Bogusław Krasnowolski: Brzegi i Grabie. Małe ojczyzny.

LUDNOŚĆ, WARUNKI ŻYCIA, KRAJOBRAZ

Położenie obu wsi jest wielce niekorzystne. Płaski teren na prawym brzegu Wisły jest wiecznie nękany powodziami. Częste niegdyś zmiany koryt rzeki – następujące w przeszłości po największych wylewach – dokumentują liczne starorzecza, będące do dziś znamiennym tutaj rysem naturalnego ukształtowania płaskiego, łęgowego terenu. Nadbrzeżne, zalewane podczas powodzi wiklinowe zarośla, olszynowe i grabinowe zagajniki, okazalsze, rosnące nad brzegami rzeki dęby, stawy w meandrach starorzeczy – tak przedstawiał się od najdawniejszych czasów tutejszy krajobraz, którego znaczne enklawy przetrwały do dziś.
[inspic=86,right,180]
Pamięć tego naturalnego krajobrazu utrwalona została w nazwach obu wsi: Grabia (od owej nadbrzeżnej Grabiny) i Brzegów (od brzegów Wisły i jej starorzeczy)[1]. Dębina porastała – zapewne dość gęsto – brzeg Wisły koło Pleszowa. Źródła średniowieczne[2] zdają się ukazywać ewolucję tej nazwy od określenia czysto topograficznego w dokumencie z 1375 r. (litus hereditatis Pleszów – czyli brzeg dziedzictwa Pleszów), po Pleszowskybrzeg (1400), Brzeg circa Pleszów (1408) względnie Brzeg Pleszowski (1423). W tym kontekście zaskakująca zdaje się być starsza o przeszło stulecie wzmianka o Brzegach, zawarta w dokumencie Bolesława Wstydliwego z 1250 r., w którym książę zezwolił właścicielowi tutejszych dóbr, przedstawicielowi możnego rodu rycerzy herbu Gryf, Klemensowi synowi Sulisława, na łowienie bobrów w Wiśle i to po obu stronach rzeki, a mianowicie w Branicach, Ruszczy i w Brzegach[3]. Jeśli chodzi tu o „nasze” Brzegi, to odrębność tej miejscowości względem położonego po przeciwnej stronie Wisły Pleszowa miałaby bardzo wczesną tradycję. Wspomniany dokument z 1375 r., dotyczący zabezpieczenia pożyczki, jakiej klasztor cystersów w Mogile udzielił ówczesnemu kasztelanowi wojnickiemu Imramowi synowi Zawiszy, mówi o zamieszkałych tu sześciu rybakach oraz o dochodach pochodzących ze zbiorów żołędzi. Żołędzie i dęby porastające dwie łąki nad brzegiem Wisły – określanym jako ripa Visle alias Pleschowsky Brzek – wymienione zostały w 1438 r. jako własność Mikołaja Wierzynka ze Śledziejowic. Dęby cieszyły się tu dużym powodzeniem. Gdy w roku 1421 właściciel Pleszowa Jakub potwierdził, że za długi zastawił swą wieś Brzegi, zezwalając swemu wierzycielowi na pobór drzewa w sąsiadujących z tą wsią lasach, zastrzegł, że nie dotyczy to dębów.
[inspic=94,center,480]Należy zastanowić się, co mogło skłonić ludzi do zamieszkania w warunkach permanentnego zagrożenia i do upartego trwania w tym niegościnnym miejscu? Odpowiedzią zdaje się być splot różnorodnych czynników, z których najważniejsze to wczesna, średniowieczna metryka osadnictwa oraz bliskość silnych, średniowiecznych ośrodków: Krakowa, Wieliczki, Niepołomic. W średniowieczu, przed szerokim rozpowszechnieniem się karczunku lasów w ramach kolonizacji na prawie niemieckim, prowadzonej w Małopolsce w drugiej połowie XIII a zwłaszcza w XIV stuleciu – duże kompleksy leśne absorbowały znaczne ilości wody, co wpływało na znacznie niższe niż w późniejszych okresach stany wód w rzekach. Dopiero od końca XIII wieku nasiliły się w źródłach pisanych informacje o groźnych powodziach (jedna z pierwszych dotyczy wylewu Wisły w rejonie Krakowa w roku 1270), które prawdziwą plagą stały się od końca następnego stulecia. Można zatem przyjąć, że pierwsi kmiecie, osiedlający się w Grabiu, Brzegach i innych nadwiślańskich wioskach, nie mieli świadomości zagrożenia, jakie niesie rzeka, gdyż w owej dobie zapewne „najstarsi ludzie” nie pamiętali żadnych groźnych wylewów. Analogiczne motywy decydowały o rozwoju osadnictwa licznych nadwiślańskich wsi, a nawet miasta Kazimierza.Tworzenie zwartych kompleksów osadniczych wokół silnych ośrodków miejskich było charakterystycznym zjawiskiem w średniowieczu. Lokowany na prawie magdeburskim w 1257 r. Kraków, jego „satelita” Kazimierz (lokacja z roku 1335) oraz pobliska Wieliczka, gdzie lokację (1290) poprzedziło odkrycie soli kamiennej – zachęcały do osadzania najbliższych okolic. Ważnym czynnikiem mógł być szlak, którym transportowano sól wielicką na północ, z przeprawą przez Wisłę nieopodal Brzegów, w miejscowości o charakterystycznej, „topograficznej” nazwie Przewóz.

