Urszula Janicka-Krzywda

TRADYCYJNA KULTURA LUDOWA WSI BRZEGI I GRABIE

Budownictwo

Brzegi, podobnie jak inne okoliczne miejscowości, miały dosyć chaotyczną, rozproszoną zabudowę, podczas gdy w innych rejonach Krakowskiego dominowały mniej lub bardziej zwarte łańcuchówki.

We wsi przeważał typ zagrody dwubudynkowej, złożonej z budynku mieszczącego pod jednym dachem część mieszkalną i stajnię, oraz stojącej obok stodoły. W biednych zagrodach mieszkanie gospodarzy, pomieszczenie dla dobytku i stodoła znajdowały się pod jednym dachem. W obrębie zagrody stawiano niekiedy murowaną piwnicę nakrytą drewnianym daszkiem. Zdarzały się także zamożne zagrody wielobudynkowe.

[inspic=61,left,200]

Chałupy, najczęściej zwrócone frontem na południe, wznoszono z drewna, na zrąb. Tak budowano również pomieszczenia dla dobytku. Dachy były czterospadowe, oraz nowsze dwuspadowe, kryte słomą. Ściany chat bielono. Pod koniec XIX wieku zaczęto budować domy z cegły palonej indywidualnie przez tutejszych mieszkańców. Wspomina o tym już Oskar Kolberg (Dzieła wszystkie, t. 5; Krakowskie, cz. I). W okresie międzywojennym, jak pisze J. Talko-Hryncewicz […] Stare chaty drewniane pokryte słomą należą coraz bardziej do unikatów, ustępują one domkom małym, murowanym, pokrytym gontami lub dachówką ( Krakowiacy współcześni, Kraków 1927, s. 11).

Podobnie jak w całym obszarze Krakowskiego, przeważały domy tzw. jednotraktowe, czyli składające się z pomieszczeń ułożonych amfiladowo, jedno za drugim. Tylko duże, zamożne chałupy, i to dopiero pod koniec XIX wieku, budowano jako dwutraktowe; pomieszczenia mieszkalne były w nich usytuowane w dwóch ciągach.Wnętrze składało się najczęściej z kuchni, tzw. piekarni, gdzie toczyło się całe życie rodziny, i z paradnej izby, zwanej świetlicą lub izdebką, oddzielonych od stajni sienią. Prowadziło z niej wejście do stajni i schodami lub po drabinie na strych. W piekarni znajdował się kurny piec, pod koniec XIX stulecia zamieniony w większości domów na piec z kominem. Izba ta najczęściej nie miała podłogi, którą zastępowało ubite z gliny klepisko. Świetlica z kolei w ogóle nie była ogrzewana, posiadała natomiast podłogę. Stały tu paradne sprzęty, jak zasłane ozdobnymi poduszkami łóżko, skrzynia, którą pod koniec XIX wieku zaczęła zastępować komoda, stół i stołki, czasem niewielki kredens lub szafka. Nad łóżkiem wisiał rząd świętych obrazów ubranych papierowymi kwiatami. W bogatszych, dwutraktowych domach znajdowała się też komora usytuowana za piekarnią i izbą. Sień i komory stanowiły skład podręcznego sprzętu gospodarskiego; komory pełniły ponadto funkcję spichlerzyka i spiżarni. W biednych chałupach jeszcze w XIX stuleciu mieszkano w jednej dymnej izbie, w której w wydzielonym kącie stało także bydło.

[inspic=66,right,280]

Charakterystycznym elementem we wnętrzu mieszkalnym był tragarz, sosręb – pozioma belka konstrukcyjna umieszczona na osi pomieszczenia, poprzecznie w stosunku do belek stropu, często bogato zdobiona, z wyrytą datą budowy domu i pobożną sentencją. Do dzisiaj w Grabiu sąsiadującym z Brzegami, w domu Marii Rajczyk (nr 84) zachował się w izbie tragarz z wyrytym napisem: P.O. Boże prosimy o błogosławieństwo Ciebie mieszkańcy tego domu, oraz: Florianie nie opuszczaj nas. Oba napisy oddziela od siebie znak IHS z krzyżem i sercem. Drugi napis informuje, że dom budował Mayster Stanisław Mlieko, a mieszkali tu Fondatorowie Rayczikowie Błażey i Regina Żona. Widnieje też data: R.P. Dnia 4 may 1852.Budownictwo związane z rzemiosłem (przemysłowe) reprezentowały kuźnie. Jedna z nich stała w Grabiu niedaleko wałów wiślanych, druga, starsza, przy drodze wiodącej z Grabia do Węgrzec, w miejscu nazywanym na Wzarach. Do kowala wędrowano też do sąsiednich miejscowości, a ponadto usługi te, jeszcze na początku XX wieku, wykonywali wędrowni Cyganie, którzy co jakiś czas obozowali na nadwiślańskich łąkach. Wieś nie miała własnego młyna ani karczmy. Zboże wożono głównie do młyna w Małej Wsi koło Wieliczki, a na codzienne potrzeby mielono je na domowych żarnach. W Brzegach koło miejscowej szkoły była gospoda chrześcijańska Wojciecha Habiny wybudowana w 1911 roku w miejsce dotychczasowej żydowskiej. W wyniku działań wojennych spłonęła ona pod koniec listopada 1914 roku. Karczma, prowadzona przez Żyda, była też w Grabiu. Jak podaje Wielki Słownik Geograficzny Królestwa Polskiego i Litwy […] u schyłku XIX stulecia w sąsiednim Grabiu mieszkało 25 Izraelitów zajmujących się głównie handlem i drobnymi usługami rzemieślniczymi. Ludności żydowskiej w Brzegach w Słowniku nie odnotowano.Małą architekturę sakralną reprezentowały przydrożne kapliczki, w tym nieliczne kamienne figury. Te ostatnie pochodziły prawdopodobnie z warsztatów kamieniarskich w Borzęcie, Dobczycach, Porębie i Trzemeśni.

Strój

Tradycyjny strój ludowy przetrwał mniej więcej do schyłku XIX wieku, choć już wtedy noszono go prawie wyłącznie z okazji uroczystości kościelnych i niekiedy na weselach. Wcześniej z tego stroju zrezygnowali mężczyźni, zwłaszcza ci zatrudnieni poza wsią, np. w kopalni, ubierając odzież miejską.

