby tym liczniejsi byli ci, których pozyskam.20 Dla Żydów stałem się jak Żyd, aby pozyskać Żydów. Dla tych, co są pod Prawem, byłem jak ten, który jest pod Prawem – choć w rzeczywistości nie byłem pod Prawem – by pozyskać tych, co pozostawali pod Prawem. […] 22 Dla słabych stałem się jak słaby, by pozyskać słabych. Stałem się wszystkim dla wszystkich, żeby w ogóle ocalić przynajmniej niektórych.

Tajowie wobec innych odnoszą się jak Tajowie, nie starają się być jak ci inni. Są znani z przywiązania do swej odrębności, która sama w sobie stanowi o ich tożsamości i sile. Nieszczególnie chcą czy mogą się zmienić w takich relacjach i zdecydowanie, jawnie i solidarnie oczekują  respektowania i dostosowywania się do tego. Wydaje się wręcz, że oczekują od obcokrajowców żyjących w ich kraju szybkiego, mierzonego w tygodniach, najwyżej miesiącach, „nawrócenia się” na ich podejście do życia i świata, przeciwnie niż nowotestamentowy Paweł, który liczył się z tym, że jego nowym uczniom żmudne i mozolne dostosowanie się do jego nauk musi zająć długi czas.

Powiedzonko This is Thailand jest tak oczywiste i popularne w tym kraju, że dorobiło się skrótu do codziennego używania: TiT.  Wypowiada się je najczęściej jako wymówkę w sytuacji, kiedy coś poszło nie tak, jak powinno w oczach człowieka obcego. Innym powszechnym powiedzonkiem This is a thai culture Tajowie przekonują obcych do zrezygnowania ze swoich standardów względem nich; jeśli nie doczekało się ono jeszcze skrótu, to pewnie dlatego, że byłby trudniejszy do zapamiętania niż pełne zdanie. Pracując w Tajlandii zwrot thai culture słyszy się niemal codziennie, a po jakimś czasie zaczyna się go trochę bezwiednie używać.

Buddyzm jako podwalina moralna, jakkolwiek kultywowany przez Tajów wybiórczo, każe im unikać złości, nienawiści, agresji, robienia głupstw, umożliwiać  poprawę błądzącym, utrzymywać równowagę i harmonię, wybierać „środkową ścieżkę”, nie obciążać się przeszłością czy przyszłością. Na ich mentalność i etyczność wpłynął też w jakimś stopniu hinduizm. Z buddyjskiego przywiązania do teraźniejszości biorą bardziej radość z chwili niż skupienie na niej.

Często sytuacje trudno zrozumiałe i akceptowalne dla obcych Tajowie tłumaczą obawą przed „utratą (własnej) twarzy” lub obawą przed „odebraniem twarzy (komuś)”. Większość najważniejszych praktycznych koncepcji etycznych i zasad postępowania  ogniskuje się wokół pojęcia wyrażonego słowem jai, tłumaczonego dosłownie na „serce”, które w kombinacji z różnymi przymiotnikami daje określone znaczenia zawsze referujące do uczuć.

Najwięcej się mówi o pojęciu kreng jai, które oznacza (pasywne) unikanie postępowania, które mogłoby być trudne lub nieprzyjemne dla innych albo grozić konfliktem. Pasywność owego unikania – z natury łatwiejsza, bez równoważącej ją aktywności, która bywa trudniejsza, okazuje się niezwykle ważna i jakże często bolesna dla obcych w praktyce, bo zazwyczaj jest tak, że pasywne unikanie dyskomfortu własnego lub czyjegoś pociąga często dyskomfort kogoś innego, którego uniknięcie bywa możliwe, ale pod warunkiem podjęcia aktywnych działań.

Tajka na stanowisku szefa działu produkcji pomaga w godzinach wolnych od pracy szeregowym pracownikom działu przygotowania produkcji, pracującym na późnych zmianach, odbierając od nich telefony i wyjaśniając, co trzeba zrobić z pojawiającymi się problemami; nie należy to do jej obowiązków i w zasadzie nie powinna tego robić. Owi pracownicy nie telefonują do swojego szefa, bo nie ma odpowiedniej wiedzy i doświadczenia. Szefowa produkcji pracowała z nim wcześniej w jednej firmie i ściągnęła go do obecnej. Między innymi dlatego mimo permanentnych problemów w przygotowaniu produkcji, nie interweniuje ona do swojego dyrektora, do którego oboje raportują. Kiedy ona nie może odebrać telefonu, problemy pozostają nierozwiązane, co odbija się na wyniku i reputacji firmy. Dyrektor nie wie, co jest przyczyną problemów w przygotowaniu produkcji, jako że „niewidzialna ręka” szefowej produkcji zaradza im w większości, ale nie we wszystkim.