Rozwojem osadnictwa
zainteresowani musieli być też rycerze – właściciele dóbr ziemskich. Był to potężny w średniowieczu ród Gryfitów, z rodowym centrum po przeciwnej stronie Wisły – w Branicach. Osadnicze prawo niemieckie – a wraz z nim zapewne osadzanie ludności wiejskiej na wymierzonych rolach – zawędrowało do Brzegów i Grabia w XIV i XV wieku, nie pozostawiając tu jednak po sobie – w przeciwieństwie do wsi wyżej położonych i nie niszczonych permanentnie przez wylewy rzek – żadnych pozostałości regularnego rozplanowania. Już w 1315 r. Władysław Łokietek zezwolił właścicielom Pleszowa lokować na prawie średzkim[4] zarówno tę wieś, jak i Brzegi, z czym wiązało się udzielenie immunitetu sądowego[5]. Grabie otrzymałoby prawo niemieckie później: dokument, zezwalający na przeniesienie tej wsi – wraz z Ruszczą i Mikluszowicami – ze zwyczajowego prawa polskiego na niemieckie wystawił w roku 1405 Władysław Jagiełło dla właściciela dóbr, Wierzbięty z Branic[6]. Jest to zarazem najstarsza wzmianka źródłowa o Grabiu.
[inspic=91,center,400] W dziejach Grabia i Brzegów zastanawia przynależność obu wsi – położonych na prawym brzegu Wisły – do kościelnego dekanatu w Proszowicach (wcześniej do dekanatu w Witowie koło Koszyc)[7], utrzymująca się aż do pierwszego rozbioru Polski, kiedy parafia w Grabiu włączona została do dekanatu wielickiego. Dlaczego związek Wieliczką – położoną wszak znacznie bliżej niż Proszowice i Witów – zadekretowany został dopiero w dobie zaborów, niewątpliwie za przyczyną zaborcy? Jedynym logicznym wyjaśnieniem byłyby uwarunkowania topograficzne: tereny Brzegów i Grabia musiały w bardzo odległej przeszłości leżeć na lewym brzegu Wisły. Stąd ich przynależność nie tylko do „lewobrzeżnych” dekanatów, ale i do dóbr rodu Gryfitów z centrum w Branicach, stąd – wyrażające się we wspomnianym, średniowiecznym nazewnictwie – powiązania Brzegów z Pleszowem. Skromne, wczesnośredniowieczne źródła pisane nie pozwalają na ustalenie daty zasadniczej zmiany wiślanego koryta, w wyniku której tereny – dotąd lewobrzeżne – znalazły się na brzegu prawym. Musiało się to stać – przynajmniej odnośnie do Brzegów – przed rokiem 1250, skoro wspomniany dokument Bolesława Wstydliwego, wymieniając Brzegi wraz z Ruszczą i Branicami, mówi jednocześnie o obu brzegach Wisły.
Dlaczego zatem ludność nie starała się stąd emigrować? Zapewne dlatego, że nie miała jak tego dokonać. W dobie gospodarki folwarczno-pańszczyźnianej ludność wiejska była przypisana do ziemi. Jeszcze trwalsza – bo obejmująca też czasy po uwłaszczeniu – była zasada błędnego koła: powtarzające się powodzie rujnowały tutejszych rolników, którzy nie mieli środków finansowych na jakiekolwiek inwestycje przerastające codzienną egzystencję. Wsie tutejsze od zawsze były biedne. W rejestrze podatkowym z 1581 r. wśród mieszkańców Grabia nie wymieniono ani jednego kmiecia czy nawet zagrodnika (a więc właściciela uprawnej ziemi i zagrody), lecz tylko 8 komorników, czyli kategorię ludności wiejskiej niedysponującą nawet własnym domem; wśród nich pięciu hodowało bydło. Ponadto wspomniano też o dziewięciu „rybitwach” (a więc o rybakach, kontynuujących tradycję notowaną tu od średniowiecza) i jednego przekupnia[8]. Podobnie przedstawiają się dane ze spisów podatkowych z wieku XVII. W roku 1629 w Grabiu wymieniono 7 komorników (w tym 6 „z bydłem”) i 12 „rybitwów”. W Zembrzegu (Zimbrzek) notowano wówczas 7 zagród z rolami, 2 komorników (w tym jednego „z bydłem”) i rybitwę, w Szczurowie – 6 zagród z rolami i komornika nie posiadającego bydła. W Brzegach znajdowało się wówczas 10 zagród bez ról; mieszkało tu także 8 „rybitwów” i 2 komorników „bez bydła”[9].

[inspic=96,right,250] Pouczającym dokumentem dawnej egzystencji chłopów z Brzegów i Grabia są wspomniane plany katastralne, wykonane przez austriackich mierniczych w roku 1847, w ramach akcji obejmującej w latach 1842 – 1850 całą Galicję. Obie wsie – Grabie od wschodu i Brzegi od zachodu – położone są w zakolach i pomiędzy starorzeczami Wisły. Grabie rozerwane jest wydatnym, nie istniejącym dziś zakolem na dwie jednostki, zaś teren ujęty wspomnianym zakolem (na lewym brzegu Wisły) stanowi część Branic. Jednostka wschodnia, ujęta od zachodu, północy i północnego wschodu korytem Wisły, graniczy od zachodu z Niepołomicami, od południa zaś z Węgrzcami Wielkimi; granicę tę wyznacza wyraźnie czytelny meander starorzecza. Wzdłuż dwóch innych starorzeczy i związanych z nimi stawów – zapewne nad dawnymi brzegami rzeki, przy drogach – ciągną się zespoły zabudowy wiejskiej, powiązane kolejną drogą, przy której stoi kościół; największy ze wspomnianych stawów sąsiaduje z nim od południa. Północno-wschodnią część wsi, określoną na planie nazwą miejscową Matnia, ujmuje meander Wisły (dziś nieistniejący, przecięty przez wtórnie przekopane koryto rzeki). Na terenie Matni stoi kilka chałup. Zachodnia część omawianej jednostki określona jest nazwą Zembrzeg; znajduje się tu folwark (określony jako Meyerhof)[10]. Teren po północnej stronie zabudowy wiejskiej, przy korycie Wisły, nosi nazwę Przedewsie. Zachodnia jednostka Grabia – to Szczurów. Od północy i wschodu ujmuje ją koryto Wisły, od zachodu graniczy z Brzegami, od południa – z Kokotowem. Zabudowa wiejska skupia się przy drodze, biegnącej wzdłuż starorzecza wiślanego, którego reliktem są stawy. Brzegi – wieś przy ujściu płynącej od strony Wieliczki rzeczki Srawy (dziś Serafa) – ujęta jest od północy zakolem Wisły; od południa graniczy z Kokotowem, od zachodu zaś z Bieżanowem i z Przewozem. Rozproszona zabudowa wiejska koncentruje się przy kilku drogach w części wschodniej; obok ujścia Srawy do Wisły dopatrzeć się można nieregularnego placu. Część zachodnia – określona jako Nadwsie – to pola, łąki i zagajnik; jego nazwa Dębina kojarzy się z drzewostanem charakterystycznym dla zalewowych terenów nadwiślańskich. Zasadniczą cechą terenu Brzegów są – jak w Grabiu – meandry rzeczne, w tym wypadku nie tylko Wisły, lecz i Srawy tworzącej liczne meandry, płynącej dwoma korytami.
W dyspozycji przestrzennej obu wsi brak jest jakichkolwiek cech regularności. Starorzecza określiły niemal w każdym przypadku sytuację zabudowy, pól, łąk i zagajników, przebieg dróg i granic.

