Jedność domu i gospodyni: Anna Buriak i jej łemkowska chyża

Napisany 11/04/2016

15 lutego 2016 roku, w greckokatolickie święto Matki Bożej Gromnicznej, wyruszyliśmy z Olchowca z moją żoną Urszulą Żyznowską i naszym przyjacielem, olchowianinem z dziada pradziada i da Bóg po prawnuki Janem Buriakiem, by odwiedzić jego stryjenkę (żonę kuzyna ojca) żyjącą w sąsiednich Polanach. Chcieliśmy zobaczyć i sfotografować dom, w którym mieszka, a także lepiej poznać jej rodzinę i ją samą.

Anna Buriak z domu Wasylenko (Wasylenkania) urodziła się w 1922 roku. Mieszkała i nadal mieszka w drewnianej chyży łemkowskiej o numerze 45 (przedtem 48) w Polanach. I tak od dziewięćdziesięciu czterech lat trwa uratowana („zatrzymana”) od zawieruch życiowych i dziejowych jedność miejsca na ziemi, domu i czyjegoś całego długiego życia.

W obrębie naszej fotoreporterskiej trójki podzieliśmy role następująco: Janek Buriak wprowadził i przedstawił nas oraz miał w razie czego podtrzymywać rozmowę, co okazało się zbędne wskutek gościnności gospodarzy, nadzwyczajnej nawet jak na Łemków i Łemkowszczyznę. Ula pytała i notowała. Ja fotografowałem przede wszystkim wnętrze chałupy – zastane, nieprzygotowane.

Rodzice gospodyni Aleksy i Anna w 1921 roku „wpierw wyrychtowali dom, a niedługo potem ją”, jak mówi sama Anna Buriak. Mieli ponadto dwie córki i syna. Ojciec był jednym z zasobniejszych gospodarzy w okolicy, kosztowało go to życie jeszcze w 1939 roku, kiedy żądający kontyngentów żywnościowych Niemcy pobili go ze skutkiem śmiertelnym. Trzeba założyć, że konsekwencji za to nie ponieśli ani oni, ani ich potomkowie. Matkę wywieziono czy wyjechała przymuszona podczas wojny na Ukrainę, skąd nie wróciła, także za to nikt nikomu nie odpłacił do dziś. Anna Buriak uniknęła po wojnie wysiedlenia w ramach akcji „Wisła”, bo akurat wraz z siedmioma innymi osobami wyjechała na Słowację za pracą na drutach, gdzie umyślny zawiadomił ich, że w rodzinnej wsi trwa wysiedlanie. Po powrocie nie zastała nikogo w domu. To przymusowe fizyczne przemieszczanie życiowe ludzi miało jeszcze charakter wojenny – kogo okrążono i złapano, tego brutalnie usuwano z ojcowizny i małej ojczyzny, natomiast nie dbano już później o tych, których nie złapano o czasie.

Po umknięciu atakom nienawistnych władz niemieckich, sowieckich, polskich dwudziestopięcioletnia Anna bez zwłoki w 1947 roku wyszła za mąż za Michała Buriaka, w dwa tygodnie po tym, jak wrócił z robót w Bawarii. Ślubu udzielał ksiądz Jan Wysoczański.  Sama mówi, że „wianek donosiła, a nawet przenosiła”. Młodzi zamówili sobie wspólny portret ślubny, który jednakże do nich nie dotarł. Zwalczające Łemków powojenne władze polskie ją zostawiły w spokoju, ale nie męża, którego zamknęły na pół roku w obozie w Jaworznie. Po wyjściu z obozu siepaccy urzędnicy UB nękali i znęcali się nad nim jako nad „banderowcem”. Małżeństwo postanowiło stworzyć sobie drugi portret ślubny na bazie późniejszej fotografii, na której byli już innymi ludźmi i inaczej wyglądali. Poślubne zdjęcie ślubne zawisło na ścianie w głównej izbie. Swego czasu Michał, mąż Anny, zachodząc do pewnego domu w Polanach zauważył ich pierwszy oryginalny portret wiszący na ścianie jak gdyby nigdy nic, widać ze względów innych niż te, które wydawałyby się jedynymi skłaniającymi do powieszenia na ścianie obrazu tego rodzaju. Wyszła na jaw pomyłka przy przesyłce pocztowej kilka lat wcześniej i nadużycie tego przez fałszywego adresata. Od tej pory w domu Buriaków w jednej izbie wiszą dwa portrety ślubne, „zdjęte z” jednej pary małżeńskiej w odstępie kilku lat. Pierwszy prawdziwy wisi nad łóżkiem Anny (il. 1), drugi na przeciwnej ścianie (il. 2).

L1002911_il.1

il.1

 

L1002914_il.2

il. 2

 

Para spłodziła i wychowała córkę i syna. Maria jest znaną w regionie śpiewającą i tańczącą członkinią łemkowskich zespołów muzycznych. Mieszka z mężem Kazimierzem Serniakiem i matką. Syn Aleksander mieszka poza Polanami.

