Po rozmowie z Natanem Kleinbergerem – suplement do materiałów na jego temat zawartych w „Żydach Wieliczki i Klasna”.

Napisany 31/01/2014

Przemijanie niespokrewnionych ze mną ludzi doskwiera mi szczególnie w przypadku Ocalałych z Szoa. Ciągle żyją wśród nas ludzie niczym z innej planety, kiedy umrą, to już takich nie będzie. A Natan Kleinberger nie jest zwykłym Ocalałym z Szoa, jakkolwiek to brzmi. Jego autobiograficzne wypowiedzi, ustne i pisemne, można znaleźć w wydanych przez nas Wieliczanach na opisanych fotografiach i Żydach Wieliczki i Klasna. We wstępie do tej ostatniej książki napisaliśmy z moją żoną Ulą:

Sędzia Nathan Kleinberger po tym, jak przeczytał Wieliczan na opisanych fotografiach, zatelefonował do nas, żeby powiedzieć, że chciałby nas poznać osobiście, ale to my musimy przyjechać do niego, ponieważ on z pewnością nie będzie mógł się udać do nas. Gdyby nie te słowa nie pojechalibyśmy do Izraela po ponad dwóch latach od ich wypowiedzenia. Nasze dwa spotkania w domu pochodzącej z Oświęcimia Heli i wieliczanina Nathana Kleinbergerów były pełne wzruszeń. Widać to w zamieszczonych w naszej antologii wypowiedziach państwa Kleinbergerów. Angażowali się oni także w ostateczną redakcję tekstów opartych na ich wspomnieniach. To u nich w domu zobaczyliśmy wyraźnie, czym jest przejście godności Żyda polskiego w godność Żyda izraelskiego. Brak obu rąk i jednego oka oraz bardzo osłabione drugie oko i słuch nie przeszkodziły Nathanowi Kleinbergerowi w ukazaniu nam serdecznego i rozentuzjazmowanego ducha kogoś, kto zaczął normalne życie rodzinne i zawodowe oraz zrobił poważną karierę po tym, jak przeżył w dzieciństwie i młodości śmierć ojca, rozstanie z matką i młodszym rodzeństwem wywożonymi jawnie na śmierć, kilka obozów niemieckich, śmierć ukochanego brata, który nieraz uratował mu życie, czynny udział na froncie wojny izraelsko-arabskiej, wreszcie tak duże okaleczenie. Wiele łatwiej w życiu nie było i nadal nie jest jego żonie Heli, która zdaje się być osobą podobnego usposobienia i hartu ducha. Wypowiedzi Nathana Kleinbergera należą do jednych z najważniejszych w książce ze względu na ich ładunek emocjonalny i niezwykłość jego losów. Pan Nathan, wraz z panem Urim Shmuelim, konsultował z nami treść napisu na wspomnianą wcześniej tablicę. Ustalili wspólnie, że umieszczenie na niej nazwisk ich oraz dwóch innych osób jako „ocalałych z Zagłady wielickiej” obok podpisu „wieliczanie”, co im proponowaliśmy, byłoby zbyteczne, ponieważ „mieli po prostu szczęście, że zostali przy życiu”.

Inna planeta, z której ktoś może pochodzić, to w moich oczach planeta łącząca wymagające istnienia Boga dantejskie piekło i brak Boga. Natan, mogę go tak nazywać, jest niczym z innej planety nie tylko dlatego, że przeszedł przez dantejskie piekło. Jest taki także dzięki przeżyciu normalnego, szczęśliwego, rodzinnego, w pełni obywatelskiego życia w kraju zbudowanym na odrzuceniu losu innego niż walka, takiego jak umknięcie Zagładzie bądź ulegnięcie jej. Mowa o kraju, w którym do czasu procesu Eichmanna nie chciano słuchać o byciu ofiarą czegokolwiek. W Izraelu było tylko dwóch ocalałych z Zagłady sędziów na urzędach, Natan Kleinberger i Moshe Bejski – uratowany dzięki Schindlerowi. Koledzy sędziowie w większości nie znali przeszłości Natana Kleinbergera. Karierę skończył na prezesurze sądu okręgowego. Nie wspiął się do Sądu Najwyższego, co by pasowało – jemu do ukoronowania drogi zawodowej, mnie – do ukoronowania jego historii. Jak powiedział, praca na stanowiskach, zwłaszcza przy jego niedomaganiu cielesnemu,  „nie byłaby możliwa bez bardzo dobrej żony”. Jego żonie Heli, jednej z dwóch wojowniczek czynnie walczących w I wojnie izraelsko-arabskiej w siłach specjalnych Palmach, poświęcono trzecią część pewnego podręcznika szkolnego. Uczyły się z niego w szkole między innymi dzieci Heli i Natana, Rami i Miriam. Chciałbym przeczytać ten tekst w tłumaczeniu z hebrajskiego, pewnie też zamieścimy go na naszej stronie internetowej. Natan nie powiedział Heli, żeby nie walczyła, a mógł. Walczyła, bo, jak mówi, „myślała, że tak trzeba”, bo chciała pokazać, że wcześniej, podczas wojny w Europie nie walczyła nie z tchórzostwa, lecz z braku możliwości. Walczyła, mimo że w obozie w Bergen-Belsen zaraz po wyzwoleniu nie wzięła udziału w kamienowaniu przez byłych więźniów jednego ze strażników. Kiedy odwiedziła Polskę jedyny raz po wojnie w 1995 roku, w rodzinnym Oświęcimiu ktoś rzucił w nią kamieniem.