Taj umawia się w czwartek ze swoim szefem, że napisze i wyśle mu ważny terminowy raport do poniedziałku następnego tygodnia. Zamierza to zrobić w piątek, ale wtedy akurat po synowsku i po ludzku musi odwieźć mamę do szpitala, o czym nie wiedział wcześniej. W sobotę i niedzielę też tego nie robi, żeby nie sprawić przykrości przyjaciołom, z którymi się umówił wcześniej na weekendowy wypad. W poniedziałek przedstawia szefowi historyjkę – buduję ją na bazie innej opowieści zasłyszanej od Leszka Michnowskiego – że w piątek nie mogły dojść i nie doszły dane potrzebne do sporządzenia raportu, o czym go nie poinformował od razu, bo nie chciał przeszkadzać. Gdyby szef dociekł, że jednak raporty mogły dotrzeć i dotarły, okazałoby się, że na nieodpowiedni adres e-mailowy. Gdyby szef dociekł, że adres był odpowiedni, okazałoby się, że akurat zawiesił się komputer, ale skoro później się odwiesił, ten etap wyślizgiwania się od odpowiedzialności i przyznania się do prawdy byłby praktycznie niesprawdzalny dla szefa. Nieważne, że taka sekwencja przyczynowo- skutkowa wydaje się tak nieprawdopodobna, że nawet gdyby była prawdziwa, nie wypadałoby jej powtarzać, zwłaszcza na tłumaczenie samego  siebie z zawalenia czegoś. Nieważne, że złapanie na jednym małym kłamstewku wyłącza zaufanie co do dalszych wyjaśnień  – co najmniej w ramach tej jednej rozmowy.

Sekwencja wymówek ma służyć nie utraceniu twarzy tego, kto nie wykonał zadania oraz uniknięciu odebrania twarzy szefowi, który otrzymawszy wyjaśnienie może uważać, że wszystko jest w porządku, nieważne, że to nieprawda, strata dla firmy, problemy szefa i innych osób. Nie urażenie w tej sytuacji przez naszego bohatera naprawdę nikogo wymagałoby od niego zawalenia części nocy, ale na taką aktywność go nie stać i jej w ogóle nie bierze pod uwagę.

Gdyby dyrektor powiedział okłamującemu go pracownikowi bezpośrednio, co o tym myśli, to tylko pogorszyło by relację między nimi, nie rozwiązując problemu ani obecnego, ani gdyby taki powtórzył się w przyszłości. W takiej sytuacji chodzi bowiem o to, jak Taj rozumie daną rzecz i ewentualnie jak można wpłynąć na jego rozumienie. Raczej nie będzie on skłonny przyjąć perspektywy, której nie rozumie (po swojemu), co najmniej z braku ufności. Stwierdzenie, że trzeba Tajom daną rzecz „dać zrozumieć” powtarza się tu często jako główne zalecenie komunikacyjne i zarazem zarządcze. Można się spotkać z żartem oddającym nieco z podejścia Tajów do tego, czego nie znają i nie rozumieją: „Nieufny Taj poproszony przez lekarza o zażycie lekarstwa, stawia warunek, by wpierw zażył je sam lekarz”.

Tajka pracująca na stanowisku dyrektora finansowego w firmie autoryzuje, i tym samym aktywuje w odstępach czasowych, kilka przelewów na sfingowane przez oszustów i hakerów konto, wierząc, że płaci dotychczasowemu zagranicznemu dostawcy. Powoduje w ten sposób zysk dla oszustów z siedzibą w Nigerii w wysokości 200 tys. USD. Uwierzyła sfingowanym e-mailom i dokumentom elektronicznym, z których wynikało, że to konto dostawcy, choć formalnie należące do innej nieznanej firmy, założone w nowym banku, w kraju bardziej egzotycznym niż kraj dostawcy. Owa dyrektor przed dokonaniem naiwnych autoryzacji przelewów nie zatelefonowała do dostawcy, żeby osobiście zapytać kogoś odpowiedzialnego, czy potwierdzają całą zmianę, także nie zażądała oryginalnych dokumentów, najlepiej poświadczonych przez stronę trzecią. Jej firma z formalnego punktu widzenia dopełniła wszystkich formalności wobec dostawcy, który faktycznie należnych pieniędzy nie otrzymał. Tak samo prawdopodobnie uwierzyła w ten sam przekręt inna Tajka, pracująca w dziale zakupów, odpowiedzialna za bieżącą współpracę operacyjną z dostawcą.

