Cokolwiek (ważnego) napotkałeś, niech cię to zatrzyma na długo, najlepiej na zawsze

Napisany 16/08/2012

Paweł z Tarsu napisał w Drugim Liście do Tymoteusza (3:13): „Podczas gdy ci niegodziwi oszuści będą szli od złego do gorszego, zwodząc innych i będąc zwodzonymi”. Być może autor tych słów umyślnie zmodyfikował po chrześcijańsku myśl Platona z Państwa, zwłaszcza fragment z księgi IV. Czytamy tam, że Adejmant wyraża zdziwienie, dlaczego jego rozmówca Sokrates zakłada, że zwykłe dobra mieszczańskie, jak rodzina, pieniądze, wygoda, szczęście nie uszczęśliwiają, lecz psują „strażników” stanowiących elitę w idealnym państwie. Adejmant zdaje się nie rozumieć, że szczęśliwe państwo „robi się” ze składników ludzkich, które się różnią podejściem do szczęścia i jego obiektów. By państwo mogło być szczęśliwe, jego strażnicy muszą być szczęśliwi inaczej niż zwykli zjadacze chleba. Po uwagach na temat optymalnego konstruowania państwa, Sokrates wypowiada słowa, do których rozumienia, Bogu dziękować, dojrzewam pomału jeszcze przed pięćdziesiątką.

„Nade wszystko niech na to uważają, aby się tam jakieś nowe prądy nie wkradły w dziedzinie kultury cielesnej i duchowej wbrew porządkowi. Tego niech pilnują jak tylko można i niech się boją, kiedy ktoś powie, że ta pieśń: …najwięcej się ludziom podoba, którą pośród śpiewaków najnowsza moda przynosi” [Państwo, 424 B].

Moja nieżyjąca mama, Helena Żyznowska (wcześniej Kozik) z domu Szymoniak, miała sporo rodzeństwa, spośród którego udało mi się dokładniej przyjrzeć czterem siostrom, w tym mamie. Ona i jeszcze jedna młodsza siostra zmieniły w swoim życiu dużo z tego, co mogły: wieś ze zwyczajami i językiem na miasto, panieństwo na jednego męża, później drugiego, katolicyzm na wyznanie młodsze o kilkanaście wieków. Tymczasem dwie inne siostry zostały w rodzinnej wsi, mieszkając w wiejskich domach, z jednym mężem – jaki by nie był, chodząc całe życie do kościoła. Czy te dwie pierwsze kobiety były szczęśliwsze od tych drugich? A ich mężowie, dzieci, wnuki? Nie wiem. Czy swoim opuszczeniem rodzinnej wsi uszczęśliwiły ją? Wątpię. Czy swoim przybyciem do Krakowa, uszczęśliwiły go? Raczej nie.

Wszystko, co napotkałem i napotykam, ma swoją istotę – czymkolwiek ona jest, ideą, formą, treścią, duszą, naturą, pierwszą przyczyną, najważniejszą właściwością, pierwowzorem – której nie mogłem i nie mogę zgłębić do końca, a tylko się do niej przybliżyć, tym bardziej, im lepiej i dłużej bym to robił. Nowe napotykane przeze mnie jest przede wszystkim potwierdzeniem dla mnie, że porzuciłem stare nie zgłębiwszy go tyle, ile mogłem. Napotkane nowe jest tożsame z porzuconym starym co najmniej pod jednym względem – posiadaniem istoty do zgłębiania. Przybliżanie się do jakiejkolwiek istoty jest dobre, bo niesie więcej współczucia, rozumienia, chęci piastowania. (Przedwczoraj o wadze słowa „piastować” przypomniał mi Henryk Ostrowski, kiedy tłumaczył mi różnicę między piastowanym a niepiastowanym terenem przyleśnym i lasem). Zgłębianie istoty kogoś lub czegoś to także zmniejszanie, jeśli nie samego siebie, to przynajmniej przestrzeni wokół siebie, bo zgłębianie istoty to skracanie odległości między zgłębiającym a nią. Wszystko, co jest zmniejszaniem siebie za życia, jest dobre, bo przyszła śmierć kogoś zmniejszonego to jakby mniejsza śmierć. Zmieniający wiele w życiu umierają poniekąd większą śmiercią niż ci, którzy zmieniają mniej.

W co najmniej jednym platońskim ujęciu – a być może we wszystkich – wszelka zmiana i ruch są złe o tyle, o ile zmieniają lub oddalają od tego, co jest i jakie jest. Zamiast dążyć do stanu lepszego niż zastany, należy utrwalać to, co zastane, czyli troszczyć się i strzec tego. Heideggerowską istotą człowieczeństwa jest troska, której przecież tym mniej, im więcej zmian. Każda bowiem zmiana dotycząca przedmiotu troski powoduje, że troska o niego, jego piastowanie, musi się zacząć jakby od nowa. A początkująca troska jest nieduża i słaba.