Tym razem Natan zaczął swą opowieść od przedwojennego i wojennego negatywnego stosunku Polaków do Żydów w Wieliczce, jakby widząc w nas, niekoniecznie słusznie, szukających historii o dawnej Polsce, stanowiącej arytmetycznie niewiele czasu z jego życia. Ogólna atmosfera zmieniła się po śmierci Piłsudskiego, Rydz-Śmigły i Beck okazali się antysemitami. W Wieliczce Żydów nie lubiano, bito, bojkotowano w handlu, nie kolegowano się i nie bawiono z nimi, nie grano z nimi w piłkę, nie zapraszano ich do domu. Można było usłyszeć od Polaka, że „woli złego Niemca niż dobrego Żyda”. Z Krakowa przyjeżdżali studenci, by przeszkadzać Polakom wchodzić do sklepów należących do Żydów. W pobliskim Gdowie urządzono jednej z rodzin żydowskich ponad rok przed wybuchem wojny „mały pogrom”, to znaczy zabito kilkoro z jej członków. Po tym wydarzeniu część Żydów z Gdowa przeprowadziła się do Wieliczki, wśród nich rodzina Küchlerów, która w nowym miejscu zaczęła prowadzić sklep cukierniczy w „Sukiennicach” – tak nazywano sklep z arkadami mieszczący się przy ulicy Słowackiego. Mimo atmosfery, a może dzięki niej, Natan wychowywał się czule w kręgu rodzinnym. Mama grywała w domu na pianinie. Z zębem do wyrwania brała go do specjalistów w szpitalu Bonifratrów w Krakowie. Na przeziębienie babcia przynosiła pomarańczę ze sklepu spożywczego należącego do niejakiego Flachsa. Bywał często w Krakowie, ale także w Podłężu u ciotki i w Sosnowcu, gdzie wujek miał fabryczkę szabaśników.

Natan ma ciągle różne nieuregulowane sprawy w Polsce, której nie uznaje za swój kraj. Z tych majątkowych Polska jest mu winna nieruchomość, należącą mu się jako jedynemu ocalałemu spadkobiercy po jego dziadku Einhornie, a przekazaną po wojnie przez nieskrupulatny sąd komuś, kto podszył się pod członka rodziny, używając nazwiska „Einchorn” i ją natychmiast sprzedał komuś innemu, kupującemu prawdopodobnie w dobrej wierze. Syn Natana, Rami, współwłaściciel jednej z największych kancelarii prawnych w Izraelu, deklaruje zajęcie się roszczeniem, jeśli tylko ojciec się na to zdecyduje. Ale Natan, rocznik 1929, mówi z chłopięcą nutą, podkrakowskim zaciągiem i nie bardzo żydowskim akcentem, po polsku: „Nie zależy mi na pieniądzach, ja bym chciał ten ogródek, w którym się bawiłem jako chłopiec. Dziadek go lubił, poprawiał parkan, kręcił się między drzewami, sprzedawał trawę na siano”. Rami jest chyba skłonny zmienić ogólnie nienajlepszy stosunek do Polski, na przykład wyrobić sobie paszport polski, tylko za sprawą Natana, który ten stosunek synowi wpoił.

