Wiesław Żyznowski

HELENY „NIE TAK, JAK SIĘ CHCĘ”

Helena urodziła się 20 lutego 1925 roku[1]. Jak to przed wojną w biedzie, ukończyła cztery klasy z powtarzającymi się programikami we wspólnej sali. Należała do pokolenia aspirującego do powojennych siedmiu klas. Bujne włosy i delikatne rysy podobały się – nazywano ją Piękną Helą, być może stąd jej zadziorność i chęć zmiany swego losu.


[inspic=47,right,200]

Wyrwać się z domu, zarabiać tylko na siebie – czy to mogło się podobać mamie Heli? Nie powstrzymywała córki od pójścia na służbę i ta, jako trzynastolatka, pilnowała maluchów, zmywała, sprzątała u sąsiadów. W 1942 roku poszła z domu do rodziny Osuchów w Rzędowicach koło Proszowic, gdzie doszła troska o stajnię i robota w polu. Tam polubiono ją i zapamiętano – jeszcze w 2004 roku wnuki pracodawców wspominały ją jak dobrą znajomą[2]. Tam też zostawiła młodzieńca ze złamanym sercem – 60 lat po dostaniu kosza, z wypiekami na twarzy, przyznawał szeptem, żeby żona nie słyszała, że Helcia myślała o losie lepszym niż na gospodarstwie. Odrzuciła i innych kandydatów.
Wreszcie w 1944 roku usłyszał o niej Stefan Kozik. Co prawda nie był do końca w jej typie – niewiele wyższy, starszy o siedem lat, ale za to nie gospodarz. Handlował skórami, a do domu rodzinnego Helenki przychodził zawsze z wódeczką i kiełbaską, podczas gdy jego kolega, który zresztą, jak wielu innych wokoło, też podkochiwał się w niej, przygrywał podczas zalotów na harmoszce, tak, że mama Helenki już po dwóch miesiącach przyciskała Stefana o datę ślubu[3]. Tym razem Helena zgodziła się i w trzy miesiące po tym, jak młodzi zobaczyli się po raz pierwszy, 30 września 1944 roku wzięli ślub w kościele w pobliskim Grabiu. Wesele na 25–30 osób wystawili u siebie rodzice panny młodej. Głowie rodziny Szymoniaków, Rozalii, pozostało do wydania jeszcze pięć córek.

Awans społeczny Heleny ruszył z kopyta. Już po kilku miesiącach, po wielkich staraniach, dostali w Wieliczce malutką garsonierę dla dozorcy, z łazienką i toaletą oraz jednym oknem od północy.· W kamienicy tej sprzątali klatkę schodową, nadto on, absolwent półrocznego kursu handlowego, szybko otworzył sklep papierniczy w centrum na Oborzysku. W sierpniu 1945 r. urodziła się im Krystyna… W mieście, a nie na wsi – więc tak, jak marzyli[4]; przyszła na świat z poświęceniem Heleny: pośladkami do przodu; podobnie następne dzieci.

[inspic=48,left,200]

W styczniu 1949 roku urodził się Kazimierz, ale wspólnie nie cieszyli się nim długo. Helena zakochała się bowiem w Zbigniewie Żyznowskim (Zbinku), młodzieńcu przystojnym i młodszym od niej o ponad pięć lat, i nawiązała z nim romans. To, co wyprawiało się w domu, na oczach dzieci, do Stefana dotarło po jakimś czasie. Zaczęły się awantury, które bywały dla małego Kazia tak groźne, że chował nóż pod obrus[5]. Rozpętuje się drobnomieszczańska afera. W końcu Helena opuszcza rodzinę połowicznie, przenosząc się do samodzielnego pokoju na inne piętro, gdzie zresztą Zbigniewowi łatwiej odwiedzać ją nocami. Właśnie w tym czasie nagle skłania się ona ku świadkom Jehowy, choć wcześniej nie chciała o nich słyszeć, nawet od męża. Temu teraz łatwiej nalegać, by wróciła, tragedię dzieci widać gołym okiem, powszechne napiętnowanie czuć w powietrzu. Lecz Zbigniew jak przychodził, tak przychodzi. A Helena nie przyznaje się do romansu i za wszystko wini Stefana, i winić nie przestanie nigdy, mimo że, jak wiemy od jej siostry Marii, później żałowała wszystkiego i z powodu tego, że zostawiła rodzinę gryzło ją sumienie. Ze swymi pierwszymi dziećmi, kiedy już były dorosłe, dzieliła się tymi wątpliwościami – delikatnie mówiąc, była zawiedziona obojętnością drugiego męża. Świadoma swego błędu miłości, cierpiała i… zawsze to ukrywała przed swoją drugą rodziną[6].

[inspic=50,left,200]

Latem 1953 roku Helena nagle, w czasie jednego przedpołudnia, kiedy mąż był w pracy, wyprowadziła się z Wieliczki, zabierając małą Krysię i wywożąc cały dobytek, jaki uznała za swój, na przyczepie traktora. Trzyletni Kazik obserwował całe zdarzenie, nawet prosił mamusię, żeby go przewiozła traktorem, na co ona odpowiedziała, że zrobi to, jak wróci, zostawiając go tymczasem u sąsiadki. Nie doczekał się tego nigdy. Helena opuściła miasteczko jako żarliwy świadek Jehowy.