Tradycyjny strój męski składał się z drelichowych, płóciennych, lub, w późniejszym okresie, perkalowych spodni, płóciennej koszuli, sukiennego kaftana ściągniętego pasem i okrycia wierzchniego – sukmany. Spodnie szyte z tkaniny w wąskie biało-niebieskie lub biało-różowe paski wpuszczano do wysokich butów z cholewami. Koszula z lnianego płótna tkanego na domowym warsztacie miała najczęściej krój tzw. przyramkowy. Składała się z czterech prostokątnych kawałków tkaniny: jeden z nich stanowił tył, drugi przód koszuli, a dwa pozostałe – rękawy. W górnej części, na ramionach, przód i tył koszuli łączył prostokątny przyramek. Pod pachami znajdowały się kwadratowe kliny, tzw. ćwikle. Przy szyi wykończenie stanowiła oszewka, a w koszuli odświętnej niewielki kołnierzyk. Koszulę taką ubierano przez głowę. Z przodu posiadała rozcięcie, które w koszuli odświętnej było wykończone obszyciem ozdobionym drobnym białym haftem. Podobny haft zdobił mankiety i kołnierz. Kaftan długi do kolan, bez rękawów, zapinany z przodu na haftki, szyto z granatowego lub ciemnoszafirowego sukna. Plecy składały się z dwóch części zszytych na środku. U dołu kaftan posiadał cztery poły, tzw. skrzela. Na przodach zaopatrzony był w dwie kieszenie nakryte pięciokątną klapką. Kaftan miał podszewkę, najczęściej wykonaną z białego drelichu w ciemnoniebieskie prążki. Przy zapięciu podszyty był pasem czerwonego sukna i ozdobiony, podobnie jak klapki kieszeni, metalowymi, głównie mosiężnymi guziczkami i rzędem czerwonych chwastów. Z takiegoż sukna były wykonane lamówki. Ozdobę tyłu stanowiły stożki z metalowych guziczków i czerwone chwaściki umieszczone powyżej rozcięć. Kaftan przepasywano pasem. Wykonany był z białej skórki o szerokości około 12 cm, ozdobiony zieloną plecionką z rzemyczków i mosiężnymi guzami. W Brzegach noszono też skromne pasy brązowe. Okrycie wierzchnie stanowiła sukmana – rodzaj szytej z sukna kapoty. Ubierano ją na kaftan. Była ona biała, sięgająca za kolana, wcięta w pasie, ze stojącym kołnierzem, u dołu po bokach rozcięta, podszyta z przodu i na kołnierzu czerwonym suknem, ozdobiona czerwonymi wypustkami. Z przodu sukmanę zapinano na mosiężne haftki. W Brzegach noszono też sukmany z czarnym podszyciem i lamówką. Ubierano również tzw. płóciennice – płócienne okrycia mające krój sukmany, z pikowanym, stojącym kołnierzem, ozdobione czerwoną lub czarną lamówką. Były one letnim okryciem wierzchnim, a biedniejsi nosili je przez cały rok zamiast sukmany.Fragment wnętrza izdebki w domu pani Marii Rajczyk. Widoczne drzwi od komory; fot. W. Żyznowski.[inspic=64,left,,250]Nakrycie głowy stanowiły różnego rodzaju czapki. Młodzi mężczyźni najczęściej nosili czerwone rogatywki obszyte czarnym barankiem i ozdobione od święta pękiem pawich piór. Starsi ubierali także czarne kapelusze o charakterystycznych stożkowatych główkach. Zimą noszono magierki – czapki robione z dzianiny. Jako obuwie służyły skórzane buty z cholewami, zaopatrzone w podkówki.

Strój kobiecy stanowiła ubierana na płócienną halkę spódnica, koszula, gorset lub kaftan i zapaska. Mężatki przykrywały głowy chustą czepcową, wiązaną nad czołem w charakterystyczny węzeł. Dziewczęta chodziły z odsłoniętą głową. Halka dołem ozdobiona była pasem białego haftu o drobnych motywach roślinnych. Koszula, podobnie jak męska, miała krój przyramkowy. Odświętna, zdobiona była bogatym białym, ażurowym haftem przy szyi, przy rozcięciu z przodu i na manszetach. Od końca XIX wieku noszono też koszule nowszego typu, z karczkiem. Spódnice, długie do kostek, szyte były z tkanin w drobne barwne kwiaty, najczęściej z tzw. tybetu, ale także z perkalu i płótna. Zapaski noszono z cienkiego białego płócienka lub tiulu, bogato haftowane białym ażurowym haftem o motywach roślinnych. Dziewczęta ubierały gorsety, ciemnogranatowe, zielone, bordowe, dołem wykończone tzw. kaletkami (rodzaj patek) lub rzadziej, fałdkami. Gorsety podszyte były bawełnianą podszewką. Zdobił je wielobarwny haft o delikatnych motywach kwiatowych, wykonany nićmi i drobnymi koralikami, niekiedy także cekinami i guziczkami. Mężatki nosiły kaftany z rękawami, dopasowane do talii, często zdobione nie mniej bogato jak gorset. Na ramiona kobiety narzucały chustki w barwną kratę, w kwiaty lub tzw. tureckie z wielokolorowym orientalnym wzorem, wykończone frędzlami, najczęściej wełniane. Te ostatnie posiadały tylko najbogatsze gospodynie. One też nosiły od święta rańtuchy – rodzaj szala z cienkiego płótna lub tiulu, ozdobionego haftem, narzucanego na ramiona lub na ramiona i głowę. Chustki czepcowe – atrybut mężatki – wykonywane były, podobnie jak rańtuchy, z cienkiego białego płótna. Na jednym rogu zdobił je bogaty biały haft. Chustka była kwadratowa. Składano ją po przekątnej, a następnie końce krzyżowano pod wolno wiszącym haftowanym rogiem, i wiązano z przodu nad czołem w węzeł. Już pod koniec XIX wieku kobiety wiązały te chustki z tyłu głowy, nad karkiem. Dziewczęta chodziły z odsłoniętą głową, z włosami zaplecionymi w dwa warkocze. W dni świąteczne w końcówki warkoczy wplatały kolorową wstążkę. Obuwie stanowiły czarne skórzane trzewiki z cholewką, na niewysokim obcasie, sznurowane. Uzupełnieniem stroju była biżuteria: korale z przywieszonym do nich metalowym krzyżem, spinki, pierścionki bakfonowe lub mosiężne wysadzane koralami i granacikami. Zimą, zarówno kobiety, jak i mężczyźni ubierali kożuchy szyte ze skóry wyprawianej na biało. Kobiety i dziewczęta nosiły na głowach wełniane barwne chustki.

