Grzegorz Kołacz: Czasami trudno się bronić

[inspic=704,,,thumb]

Od dawna frapowało mnie, dlaczego podczas II wojny światowej tak wielu Żydów (polskich) tak często szło na śmierć jak baranki na rzeź. Ów fenomen dość wyczerpująco i skutecznie wyjaśnia Grzegorz Kołacz w swej książce pod tytułem „Czasami trudno się bronić. Uwarunkowania postaw Żydów podczas okupacji hitlerowskiej w Polsce”. Napisał ją jako pracę magisterską – oby wszyscy takie pisali. Jako wprowadzenie powtarzam za autorem (ze s.150) cytat, który on przytacza z książki Calka Perechodnika:
„Uciekli z getta, nic ze sobą nie zabrawszy. W kilka godzin potem przechodził polaną żandarm, zauważył grupę Żydów i kazał im się położyć na ziemi. Padł strzał jeden, drugi, trzeci i karabin nagle odmówił posłuszeństwa. Przekonał się żandarm, że mu zabrakło kul w karabinie. Posłał chłopczyka polskiego na komisariat karczewski, aby mu przyniesiono amunicję, sam zaś usiadł i czekał, będąc zupełnie bezbronnym, nie miał już bowiem ani jednej kuli przy sobie. Cóż zrobili wtedy Żydzi? Czy też rzucili się na niego, by pomścić śmierć swych najbliższych? Czy też sami rzucili się do ucieczki? Nadal leżeli brzuchami do ziemi i czekali, czekali przez przeszło pół godziny na dostarczenie kul, widocznie zbawczych kul”.
Kołacz pisze o wielu, chyba o większości psychicznych, kulturowych i środowiskowych uwarunkowań ludzi przeznaczonych na śmierć. Co równie ważne, duży nacisk kładzie na dynamikę zmian tych uwarunkowań podczas wojny, analizując trzy etapy zaciskania się pętli. Pierwszy to okres od wybuchu wojny do utworzenia gett. Drugi obejmuje czas między początkiem funkcjonowania gett do rozpoczęcia „ostatecznego rozwiązania”. Trzeci dotyczy końca tragedii. O szansie na przeżycie decydował czas uświadomienia sobie realności zagrożenia życia – im wcześniej ono nastąpiło, tym szansa była większa. Niezwykle ważne były kontakty z Polakami skłonnymi pomóc, stan zamożności, wygląd, znajomość polskiego bez naleciałości. Przeniesienie się do getta, mimo że ucieczka z niego wydawała się technicznie dość prosta, pieczętowało los większości mieszkańców. Wrócić na aryjską stronę – żeby się ukrywać bądź żyć jawnie z aryjskimi papierami – było niezwykle trudno. A podczas likwidacji getta uratować się było jeszcze trudniej, tym bardziej w czasie wywózki, czy w samym obozie pracy. Zaś z obozów natychmiastowej zagłady wszystkich uratowanych w Polsce było chyba nie więcej niż kilkanaście, najwyżej kilkadziesiąt osób.
Kołacz nie ucieka od analizy psychiki udręczonych ludzi, podkreśla haniebną rolę szmalcowników i donosicieli – Polaków, zaznacza jak fatalny wpływ na los Żydów miała obojętność sporej części społeczeństwa polskiego. Z drugiej strony cytuje Henryka Schönkera, autora Dotknięcia anioła, który podczas jednej z wizyt w Polsce powiedział: „nie poznałem ani jednego Żyda, który uratował się bez pomocy Polaków”. W książce jest sporo przytoczeń mniej znanych fragmentów źródłowych dotyczących przedmiotu, także tych publikowanych niedawno.
Na marginesie kilku słów o książce Kołacza coś osobistego: Maria Bill- Bajorkowa, autorka bodaj najbardziej wyczerpującego tekstu na temat zagłady Żydów w Wieliczce, napisała, że zaszczuci Żydzi sami się zgłaszali do żandarmerii, by wykonano na nich wyrok. Czasem odsyłano ich, by przyszli następnego dnia. Szli posłusznie – często w kilka osób – około dwóch kilometrów na wielicki kirkut, prowadzeni zazwyczaj przez jednego granatowego policjanta. Nieopodal cmentarza żyje od tamtej pory do dziś małżeństwo naocznych świadków tych zajść. Ofiary stawały bez żadnego oporu nad wykopanym wcześniej rowem, jedna po drugiej.
Czy moje zainteresowanie dziejami Żydów podczas wojny niemieckiej nie może mnie opuścić dlatego, że los mojej rodziny dział się tak blisko ich losu? A raczej: ich poszczególnych losów. Mój Ojciec też bywał świadkiem tamtych, podwielickich wydarzeń. Opowiadał mi, że jako chłopak często oglądał z kolegami te sceny z ukrycia. Pokazywał mi miejsce, gdzie dokładnie się skrywali podczas podglądania. Tak jak ofiary, o których wspomniano wyżej, leżeli brzuchami do ziemi za miedzą i obserwowali. Było to dość daleko od miejsca zbrodni, dalej niż miejsce, gdzie stoi dom wspomnianej pary. Mam wrażenie, jestem niemal pewien, że gdyby im coś zagroziło, uciekaliby co sił w nogach. Mieliby gdzie, nie tak jak tamci. Nie zapytałem Ojca, w jaki sposób dowiadywali się, kiedy mogło dochodzić do egzekucji. Czyżby oglądali je przypadkowo, przecież chyba nie czekali na nie całymi dniami? Nie potrafię wyrazić, jakie emocje towarzyszyły współczuciu na jego twarzy, kiedy o tym mówił po 60 latach. Nie był to tylko żal, że nie można było im pomóc, ani też tylko zdziwienie, że tak właśnie się działo. Ojciec jakby sobie samemu przytakiwał: „Widzisz, jaki ich spotkał los, akurat ich”.
Często obchodzę te miejsca z moimi synami, na razie nie mówię im wiele, bo są za mali.
(WŻ)

G. Kołacz, Czasami trudno się bronić. Uwarunkowania postaw Żydów podczas okupacji hitlerowskiej w Polsce, Warszawa 2009.