W Krakowie zamieszkała z córeczką kątem w pokoju przechodnim u rodziny Stefana. Przyjęto je, ale traktowano z góry – Helena musiała sprzątać, podjęła też pracę w Sempericie, gdzie stojąc w wodzie, myła różne rzeczy gumowym wężem. Dopełnieniem zmagań o nowe życie miał być rozwód. Stefan zadeklarował na rozprawie, że wszystko wybaczy, tylko żeby wróciła dla dzieci, ale ona odmówiła[7]. Matka i pozostali z rodziny z Brzegów zerwali z nią kontakty; po kilku latach wznowiła je siostra Maria. By uwolnić się od pierwszego męża, zgodnie ze swymi nowymi wierzeniami, obok rozwodu świeckiego potrzebowała jeszcze biblijnego, a Bóg zezwalał na niego tylko wtedy, gdy któreś z małżonków cudzołożyło. Co prawda od dawna miała to ze Zbigniewem za sobą, ale nie przyznawała się, zwłaszcza przed Świadkami, bo inaczej potwierdziłaby, że zaprzeczając wcześniej, iż miała romans, kłamała. Tak się w tym zaplątała, że później twierdziła już zawsze, iż zaprzyjaźnili się dopiero w Krakowie, na Zamenhofa. W końcu wykluczono ją ze zboru, zatem bez przeszkód mogła poślubić Zbigniewa, ale ona – nadal lojalna wobec Świadków – nie zdecydowała się na to, bo co by bracia o tym pomyśleli, zwłaszcza starsi zboru? A oni, gdy wreszcie uznali, że jest wolna od Stefana, przywrócili ją do społeczności braci i sióstr, niejako dając tym samym zgodę na ślub i ucząc ją respektu dla nich do końca życia. Dobrze po trzydziestce, spóźniona, po siedmiu latach czajenia się z ukochanym po zaułkach jak koty, we wrześniu 1960 roku, zalegalizowała swój związek w Urzędzie Stanu Cywilnego w Krakowie. Pamiętam ówczesną radość mamy i nowe meble – przetrwały one do jej śmierci – czasem mawiała, że dopiero gdy ona umrze, Zbigniew zmieni je dla nowej żony[8]. Myliła się. Przez 17 lat, do jego śmierci, jej meble i ubrania pozostały na swoim miejscu.

Wykluczenie ze Świadków i ponowne przyłączenie do nich odniosło też inny skutek: przez resztę życia Helena zamazywała w swoim życiorysie tę wstydliwą karę, służąc Organizacji. Była wdzięczna za to, że ją nie tylko powtórnie przygarnięto, ale i dano jej – mężatce po rozwodzie – przywileje zastrzeżone dla zaufanych współwyznawców, o czym będzie mowa później.

Jeszcze przed drugim ślubem, wykorzystując ówczesny komunistyczny przepis pozwalający administracyjnie dokwaterować potrzebujących mieszkania do dysponujących mieszkaniem, wychodziła sobie u urzędników taką decyzję. Padło na rodzinę mieszkającą przy ulicy Zamenhofa 8. Cóż, jak upokorzony intruz miotała się po Krakowie; musiała pracować, chcąc być blisko Zbigniewa, bez możliwości powrotu do Wieliczki i na Brzegi. W wąskim, zimnym pokoiku z piętrowym łóżkiem, na 8–10 metrach kwadratowych z czasem zagnieździli się: Helena, jej mąż, synowie Piotr i Wiesław, okresowo Krystyna i okazjonalnie Kazimierz. Do tego przewijający się rój gości – głównie Heleny, jako pani domu zaczynającej od nowa. Te niełatwe warunki były jednak lepsze od poprzednich: można było spokojnie spać, zamknąć pokój na klucz – mieć swój kąt! Zbigniew przynosił łakocie z Wawelu, gdzie pracował, sporo pomagała też Antonina[9].

Helenie przyszło szarpać się z niezamkniętą przeszłością i nowym życiem. Na Kazia w Wieliczce nie miała czasu w ogóle. Odczułem kompletny brak zainteresowania moją malutką osobą. Zmieniło się to dopiero po moim ślubie, gdy urodziła się mi córka Kasia[10]. Dorastająca Krystyna zżyła się z mamą bardziej, często jednak odczuwała jej niechęć i brak zrozumienia zamiast wsparcia. Na przykład jako uzdolniona artystyczne, chciała pójść do liceum plastycznego, ale mama przymusiła ją do „konkretnego” zawodu fryzjerki.