Pod koniec XIX, na początku XX wieku dziewczęta i młode mężatki zaczęły nosić niektóre elementy odzieży miejskiej. Zamiast haftowanych koszul i gorsetów ubierano teraz bluzki – kaftaniki, dopasowane do figury, ozdobione falbankami. Barwne spódnice zastępowano jednobarwnymi.

Rok obrzędowy

W Brzegach tradycyjna obrzędowość ludowa zachowała się jeszcze w okresie międzywojennym, a niektóre zwyczaje przetrwały nawet do chwili obecnej. Rok kościelny rozpoczyna adwent, okres przygotowujący wiernych na przyjście Zbawiciela (łac. adventus – przyjście). W tradycji ludowej z nadejściem adwentu milkła muzyka, zaprzestawano nie tylko wszelkich zabaw, ale nawet głośniejszych śpiewów świeckich. Wieczorami w domach schodziły się dziewczęta i zamężne kobiety na wspólne prace: przędzenie, skubanie pierza itp., podczas których opowiadano baśnie, historie o niezwykłych zdarzeniach, duchach itp. Wielu wiernych, zwłaszcza kobiety, uczęszczało na adwentową poranną mszę – roraty. Najwięcej różnego rodzaju zwyczajów i wierzeń, jak w całej Polsce, także pod Wieliczką, związanych było z wigilią Bożego Narodzenia (24 grudnia). W tym dniu każda czynność obwarowana była szeregiem zakazów i nakazów magicznych. Powszechnie wierzono, że co robi się w wigilię, będzie się robiło przez cały rok. W niezwykłą noc Bożego Narodzenia dusze zmarłych odwiedzały zagrody, zwierzęta mówiły ludzkim głosem, a woda w studniach i strumieniach zamieniała się w wino. Na czas Godów, jak nazywano tu Boże Narodzenie, izbę zdobiono tak, jak w żadnym innym okresie roku. U powały wieszano sad – wierzchołek jodełki skierowany ku dołowi, ubrany jabłkami, orzechami, kulami wyklejonymi z opłatków – tzw. światami. Za obrazy i tragarze zatykano wiązki słomy, do środkowej belki w izbie przybijano krzyż ze słomy, a w jej kątach stawiano snopy żyta. Wieczerzę wigilijną przygotowywano ze wszystkich produktów wytwarzanych w gospodarstwie, zbieranych w lesie i na łąkach, czyli – jak zanotował Seweryn Udziela – ze wszystkiego, co Bóg zezwolił zebrać z pola. Tradycja nakazywała, żeby potraw było dziewięć. Na wieczerzę składały się najczęściej: żur z grzybami, ryby, kapusta z grzybami, kasza jaglana gotowana na suskach czyli wraz z suszonymi owocami, kluski z makiem, groch, gotowane suszone gruszki i śliwki. Jedzono też struclę, kołacze i pszenne bułki.

Środkowa część tragarza z fragmentem napisu i znakiem IHS z krzyżem i sercem; fot. H. Ostrowski.

[inspic=62,right,,250]

Przed rozpoczęciem wieczerzy gospodarz magicznym zaklęciem zapraszał na nią wilka, by przekupiony ofiarowaną mu gościną, przez następny rok nie czynił spustoszenia w żywym inwentarzu. Jako poczęstunek dla drapieżnika zostawiał przed chatą miskę z odrobinami wigilijnych potraw. Wieczerzę, po przełamaniu się opłatkiem, spożywano z powagą i w milczeniu. Wigilia była też porą wróżb. Dotyczyły one głównie urodzaju i pogody, tak istotnych w gospodarstwie. Przed wieczerzą gospodarz przekrawał na pół chleb, wkładał do niego opłatek, a na bochenku kładł nóż, którym go rozkroił. Jeżeli do rana nóż ściemniał lub zardzewiał było to zapowiedzią, że pszenica ześnieci się – spleśnieje. Gdy w noc wigilijną świeciły jasno gwiazdy była to zapowiedź, że w nadchodzącym roku kury będą się dobrze niosły; gdy noc była mglista przepowiadano duże ilości mleka. Wróżby dziewcząt dotyczyły zamążpójścia. Jak pisał S. Udziela (Krakowiacy, s.36), zaraz po wieczerzy wybiegają dziewczęta na dwór i słuchają, z której strony pies zaszczeka, bo z tej strony przyjdzie narzeczony; rachują też kołki w płocie: do pary, czy nie do pary. Jeżeli naliczy […] do pary to wyjdzie dziewczyna za mąż tego roku. Resztkami wieczerzy i opłatkiem dzielono się także z dobytkiem, zwłaszcza z bydłem.

W dniu św. Szczepana (26 grudnia), w ostatni dzień Starego Roku (31 grudnia) i w Trzech Króli (6 stycznia) domy odwiedzali kolędnicy. Kolędowano przede wszystkim z szopką lalkową. Z szopką chodzili po kolędzie chłopcy i mężczyźni. Często byli oni przebrani za Pasterzy, każdy z nich nosił obrzędowe imię, z którym związany był określony kostium, zwłaszcza fantazyjne nakrycie głowy. Byli to: Cedzimlik, Furgoł, Kuba, Maścibrzuch i Sufla, a towarzyszył im Anioł. Pasterze prowadzili pomiędzy sobą zabawne dialogi związane z drogą do Betlejem. Sama szopka miała prostą formę. Najczęściej była to piętrowa konstrukcja, zwieńczona wieżami nakrytymi daszkami o kształcie ostrosłupa. Na dolnej kondygnacji znajdowała się scena dla kukiełek zajmująca nierzadko 1/3 całej konstrukcji, a na piętrze umieszczony był żłobek, Święta Rodzina, pasterze, itp. Kukiełki wykonane były z drewna, ubrane w szyte ze szmatek kostiumy. W przedstawieniu występowali Pasterze, Herod, Śmierć i Diabeł, oraz szereg postaci, które śpiewały, prowadziły pomiędzy sobą humorystyczne dialogi, wygłaszały oracje. Najczęściej byli to Żyd i Chłop, Krakowiak i Krakowianka, Dziad, Ułan, Góral, Madziar, niekiedy także Myśliwy, Kominiarz i Druciarz. Kolędowali także przebierańcy inscenizujący panowanie Heroda i jego porwanie do piekła, a także grupa z Turoniem. Z reguły towarzyszyła im gwiazda. Z gwiazdą wędrowały od domu do domu także dzieci.