Podejrzenie daleko posuniętej naiwności, gorszej od sabotażu – tak to może wyglądać z naszego punktu widzenia, a jaka może być ich perspektywa? Obie panie nie do końca dobrze czują się w angielskim, dlatego unikają rozmów z obcokrajowcami, zwłaszcza przez telefon, ale są ostatnimi, które chciałyby się do tego przyznać i poprosić kogoś innego, żeby zadzwonił. W jego oczach mogłyby stracić twarz, a w biurze tajskim każda taka informacja rozchodzi się szybko. Tajom, którzy uczyli się angielskiego długie lata, ale tylko od nauczycieli tajskich, trudno zrozumieć nawet stosunkowo proste wypowiedzi obcokrajowców. Ponadto dyrektor finansowa uważa, albo tylko tak twierdzi, że według podziału obowiązków służbowych powinna to zrobić Tajka pracująca w dziale zakupów, a ta akurat nie chodzi do pracy, ponieważ niedawno urodziła dziecko. Ta ostatnia nie poprosiła o to kogoś innego pod swoją nieobecność, bo albo o tym nie pomyślała, albo musiałaby ujawnić, że nie zdążyła ze wszystkim przed odejściem, co postawiłoby ją w złym świetle. Nie bez znaczenia jest także to, że oszustwo internetowe okazało się czymś nowym dla obu Tajek, podczas gdy one najlepiej czują się w sytuacjach rutynowych, na które mogą reagować powtarzalnie, a nie w sposób wymagający znajomości tego, co się dzieje w świecie, inwencji, szybkiego przemyślenia czegoś od początku, niekonwencjonalnej reakcji, samodzielnej odmowy komuś wyżej w hierarchii biznesowej.

Ostatecznie strata 200 tys. USD obciąża nietajskiego dostawcę, a nie tajską firmę, która wysłała pieniądze, choćby dlatego, że firma tajska formalnie zapłaciła, a prawdopodobieństwo tego, że sąd tajski, zazwyczaj w pełni wyrozumiały dla kultury tajskiej, po 8-10 latach procesu przyznałby jej rację, jest tak duże, że dostawca woli przeboleć stratę, kontynuować dostawy i dalej zarabiać na firmie tajskiej. Mowa o cenie zapłaconej przez nie Tajów za niedopasowanie Tajów do wymogów współczesnego międzynarodowego biznesu.

Obywatel Malezji pochodzenia indyjskiego, Kumar Thiagarajan, który zdobył niemal dwudziestoletnie doświadczenie w zarządzaniu biznesem w Tajlandii, wypowiada się na temat tracenia twarzy przez Tajów w pracy: „Tracenie twarzy bierze się z zawstydzenia przez kogoś w obecności innych. Im ważniejsza osoba zawstydza i w obecności im większej liczby osób, do tym większej utraty twarzy dochodzi. To nie ma związku z samym niewłaściwym czynem czy zachowaniem, on sam w sobie nie prowadzi do zawstydzenia się sprawcy, jego poczuwania się do winy, czy tym bardziej utraty twarzy”. „Stracenie twarzy” eskaluje więc problem źródłowy i bynajmniej nie prowadzi do zaradzeniu mu. Kumar Thiagarajan twierdzi, że próbą zapobieżenia podobnemu problemowi w przyszłości jest doprowadzenie do tego, żeby winowajca przekonał się do swojej winy, „sam na siebie wskazał palcem”, aczkolwiek bywa to trudne. Uważa on, że zarządzać Tajami to bardziej wpływać na ich umysły i sposób myślenia – „zarządzać ich umysłami” – niż  tylko dawać instrukcje, te bowiem mogą oni często rozumieć, lub udawać, że rozumieją inaczej niż się od nich oczekuje, nie całkiem zgodnie z common sense, co jest kwestią nie tylko językową, ale i mentalności, wychowania, wykształcenia. Jedno z najczęstszych tłumaczeń niepoprawnego wykonania, czy niewykonania zadania, jakie się słyszy, to: Sorry, I did’t understand. W kulturze zachodniej niezrozumienie czegoś, zwłaszcza jeśli miało się szansę dopytać autora przekazu, a tak jest najczęściej w stosunkach zawodowych, bywa samo w sobie albo zawstydzające, bo budzi podejrzenie nierozumienia, że się nie zrozumiało, albo wskazuje na niewłaściwą postawę. Takie podejście umyka Tajom w większości. Duża różnica siatek pojęciowych i rozumienia konstrukcji abstrakcyjnych między ludźmi Zachodu a Tajami utrudnia komunikację, a często ją uniemożliwia.