Przy Zamenhofa było im bardzo niewygodnie, dlatego załatwili sobie częściowo nielegalne przeniesienie do pustostanu na ulicę Lwowską. Tam właśnie wzięli ślub. Jak sama opowiadała, Helena przeżyła tam najpiękniejszy moment w swym życiu: pewnego przedpołudnia krzątała się po nasłonecznionej kuchni (nareszcie!), radio grało na parapecie otwartego okna, a ona, podśpiewując, czekała na męża, który miał wpaść po coś do domu – i właśnie wtedy poczuła się naprawdę szczęśliwa, wolna, autentycznie kochająca i kochana. Niestety, zaledwie po roku wyrzucono ich stamtąd – cóż innego można było zrobić, jak tylko jeszcze raz załatwić sobie dokwaterowanie przy nieszczęsnej ulicy Zamenhofa.

[inspic=49,right,270]

Tam czekają ich jeszcze cztery lata gonitwy, jak to na początku małżeństwa: w 1961 roku rodzi się upragniony Piotruś, a w 1964 – Wiesław – żeby Zbigniew przypadkiem nie wypominał Helenie, że mają tylko jednego syna[11]. W końcu, w marcu 1965 roku otrzymują, Bóg wie jak załatwione, mieszkanie w bloku na Olszy II. Opuszczają, odtrącające ich przez tyle lat centrum Krakowa i przenoszą się na jego obrzeże, o tyle swojskie, że w większości zasiedlane przez awansujących na swoje – podobnie jak oni. Wymarzone mieszkanie znajduje się na trzecim piętrze w bloku bez windy. Ma dwa pokoje i trzy okna, w tym jedno od południa. W pierwszych latach przed świętami sąsiedzi czasem swym starym zwyczajem wędzili szynkę w beczkach na polu, a po świętach choinki wyrzucali przez okna[12].
Całego ówczesnego luksusu było 47 metrów kwadratowych i 115 kubicznych. Swoich, ale nie własnych[13].

*

Zamieszkaliśmy w „szufladzie”, z czasem zacieśnianej jeszcze nieustawnymi meblami na pół pomieszczenia, pawlaczami, regałami i pakami w każdej wolnej przestrzeni, rzeczami dotykającymi zawsze rzeczy obok[14].
Życie mamy było ciągłym wybijaniem się „na panią”. Potrzebowała do tego: własnego domu i rodziny, co osiągnęła już po raz drugi po zamieszkaniu na Olszy, oraz pozycji w towarzystwie – udało się jej znaleźć ją u świadków Jehowy. Swój krąg poszerzała, przekupując poszczególne osoby gościnnością i drobnymi przysługami. Uzależniając od tego swe pozostałe sprawy, grzęzła w socjalistyczno-blokowych realiach, korpulentna i przed czasem tracąca urodę i zdrowie modnisia z szafami pełnymi eleganckich sukienek i ekstrawaganckich, nigdy nienoszonych kapeluszy. Z głosem zdradzającym coś z dziecka, apodyktyczna i lękliwa, zbyt szczera i bezpośrednia, zarazem rzadko autentyczna w wyrażaniu siebie. Za dzieci wydrapałaby oczy, ale na co dzień oganiająca się od nich minimum tego, co potrzebne – inna sprawa, że drugie pociechy chowała po czterdziestce. Zaprzestająca obserwacji ich osobowości na nadaniu przydomków, jak Pepek, Kukusia-Diamencik, Misie Oczko, a wychowania – będąc w pułapce po oderwaniu się od swej pierwotnej tradycji i nie wrośnięciu w nową – na frazesach typu: masz być dobry, bój się Boga.

Ostatnie 23 lata życia zgrała już w pełni z zachciankami „braci i sióstr” oraz zaleceniami „Strażnicy”. Spełniała się w byciu siostrą, ale i pożerało to jej czas oraz siły: na różnego rodzaju zebrania, zbiórki, odwiedziny, studia domowe, pomoc potrzebującym poświęcała – lekko licząc – 30 godzin tygodniowo. Bogu dzięki, że nie stosowała się do wszystkich zaleceń organizacji i zboru, jak każdorazowe przygotowywanie się do zebrań, codzienna lektura Biblii i pokarmu stałego na czas słuszny czy kilka osobistych modlitw dziennie, bo z tych 30 godzin tygodniowo zrobiłoby się chyba 60.