Ciekawym zwyczajem związanym z Godami było tzw. okolędowanie. Grupa chłopców – kawalerów wraz z kapelą odwiedzała domy, gdzie były panny na wydaniu. W śpiewanym tekście wyliczano poszczególne elementy stroju, w które dziewczynę “ubierano”. Jak bogaty był ten strój zależało od reputacji panny. Najgorszym, co mogło ją spotkać, było “ubranie” dziewczyny w czepiec mężatki. W domach, gdzie były panny na wydaniu, kolędników zapraszano do wnętrza a kolędowanie kończyło się często wspólną zabawą z tańcami.

W noc Sylwestrową ( 31 grudnia – 1 stycznia) grupy młodych chłopców zaraz po północy odwiedzały domy budząc mieszkańców śpiewem i składając im życzenia dostatku, urodzaju i wszelkiej pomyślności. Gospodarze częstowali ich alkoholem, czasem też obdarowywali niewielką kwotą pieniędzy, podobnie jak kolędników. Zwyczaj ten nazywano chodzeniem po scodrokach. Nowy Rok (1 stycznia), jak wszędzie, był przede wszystkim dniem składania życzeń. Zajmowały się tym głównie dzieci. Wcześnie rano przychodziły do domów obsypując domowników ziarnami pszenicy na urodzaj i dostatek oraz deklamując przy tym wierszowane życzenia noworoczne. Za te noworoczne życzenia dzieci dostawały świąteczne ciasto, jabłka, orzechy, czasem parę groszy. Domy odwiedzał też gminny pasterz z pasterskim kijem w ręku i torbami przy boku, życząc gospodarzom urodzaju i dostatku.W wigilię uroczystości Trzech Króli domy odwiedzali kolędnicy z szopką, gwiazdą, w niektórych wsiach także z Herodem.

Jak w całej Polsce, także we wsiach podkrakowskich, w dniu Matki Bożej Gromnicznej (2 lutego) święcono w kościele gromnicę – woskową świecę, którą potem zapalano podczas burzy, gradu, pożaru i przy łożu konającego. Po przyniesieniu jej do domu, płomieniem świecy wypalano krzyż na belce nad drzwiami, lub na tragarzu, co miało skutecznie chronić przed uderzeniem pioruna; jej płomieniem znaczono też drzwi do stajni, by drapieżniki, zwłaszcza wilki oraz złe siły nie miały dostępu do dobytku.

Dom rodzinny pani Marii Rajczyk w Grabiu Szczurowie zbudowany w 1852 roku. Jego historia i przyszłość jest bardzo związana z losami 91- letniej właścicielki; fot. W. Żyznowski.

[inspic=60,left,,300]

Okres karnawału (od Bożego Narodzenia do Środy Popielcowej) kończyły Ostatki, Zapusty (data ruchoma, zależna od Wielkanocy). Podobnie jak w wielu regionach Polski, także w okolicach Wieliczki, ważny obrzędowo był ostatni dzień karnawału – wtorek. Domy odwiedzały grupy przebierańców – chłopców, a już w okresie międzywojennym także dziewcząt, przebranych za dziadów, baby, Żydów i Żydówki, Cyganów i Cyganki. Zwyczaj ten nazywano chodzeniem po cyganach. Przebierańcy wygłaszali dowcipne oracje, płatali gospodarzom różne figle, zaczepiali dziewczęta, tańczyli. Zamężne kobiety schodziły się wieczorem w karczmie na wspólną zabawę. Tam tańczyły obrzędowy taniec na len i na konopie. Miał on zapewnić dobre plony tych roślin, tak przecież potrzebnych w gospodarstwie.Wielki Post rozpoczyna Środa popielcowa. Podobnie jak w adwencie, od tego dnia aż do Wielkanocy milkła muzyka, zaprzestawano wszelkich zabaw. W ostatnią niedzielę Wielkiego Postu – Palmową – w kościele święcono palmy. Robiono je z wierzbowych prętów i sitowia, ozdabiano wstążkami, a niekiedy także gałązkami mirtu. Poświęcone palmy umieszczano w izbie pod obrazami, pod strzechą, nad drzwiami, co miało chronić obejście przed uderzeniem pioruna i czarami. Palmą wypędzano też pierwszy raz bydło na pastwisko. Niektórzy zostawiali poświęcone palmy w kościele, gdzie leżały do Środy popielcowej następnego roku; tego dnia palono je koło kościoła, a powstałym popiołem kapłan posypywał głowy wiernych.Tego dnia domy odwiedzali chłopcy w wieku szkolnym w fantazyjnych, barwnych czapach sporządzonych z bibuły. Wygłaszali pełne ekspresji teksty o Męce Pańskiej i Zmartwychwstaniu oraz mówili żartobliwe wierszyki nie mające nic wspólnego z treściami religijnymi. Ofiarowywali gospodarzom niewielkie palmy. Otrzymywali od nich produkty spożywcze i drobne pieniądze. Grupy te, najczęściej dwu lub trzyosobowe, nazywano, podobnie jak w niedalekich Niepołomicach, Zocki. W Wielki Czwartek wieczorem, podobnie jak we wszystkich wsiach podkrakowskich, chłopcy palili Judasza – kukłę zrobioną ze szmat i słomy, wyobrażającą zdrajcę Chrystusa. Zanim została wrzucona do przygotowanego ogniska, wlekli ją przez wieś okładając kijami, przy akompaniamencie krzyków i klekotu wielkopostnych drewnianych kołatek. Gdy Judasza pochłaniał ogień, uciekano do domów nie oglądając się za siebie, by nie sprowadzić nieszczęścia i choroby.

Wielkanoc, tak jak Boże Narodzenie, była świętem rodzinnym. Na rezurekcję wychodziły z domów całe rodziny. Po powrocie z kościoła dziadkowie, rodzice i dzieci zasiadali do wielkanocnego śniadania; dzielono się jajkiem i składano sobie życzenia.