Leszek Michnowski rozszerza kwestię „tracenia twarzy” o to, że w Tajlandii „traci się ją” nie tylko traci samemu przez kogoś czy „zabiera komuś”, ale też można „ją komuś dać”, dzieje się tak w przypadku, kiedy osoba stojąca wyżej w hierarchii w obecności innych aprobuje i chwali kogoś za coś. Rodzi to zwroty w rodzaju: „dałem mu twarz”, „daj mi twarz”, „nie dałeś mi twarzy”. Elastyczność podejścia do tego, co można zrobić ze swoją lub cudzą „twarzą”, przechodząca niemalże w ekwilibrystykę, pokazuje z jednej strony zdolność Tajów do abstrahowania i operowania pojęciami oraz umiejętności ich praktycznego wykorzystania, z drugiej jednak zdaje się potwierdzać inflację pojęcia „twarzy”. Jeśli „twarz” rozumieć jako czyjeś charakterystyczne znamię, markę, imię, które służy do pozycjonowania w relacjach z innymi, to możliwość łatwego zmieniania tej wartości świadczy o jej błahości. W końcu, ile można czego tracić, żeby nie stracić ostatecznie?

Z innych wartości czy przekonań Tajów nam jai  odnosi się do aktywnych działań przynoszących korzyść innym. Hen jai  dotyczy „patrzenia w serce”, odczytywania uczuć innych, współodczuwania.

Dla Tajów przestrzeganie ścieżki służbowej jest ważne. Nie powinno się pomijać – bajpasować – nikogo ani w górę, ani w dół. Pomijani w ten sposób czują się lekceważeni i pozbawiani twarzy. Szef naczelny firmy zwraca się ze sprawą służbową bezpośrednio do Tajki, która raportuje do innej Tajki – ta ma o to tak głośne pretensje, że szef łatwo się o tym dowiaduje. Z perspektywy czysto zachodniej mająca pretensje może się narazić szefowi, ale z jej perspektywy niekoniecznie, ponieważ oprócz starania o zachowanie twarzy, uchylając umyślnie co nieco z bogatego podskórnego życia firmy wobec szefa pokazuje mu, jak jej zależy na uczestniczeniu w jego sprawach. Gdyby jej zależało tylko na swojej twarzy, zrobiłaby aferę, ale cichszą, która nie wydostałaby się na powierzchnię.

Bogata podskórność życia oficjalnego, czy to w biznesie czy gdzie indziej bierze się u Tajów między innymi z ich hierarchiczności. Im bardziej uznają hierarchie społeczne, biznesowe i inne, im łatwiej się do nich dostosowują formalnie, tym więcej myślą i robią swoje po cichu. A im więcej mają do czynienia z taką podwójnością, tym ciężej znoszą krytykę od szefa – nie mówiąc kogoś niżej w hierarchii  – dotyczącą ich osoby, bo siłą rzeczy odnosi się ona do wąskiego wycinka ich osoby. Szef krytykuje jakąś część oficjalnej pracy, która w całości stanowi mniejszą część ich życia i osobowości, podczas gdy oni tak naprawdę są zupełnie inni, tylko że szef tego nie wie, bo nie może wiedzieć, chyba że się z nimi zna i przyjaźni prywatnie.

Przywiązanie do formalnej strony pracy potrafi przysłonić jej istotę i cel. W nowym centrum treningowym, dobrze zaprojektowanym i wyposażonym w nowoczesne urządzenia do treningu cardio, ruszający się intensywnie ludzie wypacają litry potu w uchwyty na ręce, stopnie na nogi i inne elementy konstrukcyjne urządzeń. Odpowiedzialna za ich dezynfekcję osoba przeciera dość powierzchownie kawałkiem tkaniny dolne elementy urządzeń, których nikt nie dotyka, natomiast nie czyści tych, które co pół godziny ktoś nowy ściska lub dotyka. Zapach środka dezynfekcyjnego stale roznosi się w centrum. Osoba niby dezynfekująca na oczach ćwiczących najwidoczniej nie widzi związku między swoją pracą a tym, co oni robią, czego potrzebują, nie mówiąc o tym, jak na to patrzą. A jeśli widzi, świadczy to o niej jeszcze gorzej.

Kierowanie się uczuciami własnymi i innych ludzi w postępowaniu jest z założenia subiektywne, to jest właściwe z osobna każdej jednostce, zależne od niej, nieprzeniknione, nie zarządzalne przez nikogo i nieprzewidywalne, nie poddające się obiektywnemu osądowi ani dyskusji, nie podlegające racjonalizacji.

Ludzie Zachodu w życiu rodzinnym i prywatnym traktują uczucia często nadrzędnie nad racjonalnością, natomiast w życiu służbowym, w sferze publicznej starają się zmniejszać rolę uczuć na rzecz racjonalności, ogólnych zasad obowiązujących między ludźmi, często niewygodnych prywatnie, starają się współistnieć z innymi na bazie common sense, rozumienia rzeczy i spraw, na które umówili się ludzie z jednego kręgu kulturowego. Ludzie Zachodu potrafią efektywnie współpracować wykorzystując niemal wyłącznie racjonalność, wyłączając czy tłumiąc swe emocje. Tajowie kierują się uczuciami w stosunkach służbowych w stopniu wyższym niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni w świecie zachodnim. Są oni niejako osobami prywatnymi w życiu społecznym. Zasady, którymi się kierują w życiu społecznym, publicznym, odnoszą się bardziej do sfery prywatnej człowieka niż do sfery ogólnej wszystkich ludzi.