Jak każda łemkowska chyża, niemal stuletni dom Buriaków składa się z kilku tysięcy elementów, w przeważającej części drewnianych bądź metalowych. Można je podzielić na  pochodzące z czasu powstania domu i nowsze, których jest tak niewiele, że można je wszystkie z grubsza wymienić i uzasadnić ich późniejsze wprowadzenie. Stary piec kuchenny, „kuchnię” – prawdopodobnie „maszczoną lepionkę” z kamienia na glinie – zburzono chyba po wojnie. W jego miejsce postawiono nowy piec kaflowy, równie skomplikowany co poprzedni, grzejący w dwóch izbach mieszkalnych, komórce i sieni, z zawiłymi, zakręcającymi w poziomie kanałami i wieloma drzwiczkami rożnej wielkości o wyrafinowanych zastosowaniach. Żaden piec domowy eksploatowany na okrągło w dzień i czasem nocami nie wytrzyma dłużej niż 25–35 lat. „Elektrykę” zainstalowano w 1964 roku, bo nie robili tego wówczas tylko wierzący w rychły koniec świata, ale i to przez krótki czas. Strzechę zmieniono na eternit w latach 1970, jak przypuszczam, przede wszystkim ze względu na wymogi związane z ubezpieczeniem domu. Okna wymienił i przy okazji powiększył Jan Buriak, tak że odwiedzając ten dom mógł przy okazji swoje dzieło oglądać i osobiście za nie odpowiadać. Stare okna rozlatywały się ze starości po kilkudziesięciu latach pośredniczenia między aurą kuchenną a beskidzką. To samo stało się z drzwiami wejściowymi. Wymieniono także podłogę w komórce, stare deski obróciły się w próchno, być może od wilgoci. Łóżka też są młodsze niż dom, mają po 50–60 lat i wyglądają na dorobkowe małżeństwa Anny i Michała. Zapewne są jeszcze inne rzeczy, które weszły do tego domu później.

Reszta chyży wraz z właścicielką żyją razem już niemal od dziewięćdziesięciu pięciu lat. Ciągle zmieniająca się struktura drewniana i człowiek przeżyli już jasną, zbierająca się w sobie, trzeszczącą młodość, wiecznie dojrzewający, delikatnie patynujący się wiek średni i weszli w mądrą, godną, niemal pomnikową, więc nieco zmurszałą, ale jednak pogodną a nawet wesołą starość, trochę inaczej wyglądającą na pierwszy rzut oka, inaczej po bliższym poznaniu. Ściany chyży zbudowane najpewniej z jodłowych beli – o masywności niedostępnej w regionach o słabszych lasach – od frontu pomalowano tradycyjnie na czarno i niebiesko, od tyłu imponują one żywą barwą naturalnego drewna. Przykryta dachem, zadbana więźba zachowała słuszną postawę. Od strychu służącego do składowania siana i słomy, na który wchodzi się po stopniach konstrukcji biorącej co najlepsze z drabiny i schodów (il. 3), wionie charakterystycznym zapachem. Stajnia emanuje odgłosami, wonią i ciepłem Malwiny, Makówki i Kwiatuli (il. 4). Drewniane szerokie deski podłogowe w sieni i izbach mieszkalnych zdążyły wyszlachetnieć dzięki nieznacznemu wytarciu się miększego miąższu i samoistnemu wyszlifowaniu. Ciemnobrązowa patyna solidnych belek, w tym oznaczonego datą i wschodnim krzyżem sosrębu, i grubych desek sufitu składa się z unoszącej się w górę od niemal stu lat lotnej warstwy pochodzącej z czynności życiowych mieszkańców; pary z płuc, smakowitych zapachów kuchennych, w tym pieczonego chleba, różnych pachnideł, oparów farb używanych do odręcznego zdobienia pisanek, w których specjalizują się mieszkanki tego domu, dymów spod kuchni, dymu z papierosów, wyziewów przypalających się potraw oraz opalania i oprawiania drobiu, wiatru zawiewającego od sieni przy otwartych drzwiach do chałupy (il. 5). W normalnym użytku są tu ciągle meble z roku na rok coraz bardziej zabytkowe. Gospodyni seniorka siedziała skromnie przy stole na błyszczącej żółto od użytkowania, niegdyś rozkładanej do spania na twardym, drewnianej ławie kuchennej, zwanej w tym domu „rozkładaną kanapą”. Szafa i kredens służą dalej, pracowały mniej niż okna i drzwi wyjściowe. Niełatwo wymienić wszystko, co trwa w tym domu od początku.

L1002922_il.3

il. 3

 

L1002956_il.4

il. 4

 

L1002880_il.5

il. 5

W chałupie w Polanach oprócz rzeczy z czasu jej powstania i późniejszego znajduje się jeszcze specjalne miejsce, które można nazwać pozaczasowym – w tym sensie, że zawsze współgra z emocjami Anny Buriak. To urządzony przez nią jej tradycyjny prywatny kącik sypialny w głównej izbie. Stoi tam pokryte poduszkami łóżko, na którym gospodyni śpi. W tym miejscu rodziła także dzieci i przeżyła niejedno. Tu wisi na ścianie makata z rozczulającym rajskim widokiem, wspomniany portret ślubny, obrazki święte (il. 6). Tu unosi się duch tego domu.

L1002869_il.6

il. 6

Jak wszyscy w miarę zdrowi ludzie w jej wieku, Anna Buriak, uważająca się za osobę młodą, oczekiwała od nas, jeszcze młodszych, traktowania jej po rówieśnemu. Popijała żubrówkę i zakąszała jak pozostali. Śpiewała piosenki, przyśpiewki, kolędy łemkowskie, z których jest znana, jak jej córka Maria. Obie wyraziście i przekonująco śpiewają w sąsiadującej z ich domem cerkwi na mszach w obrządku greckokatolickim; dochowują wiary ojców. Całowała nas w lico jak młoda dziewczyna. Stała i pochylała się, oglądając album fotograficzny, jak każdy. Pozowała do zdjęć, jak wprawiona w to zajęcie (il. 7).

L1002891_il.7

il. 7

Anna Buriak mówi, że to niesprawiedliwość, ona żyje tak długo, a inni nie. Jeszcze jedna dobra, choć niesprawiedliwa, rzecz na świecie.

Wiesław Żyznowski

Więcej zdjęć w naszej galerii

Tekst ukaże się w najnowszym wydaniu pisma „Magury”.

 

 

Zapisany w: Bez kategorii.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

*