Szereg zwyczajów związanych było z Poniedziałkiem Wielkanocnym. Rano, po śmiguście, domy odwiedzali chłopcy, składając gospodarzom życzenia. Chodziły też grupy z tzw. ogródkiem. Ogródek to czworoboczna drewniana skrzynka, niekiedy bardzo ozdobna, nierzadko o ściankach wykonanych z filigranowych sztachetek lub tralek (stąd nazwa: ogródek), wymoszczona wewnątrz mchem, ubrana bukszpanem i wstążkami. W środku stała figurka Jezusa Zmartwychwstałego, niekiedy ubrana w szatę z tkaniny. Grupie towarzyszyła niekiedy kapela, a przynajmniej harmonista. Przed domem recytowano lub śpiewano:

Panie gospodarzu, wpuście nas do izby!
Jest nas tu niewiela, nie zrobimy cizby!
Nie są my tu sami,
Jest Pan Jezus z nami!
Do izby nas puście,
Bo my po Śmiguście!

Zaproszeni do środka ustawiali na stole lub stołku ogródek i recytowali wierszowany tekst o Zmartwychwstaniu Pańskim mający formę dialogu, w którym Maryja pyta napotkanych ludzi o Umęczonego Syna. W Poniedziałek Wielkanocny domy odwiedzały dzieci i starsi chłopcy z kitką. Kitka to gałązka wierzbowa rozwidlona na końcu w kształt litery “V”, ubrana bukszpanem i mirtem, opleciona kolorowymi wstążeczkami. W rozwidleniu gałązki umieszczano święty obrazek. Wygłaszana oracja miała głównie charakter humorystyczny. Przede wszystkim jednak w Poniedziałek Wielkanocny, jak w całej Polsce, polewano się wodą. Zwłaszcza kawalerowie starali się oblać swoje wybranki. Dziewczęta chowały się, gdzie mogły. Złapane polewano bez litości, nieraz całymi wiadrami: przy studni, strumieniu lub stawie, a zdarzało się, że chłopcy swoją ofiarę po prostu wrzucali do wody. Nikt im tego nie miał za złe, gdyż uważano, że polewanie wodą świadczy o powodzeniu u płci przeciwnej, stanowi również dowód, że panna się podoba, a tym samym wróży rychłe zamążpójście.Okazją do zabawy i nawiązywania wzajemnych kontaktów przez młodych były zawsze sobótki. Jak prawie w całej Polsce Południowej, palono je w drugi dzień Zielonych Świąt (data ruchoma, zależna od Wielkanocy). Wieczorem na umówione miejsce przychodziła głównie młodzież, ale nie brakowało także dorosłych i dzieci. Stos przygotowanego wcześniej drewna należało podpalić niecąc czysty ogień, czyli skrzesany przy pomocy hubki i krzesiwa. Przy ogniu śpiewano i tańczono. Szereg przyśpiewek miało dawny obrzędowy charakter i wiązało się z magicznym zabezpieczaniem zasiewów przed klęskami żywiołowymi, oraz z pobudzeniem wegetacji pól. By wszystko dobrze rosło a grad nie niszczył upraw obiegano miedze pól z płonącymi pochodniami w ręku, zapalanymi od sobótkowego ognia. Pochodnie te robiono ze starych brzozowych mioteł, ze słomianych wiechci i suchych gałęzi jałowca. Biegnący z nimi chłopcy wołali: Opal Boże moje zboże! Zieleń się żytko!

W Boże Ciało (data ruchoma, zależna od Zielonych Świąt) mieszkańcy uczestniczyli w procesji. Po jej zakończeniu skrzętnie zbierano z ziemi kwiatki, które dzieci sypały pod nogi kapłanowi niosącemu monstrancję; uważano je za lekarstwo przeciw różnym chorobom i czarom. Zabierano też gałązki, którymi ubrane były ołtarze. Zatykano je w zagony, by chroniły zasiewy przed gradem i innymi klęskami. W oktawę Bożego Ciała kobiety i dziewczęta święciły wianki z ziół. Wieszano je potem nad drzwiami jako ochronę przed uderzeniem pioruna. Według powszechnego przekonania zioła te były również skutecznym lekarstwem przeciw czarom.

Ważna obrzędowo była wigilia uroczystości św. Jana Chrzciciela (24 czerwca). Uważano ją za porę szczególnego działania sił nadprzyrodzonych. Zebrane wtedy zioła miały specjalną moc uzdrawiającą i chroniącą przed czarami. Wierzono, że czarownice właśnie tej nocy podejmują swoje niecne praktyki. W tę niezwykłą noc zakwita paproć, a kto znajdzie kwiat paproci, zdobędzie nieprzebrane skarby. Na uroczystość św. Jana domy i budynki gospodarcze ubierano zielonymi gałęziami, by zapewnić sobie urodzaj, a obejście ochronić przed działaniem złych mocy. Wieczorem młodzież paliła sobótki, przy których bawiono się nieraz aż do rana.

Tylko w małym domu próg znajduje się trzy, cztery kroki od środka kuchni. Sprzyja to wyglądaniu na gości i przebywaniu na zewnątrz. Będąc zaś wewnątrz jest się w stałym kontakcie z gospodarzem; fot. H. Legutko.

[inspic=65,left,,250]

W dniu Matki Bożej Zielnej (Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny – 15 sierpnia) kobiety święciły bukiety ziół. Używano ich potem w lecznictwie i magii. U schyłku lata, po zakończeniu żniw, urządzano we wsi dożynki. W Brzegach nie było dworu, więc dożynkowe uroczystości miały charakter wiejskiego festynu. W XIX stuleciu urządzali je też bogaci gospodarze, którzy najmowali do żniw robotników. Pracujący przy żniwach robili z kłosów wieniec, ubierali go kwiatami, owocami, wstążkami i zanosili gospodarzowi przy akompaniamencie muzyki i śpiewów. Gospodarz przygotowywał dla żniwiarzy poczęstunek i zabawę. Powszechny był również zwyczaj święcenia wieńców dożynkowych w kościele. Znaczącym dla wiejskiej społeczności dniem poprzedzającym adwent była wigilia św. Andrzeja (30 listopada) – wieczór wróżb związanych z zamążpójściem. Dziewczęta lały wosk lub cynę na wodę, a cień zastygłego odlewu, odpowiednio zinterpretowany, stanowił wróżbę na przyszłość. Panny recytowały przy tym modlitwę – zaklęcie: Święty Jędrzeju daj mi znać, co się będzie ze mną dziać! Ustawiały też buty, od stołu w izbie do progu, przestawiając je na przemian: której but jako pierwszy znalazł się przy drzwiach, ta pierwsza z obecnych powinna wyjść za mąż. Wróżb andrzejkowych było wiele, a wszystkie miały wskazać przyszłego męża i los, jaki czekał dziewczynę w najbliższym roku.