Myśląc „Strażnicą” i patrząc przez jej okulary, „była w prawdzie”, to jest powtarzała myśli autorów publikacji świadków Jehowy, piszących zresztą anonimowo – od biedy było to jakąś formacją umysłową. Czuła się powołana do przyszłego życia wiecznego na ziemi, zatem lepsza od świata rządzonego przez Szatana – czytaj: wszystkich nie-Świadków i ich spraw – tym samym zwolniona od zła, dobra, piękna tego świata i usprawiedliwiona za swą naiwną lekkość bytu i niedoróbki w życiu, w życiu jednak nie beznadziejnym dzięki temu wszystkiemu. Powtarzała myśli Boga jak dobrego znajomego: Jehowa powiedział to, postanowił tamto, zrobi owo; dlatego nie miewała egzystencjalnych trwóg. Uważała się za osobę wykształconą dzięki temu, że chodziła na zebrania i studiowała literaturę oraz Biblię, zresztą to ostatnie pozostawało bardziej w intencji niż naprawdę. Wiedziała jednak, że gdyby nie była Świadkiem, czytałaby jeszcze mniej, w dodatku jedno z zebrań nazywano Szkołą Teokratyczną – uczestniczenie w nim przez lata siłą nazwy musiało wyedukować. Szczyciła się tym, że „doprowadziła do prawdy” ponad pięćdziesiąt osób, czyli nakłoniła do Świadków. Miało to polegać na cotygodniowym nauczaniu kandydata z książki, a w przypadku mamy – bo co z niej była za nauczycielka – na byciu swoistym przewodnikiem, doradzającym w sprawach życiowych.
Niemal codziennie od rana w małym mieszkanku odwiedzali ją „współbracia”, bywało, że kilkanaście, a nawet – kto dziś w to uwierzy – ponad dwadzieścia osób, a że nikogo nie wypuszczała z pustym żołądkiem, gotowała jak dla małego baru. Te towarzysko-zborowe sprawy przeciągały się do osiemnastej, a w dzień formalnego zebrania trwały godzinę lub dwie dłużej. Jak było ono rotacyjnie u nas w domu, tak co miesiąc, na, załóżmy, trzydziestu uczestników, ojciec, który o tej porze wracał do domu, przysiadał uprzejmie w kącie zatłoczonego i dusznego pokoju na taborecie, czekając, zmęczony i głodny, aż wszyscy sobie pójdą. Natomiast naszymi niedzielami religia rządziła już niepodzielnie: rano zbiórka do pracy Pańskiej, jeśli wyjazdowa na wieś, to między siódmą a ósmą, a jak na miejscu, to około dziewiątej trzydzieści. Dwie, trzy godziny głoszenia niechętnym ludziom i powrót do domu na obiad. Chwila wytchnienia i przygotowanie się do bardziej odświętnego niż w tygodniu zebrania „Strażnicy”, ciągnącego się jeszcze w latach sześćdziesiątych choćby ponad trzy godziny, później zreformowanego do dwóch, czasem jednej.
Słowem, angażowała się siostra Helenka w sprawy Pana na całego, za co mogła usługiwać braciom starszym i nawet pomazańcom. Najważniejszym momentem tej służby było goszczenie w domu kilku członków Ciała Kierowniczego z nowojorskiego Brooklynu. Przywilej niesłychany, jako że patrząc z tamtej perspektywy – byli oni niemal nadludźmi, bo przedstawicielami kanału łączności między Jehową a Jego świadkami na ziemi, ponadto faktycznymi zarządcami – zapewne także akcjonariuszami lub cichymi współwłaścicielami – tej światowej kilkumilionowej organizacji o przychodach idących w setki milionów dolarów.

Od dziecka, chciała od życia czegoś innego, niż ono dawało, a towarzystwo niektórych Świadków przyjaznych jej – oddanych, kulturalnych, bezinteresownych – cieszyło ją naprawdę. Miała przyjaciółkę z sąsiedztwa, którą uwielbiała – spotykały się niemal codziennie, plotkowały, pomagały sobie wzajemnie. Inny brat, mieszkający w Łodzi, człowiek uprzejmy, prawie wytworny, napisał z żoną Wspomnienie o Helence:

Wierzymy, że z naszej pamięci o tym,
Co z Tobą przeżyliśmy, nic nie zaginie.

Zawsze nas mile witałaś pełna ducha Bożego,
W Twym domu skorzystaliśmy dużo dobrego,
Ty dla nas byłaś serdeczna i pałałaś szczęściem,
Twoje oddanie dla braci dało się widzieć wszędzie.

To każdy z nas sobie ceni i pamięta,
Kiedy Cię tylko widzieliśmy, byłaś do nas uśmiechnięta.
Helenko, wiemy, że bywałaś przygnębiona i płakałaś,
Lecz, kiedy Cię odwiedzaliśmy, zawsze nas z radością witałaś.

Wspominając Cię, łza się czasem kręci w oku.

W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XX wieku w Polsce Świadkom nie było łatwo z wielu powodów, zwłaszcza tym, którzy wierzyli i ufali doktrynie bezkrytycznie, czyli, jak mówili: bez krytykanctwa. Większość z nich chyba nie umiała nie przenosić tych obciążeń na swe dzieci. Światowy kataklizm w dwóch odsłonach – Wielki Ucisk i Armagedon mogły się rozpocząć każdego dnia. Inwestując w przyszłych wiernych, dzieciom Świadków nie szczędzono tych wizji – chyba nikt nie zastanawiał się, jak mogło je to przerażać. Pamiętam, jak w 1975 roku odwiedził nas w domu jakiś „wujek”, w pewnym momencie ściszył głos i z pewnością bliską obłędowi wtajemniczył nas, że Armagedon jest kwestią tylko kilku miesięcy – w ten sposób docenił nas po swojemu. Patrzę, co mama na to. Krząta się po kuchni tylko trochę przejęta, za to ja truchleję – na szczęście nikt nie zwraca na mnie uwagi – i zastanawiam się, jak konkretnie przyjdzie do nas ten straszny Armagedon. Czy z chmur i przez okno, czy inaczej? Dorośli, wierzący Świadkowie, kalkulowali tak: „Armagedon” brzmi groźnie, ale warto zaryzykować, nie umrze się nigdy i skończą się problemy. A dzieci? Przecież one nie myślą o śmierci i nie wiedzą, co to problemy.