„Szczęście, jedność, sprawiedliwość nie są celem ukierunkowującym nasze dążenia, lecz niezauważonym stanem obok nas lub już za nami. Przywrócenie go wymaga rewizji teraźniejszości, odrzucenie pokładów rzeczy i potrzeb niekoniecznych” [D. Zygmuntowicz, Praktyka polityczna, s. 117-118]. Tatarkiewicz pisze w traktacie O szczęściu, że bywa ono skutkiem ubocznym innych działań, jak ciepło wydzielające się podczas toczenia na tokarce. Ale u Platona można się doszukać więcej myśli na ten temat. Trudno je wyrazić. Zygmuntowicz próbuje tak: „Sokrates musiał tworzyć Kallipolis (państwo idealne), by uświadomić sobie i pozostałym, że dążyli do tego, co już posiadali, przeoczając je tak, jak w procesie stawania się polis przeocza się moment harmonii i doskonałości. Kallipolis jest rezultatem takiego przeoczenia” [Zygmuntowicz, s. 129]. Ja też spróbuję. Zatrzymanie się człowieka na czymkolwiek jest niemożliwe, bo jego życie to zmiana. Niezatrzymanie się go na czymś przerywa to, co najbardziej stanowi o jego człowieczeństwie. Zostaje mu tylko oddalać się od rzeczy wolniej bądź szybciej, w linii prostej lub koliście, oglądając się na boki i do tyłu, bądź nie. Maksymalne skupienie na czymś jest sposobem na najwolniejsze oddalanie się od tego. To efekty maksymalnego skupienia najlepiej zapamiętujemy i najszczęśliwiej wspominamy.

Zgodnie z chrześcijańskim optymistycznym nastawieniem do przyszłości, Paweł z Tarsu w cytowanym wyżej fragmencie zawęził tylko do niegodziwców uniwersalne spostrzeżenie o oddalaniu się człowieka od tego, co lepsze.

Do leszczyny (Cz. Miłosz)
Nie poznajesz mnie, ale to ja, ten sam,
Który wycinał na łuki twoje brunatne pręty,
Takie proste i śmigłe w biegnięciu do słońca.
Rozrosłaś się, ogromny twój cień, hodujesz pędy nowe.
Szkoda, że tamtym chłopcem już nie jestem.
Chyba kij sobie bym wyciął, bo widzisz, chodzę o lasce.

Kochałem twoją korę, brązową z białym nalotem,
Koloru najzupełniej leszczynowego.
Radują mnie te, co przetrwały, dęby i jesiony,
Ale ty ucieszyłaś mnie najbardziej,
Jak zawsze czarodziejska, z perłami twoich orzechów,
Z pokoleniami wiewiórek, które w tobie tańczyły.

Jest coś z heraklitejskiej zadumy, kiedy tutaj stoję,
Pamiętający siebie minionego
I życie, jakie było, a też jakie być mogło.
Nic nie trwa, ale trwa wszystko: ogromna stałość.
I próbuję w niej umieścić moje przeznaczenie,
Którego, tak naprawdę, przyjąć nie chciałem.
Byłem szczęśliwy z moim łukiem, skradając się brzegiem baśni.
Co stało się ze mną później, zasługuje na wzruszenie ramion
I jest tylko biografią, to znaczy zmyśleniem.

Miłosz miał leszczynę, a ja mam lody i tył pewnej stodoły.

W porównaniu z pierwowzorem lodów, to jest tymi zrobionymi poprawnie po raz pierwszy w dziejach – są one obecnie zmienione mniej w Wieliczce (ul. Goliana) niż (chyba gdziekolwiek) w Krakowie, mniej w Dobczycach (w ryneczku) niż w Wieliczce, mniej w Dukli (ul. Jana z Dukli) niż w Dobczycach. W Dukli najbardziej smakują mi spośród kilku oferowanych tam smaków i w ogóle wszystkich znanych mi lodów – bakaliowe, po 2 złote gałka, nabierane, jak i pozostałe, z tradycyjnych chłodzonych od spodu pojemników ukrytych w ladzie sklepowej. Na moje pytanie, jak długo robią lody według takiej receptury, sprzedawczyni odpowiedziała czystym Platonem: „Jak zaczęliśmy ponad 20 lat temu, tak robimy do dziś”. „Jak ktoś z miejsca ruszy, to tak już potem jedzie” [Państwo, 425 B].