Ważnym wydarzeniem w życiu wsi był odpust parafialny. Uczestniczono wtedy gromadnie w nabożeństwach, a po południu odwiedzano się nawzajem, spotykano przy muzyce, tańczono. Mieszkańcy Brzegów i Grabia chętnie chodzili też na odpusty do innych miejscowości. Najczęściej wędrowano na odpust do Mogiły za Wisłę, do Wieliczki, do Biskupic.

Wierzenia demonologiczne

Jeszcze na początku XX stulecia w Brzegach i w okolicznych wsiach funkcjonował cały szereg wierzeń w istoty nadprzyrodzone, w czary i czarownice, a także w skuteczność magicznych zabiegów. Wyobrażenia demonologiczne, podobnie jak inne dziedziny kultury, mają wiele cech wspólnych z całą ludową kulturą Krakowiaków Zachodnich. Najciekawszych informacji dostarczają tu materiały zebrane pod koniec XIX wieku we wsiach podkrakowskich, w tym także we wsi Brzegi, przez S. Udzielę, częściowo opublikowane w etnograficznym periodyku “Wisła“, w całości zachowane w zbiorach archiwum Muzeum Etnograficznego w Krakowie.Najwięcej opowieści o demonach wiąże się z boginką – kobiecym demonem, który dręczył położnice i zamieniał niemowlęta. Boginkę nazywano tu także: koszka, gonka, koszlawa, ale określenia te wydają się być raczej imionami boginek niż ich nazwami. Wielicka boginka miała najczęściej postać normalnej kobiety obdarzonej niekiedy niezwykłymi cechami fizycznymi, takimi jak duże zęby, głowa i oczy, wydatne pośladki, długie ręce i wielkie obwisłe piersi. Boginki można było spotkać w zagajnikach, na łąkach, nad potokiem, w polu. W księżycowe noce tańczyły na bagniskach i prały kijankami płachty płótna. Jeszcze obecnie najstarsi mieszkańcy Brzegów i sąsiedniej wsi Grabie wspominają nieistniejący już dzisiaj dół z wodą, gdzie boginki miały zamieszkiwać. Miejsca takie należało skrzętnie omijać, by nie narazić się na gniew demona. Boginki odwiedzały kobiety w połogu, przybierając postać sąsiadek i krewnych. Biada kobiecie, która uległa ich namowom i wyszła za próg chałupy. Rzekome kumy porywały ją, wlokły w pola, okładały kijankami, dręczyły, szarpały za włosy i jeżeli się od nich w porę nie uwolniła – musiała zginąć. Uwolnić zaś mogła się jedynie chwytając garścią ziele dziurawca (Hipericum perforatum) nazywane tu dzwonkami, którego boginki panicznie się bały. Najczęściej na miejsce porwanej kobiety do jej łóżka kładła się jedna z boginek, przybierając postać położnicy. Kiedy domownicy odkrywali prawdę, wzywali do chorej księdza i prosili go o odprawienie egzorcyzmów. Wtedy demon uciekał, a jego towarzyszki odprowadzały porwaną niewiastę do domu. Nawet jeżeli położnicy udało się uwolnić od boginek, najczęściej po kilku dniach umierała.

Demony te porywały też niechrzczone noworodki, a na ich miejsce podrzucały swoje dziecko, niedołężne, niedorozwinięte, brzydkie. Takiego podrzutka nazywano w Brzegach podciep lub bogienka. Kiedy więc niemowlę nie rosło, płakało, było ułomne, wszyscy wiedzieli, czyja to sprawka. Takiego podciepa należało w księżycową noc wynieść na gnojowisko, obić bez litości brzozowymi witkami i zostawić tam do rana. Boginki zabierały podrzutka, a porwane dziecko oddawały, najczęściej jednak już przez całe życie było ono inne niż wszyscy, nierzadko miało dar przepowiadania przyszłości, potrafiło rzucać uroki, opowiadać baśnie, śpiewać. S. Udziela m. in. zanotował w 1891 roku w Grabiu sąsiadującym z Brzegami opowieść o niedorozwiniętej dziewczynie, zmarłej około 10 lat wcześniej, która według mniemania mieszkańców wsi była właśnie takim dzieckiem boginek.Groźne, po śmierci, mogło stać się także nieochrzczone dziecko. Wierzono, że jego dusza błąka się po ziemi w postaci błędnego ognika, nazywanego tu ogienek, światełko i prosi o chrzest. Światełko mogło przez całą noc prowadzić za sobą, czyli wodzić człowieka po bezdrożach i sprawić, że zabłądził on nawet w doskonale znanej sobie okolicy. Kiedy więc pojawił się niewielki, pląsający nad ziemią płomyczek, należało uczynić nad nim ręką znak krzyża i wypowiedzieć formułkę w rodzaju: Jakieś panna – toś Anna, jakieś pan – toś Jan, a następnie dodać: Ja ciebie chrzczę w imię Ojca, Ducha i Syna. Amen.

W pobliżu zbiorników wodnych, strumieni, stawów, bagien, można było spotkać groźnego topielca – demona dybiącego na ludzkie życie. Miała to być pokutująca dusza człowieka, który się w tym miejscu utopił, najczęściej samobójcy. Aby zwabić swoją ofiarę tam, gdzie zostanie utopiona, topielec przybierał postać człowieka (często nagiego mężczyzny albo dziecka), a także zwierzęcia, np. królika, psa, konia. Relacje o takim spotkaniu z topielcem mieszkańca Grabia zanotował między innymi cytowany już S. Udziela w 1897 roku. Opowiadający ujrzał pewnego razu nad Wisłą królika, a gdy zaciekawiony podszedł bliżej, ten zaczął kicać […] ku samej wodzie, a ja za nim, a on plusk do wody i śmioł się na całe gardło […]. Gdybym sie był zaraz nie zmiarkował, że to zły, bo to był topielec, i nie oddalił się prędko od wody, to byłby mnie utopił, bo zaraz za chwile oberwał się brzeg tam, gdzie stałem (Seweryn Udziela, Świat nadzmysłowy ludu krakowskiego, s. 163). Czasem też topielec wzywał ratunku, hałasował, chlapał wodą. Zaciekawiony człowiek zbaczał z drogi i dopiero w ostatniej chwili spostrzegał nagą postać o zmierzwionych zielonych włosach, która ciągnęła go do wody. Przed topielcem skutecznie chroniły noszone przy sobie zioła święcone w dniu Matki Bożej Zielnej i wszelkie dewocjonalia, zwłaszcza różaniec. Bał się też demon żelaza, bo skaleczony nawet igłą, nie mógł powrócić do wody, zaś poza nią był całkowicie bezbronny.