Świadkowie wspierali się prywatnie. Weźmy jednego niewidomego „wujka”, którym opiekowaliśmy się wraz z rodziną pewnie z 15 lat. Ceną za jego opiekę duchową było robienie zakupów, sprzątanie, prowadzenie na ulicy, czytanie na głos, pomaganie przy chałupnictwie. Miał dwóch synów inżynierów, synowe, wnuki. Kiedyś zapytałem go: – Dlaczego to oni ci nie pomagają? On na to: – Oni przecież nie mają czasu… – No, a dlaczego oni w ogóle nie są w prawdzie (nie są Świadkami), a za to są po studiach, co przecież organizacja zdecydowanie odradza? Na co on: – Hm, cóż z tym można zrobić? Nasza pomoc była dla niego tylko epizodem, bo w sumie dziesiątki Świadków opiekowało się nim przez niemal 50 lat – od czasu, kiedy stracił wzrok, aż do śmierci.
Na tę wiarę, zwaną pogardliwie kociarską, w tamtych czasach władze przymykały oko, upokarzając jej wyznawców. Kultywowano ją bowiem nie tyle w honorowym podziemiu, co półlegalnie, pokątnie i wstydliwie – w mieszkaniach prywatnych przy minach sąsiadów wiedzących o tym i pod gołym niebem, po lasach, za cichą zgodą leśniczego. Bywało, że sąsiedzi i znajomi odwracali wzrok, koledzy szkolni miauczeli podczas lekcji i na przerwie; pozostawało przyzwyczaić się do tego. Nawet dziś, w 2005 roku, ostrożności nigdy za wiele: nie wszystkie ich – od dawna legalne – „sale Królestwa” są oznakowane.

Zabraniano wszystkiego, co „niemoralne”, „światowe”, „diabelskie”; w praktyce zamykało to Świadków w pewnej enklawie mentalno-towarzyskiej opuszczanej tylko dla szkoły czy pracy. Miało to urok wiecznych wakacji czy harcerstwa przerywanego kontaktami ze światem. Izolacji tej służyło też fundamentalne dla bycia Świadkiem głoszenie od domu do domu, często w pobliżu swojego miejsca zamieszkania. Jak na złość, dufna i dzielna mama czasem wybierała na swój teren osobisty do głoszenia pobliskie bloki, czym, chcąc nie chcąc, manifestowała ostateczne postawienie siebie i dzieci po drugiej stronie. Cóż powiedzieć? Pogrubiało to skórę, alienowało, wyrabiało przebojowość.

Męża Zbigniewa mama nie zachęcała zbyt mocno, aby przestał być swoistym satelitą świadków Jehowy; być może lubiła tę swoją przewagę nad nim. Miał on zapewne chrzest katolicki i inne sakramenty, urodzony na kilkanaście lat przed przechrzczeniem się jego starszych braci i ojca Ludwika, pięćdziesięciopięcioletniego żołnierza pierwszej wojny, człowieka dość światłego, potem mamy Wiktorii i siostry. Bliskich po rodzinnemu zapoznał  „z prawdą” Jan Sosin, brat Wiktorii, górnik, jego wciągnął z kolei Józef Popek, uczeń prekursora Badaczy Pisma Świętego w Polsce, niejakiego Puchały, który wiarę tę przywiózł bodaj z Ameryki. Zbigniew nigdy nie przyznawał się do swych katolickich korzeni, a pytany, odburkiwał, że nie pamięta, i złościł się. Już w wieku 15, 16 lat chodził po domach, by namawiać do świadków Jehowy. Należał do tego nieszczęsnego, tuż powojennego pokolenia narybku Świadków, których ze względu na bliskość Armagedonu zniechęcano do pójścia dalej się dalej po podstawówce, bywało też, że ich rodzicom odradzano przyłączanie prądu w domu, poważniejsze remonty, nawet leczenie się. Zbigniew poszedł na tę młodzieńczą łatwiznę, której później żałował – skończył na jednej klasie gimnazjum handlowego. Nigdy nie zapomniał, jak – będąc tak właśnie przygotowanym do życia „głosicielem” – wysunął swoją kandydaturę do zadania wymagającego jednak większej ogłady, na co jeden z lokalnych aktywistów, założycieli zboru wielickiego, odrzekł mu: – Ty? Chyba gęsi paść.

Nie uznawał niektórych instytucji państwowych, zwłaszcza wojska – skądinąd Ludowe Wojsko Polskie dawało się nie lubić. Ta bezkompromisowa i, w jego przypadku, raczej bezrefleksyjna negacja o podłożu wyraźnie religijnym, kosztowała go sporo nawet jak na Świadka w tamtych latach, którym wtedy formalnie nie był i nie został nigdy. Siedział dwa razy w więzieniu, w tym przez dziewięć miesięcy w izolatce w Strzelcach Opolskich, na betonie, bez kontaktu z kimkolwiek. Później nigdy nie wykrztusił o tym słowa, a Helena wspominała, że wyszedł stamtąd bardzo zmieniony.