So pracuje w jednej zagranicznej firmie od wielu lat. Utrzymuje ona całą część biurową w czystości, porządku i komforcie dla pracowników. Wygląda na zadowoloną z pracy, co pokazuje codzienną postawą, a czasem na przykład komicznie zamaszystym krokiem, jakby do przesady entuzjastycznym. Mimo że pracuje fizycznie, to właśnie w czasie pracy odpoczywa, ma najwięcej kontaktu ze swoim smartfonem, podjada smakołyki psujące jej figurę, usprawiedliwiając się, że są one zbyt aroi – „pyszne”. Pięćdziesięciu kilometrową odległość między domem na wsi a firmą pokonuje  motorowerem to w upale, to w deszczu. Praca zabiera jej ponad godzinę jazdy w jedną stronę, 9 godzin w biurze, w tym  godzinną przerwę na lunch, ponad godzinę powrotu. W niewielkim domu mieszka z rodzicami, trzema innymi członkami rodziny i jednym nastolatkiem. Ona i jeszcze jedna osoba mają własne pokoje, reszta mieszkańców żyje w pomieszczeniu wspólnym. Oboje starzy rodzice So są niepełnosprawni w stopniu wymagającym zaawansowanej obsługi. Mimo, że mają oni pięcioro dorosłych dzieci, tylko So ich utrzymuje ze skromnej pensji i wykonuje wszystkie najcięższe czynności przy nich, w czasie wolnym od pracy, który ma przed 6 rano i po 6 wieczorem, w nie wszystkie soboty i wszystkie niedziele. Do tej wesołej, pogodnej i zdaje się szczęśliwej osoby dobrze po czterdziestce należy dość ciężki los, a do nas przeświadczenie, że ona w życiu tak prywatnym, jak i służbowym kieruje się głównie sercem.

Istnienie w kulturze tajskiej oraz w umysłach i sercach Tajów wspomnianych wyżej wartości i wyrosłych z nich zasad nie ulega kwestii. Jest pewne, że bywają one przyczynami takiego a nie innego postępowania Tajów. Tym niemniej dość często umyka obcokrajowcom w relacjach z nimi,  co w danej dziwnej sytuacji jest przyczyną, co skutkiem, a co pretekstem i wymówką.

Mamy naturalną skłonność do rozumiejącego i empatycznego traktowania odmiennych postępków Tajów jako skutku ich wartości i zasad, podczas gdy często one służą wyłącznie do tłumaczenia się z postępków zaistniałych z przyczyn przyziemnych, do których Tajowie niechętnie się przyznają.

Żyjący w Malezji i mający chińskie korzenie, ale prowadzący interesy także w Tajlandii, właściciel firmy MaxEs, Chan Kah Whye twierdzi, że wjeżdżając z Malezji do Tajlandii, w okamgnieniu nachodzi go poczucie wolności i swobody, które nie opuszcza go ani na moment pobytu w tym kraju. Jego zdaniem, w większości problemy między obcokrajowcami a Tajami biorą się z hierarchii priorytetów wyznawanej przez Tajów i tego, że w konkretnych sytuacjach oni nie chcą ani tego zmienić, ani się do tego przyznawać. Mają oni skłonność do lekkiego, mniej poważnego niż byśmy oczekiwali, podchodzenia do pracy i związanych z nią obowiązków (to take it easy). Międzynarodową sławę uzyskało często stosowane przez Tajów powiedzonko mai pen rai, które chyba najlepiej po polsku oddaje fraza „nic się nie stało”. Bodaj w każdym języku jest taki zwrot, ale sława tajskiego bierze się z powszechnego wrażenia, że oddaje ono sporo z natury Tajów. Znane są też słowa tajskie sabai, sabai – „powoli, powoli”. Często za niewywiązaniem się z czegoś przez Taja stoi jego rodzina lub przyjaciele, których stawia on znacznie wyżej od pracy zawodowej w porównaniu do ludzi Zachodu. Nie przeszkadza to Tajom być traktowanymi w pracy przez ludzi Zachodu z podejściem poważniejszym niż ich własne i chcieć równać z płacami do tych niższych zachodnich. Trzeba im jednak oddać sprawiedliwość, że potrafią przerwać szczytowy moment treningu na bieżni, żeby w zadyszce odebrać rozmowę na smartfonie, wydaje się niezbyt ważną, skoro zaraz wracają na bieżnię i uruchomiają urządzenie od początku. Skądinąd wielu młodych Azjatów w ogóle nie przerywa kontaktu ze smartfonem, próbując ćwiczyć w siłowni, bez przerwy też zerkają na niego w pracy.