Mniej groźny dla ludzi, ale za to wyrządzający znaczne szkody w gospodarstwie, był płanetnik, chmurnik – demon, który ma władzę nad chmurami i burzą. W Krakowskiem sądzono, że są to duchy, które z boskiego rozkazu muszą pokutować aż do końca świata. Płanetniki ciągnęły na łańcuchach chmury z deszczem i gradem, stąd też gdy zbliżała się burza słychać było często ich jęki i wycie. To one napełniały chmury wodą zaczerpniętą ze strumieni i stawów. Zasiewy przed gradobiciem chroniły wetknięte w zagony gałązki z palm wielkanocnych i gałęzie zdobiące ołtarze urządzane na Boże Ciało; zaś szczególnie skuteczne były napisane na kartkach teksty czterech Ewangelii śpiewanych podczas procesji, a później zakopane na miedzy. Płanetniki bały się też głosu dzwonów. Wsie, z których przed burzą dolatywało dzwonienie, demon musiał ominąć. Skuteczne były jednak tylko takie dzwony, którymi wcześniej nie dzwoniono, by obwieścić śmierć i podczas obrzędu pogrzebowego. Stąd też w przeszłości w każdej prawie wsi znajdowała się specjalna dzwonniczka lub kapliczka z dzwonem na płanetniki. Płanetnik mógł przybierać postać ogromnego wysokiego, czasem czarnego lub niedołężnego mężczyzny o nienaturalnie długich rękach i nogach. Wśród ludzi zjawiał się tylko wtedy, gdy nie mógł uciągnąć zbyt ciężkich chmur i spadał z deszczem na ziemię. Aby ponownie wznieść się w górę, musiał dotrzeć do miedzy granicznej między dwiema wsiami.Szczególnie dokuczliwym demonem była zmora. Zamieniała się w nią, najczęściej sama o tym nie wiedząc, żyjąca kobieta. Jeżeli w rodzinie było siedem córek, a wszystkie z tych samych rodziców, to najmłodsza lub najstarsza stawała się demonem. Także, gdy pomiędzy dwiema ciężarnymi kobietami przeszła trzecia, również przy nadziei, to jej dziecko zostawało zmorą. Zmorę można było łatwo rozpoznać. Była chuda, wysoka, zawsze blada i miała małe, wiecznie spuchnięte oczy. W nocy dostawała się do domu przybierając najczęściej postać zwierzęcia, ale także np. źdźbła słomy. Dusiła śpiących, wysysała z nich krew. Żeby zmorę złapać, należało podpatrzeć, którędy dostała się do izby, demon ten musiał bowiem wrócić tą samą drogą. Szereg opowieści o zmorze zanotował u schyłku XIX wieku S. Udziela. Demon przyłapany przez człowieka zamieniał się w kota, kałużę smoły itp. W różnego rodzaju opowieściach powtarza się historia o gospodarzu, który zranił zwierzę złapane nocą w izbie, a rano okazało się, że identyczne obrażenia ma we wsi jedna z kobiet – naturalnie zmora.Wśród ludowych wierzeń powszechne było także przeświadczenie o istnieniu strzygoni, zwanych w Brzegach także upiorami – demonów wyjątkowo niebezpiecznych i złośliwych. Strzygoń powstawał z duszy człowieka, który już za życia miał po temu określone predyspozycje. Zdradzały je pewne cechy, jak nadzwyczajna bladość, brak włosów pod pachami, znak sinych nożyc na plecach, a po śmierci czerwone paznokcie i ciepła jedna strona ciała. Sądzono, że człowiek taki posiada dwie dusze. Dobra idzie po śmierci tam, gdzie człowiek zasłużył, a zła nie opuszcza ciała i to ona właśnie umożliwia strzygoniowi wstawanie z grobu. Dlatego, na wszelki wypadek, podczas chrztu nadawano dzieciom dwa imiona, by obie dusze zostały ochrzczone. Strzygoń około północy, najchętniej przy pełni księżyca, opuszczał mogiłę, a grasując w pobliżu miejsca swojego spoczynku, napadał żywych, by wypijać z nich krew. Często przybierał wtedy postać zwierzęcia lub człowieka niosącego pod pachą własną głowę. Spotkanego demona należało zapytać, jakie jest jego życzenie i uderzyć go w twarz lewą ręką. Żądanie strzygonia musiało się dokładnie wypełnić; była to najczęściej prośba o modlitwę i mszę św. za jego duszę. W ten sposób można było nieszczęśnika wybawić, a ludzi od niego uwolnić. Na nic natomiast nie zdała się ucieczka i szukanie schronienia, bo strzygoń każdego dogonił i znalazł, forsując każdą przeszkodę. Kiedy podejrzewano, że zmarły może stać się strzygoniem, poddawano jego zwłoki różnym zabiegom, aby do tego nie dopuścić. Ciało w trumnie kładziono plecami do góry, przywiązywano je lub przybijano do trumny, pod język wkładano kamień, wypowiadając zaklęcie: chodź ziemią, a nie strasz nikogo, oczy zawiązywano ślubną chusteczką, a na czole pisano imię Jezus. Najskuteczniejsze jednak było przebicie serca kołkiem osikowym lub odcięcie głowy i ułożenie jej w nogach.

Zabudowa mieszkalna z przełomu XX i XXI w. Widać powrót do rozwiązań architektonicznych, w których parter jest ważniejszy niż piętro czy poddasze. Zasadzona zieleń tu jeszcze niższa niż domy; fot. W. Legutko.