Spośród wszystkich miniętych przeze mnie w życiu zmiennych rzeczy, których zmianę sobie przypominam i uświadamiam, chyba najmniej zmienił się tył stodoły w pewnym gospodarstwie w Osieczanach niedaleko Myślenic, gdzie rokrocznie jeździłem z rodziną na letnie wakacje od drugiej połowy lat 60. do 1978 roku. Obecnie, w czasie wakacji 2012 roku, wyjąwszy większe zarośnięcie zielenią wszystko jest takie samo: ściana stodoły – jej wygląd, kontur, kolory; wrota z desek – obecnie może nieco bardziej rozchybotanych – otwierane kiedyś raz w roku dla połączenia pasem transmisyjnym młockarni wewnątrz stodoły z silnikiem spalinowym stojącym na zewnątrz; niewielki łańcuch na wrotach i jego ułożenie, trawiasty podjazd, nieprzyjazna dla próbującego się schować wolna przestrzeń pod stodołą; aura wokół. Szkoda, że tamtym chłopcem już nie jestem. Chyba schowałbym się gdzieś tutaj… .

Wiesław Żyznowski

Zapisany w: Bez kategorii.

8 komentarzy

  1. Napisany przez ula:

    Oddalanie nierówne oddalaniu.
    Zależy jak bardzo się zbliżyłeś; czy zbliżając się brałeś pod uwagę obiekt do którego się zbliżasz, czy tylko własną ciekawość lub inne powody; czy zbliżając się nie nadepnąłeś lub nie zdeptałeś, itd.
    Czyż to wszystko nie wiąże się jednak z ruchem, nawet stałość, która często pogłębia zbliżenie.

    18/08/2012 @ 17:01
  2. Napisany przez KOIN:

    Chlopiec jest ten sam. Jest, taki jaki jest i inny juz nie bedzie. Naturalnie chlopak moze mylic akt stworzenia z ewolucja. Chlopak do oceny swojej wlasnej sytuacji uzywa wlasnych naturalnych zmyslow (ktore zwykle z natury sa ograniczone, limitowane i zwodnicze, podlegajace degradacji w czasie) stad bardzo czesto sie grubo myli.

    Akt stworzenia jest ponadnaturalny a ewolucja naturalna. Cala idea istnienia tego a nie innego chlopaka powstala bardzo, bardzo dawno temu w sposob calkowity i skonczony w wyobrazni ponadnaturalnej. Powstala w tym samym momencie kiedy “Inteligencja Ponadnaturalna” obmyslila stworzenie Czasu, Grawitacji. Magnetyzmu, Przestrzeni, Nieba, Ziemi, Slonca, gwiazd i wszystkiego co istnieje w sposob naturalny. Idea stworzenia zawiera w sobie swiat ewoluujacy, dynamiczny, tworzacy coraz doskonalsze byty i przekraczajacy kolejne progi czy tez “filary ontologiczne” by osiagnac wyzsze strefy (formy) zycia czy bytu. Ta transformistyczna czy ewolucyjna koncepcja Natury ciagle pozostawia najwieksze miejsce dla “Stworczej Pierwszej Mocy”. Dosc racjonalnym i logicznym bedzie uznanie, iz ta “Stworcza Pierwsza Moc” ma ponadnaturalna wiedze i rozumie koncepcje istnienia rzeczy naturalnych lepiej niz sama Natura. Ona wie precyzyjnie i bezblednie jak te beda sie rozwijac w czasie i przestrzeni. Zna doskonale ich poczatek i koniec (w najmniejszych jak tez i w najwiekszych detalach). Moc ta stwarza majac wiedze calkowita i okreslona intencje. Chlopiec w postaci embrionu w lonie matki to ten sam chlopiec, ktory sie narodzil (przechodzac pierwszy wielki prog ontologiczny), i to jest ten sam chlopak ktory rozkoszuje sie zyciem i kwieciem swojego wlasnego wieku i ten sam, ktory zmeczony pogonia za zyciem garbi sie, slabnie kurczy i odchodzi aby osiagnac wyzsze strefy.

    Pozostajac tym samym chlopcem, jest jednak kims specjalnym, stworzonym w precyzyjnie okreslonym miejscu i celu. Ten sam chlopak zmieniony przez modernism (bedacy wymyslem ludzkiej inteligencji) to chlopiec pozbawiony dostojnosci, wyjatkowosci, osobliwosci, godnosci oraz prawdziwej przyczyny i celu istnienia. Ten, znieksztalcony, obdarty z milosci i wiary (bez wzgledu na rodzaje), zredukowany, powielony czy skopiowany pokryty nowoczesnym, powierzchownym, iluzorycznie pieknym blichtrem, nigdy nie zastapi originalu stworzonego przez Inteligencje doskonala.