Rodzina B. z Wieliczki, nie wymienię jej pełnego nazwiska, bo ono występuje w mieście, jest Natanowi nadal winna pieniądze, które jego matka Maria Kleinberger zostawiła na przechowanie pani B. w przeddzień wypędzenia czy wręcz brutalnego wyrwania, wykorzenienia – co nawet sami zainteresowani do dziś bezrefleksyjnie nazywają „wysiedleniem” – rodziny Kleinbergerów z Wieliczki, kilkoro do Bełżca na śmierć, dwójkę do Stalowej Woli do obozu pracy. Ale ani Natan, ani rodzina B. nie myślą o tym w ten sposób, jeśli w ogóle. We wspomnianych wyżej Żydach Wieliczki i Klasna  Natan mówi o ostatniej nocy:

Tej nocy z 26 na 27 prawie nie spaliśmy, przygotowywaliśmy te paczki, zastanawialiśmy się co wziąć, co zostawić, czy można spróbować jeszcze jakiś prowiant na drogę, wydać ostatnie grosze. Mamusia wzięła pieniądze i zostawiła u Polaków, u rodziny B. 

Tylko on i jego brat Zygmunt uratowali się przed Bełżcem dzięki temu, że wzięto ich do obozu, z którego uciekli:

Pierwszym miejscem, które nam przyszło do głowy, była Wieliczka i pani B., chcieliśmy się jak najszybciej dowiedzieć, czy może chociaż najmłodszemu bratu udało się wyskoczyć z pociągu, ale niestety. Chcieliśmy też ją poprosić o pieniądze, które zostawiła mama, ponieważ nie mieliśmy co jeść. Na miejsce doszliśmy wieczorem, pani B. nas przyjęła, dała coś zjeść, ale kiedy zażądaliśmy pieniędzy, odpowiedziała, że potrzebny jest podpis matki i odmówiła. Dostaliśmy pół chleba i mieliśmy więcej nie przychodzić, gdyż ona bardzo ryzykuje. Zdecydowaliśmy się wracać do Krakowa, szliśmy polami, niedaleko od szosy.

Kleinbergerowie zdeponowali u pani B. pieniądze, które pozostały im po wcześniejszej sprzedaży połowy domu tejże pani. Sprzedając nieruchomości i ruchomości Polakom po cenach zapewne mniej lub bardziej wymuszonych, Żydzi zdobywali środki do płacenia tym samym Polakom za przeżycie. Jak potoczyłby się los rodziny Kleinbergerów, składającej się z babki, dziadka, matki z dwojgiem młodszych dzieci oraz dwóch samodzielnych młodzieńców, gdyby nie możliwość uzyskania pieniędzy ze sprzedaży majątku? Czy przy braku tych środków rozdzieliliby się wcześniej i inaczej niż tragicznego 27 sierpnia na słabszą piątkę, przeznaczoną przez Niemców od razu na wymordowanie, i na silniejszą dwójkę zdolną przeżyć? Może brak środków zmusiłby ich do wcześniejszego rozdzielenia się i najsilniejsza dwójka  przeżyłaby wojnę, a nie jeden Natan? A może w takim wypadku nie przeżyłby żaden? A jak potoczyłby się los obu młodzieńców po ucieczce ze Stalowej Woli, gdyby pani B. wypłaciła im depozyt lub pomogła w większym zakresie? Czy można i wolno dywagować, że gdyby ci wszyscy ludzie postąpili według innych zasad, losy Kleinbergerów potoczyłyby się inaczej? Sam Natan wskazuje na to, że na losie jego i brata Zygmunta zaważyło negatywnie wysłanie ich z baraku na wielickich Zadorach do obozu w Stalowej Woli. Ci, których wysłano w tych samych okolicznościach do krakowskiego Kabla mieli o wiele lepszy start w niewoli niemieckiej.

Zygmunt Kleinberger, urodzony w roku 1922, zginął 17 marca 1945 roku w obozie we Flößbergu, zakatowany na oczach Natana przez niemieckiego Lagerältestera. Brakło mu półtora miesiąca do wyzwolenia. Wcześniej w czasie wojny starczało mu energii i inicjatywy, by wielokrotnie ratować od śmierci siebie i innych, w tym młodszego Nahana. Zygmunt uciekł przed Niemcami we wrześniu 1939 roku pod rosyjską granicę, ale po około roku wrócił do rodziny. Pracował jako goniec w Judenracie wielickim tak samo jak Ryszard Lax. Zygmunt nie żyje już tak długo. W styczniu 2014 roku, goszcząc w domu państwa Zofii i Izaaka Birnbaumów w Hajfie, zagadujemy pana Izaaka, rocznik 1922, o brata Natana: „Zygmunt Kleinberger! O, chodziłem z nim do szkoły, był bardzo dobrym kolegą i świetnie się uczył”.