[inspic=63,left,,300]

Mieszkańcom wsi dokuczał również diabeł; dawano mu tutaj różne inne imiona: bies, czart, djeboł, pokuśnik. Płatał figle, usiłował wywołać kłótnie i bijatyki, zwodził z dobrej drogi dziewczęta, wyprowadzał na bezdroża, zwłaszcza wracających z karczmy do domu. Piekielnika traktowano z przymrużeniem oka. Łasy na ludzką duszę dawał się wciągać w różne zakłady, nie podejrzewając podstępu. W tutejszym folklorze słownym pełno jest opowieści o oszukanym i wykpionym diable, który następnie musiał służyć człowiekowi. Na wszelki wypadek nie wypowiadano jednak jego imienia, mówiąc o nim Zły, lub po prostu On. Diabeł ukazywał się najczęściej w ludzkiej postaci, ubrany z niemiecka, po pańsku. Pomimo eleganckiego stroju zdradzały go wystające spod nakrycia głowy rogi, wyzierające z trzewików kopyta i, oczywiście, ogon. Mógł też przybierać postać zwierzęcia, najczęściej czarnego kota, psa, konia, ale także każdego innego stworzenia. Aby nie narażać się na jego zaczepki i pokusy, należało zawsze nosić przy sobie jakąś poświęconą rzecz; odpędzić biesa zaś można było łatwo znakiem krzyża, pacierzem, wymówieniem bożego imienia. Piekielnik bał się też panicznie święconej wody. Powszechnie wierzono też w istnienie czarownic. Tym niecnym procederem parały się niewiasty, które zawarły pakt z diabłem, by szkodzić ludziom i odnosić określone korzyści. Miejscowe czarownice, podobnie jak w całej Polsce Południowej, posądzano przede wszystkim o odbieranie mleka krowom. Odpowiednim zabiegiem magicznym mogły spowodować, że mleko krów sąsiada płynęło z przedmiotu użytego przez czarownicę do czarów, lub po prostu „przechodziło“ na jej bydło. Czarownice mają chodzić o świcie w Wielki Piątek tam, gdzie rozstajne drogi przecinają potok, a więc w miejsca, którędy przechodzi najwięcej bydła i tam czerpią wodę tak, aby ich nikt nie zobaczył, a tym sposobem odbierają mleko krowom, które tamtędy przechodzą – pisał S. Udziela o czarownicach z okolic Wieliczki. On też w 1897 roku zanotował relację o tym, jak czarownica idzie w Wielki Piątek wcześnie rano lub w wigilię św. Wojciecha (23 kwietnia) i zbiera na miedzach zioła potrzebne jej do czarów. Czarując […] bierze na głowę skopiec (naczynie do dojenia mleka), a na ten skopiec powązkę – (szmatkę używaną do cedzenia udoju), także pociosek (narzędzie do wygarniania żaru z pieca chlebowego) i na tym pociosku, jag na koniu, jedzie po miedzach i paświskach. Na którą babe jest zło to powąską pociągo po tem paświsku, dzie sie i krowy pasą i mówi: Biere pozytek, ale nie wszystek. I od tego casu juz krowy nie dadzo mleka, bo to mleko przechodzi na carownice. Przy tem okropnie krowy chorujo i ryco. Z kolei w wigilię św. Jana Chrzciciela amatorki cudzego mleka obchodziły nago granice pól ciągnąc za sobą po miedzy powązkę i zbierały do niej rosę z traw. Potem w swojej chałupie wykręcały szmatkę do skopca. Zabieg ten wystarczał, by krowy straciły mleko, zaś czarownica miała go pod dostatkiem. Kobiety parające się czarami hodowały w ogródkach koło domu przestęp (Bryonia alba L.) – ziele według powszechnego przekonania, obdarzone tajemną mocą, bardzo pomocne przy magicznych zabiegach. Nie tylko brak mleka u krów i choroby tych zwierząt przypisywano czarom, ale także kłopoty z rozpłodem bydła. Również i w tym przypadku gospodarze sięgali do wypróbowanych środków magicznych, by ochronić krowę przed czarownicą i zapewnić sobie przychówek. Niejaki Mieczysław Koponacki zapisał w 1898 roku w Brzegach informację: Aby krowa pewnie została cielną jako zapłatę za puszczenie wołu [sic!] zostawiają ślubne pierścionki tego małżeństwa, od którego krowa była doprowadzona. Po ocieleniu się krowy pierścionki wykupują, a czasem zostawiają.Czarownica mogła nie tylko odebrać mleko krowom, ale także podrzucić czary do zagrody. Wtedy krowy doiły się krwią, nic się w gospodarstwie nie udawało, chorowali ludzie i zwierzęta. W skład podrzucanych czarów wchodziła między innymi sierść i nawóz cudzego bydła, proch z rozstajnych dróg, zioła. Można było czarownicę zmusić, by czary odczyniła, a krowom wróciła mleko. Były na to różne sposoby. Jeden z nich, wyjątkowo skuteczny, polegał na tym, że do powązki, wbijano igły i gotowano ją w wodzie z dodatkiem święconych ziół. Winowajczyni dostawała wtedy kolek, przychodziła do zagrody chcąc pozbyć się pechowej szmatki i odczyniała czary. Gospodarze odzyskiwali więc spokój, a ponadto od tej pory wiedzieli, kto psuje im krowy i dobytek.Nie mniej groźne od poczynań czarownic były też rzucane uroki. Wierzono, że niektórzy ludzie obdarzeni są złymi oczami, a ich spojrzenie może spowodować chorobę i inne nieszczęścia. Przed urokiem doskonale chronił kolor czerwony, stąd też dzieciom zawiązywano na rączce czerwoną wstążeczkę, a czerwone pompony przypinano do końskiej uprzęży. Rzucony urok można też było odczynić, czym trudnili się różnego rodzaju zamawiacze i znachorzy. W latach siedemdziesiątych XX wieku we wsi zachowała się jeszcze pamięć o takim znachorze w Szarowie koło Niepołomic. Leczył, podobno z dobrym skutkiem, zarówno ludzi jak i zwierzęta, przepowiadał przyszłość, nie obce mu były także czary miłosne.

Niniejszy fragment pochodzi z książki Brzegi i Grabie pod Niepołomicami. Historia, zwyczaje, pisarstwo, dzieje jednej rodziny, Siercza 2007.