Profesor Uri Shmueli nie mógł przyjechać na wystawę poświęconą Żydom wielickim – suplement do materiałów na jego temat zawartych w „Żydach Wieliczki i Klasna”

Napisany 28/08/2014

P1010386 copyPrzez cały lipiec tego roku można było obejrzeć w Stradomskim Centrum Dialogu wystawę poświęconą Żydom z Wieliczki. Mieszkający w Izraelu Uri Shmueli i Natan Kleinberger chcieli tej wystawy, wspierali ją, nasze wydawnictwo ją przygotowało, Centrum udostępniło swoje podwoje, władze Wieliczki i Powiatu objęły honorowym patronatem i dofinansowały, Dziennik Polski objął patronatem medialnym. Pan Uri obiecał w 2013 roku, że zwyczajnie przyjedzie na otwarcie wystawy i zabierze głos, podobnie jak to zrobił w sierpniu 2012 roku podczas obchodów siedemdziesięciolecia usunięcia z Wieliczki na zawsze Żydów za sprawą Niemców, a wtedy jego wystąpienie okazało się najbardziej znaczące. Tym razem nie udało mu się przyjechać z przyczyny obiektywnej i osobistej zarazem. To była nie pierwsza i nie ostatnia okazja, by urodzony w 1928 roku w Polsce pan Uri udzielił się tutaj publicznie. Zdaje się, na Uniwersytecie Jagiellońskim ma jeszcze niewygłoszony wykład ze swojej dziedziny naukowej.

Urodzony w Krakowie jako Uriel Szmulewicz w inteligenckiej rodzinie żydowskiej o poglądach syjonistycznych, z korzeniami wielickimi od strony matki, od początku uczony języka hebrajskiego w domu i później w szkołach, wychowywany w Krakowie, odwiedzający często Wieliczkę, w wieku czternastu lat na tutejszych łąkach bogucickich przeszedł z rodziną przez segregację na życie i śmierć. W tamten sierpniowy, upalny, wakacyjny dzień jego polscy koledzy z Wieliczki niekoniecznie poświęcali uwagę temu wydarzeniu. Niemieccy zbrodniarze i ich pomocnicy uczynili nastoletniego Uriela na zawsze wieliczaninem Szoa. Stracił wtedy matkę i część dalszych członków rodziny, po czym przeżył getto krakowskie, obozy pracy i koncentracyjne, śmierć ojca, dostał się zaraz po wojnie do Izraela, rozpoczął tam normalne życie, założył rodzinę, która wydała trójkę dzieci, został profesorem chemii i krystalografii na Uniwersytecie w Tel Awiwie i cenionym naukowcem, stał się Izraelczykiem, utożsamił się z tym młodym państwem, jego językiem, losem, przyszłością.

Jego autobiograficzne My memoirs są dostępne w sieci i na stronie naszego wydawnictwa. W Żydach Wieliczki i Klasna 1872-2012, opracowanych przez Urszulę Żyznowską i Annę Krzeczkowską, zamieścił jeszcze kilka innych tekstów.   

Pierwszy raz rozmawiałem z nim, kiedy zatelefonował do mnie po tym, jak się dowiedział od innych Żydów wielickiego pochodzenia, z którymi rozmawiałem wcześniej, że zbieram materiały o Żydach wielickich do moich Wieliczan na opisanych fotografiach, wydanych w 2009 roku. Od razu powiedział, że udostępni zdjęcia, a tekst napisze samodzielnie po polsku, co też uczynił. Od początku zrobił na mnie wrażenie jednej z tych osób, które wymagają sporo od siebie i od innych, przez co dogłębne polubienie ich, mimo że zabiera trochę czasu, okazuje się bardzo owocne. Nasza – wpierw telefoniczna i mailowa – znajomość zaczęła się od jego inicjatywy wobec mnie i naszego wydawnictwa i trwa do dziś, przez ponad pięć lat. Długo byłem ciekaw, jak on wygląda i jak się zachowuje. Kiedy go wreszcie poznałem osobiście, okazał się niewysokim, sprawnym fizycznie i tym bardziej intelektualnie, skromnym w obyciu i ubiorze mężczyzną o wyglądzie Europejczyka z lekką domieszką rysów semickich. Jest on jednym z tego najlepszego sortu ludzi, trwałych i do końca sprawnych, u których długiemu i powolnemu biologicznemu starzeniu się w zasadzie nie towarzyszy starzenie się mentalne i zanikanie aktywności, podobnie do samochodów Rolls-Royce, które mogą jeździć ciągle tak samo i bez końca, jeśli tylko istnieją. Pan Uri zrobił na mnie wrażenie człowieka dbającego kunsztownie o relacje z innymi – z małym dodatkiem galanterii, bardziej już akademickiej niż przedwojennej. To nie jest ktoś, kto się otwiera i ufa drugiemu po krótkiej lub nawet średnio długiej znajomości. To jest raczej ktoś, kto tego najważniejszego nie mówi – być może nikomu. Skądinąd czy ktokolwiek mówi innym to, co dla niego najważniejsze? Jak to akademik, pan Uri przywiązuje dużą wagę do jakości przekazu słownego, tak ustnego, jak pisemnego. Jego ambicją jest wypowiadać się doskonale w językach: hebrajskim, angielskim, polskim i może innych. Kiedy zawitaliśmy z Ulą pierwszy raz do mieszkania pana Uriego i jego towarzyszki życia, pani Magdy Leuchter, na drzwiach wejściowych widniała tymczasowa wizytówka z ich nazwiskami w alfabecie łacińskim, zasłaniająca słowa języka hebrajskiego, którego alfabetu nie zdążyliśmy się nauczyć. Kiedy mieliśmy wspólnie jechać pociągiem do innego miasta, pan Uri czekał na nas na dworcu z kupionymi wcześniej biletami, mimo że w Izraelu praktycznie wszyscy mówią po angielsku. Wszędzie w Izraelu starał się nam towarzyszyć osobiście lub aranżował inne osoby do asysty. Na maile odpowiada najpóźniej na drugi dzień, zawsze wyczerpująco, z uwzględnieniem wypowiedzianych i niewypowiedzianych potrzeb i życzeń adresata. Pan Uri zachowuje się jak przedwojenny inteligent polski czystej wody – jak sobie wyobrażam ten typ, co jest być może tożsame ze stylem bycia powojennego inteligenta izraelskiego.