Liczne starorzecza i ich ślady w postaci stawów i podziałów terenu, to wymowne dowody wciąż powtarzających się powodzi. Dokument z 1796 r., przedstawiając sprawy związane z uposażeniem parafii w Grabiu, wspomina: Ma, prawda, i dziesięcinę ten kościół z ról chłopskich grabskich wytyczoną, ale ta rzadko kiedy się uda, ponieważ bardzo często Wisła, ledwie nie zawsze, circa festum Sancti Jacobi Apostoli in augusto wylewa, tak, że z tego wylania w kościele woda była niedawnymi czasy blisko łokieć […][11]. Od trzydziestych lat XIX stulecia powodzie odnotowywała kronika parafialna. I tak w roku 1833 przykryła woda pierwszy stopień wielkiego ołtarza w kościele, w roku 1839 nie była jeszcze w kościele, ale tylko wokoło na cmentarzu […] i w plebanii[12]. Wspomniane wyżej zakole Wisły rozdzielające dwie części Grabia przekopano w roku 1848; w relacji o powodzi z 1850 r. zanotowano: zyskało Grabie na tym, iż woda prędzej zlatując tak bardzo nie topiła, a po wtóre, iż miała jeszcze stare koryto rzeki dokoła idące i tam się rozlewała […]. Niemniej jednak z powodu małego wału od karczmy Wzarskiej […] zerwanego przez Wisłę przy większej wodzie woda rozlewała się po łąkach pomiędzy wałki aż dopiero pod papiernikiem niepołomskim z jednej strony, a z tamtej pod Przylaskiem Rusieckim znowu się z swoim łączyła korytem; przy takim tedy wylewie byliśmy wodą w Grabiu otoczeni jak na wyspie jakiej[13]. W tym samym mniej więcej okresie regulowano dopływ Wisły[14]. Zimą, na początku roku 1871, straszną powódź spowodował zator lodowy na Wiśle i jej dopływie: ten zapór od Szczurowa ciągnął się do końca przekopu, to jest aż do tego miejsca, jak rzeczka Podłęzka z Wisłą się łączy – była to przestrzeń ¼ milowa – woda tedy rozlała się na boki – i […] od samej kolei do Branic w przestrzeni półmilowej było tylko jedno jezioro. Woda […] była w kościele 6 cali […], w chałupach we wsi niektórych oknami […] wchodziła[15]. W 1877 r. tylko podwyższanie wałów uchroniło okoliczne wsie przed zalaniem, bowiem Wisła wezbrała i przerwała wał za karczmą na Wzarach i wylała w tej stronie tak, że od Zembrzegu ku Wzarowi przejechać nie można było. Ponieważ i rzeka z Podłęża koło łąki plebańskiej płynąca bardzo wezbrała, połączyły się obie wody […], tak, że Grabie z Zembrzegiem stanowiło wyspę […] i gdyby była gmina w niektórych miejscach wału nie nakładała, byłaby woda do wsi doszła. Kolejną powódź odnotowano już w następnym roku, później – w latach 1884, 1885, 1888, gdy w kościele była […] woda od wielkich drzwi […] po tęczę, 1894 (w połowie czerwca … woda zniszczyła zupełnie całą parafie. Przeszło bowiem tydzień stała na polach naszych)[16]. Na przełomie lutego i marca 1897 przerwano naukę w świeżo otwartej szkole w Grabiu, gdyż prawie cała wieś była zatopiona[17]. Podczas powodzi w 1902 r. tylko dzielna obrona wałów przez ludność miejscową uchroniła wieś od katastrofy[18].
[inspic=89,left,250] Niezwykle groźna w całym regionie była powódź z 1903 r.: wały pod Płaszowem zostały przerwane w dniu 12 lipca. Woda w krótkim czasie zalała 4 wioski: Rybitwy, Przewóz, Brzegi i Grabie. Wały otaczające Grabie zatrzymały wodę do tego stopnia, że poziom tejże sięgał aż po dachy domów; do plebanii wchodziła woda oknami, a w kościele sięgała aż po mensę wielkiego ołtarza […]. Cała przestrzeń od toru kolejowego aż po Branice i Pleszów przedstawiała się jako jedno wielkie jezioro mające głębokość w niektórych miejscach od 7 do 8 metrów. Między ludem tychże wiosek powstała wielka panika i przestrach, gdyż nikt jeszcze takiej wody nie pamiętał[19]. Klęskę tę odnotowały też kroniki szkolne: 13 lipca […] o 2 rano przerwała Wisła wał na Brzegach i zalała całe Grabie. Woda w szkole (to jest w dawnym budynku folwarcznym; zob. niżej) dosięgała przez 3 dni 70 cm w pomieszkaniu […]. Baran Antoni nr 7 i Wojciech Zientarski nr 46, Franciszek Jaworski nr 33 z Poręby po strzechy mieli domy zalane[20]. Dokładną relację przedstawiła nauczycielka z Brzegów, Bronisława Stefańska: Dnia 2/3 lipca 1903 r. (w nocy) rozpoczęła się siedmiodniowa słota – zakończona powodzią najtragiczniejszą, jakiej najstarsi włościanie nie pamiętają. Dnia 11-go lipca […] w niedzielę nastąpił wylew. Już poprzedniego dnia w nocy gmina cała pilnowała przy świetle latarń obwałowań Wisły. Z brzaskiem dnia […] widząc przybywającą z przerażającą szybkością wodę rozpoczęto akcję ratunkową z największym pośpiechem. W siedmiu miejscowościach woda urwała wały – szczególnie rzeka Srawa obok Macieja Włodarczyka […] i w innych miejscach na łąkach dworskich […] zniszczyła u ujścia do Wisły most gminny. Wisła przerywała wał nad wójtem Wojciechem Malcem i Maciejem Szelągiem. Od świtu do zmroku wozy, taczki dostarczały ziemi, słomy, drzewa, nawozu do zapychania dziur wału, które woda robiła jak w starym sicie […]. O godzinie 4-tej po południu przybiegł konny posłaniec z Przewozu, że pod Płaszowem Wisła przerwała wał i lada chwila spodziewać się jej należy. O godz. 12-tej w nocy stała cała wieś pod wodą. Naprzód wylało swe wody stare koryto Wisły o godzinie 9 wieczór, po czym woda zalewając część gminy „Groblę” oparła się o wały […] Srawy, przerwała je na pastwisku gminnym i podeszła bokiem do wsi […][21].
W 1925 r. mieszkańcy wraz z dobytkiem uciekali ze wsi przed powodzią: dnia 29 czerwca […] zaczęły lać straszne deszcze […]. Wał był tak rozmiękły od wody, że trząsł się pod nogami […]. W całej wsi przez trzy dni nikt nie spał, Trzeciego dnia mieszkańcy widząc stale wzrastające niebezpieczeństwo […] wieczór wyprowadzili z całej wsi bydło wśród ryku do dworu w Kokotowie, gdzie było przez trzy dni, a karmił je p. Larysz Niedzielski[22]. Ludzie zaś niektórzy powywozili się na sąsiednie, wyższe wioski, a reszta z rzeczami była w pogotowiu i śledziła poziom wody na Wiśle […]. Nareszcie woda przerwała obwałowania w byłej Kongresówce i buchnęła na tamtejsze wioski i dopiero zniżył się w Brzegach poziom wody. Ludzie wrócili do domu. Woda narobiła dużo szkody na Brzegach, bo rzeczki mniejsze wylały i zalały pola i łąki […][23].
Niemniej groźne były powodzie powojenne, wśród nich zwłaszcza ta z roku 1997: Takiej wody, jaka z 9 na 10 września spadła na […] Grabie […] nie pamiętają tutaj od ponad 30 lat […]. W trwającej przez 17 godzin akcji uczestniczyło 200 osób (w tym prawie 150 mieszkańców Grabi), 18 jednostek Straży Pożarnej[24].