Pełniący stanowisko CEO w Grupie Mercator Medical, Leszek Michnowski, który spędził pięć lat w pracy z Tajami, twierdzi, że mają oni silną skłonność do dosłownego traktowania poleceń służbowych i niedyskutowania z nimi. Na pierwszy rzut oka może to wyglądać na solidność zawodową, ale jeśli pamiętać o tym, co powiedział wyżej cytowany Chan Kah Whye, można podejrzewać, że bierze się to z lekkiego podejścia do pracy. Dosłowne podejście zwalnia z myślenia i odpowiedzialności, w dodatku o wiele łatwiej zakwestionować polecenie rozumiane w ten sposób, czy znaleźć wymówkę na  niewykonanie go. Leszek Michnowski mówi też, że oni zawsze są w stanie podać następną wymówkę, że coś nie wyszło, jeśli wcześniejsza nie poskutkowała, sięgając po wymówki coraz trudniej wyobrażalne, coraz mniej prawdopodobne i coraz śmieszniejsze dla ludzi myślących inaczej niż oni.

Tajowie często postępują wobec obcych dziwnie nie ze względu na to, że zmuszają ich do tego zasady, lecz wymawiają się swoimi zasadami, żeby móc postępować wobec innych tak, jak im pasuje i na ile są w stanie. Głoszą wszem i wobec, że mają i stosują kodeks moralny i mentalny, by móc wobec innych być bardziej samymi sobą niż ci, którzy nie wypracowawszy takiej – przede wszystkim pijarowskiej – tarczy obronnej czują się zobowiązani bardziej dostosowywać do innych i być mniej sobą. Własne zasady są dla Tajów nie tylko imperatywem moralnym, społecznym czy osobistym, lecz także narzędziem używanym w relacjach z innymi do manipulowania nimi.

Zainteresowanym znana jest opowieść, faktycznie bardzo typowa dla Tajów, jak to sekretarka tajska nie przeszkadza swojemu szefowi i nie przerywa jego spotkania z kontrahentem na temat pewnej dostawy, mimo że właśnie dowiedziała się, że ta dostawa nie może być zrealizowana i będąc świadomą, że szef właśnie się zobowiązuje wobec kontrahenta do niej, a niewywiązanie się z niej pociągnie przykre konsekwencje i trudności dla niego. Robi ona tak rzekomo z głębokiego nawyku nieprzeszkadzania komuś wyżej postawionemu, unikania nieprzyjemnych reakcji czy jakiegokolwiek konfliktu. Innymi słowy, postępuje tak, bo chce uniknąć konieczności osobistego stawienia czoła nieprzyjemnej reakcji szefa. Wpędza ona szefa w potencjalnie duże kłopoty w przyszłości, by tylko uniknąć jednego nieprzyjemnego momentu w czasie teraźniejszym. Ale także teraz musiałaby osobiście wziąć to na siebie, podczas gdy w przyszłości niekoniecznie tak będzie.

Owa przysłowiowa sekretarka mogłaby przekazać szefowi złą wiadomość w sposób niewywołujący jego reakcji, której chciałaby uniknąć. Mogłaby przerwać rozmowę szefa z kontrahentem w momencie pozwalającym na to, mało rozmów nie ma takich momentów, wystarczy mieć możliwość obserwowania i umiejętnie to robić. Mogłaby wyczekać momentu przerwy inicjowanej przez samych rozmówców na kawę, toaletę, papierosa lub sama ją zainicjować, na przykład wniesieniem kawy. Mogłaby wysłać sms, e-mail, jeśli szef należy do czytających takie wiadomości podczas spotkań. Mogłaby na wiele innych sposobów przerwać technicznie rozmowę, nie przerywając jej pod względem psychologicznym i nie zaburzając niczego, gdyby tylko umiała, chciała, miała inicjatywę. Ale ona tego nie robi, może i ze względu na zasadę, ale także, a może nawet bardziej, z braku odpowiednich umiejętności i wiedzy, także z powodu własnej wygody, przykrywanych ową zasadą. O ile zasadę rozumieć jako sposób postępowania nadrzędny wobec doraźnych potrzeb i możliwości ich zaspokajania. Można ją także podejrzewać, że liczy ona na to, że w przyszłości być może się nie wyda, iż wiedziała o sprawie i mogła w niej interweniować.