Jego rozległą pomoc w powstawaniu Żydów Wieliczki i Klasna 1872-2012. Teksty i fotografie opisaliśmy z moją żoną Urszulą Żyznowską we wstępie do tej książki w ten sposób:

Profesor Uri Shmueli w wieku młodzieńczym ocalał z Zagłady w Wieliczce. Mieszka i pracuje w Izraelu. Jest współautorem i współtłumaczem niniejszej antologii. Przez cały okres prac nad nią był w stałym kontakcie z naszą redakcją. Oddał do druku własne teksty. Przetłumaczył wybrane przez siebie teksty hebrajskie. Miał wpływ na zawartość książki. Był naszym konsultantem w kwestii znaczenia słów hebrajskich, kultury i obrzędów żydowskich. Pomógł nam dotrzeć do wielu osób mieszkających w Izraelu i innych krajach, którym rekomendował nasz projekt i które wiele do niego wniosły. Odnalazł wnuczki Moszego Klinghofera i skontaktował się z nimi. Zdobył skany zdjęć wielickich Żydów z 1902 i 1915 roku. Nie rezygnował w trudnych momentach. Zachęcał nas w różny sposób, na przykład słowami: „To co robicie my nazywamy po hebrajsku «świętą pracą». Jeżeli mogę być w tym pomocnym, zrobię to bardzo chętnie i bezinteresownie!”. Podjął się wielu niezbędnych czynności technicznych i organizacyjnych, których wykonanie w Polsce byłoby trudne lub niemożliwe. Przyjął nas życzliwie w swoim kraju, cierpliwie tłumaczył meandry stosunków żydowsko-polskich, uprzejmie pokazywał, jak funkcjonuje państwo izraelskie, oprowadzał po nim, pomagał w wielu różnych sytuacjach. Jest jednym z zaangażowanych inicjatorów upamiętnienia w postaci tablicy wydarzeń w Wieliczce z 27 sierpnia 1942 roku, przez które osobiście przeszedł.   

Oficjalna i dobrze odebrana w Wieliczce premiera książki nastąpiła w czasie wspomnianej wyżej siedemdziesiątej rocznicy. Kiedy na następny dzień zapytałem pana Uriego, co dalej po Żydach Wieliczki i Klasna, on filozoficznie dał odpowiedź znajdującą się w pytaniu: „Dalej opisywać Żydów, tym razem pobliskich Wieliczce”. Odpowiedział raczej w duchu „żniwo wielkie, a robotników mało”, ale ja podejrzewałbym go także o życzliwość względem naszego skromnego niszowego wydawnictwa, które, co tu mówić, dzięki Żydom Wieliczki i Klasna znacząco powiększyło krąg swych czytelników. Nasza wydawnicza stała chęć rozszerzania utrwalonych historii wielickich miesza się teraz z wdzięcznością wobec żyjących przedwojennych Żydów wielickich za ich przyjazną reakcję na nasze zainteresowanie nimi.

Na rozmowach z Urim Schmuelim spędziłem trochę czasu. Po kolei oswajał mnie z wybranymi pierwiastkami swego życiorysu pozostawiającymi ślady w jego osobowości, będącymi zrazu w moich oczach niczym z innej planety.