Zagrożenie permanentnymi powodziami zmniejszyła – lecz nie wyeliminowała – budowa obwałowań Wisły i jej dopływów. W rejonie Grabia prace te prowadziło Kierownictwo Budowy Obwałowania Wisły od Podgórza do Niepołomic; kierownikiem robót w terenie był tu inżynier Stanisław Flisowski. Od roku 1901 zadanie to powiązane było z projektowaną budową kanału Dunaj – Odra – Wisła – Dniestr, który – gdyby został zrealizowany – należałby do największych inwestycji w skali monarchii austro-węgierskiej. Tragiczna powódź z 1903 r., częściowo niszcząc efekty rozpoczętych juz prac, skłoniła władze do przeznaczenia części zgromadzonych funduszy na zabezpieczenia przeciwpowodziowe. Projekty regulacji opracowywane były w ramach Departamentu Wodnego w krakowskiej delegaturze galicyjskiego Namiestnictwa; szczególną rolę odegrał tu stojący na czele Delegatury inżynier Roman Ingarden (ojciec słynnego filozofa), z którym współpracowali m. in. Adam Bielański i Janusz Born[25]. Już w latach 1899-1900 przystąpiono do wywłaszczania gruntów przewidzianych na budowę obwałowań Wisły, Podłężanki i Srawy na terenie Grabia i Brzegów, zajmując m. in grunty plebańskie. Wraz z budową wałów planowano też wykonanie nowych dróg, co jednak postępowało znacznie wolniej[26]. W 1909 r. obwałowania Wisły były tu już ukończone, lecz droga nadal istniała tylko „na papierze”. Powodowało to konflikty. Jeden z nich tak wyjaśniał w 1909 r. Konsystorzowi Biskupiemu proboszcz z Grabia, ks. Józef Raźny: Wieś Brzegi […] odległa jest od kościoła o 6 ½ km. Wskutek ustawicznej wody w tej okolicy, w zimie zasp śnieżnych, dostęp do szkoły w Brzegach na naukę religii jest bardzo utrudniony. Na domiar złego brak furmanek. Aby jednak uczynić zadość obowiązkowi mojego sumienia dojeżdżam swoimi końmi wałami wiślanymi w czasie, gdy takowe zamarzną i nie jest ślisko, gdyż w przeciwnym razie mógłby się wózek wraz z końmi ześlizgnąć do Wisły. Niestety, zostałem przez chłopów oskarżony przed Kierownictwem budowy wałów o przejazd po wałach. Wobec tego mam drogę zamkniętą na naukę religii do Brzegów i nie mogę spełnić obowiązku […]. Wydział Powiatowy w Wieliczce chce przeprowadzić drogę I klasy obok wałów Wisły, jednak nie może pogodzić się z kierownictwem budowy wałów i sprawa jest w zastoju. Upraszam zatem […] Konsystorz o łaskawe wyjednanie w Wydziale Krajowym we Lwowie przyspieszenia budowy drogi z Grabia na Brzegi[27]. Wały przeciwpowodziowe stały się nowym elementem wiejskiego krajobrazu, zaś ich usypywanie bywało dodatkowym źródłem niewielkich dochodów dla miejscowej ludności. Szczególną rolę odegrał tu, pochodzący z Brzegów, nadzorca wałów – Franciszek Król[28].
[inspic=88,right,300] Dobitnym świadectwem dawnych warunków życiowych była zastraszająca śmiertelność, uchwytna dzięki parafialnym księgom zgonów. Brak jakiejkolwiek opieki lekarskiej w połączeniu ze stanem higieny zbierał zastraszające żniwo wśród dzieci i rodzących kobiet. Od początku XIX stulecia, aż do międzywojennego dwudziestolecia włącznie, od ¼ do połowy nowonarodzonych dzieci umierało przed ukończeniem pierwszego roku życia, zaś wiek dojrzały osiągało od 1/3 do połowy populacji. Średnia życia do końca lat dwudziestych XX stulecia nie przekraczała w związku z tym 30 lat, spadając niekiedy poniżej lat 20 (w Brzegach niespełna trzynaście w dziesięcioleciu 1886-1895). Pewne zmiany na lepsze zaobserwować można pod koniec międzywojennego dwudziestolecia, gdy średnia życia w Brzegach zbliżyła się do 35 lat, zaś odsetek ludzi umierających w wieku ponad 70 lat doszedł niemal do 20%. Wydaje się, że należy to przypisać ogólnemu podniesieniu poziomu kultury: dorosło wtedy pokolenie, które miało za sobą przynajmniej kilkuklasową edukację w miejscowych szkołach, pojawiły się ambicje kończenia szkół średnich i zdobywania zawodów. Rozprzestrzenianiu się chorób wśród dzieci zapobiegały szczepienia prowadzone w szkołach, jak się wydaje niezbyt regularnie, od roku 1916[29].
Nie znaczy to oczywiście, by nie notowano ludzi długowiecznych. Przed wiekiem XX do rekordzistów w swej długowieczności należeli zmarły 1853 r. w wieku 101 lat Alojzy Szewczyk z Podgrabia oraz zmarły w 1811 r. w wieku lat 100 Łukasz Wincencik z Brzegów. 92 lata przeżyła Ewa Kozubska z Grabia (1808). Do 90 lat dożyli Katarzyna Szeląg z Grabia (zmarła w 1793 r.), Jan Jarzyna (zmarły w 1830 r.) i Maciej Wincencik (1835) z Brzegów oraz Agnieszka Szewczyk z Podgrabia (1822).
Era autonomii galicyjskiej (1866–1918), która przyniosła tak wyraźną poprawę warunków życiowych w miastach, nie znalazła niemal żadnego odzwierciedlenia w tych przerażających statystykach, aczkolwiek u schyłku okresu śmiertelność niemowląt nieco spadła, może za sprawą większej świadomości mieszkańców, związanej z rozwojem szkolnictwa: to wszak wówczas osiągali pełnoletniość i zawierali małżeństwa pierwsi absolwenci tutejszych szkół ludowych. Nie przyniosła radykalnej poprawy także doba niepodległej II Rzeczypospolitej, aczkolwiek widoczne są korzystne zmiany pomiędzy pierwszym a drugim dziesięcioleciem doby międzywojennej.
„Skok cywilizacyjny”, jaki miał miejsce po II wojnie światowej, nie był tylko wytworem komunistycznej propagandy. Statystyki zgonów, udokumentowane w księgach parafialnych, mówią bardzo wyraźnie o radykalnym wydłużeniu się średniego trwania życia ludzkiego oraz o przezwyciężeniu zjawisk, trwających tu do połowy XX stulecia: zastraszającej śmiertelności niemowląt oraz matek w wyniku porodów.
Śmiertelność w Brzegach w pierwszym powojennym trzydziestoleciu przedstawiała się następująco:

Lata

Ogólna
liczba zgonów
Lata życia (liczba zgonów w procentach) Średnia długość życia
0-1 >1-10 >10-18 >18-30 >30-50 >50-70 >70
1945–
1954
54 24,08 1,85 1,85 7,41 11,11 33,33 20,37 52,0
1955–
1964
37 5,40 0 5,40 8,11 16,22 37,84 27,03 54,8
1965–
1975
48 4,17 2,08 0 0 16,67 39,58 37,50 60,7