Dobre zasady postępowania są z definicji uniwersalne, co między innymi znaczy, że ich stosowanie nie ogranicza celów do osiągnięcia, tylko najwyżej każe zmienić sposób ich osiągnięcia. Zasada jest ułomna, jeśli jej stosowanie uniemożliwia osiągnięcie jakiegokolwiek osiągalnego celu. Zasady stosowane – i chyba wyznawane – przez Tajów nie tylko często uniemożliwiają osiągnięcie celów, nawet im samym, ale wręcz do tego służą. Są to więc zasady, które często sprowadzają się do sposobów postępowania wobec innych.
Czytelnik dzieła Working With the Thais: A Guide to Managing in Thailand, którą napisali Henry HolmesSuchada Tangtongtavy, szybko się wciąga w meandry mentalności tajskiej, która się ujawnia wobec obcych w pracy. Po przeczytaniu połowy książeczki, może dwóch trzecich, czytający chciałby powoli poznać sposoby radzenia sobie z problemami wynikającymi z różnic kulturowych, ale nie doczekuje się tego do końca lektury. Tych sposobów po prostu nie ma, tak jak nie można dziecka nauczyć pilotowania myśliwca. Mając do dyspozycji dziecko i myśliwiec do pilotowania, trzeba albo znaleźć do tego kogoś innego, albo zrezygnować, a najlepiej, jak powiedziałby Leszek Michnowski, nauczyć się i zrobić to samemu .
Dobre zasady mają także to do siebie, że stosujący je nie mają nic przeciwko stosowaniu ich wobec nich. Mało kto spośród wyznających zachodni common sense się nie zgodzi oficjalnie z kantowskim imperatywem moralnym: „Należy postępować zawsze wedle takich reguł, co do których chcielibyśmy, aby były one stosowane przez każdego i zawsze”, jakkolwiek prywatnie i po cichu często postąpi inaczej. Czy działająca służbowo – to jest oficjalnie – tajska sekretarka z wspomnianej wyżej opowiastki chciałaby, żeby jej szef swojemu szefowi, czyli postawionemu wyżej niż on, nie przerwał spotkania bardziej czy mniej delikatnie, żeby mu powiedzieć coś, co niepowiedziane w tym momencie wpłynęłoby fatalnie właśnie na nią czy jej sprawy? Nie uwierzymy, że chciałaby, wolałaby raczej, żeby postąpić wobec niej po kantowsku, co znaczy, że imperatyw tajski nie zgadza się z imperatywem kantowskim.

Znany jest także argument, że namawiać Taja na łamanie zasad, o których tu mowa, jeśli to jest pożądane przez innych, to jak namawiać człowieka Zachodu do głęboko nieakceptowalnych w towarzystwie odruchów cielesnych przy stole, takich jak beknięcie czy puszczenie gazów, nawet gdyby to było akceptowane czy wręcz pożądane przez innych. Rzekomo w obu przypadkach hamulce są zbyt silne. Trudno się zgodzić z tym argumentem. Skutki stosowania zasad przez Tajów, czy wymawiania się nimi, bywają nieprzyjemne dla innych i oni o tym wiedzą. W przypadku wstrzymywania się od naturalnych odruchów cielesnych jest odwrotnie. Skutki niestosowania się do nich są nieprzyjemne dla innych.

W umiejętności żonglowania swoimi wartościami i zasadami Tajowie nie są bynajmniej unikalni w świecie. Chyba wszystkie nacje i społeczności tak robią. W przypadku bohaterów tego tekstu zastanawiający jest poziom wymawiania się wartościami i zasadami oraz przekonania do tego innych oraz częstotliwość tego.

Demaram Deorai jest Tajem żyjącym w Tajlandii, ale ma pochodzenie hinduskie i geny wskazujące na Macedończyków, którzy dotarli na subkontynent Indyjski z Aleksandrem Wielkim. Od wielu lat pracuje on jako audytor SGS. Nieustanne kontrolowanie pracy coraz to innych firm w Tajlandii pozwala mu wypowiadać się o Tajach jako pracownikach. Twierdzi on, że dzielą się oni na 4 kategorie. Bardzo nieliczni są całkowicie samodzielni i odpowiedzialni. Kilkanaście procent dobrze rokuje, ale to ludzie wymagający ustawicznej pracy nad nimi. Dwie trzecie to prości wykonawcy prostych instrukcji, wymagający stałej kontroli, nigdy nie będą inni. Resztą nie da się zarządzać. Podział podobny do innych krajów, chodzi tylko o to, z jaką proporcją ma się konkretnie do czynienia. Tajskie prawo i sądy chronią wszystkich tajskich pracowników w sposób, który się nie śnił europejskim socjaldemokratom. Sąd tajski opowiada się przeciw obcej firmie po stronie Taja, który nie dotrzymał pisemnego zobowiązania i wyrządził ewidentną szkodę, jeśli tylko ten stwierdzi, że czegoś nie zrozumiał. Zwolnienie pracownika jest finansowo bardzo korzystne dla niego, a kosztowne dla pracodawcy.