Gdyby nie takie transakcje, jak ta Kleinbergerów z panią B., przedstawiająca w złym świetle tę ostatnią na pierwszy rzut oka, przeżyłoby jeszcze mniej Żydów. Niemcy stopniowo odmawiali Żydom w Polsce praw człowieka, ale do końca nie zakazali im wymuszonej sprzedaży majątku Polakom. Czy świadczy to o ich pośpiechu i braku planu wobec majątku żydowskiego, skoro Generalne Gubernatorstwo konfiskowało go po dokonaniu Zagłady? Gdyby taki zakaz miał miejsce przed rokiem 1942, skala późniejszych konfiskat niemieckich mogłaby być większa. Niemcy nie zakazali także Polakom kupowania majątku od Żydów, mimo że mogło to wzmocnić jednych i drugich: Polaków przez łatwe wzbogacenie się, Żydów przez uzyskanie środków niezbędnych do przeżycia.

Po wojnie Natan nigdy nie był i nie będzie w Niemczech, tylko raz w życiu rozmawiał z Niemcem z konieczności służbowej, formalnie i tyle ile musiał. Odrzucił także odszkodowanie wojenne od Niemców i dziś postąpiłby tak samo. „W moich oczach nic ich nie oczyści, tylko oni mogli zakończyć wojnę”. Hela zdecydowała się wziąć odszkodowanie od Niemców, którzy z właściwą im, nieustającą w żadnych okolicznościach skrupulatnością, zredukowali je do 20% ze względu na to, że nie poddała się badaniom lekarskim.

Natan waha się od dłuższego czasu, czy operować bardzo słabnące prawe oko, które mu służy jako jedyne od 1948 roku, kiedy na terenie klasztoru Mar Elias w jego rękach wybuchła mina, zabierając mu obie ręce do przedramion i lewe oko. Stwierdza rzeczowo i niemal żartobliwie: „Statystycznie 98% takich operacji oka się udaje, ale ja się boję o te dwa procent. Podczas wojny też 96% min było bezpiecznych (dla sapera – WŻ), ale ja dostałem jedną śród tych 4%”. O tej samej godzinie w nocy, o której nastąpił wybuch, budził się przerażony jeszcze przez wiele lat.

Natan i Hela porzucili język polski na zawsze na rzecz hebrajskiego niedługo po przybyciu do Palestyny w 1945 roku. Po tym, jak od sierpnia 1942 roku do wyzwolenia z obozu „nie widział fragmentu zadrukowanego papieru”, Natan czytał jeszcze przez około rok polskie książki, potem hebrajskie. Zresztą, jak wspomina Zofia Birnbaum, w tamtych czasach „nie było przyjęte mówić po polsku”. Kiedy Natan i Hela nie chcieli, by dzieci rozumiały ich rozmowę, przechodzili na angielski, nigdy na polski. Ale ostatnio Natan wspomniał, że żałują, iż nie nauczyli swych dzieci języka polskiego. Raczej nie powiedział tego dla mojej przyjemności czy satysfakcji. Podczas naszych ostatnich rozmów polszczyzna Natana znacznie się poprawiła w porównaniu do naszej pierwszej rozmowy telefonicznej w 2008 roku. Nawet zacytował z pamięci „LitwoOjczyzno moja! ty jesteś jak zdrowie; Ile cię trzeba cenić, ten tylko się dowie, Kto cię stracił”. Nie zapytałem, czy traktuje Polskę jako kraj, który stracił, czego chciałbym, czy może myśli tak o Izraelu, którego nie stracił i nie straci.

Podczas kolacji pożegnalnej w przytulnej i serwującej bardzo smaczne dania restauracji włoskiej w Tel Avivie, na którą przyszły wszystkie trzy żyjące pokolenia Kleinbergerów i wszystkie dwa żyjące pokolenia Żyznowskich, idę zawczasu do właściciela restauracji potwierdzić, że goszczeni i częstowani od początku naszej wizyty przez Kleinbergerów, tym razem my zapłacimy. Na co on: „Rodzina Kleinbergerów to nasi klienci od 25 lat. Sam rozumiesz, że muszą się na to zgodzić”. Jedna restauracja przez 25 lat, widać Kleinbergerowie nie zmieniają tego, czego nie muszą.

Wiesław Żyznowski

L1000357

Natan, pokazując ten wycinek z gazety: „Zrobili nas bohaterami”.

L1000363 copy

Hela i Natan w swoim domu w Tel Avivie.

Zapisany w: Bez kategorii.

5 komentarzy

  1. Napisany przez wiesław:

    Moral- Hypothese verlieh dem Menschen einen absoluten Werth, im Gegensatz zu seiner Kleinheit und Zufaelligkeit im Strom des Werdens und Vergehens.