Podobne dane zawiera księga cmentarna z Grabia, prowadzona w latach 1965-1977:

Ogólna
liczba pochówków

Lata życia (liczba zgonów w procentach) Średnia długość życia
0-1 >1-10 >10-18 >18-30 >30-50 >50-70 >70
218 5,50 0,46[30] 0,92 3,67[31] 11,01[32] 35,32[33] 43,12[34] 62,63


Jak widać z tych zestawień, dopiero 10 lat po II wojnie światowej śmiertelność niemowląt spadła do kilku procent, zaś przeciętna długość życia przekroczyła 50 a nawet 60 lat. Jednocześnie znacznie wzrósł odsetek ludzi umierających po ukończeniu 70 lat życia: do ponad 25, wreszcie ponad 40 %.
Wspomniana księga odnotowała też przyczyny śmierci. Wśród 218 zgonów najwięcej, bo po 34 (po 15,60 %), było spowodowanych chorobami serca i układu krążenia oraz nowotworami. Kolejne miejsca w tej statystyce zajęły: miażdżyca (10,09 %), uwiąd starczy (9,63 %), gruźlica i zapalenie płuc (po 5,50 %), udar mózgu bądź zawał (po 4,59 %). Śmierć dziecka bezpośrednio po porodzie lub urodzenie dziecka martwego odnotowano w 10 wypadkach (4,59 %). Stosunkowo duży odsetek (7,34 %) stanowiły śmiertelne wypadki: potrącenie przez pociąg, skutki pobicia, utonięcia […]

Aż do początku XX wieku życie codzienne było nad wyraz ciężkie. Powszechna bieda, straszliwa śmiertelność, bezradność wobec jakiejkolwiek choroby[35], stałe zagrożenie powodzią, brak jakiegokolwiek – poza kazaniami w kościele i sporadycznymi misjami – dostępu do wiedzy, praktycznie brak dostępu do jakiegokolwiek zajęcia poza rolnictwem i okazjonalnie flisactwem – to cechy niezmieniające się tu od wieków.
Ta niezmienność i trwałość bytowania bynajmniej – jak roili sobie w początkach XX stulecia miłośnicy życia prostego ludu – nie kształtowała pięknych, wiernych tradycji charakterów. Jak wynika z różnorodnych źródeł, główną – jeżeli nie jedyną – rozrywką ludności poza godzinami ciężkiej pracy na roli i walki z powodziami, było pijaństwo. Dobitny wyraz dał temu w 1844 r. miejscowy proboszcz, ks. Tomasz Migdał, tak charakteryzując swych parafian: Jak wszędzie, tak podobno i w tej parafii doszło pijaństwo do najwyższego stopnia, a który drugiego przewyższał w tej mierze, tym więcej szczycił się z tego. Tak, że nawet do tego przyszło, że ci, którzy nie mając się za co upić na jarmarkach, powracając do domów zataczywali się umyślnie, udając jakoby pijanych, aby się z nich nie naśmiewano, że się nie mieli za co upić. Nie było prawie ani jednej niedzieli i święta, żeby po wszystkich karczmach nie grano i nie łajdaczono się aż do drugiego dnia a czasem i do trzeciego, a przy tym musiały być bijatyki, hałasy, przekleństwa, bo to nazywano najlepszą zabawą, a gdy nie było na tyle karczem, żeby wszystkim dogodzić, najmowano prywatne domy i w nich odprawiały się podobne zbiegowiska jak w karczmach, nie dbano nawet wiele o wylew Wisły, bo nieraz […] woda otoczyła całe Grabie […], a w karczmie grano huczno, chrzciny nawet, wywody, nie obeszły się bez podobnych hałasów, a cóż mówić o weselach, o zmówinach, poprawinach? […] Niektórzy nawet o proszalnym chlebie, przepiwszy wszystko, powracali do domów swoich […]. Pijacki obyczaj przekraczał granice wiejskiej społeczności; według ks. Migdała dzielną pomocą do pijaństwa i muzyk była wtedy straż graniczna, która w tej parafii miała trzy czartaki: w Grabiu, w Brzegach i Podgrabiu, a nie mając co robić albo złapawszy gdzie kontrabant, czynili oblewiny po karczmach, a we dnie włócząc się po wsi strzelali po ulicach, bo i mnie zabito psa, stróża dobrego […][36]. Pijakami okazali się nawet malarze sprowadzeni przez proboszcza do restaurowania wnętrza kościoła: […] gdy pijaństwo było wtenczas bardzo w modzie i karczma zaraz przy kościele, co tylko wzięli, zaraz też poszło do karczmy, tak, że większymi gałganami odeszli niż przyszli, sam nawet musiałem jeździć i kupować z niemi farby i różne potrzeby do malowania i złocenia, bo by byli i to przepili[37]. Wyjątki były zapewne nieliczne, ale jednak były: nie mówi się tu o wszystkich – kończy dobitną charakterystykę swych owieczek proboszcz z Grabia.[inspic=90,center,350] Pijackiemu obyczajowi przeciwdziałać miały Towarzystwa trzeźwości i mierności (czyli powściągliwości). Akcje ich zakładania we wszystkich parafiach gorliwie prowadził tarnowski Konsystorz Biskupi z biskupem Józefem Wojtarowiczem na czele. Towarzystwo takie powstało też w Grabiu. Jego początki tak charakteryzował nieoceniony ks. Migdał: W tym czasie dochodziła do nas wiadomość, że już w pobratymczych krajach, a osobliwie na Śląsku i w okręgu krakowskim zawiązują się towarzystwa, których członki wyrzekają się uroczyście gorzałki. Nareszcie przyszło i w naszym kraju do tego z pozwoleniem Rządu i ogłoszone było okólnikiem […] biskupa Józefa Wojtarowicza, aby niezwłocznie wszyscy plebani po poprzedzających naukach, kazaniach, odbierali śluby i przyjmowali do towarzystwa wstrzemięźliwości i mierności. Wskutek tego zaprowadzone jest to bractwo w tej parafii Dnia 8-go grudnia 1844 r. w dzień Niepokalanego Poczęcia Najśw. Maryi Panny, gdzie zaraz pierwszego dnia z 50 osób przystąpiło do ślubowania, i tak coraz więcej, ile tylko można było spowiedzi wysłuchać, tak że zaraz w następnym roku było ich blisko 700 zapisanych do zupełnej wstrzemięźliwości, a 120 do mierności. Mało zostało takich, którzy nie ślubowali, wyjąwszy tylko niektórych pijaków […], ale i ci wstydząc się tego, więcej tylko pokątnie piją. Od tego czasu ustały muzyki, hałasy po karczmach, a propinacja, co czyniła Panu najmniej 400 reńskich […] spadła nagle, gdzie teraz i 100 reńskich nikt nie chce […][38]. Słowa proboszcza potwierdza zachowana Książka członków Towarzystwa wstrzemięźliwości i mierności zaprowadzona w Parafii Grabie 8-go dnia grudnia […] roku 1844. Fakt, że Książka jest drukiem wydanym nakładem tarnowskiego Konsystorza, z pozostawionymi do wypełnienia rubrykami, świadczy o masowości akcji; inne egzemplarze przetrwały w archiwach innych parafii dawnej tarnowskiej diecezji. Rozpoczyna ją formuła ślubowania: Ja NN ślubuję przed Bogiem, Najświętszą Marią Panną i moim świętym Aniołem Stróżem: jako za pomocą Bożą od używania wszystkich wódek całkiem się wstrzymać, w użyciu zaś wszystkich innych trunków ścisłą zawsze miarę zachować, i do tego także każdego według własnych sił moich naprowadzać chcę. Do końca grudnia 1844 r. w rubryce ślubujących trzeźwość znalazło się 388 osób, do końca następnego roku ich liczba wzrosła do 660. Nie są to oczywiście podpisy: ślubujący byli niepiśmienni, nazwiska wpisywał proboszcz Migdał.