Chrzest u Świadków – przypomnijmy – udzielany w wieku co najmniej kilkunastu lat w młodości uciekł mu jakoś, później chyba już mu się nie chciało – lubił niezależność. I tak przeżył: ni Świadek, ni „światowy”. Choć miało to praktyczną zaletę: gdyby został Świadkiem, a później zdarzyłoby mu się wykluczenie, to byli „bracia” traktowaliby go jak wroga, a tak uniknął tego.

Śmiał się z niektórych zwyczajów Świadków: opowiadał, jak w latach pięćdziesiątych jeden „brat” przepisywał Biblię do zeszytu, albo ironizował ze zbierania i oprawiania w tomy starych „Strażnic”, skoro nowych nie było komu czytać; inne rzeczy znów poważał, jak samo studiowanie Biblii lub zakaz palenia tytoniu. Natomiast nie dziwiła i nie przerażała go ich najważniejsza wizja – był tak przyzwyczajony do niej, że chyba nigdy nie zastanowił się nad nią głębiej. Chodzi o wyczekiwaną przez nich i akceptowaną z radością rzeż wszystkich bądź niemal wszystkich ludzi z wyjątkiem samych Świadków – ma jej dokonać Bóg, który jest miłością. Kilka miliardów istnień ludzkich pozostawiających ziemię kilku milionom śpiewających z tej przyczyny pieśń ku chwale Pana. Potem, na oczyszczonej ziemi ciągłe duchowe i cielesne udoskonalanie się bez wspominania przeszłości, a jeszcze po tysiącu lat ostatnia próba, później już tylko życie wieczne, bez końca, w wolności Synów Bożych z niewygasłym entuzjazmem i niesłabnącym sensem życia przez tryliony trylionów lat. A co do celu czy celów tego życia wiecznego trudno powiedzieć. Czy w ogóle bez nich? A może z jednym ciągle przesuwającym się do przodu? Albo z coraz to następnymi, nie znaczy nowymi, jak to w nieskończonym czasie, w którym wszystko musi zdarzać się nieskończoną ilość razy.

Nabyta w młodości prześmiewcza niechęć do katolicyzmu, zwłaszcza do księży, została mu do końca życia. Nic nie rozzłościło go bardziej niż zdjęcia z katolickiego chrztu wnuka.

Kiedy już było wiadomo, że zaczął się ostatni etap jego życia, zapytaliśmy go, czy nie chciałby przyjąć chrztu, żeby później nie żałować, że umiera bez Boga. Jak to miewał w zwyczaju, nie odpowiedział zdecydowanie, ale zaczął przyjmować bratanka Tadeusza, wyznawcę z rodzaju „raz Świadek na zawsze Świadek”, aby odbywać z nim studium biblijne przygotowujące do chrztu. To się jednak nie udało. Być może na przeszkodzie stanęła jego afazja po wylewie, z którą żył przez ostatnie 12 lat. Na pytanie, jaki chciałby pogrzeb religijny na wzór Świadków, czy świecki, też nie odpowiadał. W czerwcu 2005 roku, kiedy zmarł, zaraz po tym opiekunka pożegnała go w „światłość wieczną” – obrzędowość, w jakiej przyszedł na świat, wyrósł, później odrzucił, wróciła do niego po całym życiu na chwilkę. Zresztą nikt nie miał innych formuł. Urządziliśmy świecki pogrzeb z krótkim, taktownym wykładem zaproszonego Świadka Jehowy, którego Zbigniew za życia lubił i szanował.

Mama zrobiła naprawdę dużo, aby mąż i czworo jej dzieci wraz z współmałżonkami wierzyli w to, co ona. Była przekonana, że jeśli tylko ten świat będzie istniał, wnuki w większości też pozostaną Świadkami. Tymczasem z danych na rok 2005, w tym odgałęzieniu rodziny jest troje Świadków, czternastu zdeklarowanych nie-Świadków, troje nie zdeklarowanych nie-Świadków i czworo prawnucząt – przeto liczby wskazywałyby na incydentalność tego trendu. Skąd taka nietrwałość? Być może stąd, że mama, zmieniając wyznanie, nie zmieniła wystarczająco siebie. Jeżeli tak było, to ciekawe, dlaczego: czy nie chciała się zmienić, czy nie wiedziała, że inaczej rozpocznie coś narażonego na tymczasowość.

*

Była jesień 1987 roku. Okazało się, że mama ma rozległego raka żołądka. Ustaliliśmy, że przy niej mówimy stanowczo, że to wrzody. Ona jakby świadomie przyjęła do wiadomości tę zmianę nazwy wyroku. Zaczęło się chodzenie po lekarzach, by potwierdzić rozpoznanie i, co ważniejsze, żeby załatwić operację bez transfuzji, jak to u świadków Jehowy.