    01/09/2012 @ 20:29
  3. Napisany przez KukuśEćkoLaćki:

    Niedziela, 2 września 2012 roku, godz. 12.46. Pogoda na obrzeżach Pogórza Wielickiego już jesienna, nie rokująca powrotu do letniej. Pewien starszawy chłopiec jest ten sam, którym był zawsze. I nie tyle on się w tym momencie zmienił, co jemu się zmieniło. Właśnie skończył pisać wypocinę, którą piłował niemal nieprzerwanie – w ciągu wakacji i weekendów, oraz popołudniami po pracy – od początku 2009 roku. A biorąc pod uwagę przygotowania do pisania – od 30.05.2008 r. No i napisanie każdego zdania było efektem przeczytania może nie stu zdań, jak zaleca prof. Hartman, ale z pewnością więcej niż jednego. Na skróconą do jednego zdania wieść o tym wszystkim pewien umiejący już czytać i nie czytający niczego Siódmak, Szknut i Miłciat w jednej osobie, podskakując na stołku i uśmiechając się od ucha do ucha, zareagował słowami: To teraz się będziesz z nami bawił!! Takiemu to nigdy za mało.

    02/09/2012 @ 13:16
  4. Napisany przez KOIN:

    W nawiazaniu do nowych religii. W ubieglym tygodniu mialam okazje zatrzymac sie w Swiatyni tzw. Tabernakulum w Salt Lake City, czyli najwiekszego “Kosciola Jezusa Chrystusa Swietych w Dniach Ostatnich” (zapoczatkowany przez Josepha Smith’a Juniora w 1830r). Bylam tylko przejazem w Salt Lake City i z powodu braku innych atrakcji w tym miescie, posanowilam zwiedzic to wyjatkowo piekne dzielo wielu umyslow i wielu rak ludzkich. Mimo piekna samej swiatyni i w sumie pewnego uroku religii wprowadzil mnie w degust (niesmak) fakt uzywania imienia Jezusa Chrysusa oraz wielu jego wizerunkow w tym kosciele, jak tez fakt znieksztalcania Jego nauki do celow kreowania kosciola, ktory nie nalezy do Jezusa Chrystusa z Nazaretu. Dlugo na ten temat myslalam, dlaczego wyznawcy tego kosciola nie nazywaja sie “ Kosciol Josepha Smitha Juniora i Swietych w Dniach Ostatnich”. Wychodzac z tej masywnej budowli, czulam sie znow jak odnowiona, chociaz jakze niezmieniona. W tym miejscu bardziej niz w jakimkolwiek innym poczulam dume z bycia katoliczka (na domiar tego dobrego bycia ta orginalna rzymska). Czyli ta Jezusowa i Piotrowa. I faktycznie jeszcze potrafie zrozumiec zmiane z gorszego na lepsze ale z lepszego na gorsze pojac nie moge.

    P.S. Swiatynia byla wspaniala, ale nie zatrzymala mnie na dlugo (nie wiecej niz pol godziny).

    04/09/2012 @ 06:02
  5. Napisany przez KukuśEćkoLaćki:

    in dubio contra iudici activitatem – w razie wątpliwości przeciwko aktywności sądu

    07/09/2012 @ 21:39
  6. Napisany przez KOIN:

    @ KukusEckoLacki
    oRoman law and with most legal systems in Europe and the world. Judicial activuities should not be a problem in any of democratic countries.

    10/09/2012 @ 06:16
  7. Napisany przez KOIN:

    Just follow Judean Christian tradition and its values and you will be in line with Roman law and with most modern legal systems in Europe and the world. Judicial activities should not be a problem in any democratic country.

    10/09/2012 @ 06:20
  8. Napisany przez KOIN:

    Interesujacym jest to, ze ludzie chca zatrzymac na zawsze to co jest najbardziej zmienne i przemijajace a zatem tracace na wartosci lub nawet calkowicie bezwartosciowe.

    Dziwi mnie, ze w zmaganiach tych uczestniczy najczesciej ta czesc spoleczenstwa, ktora uwaza siebie za najbardziej inteligentna.

    Kazdy pragnie zatrzymac dla siebie na zawsze wszelka materie, probuje zrozumiec i posiasc wszystkie tajemnice tego swiata czy posiasc wszelka wiedze ludzkosci, rosci nawet pretensje do posiadania wiary (kiedy ta nie jest im dana). Kiedy jednak wszystko posiadzie, zauwaza ze jest to bardzo polowiczne a nie calkowite. I w poszukiwaniu rzeczy bezwartosciowych czlowiek traci te wartosciowe juz mu dane. Tracac, zauwaza swoja wlasna niedoskonalosc.

    20/09/2012 @ 16:26

Napisz komentarz

*