W następnych latach Towarzystwu przybywali już tylko nieliczni, nowi członkowie, co tylko do pewnego okresu wytłumaczyć można – zgodnie ze świadectwem ks. Migdała, że ślubu nie złożyli tylko notoryczni pijacy. W roku 1846 – strasznym roku Rzezi Galicyjskiej (zob. niżej) – nie odnotowano ani jednego wpisu, w roku 1848 – dwa, w 1849 – trzy, w 1850 – znowu żadnego. W latach 1851-1882 – a więc w ciągu życia całego pokolenia – do Towarzystwa zapisało się łącznie 223 osoby (średnio po 7 osób rocznie). Jak w tym okresie przedstawiał się w parafii problem alkoholizmu? Po początkowym entuzjazmie wszystko wróciło do „normy”. Ja tedy Jan Witko pleban Grabia – pisał w roku 1848 następca ks. Migdała – idąc za przykładem mego poprzednika wstrzemięźliwość zupełną znacznie nadwyrężoną, za pomocą Boga poprawiać zaczynałem […][39]. Śladów tego „poprawiania” kronika parafialna nie odnotowała.
Zwyczaj składania ślubów trzeźwości odżył – na niewielką skalę – na początku XX wieku, wiążąc się z działalnością proboszcza Józefa Raźnego. Wtedy to, w zapomnianej od dwudziestu lat Księdze Towarzystwa, w latach 1903 – 1913 w odnotowano 297 nazwisk. Remedium na alkoholizm miało być, zdaniem ks. Raźnego, dokonane w roku 1910 przejęcie budynku żydowskiej karczmy przez kółko rolnicze: była to jaskinia, w której niejeden wieśniak swój grosz utopił i zdrowie zrujnował. W tym budynku obecnie znajduje się sklep kółka rolniczego – zanotował optymistycznie ks. Raźny, łącząc niestety walkę z alkoholizmem z szerzeniem antysemityzmu[40]. Bardziej realistyczną ocenę sytuacji znajdujemy po dziesięciu latach w kronice szkoły z Grabia: Uchwałą Rady gminnej z 13 stycznia [1910 r. – przyp. aut.] na wniosek […] wójta gminy zebrani radni z ks. proboszczem Józefem Raźnym powzięli jednogłośnie uchwałę, aby w gminie nie było wyszynku na wódkę i rum, lecz „Gospoda chrześcijańska” w domu ludowym, którego budowę z wiosną się rozpocznie, w którym będzie można się pokrzepić kawą, herbata, piwem lub winem […]. „Dom ludowy” nie wybudowany, a „Gospodę”?!!! trzyma od roku 1910 wprawdzie chrześcijanin, ale tak samo rozpija ludzi dla miłego grosza. Według tejże relacji „Gospodzie chrześcijańskiej” wyrosła konkurencja, gdyż żona wójta założyła drugi szynk bez koncesji i rozpijała młodzież aż do roku 1920[41].
Charakterystyczny obrazek obyczajowy odnotował w 1904 r. kierownik szkoły w Grabiu: członek Rady szkolnej miejscowej i radny gminny, członek komitetu kościelnego, przewodniczący Rady Nadzorczej spółki oszczędności i pożyczek, spiwszy się jak ostatni bela, napadł w nocy o 10 godzinie na żonę nauczyciela leżącą już w łóżku, rzekomo za to, że brama zamknięta, a on węgiel przywiózł[42].
Rezultaty antyalkoholowej kampanii ks. Raźnego były więc mizerne. Wstrząsające świadectwo pijackiego obyczaju ukazała w tym samym czasie (1911 r.) kronika szkolna z Brzegów: stały nauczyciel Franciszek Szurmiak […] z braku odpowiedniego towarzystwa wszedł w kompanię tutejszych gospodarzy, a ponieważ tutejsza gmina słynie ze swego pijaństwa, przeto i on miał się stać skrajnym pijakiem, a po całych nocach w szkole w pomieszkaniu nauczyciela odbywały się pijatyki, a pan nauczyciel w dzień za to sypiał a wtedy jak mówią mieszkańcy i po trzy, cztery dni a nawet tygodniu bez żadnego ważnego powodu nauki nie było […]. Zaziębiwszy się kilka razy w pijaństwie a przy lichym również odżywianiu się, bo wszystką gażę przepił, dostał suchot i życie zakończył w Krośnie u swoich rodziców. Zanotować również należy, że i prowadzenie się jego […] było […] zgubne dla gminy tutejszej, bo zgwałcił […] dziewczynę, która mu usługiwała[43].