Jesteśmy więc z mamą na badaniach, boli ją, ale jest dzielna i cierpliwie czeka wśród tłoczących się ludzi. Sam robię, co mogę, by nas przyjęto, bo to wcale nie jest pewne. Pośpiech, wrzawa i bałagan pomagają to przeżyć. Zostaję na korytarzu. Mama, skulona, wraca.

– Bolało? – pytam, choć to dla mnie trudne do zniesienia.
– Nie tak bardzo, w końcu cztery razy rodziłam pośladkowo. Kiedy będą wyniki?
– Dowiem się – mówię i idę do dyżurki. Dopisuję na zleceniu, że jeśli to rak, to proszę o ukrycie go w diagnozie. Pielęgniarka zapewnia, że wszystko będzie po łacinie.

Mama jednak wie swoje. Kiedy jedziemy na jeszcze inne badania, a zarazem po wcześniejsze wyniki, mimo że ledwo chodzi, nie opuszcza mnie na krok. Wyprzedzam ją i wchodzę do lekarza pierwszy. Tak, to rak. Chęć ukrycia tego przed mamą jest silniejsza niż szok. Czy się domyśli, co oznacza to krótkie łacińskie: „cancer”? Doktor sprawia wrażenie, jakby miał dla nas mniej niż minutę. Wymuszam na nim, aby słowo: „rak” – nie padło przy mamie, a on mówi prędko, że dla niej będzie to duży naciek. Wychodzimy z gabinetu.

– To jest naciek, ale duży i potrzebna operacja – mówię do mamy jak przez szybę. Ona na szczęście nie jest za bardzo dociekliwa; nigdy nie byliśmy wobec siebie wylewni.

Cały czas udajemy przed mamą, a mama przed nami, że to tylko naciek. Szukamy lekarza, który podejmie się operacji, ale z gwarancją, że odbędzie się ona bez transfuzji. Mama jest święcie przekonana, że przyjęcie obcej krwi w każdym przypadku jest grzechem i złamaniem prawa Bożego. Nasz najstarszy brat, Kazek, dociera do zastępcy ordynatora „białej kliniki” w Krakowie. Owszem – mówi zastępca – Istnieje jakaś szansa, ale jest jeden warunek: transfuzja.

– Kiedy wsunąłem mu pieniądze do kieszeni fartucha, nawet mu powieka nie drgnęła – mówił brat. Później przyznał się, że był też pomysł oszukania mamy co do transfuzji. Tak czy siak do operacji nie doszło i była jeszcze wciąż ta sama jesień.

Do poszukiwań właściwego lekarza włączyła się wspólnota Świadków. Mimo bólu i kłopotów z jedzeniem, mama starała się, żeby, jak dawniej, dom był pełen „braci i sióstr”. Dopiero w czerwcu następnego roku jeden z „braci” znalazł odpowiedniego lekarza. Znalazca należał do grona tych, dla których mama, nie chcę przesadzić, miała pewną szczególną cześć; nazwijmy go opiekunem. A zatem szpital w Będzinie. Opiekun podał nazwisko lekarki i zainkasował w jej imieniu dwieście dolarów; to była wówczas duża kwota. Co prawda, ojciec wątpił w ten Będzin – dla nas z Krakowa to dziura; mruczał, że to tyle pieniędzy, ale z mamą nie było dyskusji. I wszystko trwało już tak długo. Ale mama przecież ciągle żyła i każdy z nas zaplanował wakacje.

Jedziemy jednak do tej lekarki, ja i Krystyna, mieszkająca w Szwecji. Przyjmuje nas kobieta po trzydziestce. Jest pewna siebie i daje dużą szansę na udaną operację.

– W jaki sposób możemy się zrewanżować? – pytam.

– Nie ma mowy o rewanżu, to nie będzie nasza pierwsza operacja bez krwi – odpowiada.

Dzień przed wyjazdem do Będzina mija jak film. Mama jest radosna i nie może się doczekać, nawet podśpiewuje, a ja ciągle myślę, czy jutro, wychodząc z mieszkania, odwróci się i spojrzy na nie ostatni raz.

– Mamo, odwiozę cię – proponuję, ale ona się nie zgadza: – Auto Halinki jest większe, a ty masz za dużo spraw.
Później odwiedzamy mamę w szpitalu. To ona podtrzymuje na duchu nas, a nie my ją. Opowiada z przejęciem, jak dużo czasopism udaje się jej rozdać pacjentom. Kolorowe jak na Zachodzie – to w Polsce nowość. Mama bardzo przeżywa to dzielenie się prawdą.