Każdy człowiek rodzi się do wolnej błogości dziecka podarowanej przez los, rodziców, Boga. Człowiek Zachodu dorastając, chowa swą intymną, prywatną błogość coraz głębiej w sercu, utwardzając coraz bardziej swój zewnętrzny pancerz wobec świata, który postrzega jako słusznie wymagający tego od niego. Zachowuje swą dziecięcość głęboko w sercu, kultywując dorosłość płycej w sercu i przede wszystkim w rozumie. Tajowie jakby trochę inaczej reagują na twarde wymaganie świata co do schowania swojej prywatnej błogości. Zdają się zachowywać  ją w większym stopniu w sercu i rozumie, przez co odnoszą się mocniej i mają ściślejszy kontakt z własnym dzieciństwem, rodzicami, rodziną, Absolutem, czymkolwiek on jest dla nich.

Błogość nie znosi agresji jako swojego niemal skrajnego zaprzeczenia. Z natury szczęśliwi i weseli Tajowie najbardziej nie tolerują agresji. Błoga agresja czy agresywna błogość to określenia, które jako oksymorony przychodzą do głowy właśnie dzięki Tajom. I to nie tylko do zabaw intelektualnych, Tajowie wyrwani, pozbawieni, zwłaszcza nagle, swej błogości, potrafią boleśnie zranić obcego „Faranga” ich „tajskim pazurem”, jak to nazywa Leszek Michnowski.

Słowo „sanuk”, oznaczające zabawę i przyjemność, konotują oni jako integralną część swojego dorosłego życia, nie jako coś dodatkowego. Milusińskość jest wszechobecna tam, gdzie Taj dokłada rękę prywatnie. Coś smacznego ciągle albo przygotowują, albo podjadają. Mimo, że żyją w raju owoców, w krainie króla duriana i królowej mangostin, konsumują najwięcej na świecie rafinowanego cukru na osobę, w Tajlandii dokłada się go często do mięsa i innych słonych potraw. Smakując słodyczy lokalnych, niepochodzących od międzynarodowych korporacji, czuje się w ustach błogość trudną do porównania z czymkolwiek, ma się przedsmak raju. Dosładzanie cukrem pysznych lokalnych owoców – o mimo wszystko – umiarkowanej naturalnej słodkości – daje poczucie nasycenia się błogością do cna.

Jak oryginalne dziecko Boże, prawzór rajskiej naiwności i niewinności, biblijna postać Adama straciło niewinność?

A wtedy otworzyły się im obojgu oczy i poznali, że są nadzy; spletli więc gałązki figowe i zrobili sobie przepaski. 
Gdy zaś mężczyzna i jego żona usłyszeli kroki Pana Boga przechadzającego się po ogrodzie, w porze kiedy był powiew wiatru, skryli się przed Panem Bogiem wśród drzew ogrodu. Pan Bóg zawołał na mężczyznę i zapytał go: «Gdzie jesteś?» 10 On odpowiedział: «Usłyszałem Twój głos w ogrodzie, przestraszyłem się, bo jestem nagi, i ukryłem się». 11 Rzekł Bóg: «Któż ci powiedział, że jesteś nagi? Czy może zjadłeś z drzewa, z którego ci zakazałem jeść?» 12 Mężczyzna odpowiedział: «Niewiasta, którą postawiłeś przy mnie, dała mi owoc z tego drzewa i zjadłem». 
 

Adam broi z nieswojej inicjatywy, co w jego oczach zmniejsza winę, ale w oczach dorosłych czyni ją mniej inteligentną. Wstydzi się – to się zdarza każdemu, ale i ujawnia się z tym – okazuje swoją słabość, choć jest niby doskonałym tworem bożym. Ukrywa się nieskutecznie przed kimś, przed kim to niemożliwe – odciąganiem nieprzyjemności choćby na chwilę potwierdza on swoją słabość.  Ostatecznie próbuje umniejszyć swoją winę przed kimś inteligentniejszym niż on, zasłaniając się Ewą – zdradza brak wyobraźni na temat silniejszych od niego umysłowo i brak rycerskości wobec własnej prawicy.

To nieodpowiedzialne i – w rozumieniu biblijnym dosłownie – wiekowe dziecko Bóg karze nie za to, że jest niedojrzałe, lecz za to, że nie zostało przy swoich zabawkach.

Tajowie w większości to dzieci Boże w sensie jednym z najlepszych, bo biblijnym. Samo-swoi wśród swoich dla siebie samych, czegóż ten świat może od nich chcieć ponad to, żeby kupowali nowoczesne zabawki i jak najczęściej wymieniali je na jeszcze nowsze. Nie daj Bóg, żeby Tajowie przestali być jego dziećmi, ludzkość oddaliłaby się od niego o następny krok.

Jeden komentarz

  1. Napisany przez Wiesław Żyznowski:

    Choćby nie wiem jaka teoria była, to drzewo się nie wyprostuje.

    19/10/2016 @ 15:15

Napisz komentarz

*