[inspic=93,left,300] Alkoholizm powraca też na kartach kronik szkolnych z doby po II wojnie światowej. Nauczyciel z Grabia Józef Kozak, sławiąc w roku 1946 zasługi jednego z lokalnych działaczy ludowych, napisał też: wadą jego był straszny nałóg, alkoholizm, który skrócił jego młode życie. Zdaniem tegoż pedagoga postawy starszego pokolenia miały zgubny wpływ na dzieci szkolne: Wiele wad wykazują chłopcy. Tu odbija się wpływ starszych. Zgubne wady starszego społeczeństwa uwidaczniają się nie tylko u młodzieży pozaszkolnej (pijaństwo, warcholstwo, brak dyscypliny i organizacji), ale również i wśród dziatwy szkolnej płci męskiej (brak karności, niechęć do nauki i pracy społecznej)[44]. Tragikomicznie brzmi relacja z uroczystości szkolnej w listopadzie 1948 r., podczas której przewodniczący Komitetu Odbudowy Szkoły […] będąc w stanie nietrzeźwym awanturował się i ubliżał każdemu, a nawet bił drągiem członów Komitetu (ponieważ ręką tak wysoko nie dostawał z powodu niskiego wzrostu) […].
W relacjach obu kronik szkolnych powtarzają się opisy kradzieży, jakich dopuszczali się niektórzy mieszkańcy w trudnych okresach wojennych, gdy – w chwili ogólnego zamętu, po wycofaniu się wojska, przed zorganizowaniem nowej władzy – wydawało się, że tego rodzaju postawy ujdą bezkarnie. Należy podkreślić, że zachowania takie nie były w skali kraju czymś wyjątkowym: były smutną, powtarzającą się w obu wojnach tradycją, wprowadzającą do polskiego języka ponure słowo: szabrownik. W Brzegach podczas I wojny światowej, w grudniu 1914 r., ludność po cofnięciu się Moskali rzuciła się na szkołę i zrabowała do nitki dobro nauczycielki […], ze szkoły […] powyrywano blachy, drzwiczki z pieca, zamki ze drzwi Prokuratura zaś ujęła ich wszystkich (odnotowane w kronice starannie – ku hańbie u potomnych – nazwiska złodziei, na co dzień zapewne szanowanych obywateli, autor tu pomija) i skazała […] każdego na parę miesięcy kryminału, który odsiedzieli[45]. Podobnie brzmi pochodząca z tego samego okresu relacja Stanisława Leitnera, kierownika szkoły w Grabiu: Rzeczy moje były zamurowane w piwnicy, zdradził [tu pada nazwisko], rozgrabili Moskale część, a resztę sąsiedzi, odebrałem […] korzec żyta (było 7 korcy zboża), 2 prześcieradła […], koc, poduszkę, talerze […], a resztę porządni ludzie rozkradli. Obyczaje takie panowały też pod koniec II wojny światowej. Jak opisywała ówczesna nauczycielka, nikt nie ratował budynku szkoły w Grabiu, podpalonego przez wycofujących się Niemców 20 stycznia 1945 r. i płonącego dwa dni: stałam na gościńcu […], było też kilkunastu gospodarzy i patrzyli się. Namawiałam, żeby szli za mną ratować szkołę, ale mnie wyśmiali), za to zeszło się sporo gapiów, którzy z podwórza kradli co się udało […]. Gdy tylko szkoła przestała się palić […], zaraz zeszli się najbliżsi, wyrywali resztki framug, drzwi, belek i wozili tragaczami do domów […]. I tak przestał istnieć ten piękny budynek, a mury rozsypują się powoli, bo o odbudowie nikt nie myśli[46].
[inspic=92,left,300] W niespokojnych latach pojawiały się – raczej rzadkie – przejawy bandytyzmu. W nocy z 18 na 19 marca 1920 r. napadło 3 rabusiów na dom Franciszka Jelenia. Pomimo wołania na pomoc i kilkunastu strzałów ani warta, ani z sąsiadów nikt na pomoc nie przybył. Rabusie zranili syna w lewą rękę, a córkę w twarz. Nauczycielka, która tam mieszkała […], unikła zranienia kryjąc się za piec piekarski. Odważnie zachował się gospodarz, późniejszy zastępca wójta gminy: kryjąc się za odrzwia groził siekierą i nie dopuścił, żeby rabusie się dostali przez okno do pomieszkania. Tak bronił się do godziny wpół do czwartej rano, od godziny drugiej w nocy; gdy ludzie szli do mleczarni z mlekiem, rabusie odeszli. Nazwiska napastników ustaliło śledztwo, zapadły surowe wyroki: kara śmierci, dożywocie i 12 lat więzienia[47] […]

Wraz z budową Nowej Huty i kombinatu metalurgicznego do nadwiślańskich wiosek znacznie przybliżyły się granice Krakowa. Wiejski dotąd charakter parafii Grabie – jak pisał miejscowy proboszcz w roku 1957 – zmienił się nieco. Ogromna większość mieszkańców zajęta jest obecnie w fabrykach Nowej Huty albo pracuje w Krakowie[48]. Młodzież pracowała ciężko w brygadach organizacji Służba Polsce. Czy programowy entuzjazm ówczesnych pieśni masowych odzwierciedlał w jakimś stopniu uczucia młodych, wyrywających się ze swych drewnianych chat? Niekiedy tak mogło być, chociaż starszym praca ta zapewne przypominała roboty przymusowe w dobie hitlerowskiej okupacji. Tak o tym pisze dzisiaj ówczesna junaczka: Z pieśnią na ustach „Który tam, z drogi, partia kroczy”[49] i młodzieńczą werwą – bo przecież wtedy wielu Polakom wszystko wydawało się takie proste i dające nadzieję – dojechaliśmy pociągiem do Wężewa. Naszą grupę, która liczyła kilkadziesiąt osób, zakwaterowano w barakach niedaleko PGR-u […]. To budowanie nowej Polski, to nie było nic innego, jak niewolnicza praca w polu[50].
Bez entuzjazmu pisał o swych parafianach w roku 1974 ks. Antoni Magiera: gro ludzi to ambitni, nastawieni materialnie i konsumpcyjnie do życia. Pijaństwo w parafii się jeszcze utrzymuje, choć w mniejszości […]. Źle, że piją młodzi: 16-20-latki […]. Odchodzę z parafii Grabie […] z pewną ulgą[51].
Obraz ten – niewątpliwie realistyczny – nie jest jednak pełny. Z uznaniem należy patrzeć na jednostki podejmujące najrozmaitsze zadania, zmierzające do poprawy warunków bytowych tutejszej społeczności. Owi aktywiści niekiedy dla realizowania konkretnych celów zawiązywali doraźne komitety, niekiedy działali w strukturach władzy (np jako radni) i organizacji politycznych, zwłaszcza Zjednoczonego Stronnictwa Ludowego. Poczynania takie wyzwalały nie tylko propagandową, lecz i rzeczywistą aktywność, znajdując autentyczne, społeczne poparcie. Należała do nich elektryfikacja. Jak relacjonował nauczyciel z Grabia Józef Kozak, jesienią 1955 r. zorganizowano w Grabiu Komitet do elektryfikacji wsi […], Przewodniczącym został […] Stanisław Krupa. Cały Komitet wziął się solidnie do pracy. Pracowali wszyscy obywatele, wykonując czynności, jakie na każdego przypadały. Komitet urządzał zabawy dochodowe […]. Dnia 24 grudnia pierwszy raz zabłysło światło elektryczne w domach członków Zarządu Komitetu Elektryfikacyjnego wsi i w kościele. Ostatecznie jednak dopiero w końcu roku 1957 część domów zaczęła świecić nowym, pięknym, elektrycznym światłem[52]. W latach 1956–1957 w podobny sposób elektryfikowano Brzegi: garstka obywateli a to: Stanisław Szewczyk[53], Jan Kobiałka, Edmund Kornecki [nauczyciel szkoły], Józef Maćkowski, Władysław Nosek, Franciszek Duda i Piotr Baran postanowili zelektryfikować wieś systemem gospodarczym w czynie społecznym. Powstał komitet elektryfikacyjny, do którego weszli wyżej wymienieni. Oprócz nich należeli […] ze Szczurowa: Gawlik, Batko, Kazimierz Baran i Kazimierz Sroka. Drogą imprez i składek uzyskano 100.000 zł. […] Wszyscy mieszkańcy zaciągnęli na ten cel pożyczkę w Banku w Wieliczce […][54]. Gdy w lipcu 1957 r. po domach i na ulicy zabłysły pierwsze światła żarówki elektrycznej, radość zapanowała w całej wiosce. Dwie trzecie kosztów przedsięwzięcia sfinansowali sami mieszkańcy. między innymi dzięki organizowaniu dochodowych imprez: dożynek, święconego, opłatka, zabaw, występów dzieci szkolnych[55].
Znacznie później – bo w latach siedemdziesiątych – doprowadzono gaz. W uzyskaniu dofinansowania w wysokości 150 tys. zł dopomógł mieszkańcom ówczesny przewodniczący Powiatowej Rady Narodowej Adam Jasiński[56].
Ludzka aktywność wyzwalała działania służące całej społeczności. W latach sześćdziesiątych grupa aktywistów przystąpiła do budowy Domu Kultury[57]. Punktem wyjścia był barak, wystawiony podczas okupacji przez hitlerowców, pozyskany przez Komitet Budowy Domu Ludowego bezpośrednio po wojnie i przeniesiony w pobliże szkoły w Brzegach[58]. Za pieniądze uzyskane ze sprzedaży baraku, przy minimalnym wsparciu władz powiatowych (dotacja w wysokości… 550 złotych), rozpoczęto prace w czynie społecznym, doprowadzając budynek do „stanu surowego”. Wiele energii poświęcił temu zadaniu Stanisław Sendorek, w latach 1984–1990 radny krakowskiego województwa miejskiego; pomoc okazał ówczesny prezydent Krakowa Tadeusz Salwa.
Jako poważną uciążliwość odczuwano brak dróg z utwardzoną nawierzchnią; w niektórych porach roku – np. w okresie wiosennych roztopów – nadwiślańskie wioski, jak przed wiekami, były praktycznie niedostępne. Budowę drogi realizowano w czynie społecznym w latach siedemdziesiątych. Materiałem była szlaka sprowadzana z nowohuckiego kombinatu. O skali mobilizacji świadczy fakt, że w ciągu jednej niedzieli przyjeżdżało tu po 150 ciężarówek z materiałem[59]. W rezultacie w 1984 roku przez Grabie i Brzegi – po raz pierwszy w historii – rozpoczęły kursować autobusy. Udogodnienie to miało jeszcze wówczas krótki żywot[60].
Jako istotną sprawę traktowano standard budynku szkolnego w Grabiu. Gdy z inicjatywy jej pierwszego powojennego kierownika Józefa Kozaka przystąpiono do budowy nowoczesnych ubikacji, mieszkaniec Grabia Stanisław Sendorek zorganizował zbiórkę pieniędzy, gromadząc 50.000 zł. Pojawiły się jednak trudności biurokratyczne: roboty prowadzone bez zatwierdzonego projektu zostały wstrzymane. Ludność zapamiętała ówczesną, rozsądną decyzję wspomnianego wyżej Adama Jasińskiego, który osobiście polecił kontynuowanie prac[61].