    02/02/2014 @ 20:09
  2. Napisany przez Ula:

    Jak dużo znaczy właśnie czy podnosimy na drugiego panoszące się wokół nas „kamienie” (abstrahując od tego, jak tłumaczymy sobie prawo do tego podnoszenia!!!), czy nie!
    Kto jest silniejszy: ten podnoszący czy ten odmawiający podniesienia.
    Dlaczego ci odmawiający, są w efekcie często zmuszani do udowadniania, że są „COŚ” warci, podczas gdy ci podnoszący …

    05/02/2014 @ 19:50
  3. Napisany przez Δωροθέα:

    SOMEONE’S NEED TO PROVE YOURSELF IS OPPOSITE FROM ENTITLEMENT. (Czyjas potrzeba do udowadniania siebie samego stoi w przeciwnosci do naleznosci)

    Natomiast z rzucaniem kamieniami to trzeba byc ostroznym aby przypadkiem nie wyrzucic kamienia, ktory jest kamieniem wegielnym lub czescia glowicy wegla. Po rzuceniu tym kamieniem “COS” mozna osiagnac tymczasowo ale docelowo (po czasie) budowla sie napewno rozsypie. Budowle mozna wszelkimi ludzkimi silami bronic przed rozsypaniem ale sily naturalne i fizyczne beda przeciwne podtrzymywaniu. Kamien wegielny czesto jest niepozorny i malo sie rozni od zwyklych kamieni (stad latwo go przeoczyc). Jego glowna zaleta jest pozycja fundamentalna i strategiczna (w czasie i przestrzeni). Gdziekolwiek i kiedykolwiek czlowiek musi dzialac w sprzeciwie z natura koszt tej dzialalnosci jest wysoki. Bywa nawet za wysoki.

    06/02/2014 @ 16:22
  4. Napisany przez wiesław:

    Δωροθέα, ciekawe.

    06/02/2014 @ 18:23
  5. Napisany przez Ula:

    Kamień, którym da się rzucić lub który da się wyrzucić, na pewno nie jest już kamieniem węgielnym – nawet jeśli nim kiedyś był (każdy dobry budowniczy o tym wie). Kamień węgielny jest „nie do ruszenia” i nie da się go pomylić z innymi kamieniami do rzucania – jest stabilny i umocowany, opiera się RZUCACZOM :). Jeśli jakiś kamień można sobie ot tak wziąć lub wyjąć – to jest to już po prostu kamień, jakich wiele (a nie żaden kamień węgielny).

    Skoro o kamieniach węgielnych: jeśli długo wybierasz i szukasz tego najlepszego kamienia węgielnego na budowlę swego życia (może jedną z iluś tam budowli), aż w końcu zdecydujesz się na któryś i wybudujesz na nim tę budowlę, ale ciągle będziesz się zastanawiać, czy na pewno wybrałeś/łaś najlepszy z możliwych kamieni i będziesz go ciągle poddawać próbom po wybudowaniu na nim budowli: czy na pewno jest odporny na powódź, czy na pewno jest odporny na pożar, czy na pewno nie rozpadnie się pod uderzeniem zwykłego młota, czy na pewno nie rozpadnie się pod uderzeniem młota pneumatycznego, czy na pewno nie da się go rozwiercić, czy na pewno nie da się go wzruszyć, czy na pewno nie da się go zmiażdżyć, czy na pewno …, i przeprowadzisz na nim te wszystkie najróżniejsze próby i zabraknie ci już pomysłów na kolejne, a próby te nie były konieczne dla kamienia, który ma utrzymać tę budowlę (a jeśli były potrzebne to zdecydowanie powinieneś/naś je przeprowadzić przed wybudowaniem budowli), to jak myślisz: dlaczego budowla może się zawalić?

    Hela Kleinberger, jako jedyna ze swojej najbliższej rodziny przeżyła Zagładę, po zakończeniu wojny NIE PODNIOSŁA KAMIENIA NA SWEGO OPRAWCĘ (będącego w tamtym momencie również uosobieniem mordercy CAŁEJ jej najbliższej rodziny), a w swoim kraju musiała w otwartej walce z bronią w ręku, narażając życie po przeżyciu Zagłady, udowadniać, że nie jest tchórzem, że jest „COŚ” warta – nie dlatego, że chciała tego dla własnej potrzeby, ale dlatego, żeby dać odczuć, że w świecie, gdzie rządzi taka hierarchia wartości, jej życie nie musi się prosić o „przeżycie” i że złożenie go w ofierze nie spowoduje dla niej wobec wszystkiego co się stało dużej straty.

    07/02/2014 @ 20:41

Napisz komentarz

*