Pan Uri opowiadał o nasyconych Żydami, przedwojennych Krakowie i Wieliczce z perspektywy młodego Żyda o umyśle, który umożliwił mu zapamiętanie wielu rzeczy. W jego przywołanych wyżej wspomnieniach dominuje z początku perspektywa człowieka, który za młodu utożsamiał się w dość dużym stopniu z miejscem swojego urodzenia i życia, mimo syjonizmu w rodzinie i dającej się we znaki antyżydowskości w otoczeniu. W końcu autor aż dwa rozdziały tytułuje: „raj głupców” (The fool’s paradise), nazywając tak przedwojenną i wojenną Polskę, z której Żydzi nie uciekli, włącznie z tymi, którzy byli w stanie, ku swojemu tragicznemu losowi. Ale było nie było, „raj głupców” to też raj określonej – a może nawet wszelkiej – kategorii. Spisanych wspomnień przedwojennych polskich Żydów jest niemało, ale w przeciwieństwie do większości z nich, pan Uri nie jest dla mnie anonimowy. No i pamięta on z perspektywy młodego Żyda nie tylko przedwojenny Kraków – siłą rzeczy pamiętany przez wielu Żydów – ale i przedwojenną Wieliczkę – a to już o wiele rzadsze, a mnie nawet bliższe z racji pochodzenia mojej rodziny. We wspomnieniowych tekstach pana Uriego, zresztą także w jego zwykłych, codziennych wypowiedziach, nie brakuje ironii wskazującej na dystans, a ten, jak wiadomo, „jest duszą piękna”. Wśród sześciu tytułów rozdziałów wspomnień tego ocalałego z Szoa doliczam się czterech o wydźwięku ironicznym.

Uri Shmueli jako Żyd ocalały z Szoa w pewnym sensie znalazł się pośród innych ocalałych na szczycie ludzkości. Musi to satysfakcjonować każdego, kto z nim obcuje, na pewno tak jest w moim przypadku. W przeciwieństwie do równych sobie na zawsze Żydów wymordowanych w Szoa Uri Shmueli zajął na wieki miejsce w hierarchii ocalałych. W książce Sprawcy, Ofiary, Świadkowie. Zagłada Żydów 1933-1945, w rozdziale zatytułowanym „Ocalali”, światowy autorytet w przedmiocie, Raul Hilberg, pisze:

Po wojnie nie wypracowano ścisłej i niepodważalnej definicji pojęcia „ocalały Żyd”, ponieważ nie miało ono ściśle określonych granic. Mimo to istnieje wyraźna hierarchia Żydów żyjących pod panowaniem nazistowskim w czasie wojny. O miejscu w tej hierarchii decydowały stopień ryzyka i rozmiary cierpienia. Członkowie społeczności, której nie dotknęły prześladowania, jak również osoby mieszkające do końca wojny we własnych domach nie są w ogóle uważani za ocalałych. Na drugim biegunie ukrywający się w lasach i byli więźniowe to ocalali par excellence.

Myśl o tym, by na szczycie hierarchii postawić osoby, które wcześniej znalazły się na dnie, to coś więcej niż zadośćuczynienie. Przyczyną swoistego awansu jest ich szczególna wiedza. Wspominali o niej często sami ocalali, używając takich określeń, jak „planeta Auschwitz” bądź zdań typu: „Kto tam nie był, nie potrafi sobie wyobrazić, jak to jest”. Rzecz jasna, oni „tam” byli, co odróżniało ich od tych, którzy nie zaznali tego losu. Osoby z zewnątrz nie są w stanie pokonać tej bariery i nigdy nie będą w stanie zrozumieć, co tamci przeżyli.

Poznałem hierarchię ocalałych Żydów wielickich od nich samych. Poznałem ludzi, którzy osobiście doświadczyli krańców człowieczeństwa – Jaspers powiedziałby: „sytuacji granicznych”. Poznanie tych ludzi i ich niepisanej hierarchii to jedno z moich większych doznań duchowych w życiu. Uri Shmueli znajduje się w tej hierarchii wysoko, ale nie najwyżej. Szerzej można o tym czytać we wspomnianym wcześniej Wstępie do Żydów Wieliczki i Klasna. Uznaję za dziecinne moje pytania do pana Uriego na temat planety Szoa. Wreszcie powiedział mi w pociągu z Hajfy do Tel Awiwu: „Ja to już mam za sobą”. Zbył  mnie, zadeklarował przezwyciężenie – ale czego, poświadczył przezwyciężenie – czego? Nawet gdyby on tego chciał, nikt nie zgodzi się na opuszczenie przez niego hierarchii ocalałych, bo nikt nie chce, żeby było aż tak pesymistycznie. Gdyby człowiek, który w obrębie swojego jednego życia dotknął krańców, mógł zdążyć się od nich uwolnić, to jest nabrać obojętności, czy miały miejsce, czy nie miały, to by chyba znaczyło możliwość zamknięcia przez człowieka w ciągu swojego życia wszelkich spraw. A przecież większość ludzi skłania się ku różnym sensom wykraczającym poza bieg ich życia, a co dopiero takim sensom. Homerowym cieniom w krainie zmarłych pozostały najważniejsze emocje z ich ziemskiego życia i żyjący ludzie mogli mieć kontakt z tymi emocjami, jakkolwiek utrudniony.