Wsie, położone w bezpośrednim sąsiedztwie rozrastającego się po drugiej stronie Wisły gigantycznego kombinatu metalurgicznego, były w szczególny sposób zagrożone przemysłowym zanieczyszczeniem środowiska. Z uznaniem podkreślić należy, że już na początku lat siedemdziesiątych mieszkańcy Grabia potrafili się zmobilizować do walki z zagrożeniami. W roku 1992 ówczesne „boje” tak wspominał dziennikarz „Wieści”: Po raz pierwszy byłem tu przed dwudziestu laty, kiedy energicznie sobie poczynająca delegacja rolników z Grabia spowodowała reakcję Urzędu Wojewódzkiego, Wojewódzkiej Stacji „Sanepidu”, a „Wieści” […] pełniły role przekaziciela opinii społecznej […]. Chodziło o wodę w studniach zanieczyszczoną ponad wszelkie dopuszczalne granice przez Hutę wtedy jeszcze Lenina. Takich wsi ciężko doświadczonych nowohuckim kombinatem było dużo, niewiele jednak zdobyło się na interwencję […][62].

Niniejszy fragment pochodzi z książki Brzegi i Grabie pod Niepołomicami. Historia, zwyczaje, pisarstwo, dzieje jednej rodziny, Siercza 2007.


[1] Poz. W. Lubaś, Nazwy miejscowe południowej części dawnego województwa krakowskiego, Wrocław 1968.

[2] Informacje źródłowe w oparciu o: Z. Leszczyńska-Skrętowa, Brzegi, s. 230-231.

[3] Tą przytoczoną przez Z. Leszczyńską-Skrętową informację publikuje Kodeks dyplomatyczny Małopolski, t. 2, wyd. F. Piekosiński, Kraków 1886, nr 431.
[4] Prawo średzkie było jedną z odmian prawa magdeburskiego; nazwa wywodziła się od miasta Środa Śląska. W oparciu o nie lokowano dziesiątki miast i wsi na Śląsku i w Małopolsce. Por. Z. Zdrójkowski, Geneza prawa średzkiego i jego rola dziejowa (1223–1511), w: Studia z dziejów Środy Śląskiej, regionu i prawa średzkiego, red. R. Gładkiewicz, „Acta Universitatis Vratislaviensis” 908, „Historia” 120, Wrocław 1990, s. 53 – 67.
[5] Z. Leszczyńska-Skrętowa, Brzegi, s. 231.
[6] F. Sikora, Grabie, s. 22.
[7] Tamże.
[8] A. Pawiński, Polska XVI wieku pod względem statystycznym, t. 1 Małopolska, Warszawa 1886, s. 67.

[9] Rejestr poborowy 1629, s. 87.

[10] Administratorem tych dóbr był w połowie XIX w. Piotr Kleszczyński, który w 1857 r., w zamian za zapis na rzecz kościoła w Grabiu, wyraził życzenie, żeby na wieczne czasy przy kościele w Grabiu raz do roku odprawiało się nabożeństwo żałobne za duszę moją i mojej żony Marianny; AKM sygn. APA 54.

[11] AKM sygn. APA 54.

[12] Liber memorabilium, s. 7.

[13] Tamże, s. 27.

[14] Tamże, s. 100: w roku 1847 […] C.K. Urząd Budowli Wodnych z polecenia Wysokiego Rządu nie tylko wytyczył, ale i przez dozór Ingenieura Robót wodnych do porządku doprowadził rzekę Podłęską.

[15] Tamże, s. 102–103.

[16] Tamże, s. 106, 110, 111, 114.

[17] Kronika szkoły w Grabiu, rok 1897.

[18] Kronika szkoły ludowej w Brzegach, s. 3.

[19] Liber memorabilium, s. 121–122.

[20] Kronika szkoły w Grabiu, 1903 r.

[21] Kronika szkoły ludowej w Brzegach, s. 3–4.