Kiedy jako Żyd urodzony w Polsce Uriel Szmulewicz żył tu z rodziną przed wojną, był polskim Żydem, jakkolwiek nie mam pewności, czy oni tak o sobie wówczas myśleli, tak sami siebie nazywali, i jak on obecnie o tym myśli. Teraz o Urim Shmueli nie można już chyba powiedzieć, że jest polskim Żydem, lecz urodzonym w Polsce Żydem, obywatelem państwa Izrael, Izraelczykiem. Porównuję statusy jednego człowieka, które dzieli niemal 70 lat, bo już tyle czasu pan Uri nie przebywa na stałe w Polsce i Europie, lecz w Palestynie i Izraelu. Wiem, że na moje wydumane historie alternatywne co do niego i innych osób o podobnej drodze życiowej patrzy on z dużym przymrużeniem oka. On sobie raczej nie wyobraża, że zostałby w Polsce. Jako ojciec rodziny, rzetelny obywatel i naukowiec z osiągnięciami, Uri Shmueli dołożył się osobiście do krzepnięcia i rozwoju państwa Izrael. Jest z tego zadowolony i dumny, rozmawiałem z nim o tym. Jest przekonany, że złożony w darze nowemu państwu życiowy wysiłek jego pokolenia i następnych ma wartość i sens. Wszelako to jedna powojenna droga życiowa Żydów polskich – tych, którzy z Izraela nigdy nie wrócą do Polski, podobnie jak ich rodziny. Jako mający korzenie polskie najwyżej upomną się o paszport polski, co już jest jakimś pozytywnym kontaktem ze starym krajem. Inną drogę obrali tacy Żydzi polscy, jak Marek Edelman, który został w Polsce do końca życia, mimo wielu niesprzyjających okoliczności, które mu ten kraj serwował. Nie znam wypowiedzi Edelmana, z jakich pobudek został w Polsce, na pewno skłaniał się ku ideologii Bundu, który miał taką postawę w programie. Z perspektywy Izraela Uri Shmueli postąpił korzystnie, wygląda na to, że z jego własnej – podobnie, z tej polskiej – raczej nie. Polska straciła cennego człowieka i jego potomków i niczego się nie nauczyła na takich przypadkach, przecież nadal traci utalentowanych ludzi. Więc gdyby Uri Shmueli wytrwał konserwatywnie w Polsce, ta skorzystałaby na tym, ale pewnie by tego nie doceniła, być może nawet nie zauważyłaby. Na tym poziomie ważenia za i przeciw takie trwanie nie za bardzo się broni. Być może jest inaczej na głębszych poziomach, ale na nich ważyć musi sam pan Uri i być może to robi.

Mocodawca Stradomskiego Centrum Dialogu, prof. Aleksander Skotnicki, otwierając na początku lipca 2014 roku wspomnianą wyżej wystawę, pół żartem pół serio wspomniał, że powinna ona objechać Warszawę, może Paryż, i tak dalej, na co ja dodałem, że może także Tel Awiw. Jako wydawnictwo Żyznowski do przeogromnych oceanów historii i kultury wlewamy nasze kropelki aranżacji świadectw. I widzimy sens tego – z fascynacji tymi oceanami i możliwości (egocentrycznego, żeby nie narcystycznego) odbijania samych siebie w ich lustrach, najczęściej pofalowanych, rzadziej gładkich. Uri Shmueli zalicza się do serdecznych przyjaciół naszego przedsięwzięcia. Już bez niego jednego nasza robota byłaby bardziej jałowa i miałka. Oto jawi się sprawiedliwość – ale jakiego pochodzenia? – na  świecie: my tylko trochę pomagamy przy dawaniu świadectw, nie musimy tego robić, bo nasi rodzice lub dziadkowie stali tamtego dnia, w sierpniu 1942 roku, po bezpiecznej stronie. On wie, że musi ciągle dawać świadectwo, bo stał wtedy po śmiertelnie niebezpiecznej stronie.

Oby nigdy nie powiedział ostatniego słowa.

Wiesław Żyznowski

Siercza, 4 sierpnia 2014

 

        

Zapisany w: Bez kategorii.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

*