– Rozpowszechniłam już czternaście sztuk, a jest dopiero połowa miesiąca – chwali się – Czasopismo czytała nawet pani z sąsiedniego łóżka, która wczoraj zmarła, na pewno z nadzieją zmartwychwstania.
– Zmarła?
– Operacja się udała, ale pacjent zmarł – mama żartuje, ale kilka dni wcześniej nie zgrywała się tak przed swoją najmłodszą, ulubioną siostrą Tosią. Powiedziała jej:
– Dotrwałam do końca i wiem, że zachowano dla mnie koronę żywota.
Dwa dni przed operacją jedziemy ją odwiedzić. Czekamy – ojciec, starszy brat i ja. Mama schodzi po schodach, tuli się do poręczy. Wita się z nami serdeczniej niż zwykle – nas z bratem Piotrkiem ściska, a ojca całuje w policzek. Rozmowa się nie klei, ale mama pociesza nas, że nie może się doczekać operacji, no i że wszystko się wyjaśni. Pyta, czy przywieźliśmy pieniądze i prezenty dla pielęgniarek i lekarzy, o jakie nas prosiła. Cieszy się, że anestezjolog obiecał być przy niej przez cały czas. Nie minęło pół godziny i któryś z lekarzy nas przegania. Prześladuje mnie w tym zamieszaniu przeczucie, że to pożegnanie i że to straszne, iż ktoś nam w takim momencie przeszkadza. Żegnamy się w pośpiechu w obecności tego lekarza. Schodząc, zerkam jeszcze, jak mama wspina się po schodach. Lekarka nie zgodziła się, żeby w dniu operacji ktoś z nas tam był. Wychodzimy przed szpital, a mama stoi w oknie i macha nam, czego nigdy wcześniej nie robiła. My też jej machamy. Ojciec i brat znikają za rogiem, a ja przystaję i ostatni raz żegnam się z mamą z oddali przez okno otwarte na oścież.

Po powrocie pracujemy przez trzy dni na działce. W dzień operacji telefonuję do lekarki i pytam, co z mamą. Drewnianym głosem mówi mi, że wszystko dobrze, a ja, daję słowo, wierzę w to. Za dwa kolejne dni, w dzień odwiedzin, jedziemy w trójkę, i jeszcze siostra. W recepcji pytamy o mamę, każą nam czekać. Przychodzi lekarka i prosi siostrę i mnie do pomieszczenia obok. Wchodzimy, lekarka opiera się o jakiś blat i mówi:
– Państwa mama nie żyje.

Było tak, jakbym na chwilę stracił słuch. Siostra jeszcze o coś pyta, a lekarka wyjaśnia, że mama zmarła niby w dzień po operacji… i takie tam. Wychodzimy, informujemy o tym ojca i brata. Wracamy w milczeniu. W drodze powrotnej wstępujemy do brata-opiekuna, który wskazał Będzin. Chodzi o życzenie mamy, żeby to on wygłosił wykład na pogrzebie, tak jak się zwykło robić u Świadków. Mama zaplanowała też na swój pogrzeb sukienkę i kwiaty.
W dniu pogrzebu był upał. Mówiono, żeby otworzyć trumnę, ale się nie zgodziłem – miałem swoje powody. Poprosiłem kolegę, żeby policzył uczestników. Było 185 osób. Był również wykład tego brata.
Niedawno siostra opowiadała mi, że na jednym z kongresów Świadków Jehowy, a mijało dziewięć lat od pogrzebu, natknęła się na owego brata-opiekuna, który w swoim czasie był tak ważną osobą dla mamy. Siostra podjęła próbę, aby przypomnieć mu mamę. Pomyślał chwilę i powiedział: – Niestety, nie pamiętam.

Helena z Szymoniaków z Brzegów zmarła w szpitalu w Będzinie. Oficjalna data śmierci – 22 lipca 1988 roku nie jest pewna, bo nikt z nas nie był tam wtedy. Jeśli zmarła podczas operacji lub wkrótce po niej, to był to 21 lipca. Pochowaliśmy ją 29 lipca na Cmentarzu Batowickim w Krakowie.
Listopad 2005 roku. Na drzwiach dwóch obecnie pustych mieszkań, które Helena opuściła swego czasu – jedno ponad 50 lat temu, nagle i z własnej woli, drugie 17 lat temu, też nagle, ale wbrew sobie – wiszą tabliczki: na obu „Helena”, tam „Kozik”, tu „Żyznowska”.

Maria Baran
Helence
Cóż Ci życzyć, moja siostro[15],
Szłaś przez życie dosyć ostro.
Choć miałaś smutną godzinę,
Miałaś zawsze miłą minę.
Nie dałaś poznać po sobie,
Choć się krzywda działa Tobie.
Wychowałaś dzieci czwórkę:
Trzech synów i jedną córkę.
Przeszłaś w życiu dosyć złego,
Nie wiesz, jak zacząć, od czego.

Masz męża pracowitego,
Tylko trochę zazdrosnego.
Może dzień i noc pracować,
Nie lubi sobie krzywdować.
Nosi ciężko w obu rękach,
By wszystko miała Helenka.
Helenka się napracuje,
Stale pierze i prasuje,
By mężczyźni byli czyści,
Wyglądali jak artyści.

Dwóch synusiów ma przy sobie,
Strzeże ich jak oka w głowie,
Żeby się nie załamali,
Do złej drogi nie zdążali.
Trzeci syn jest już żonaty,
Do tego bardzo bogaty.
Ma żonę wielką modniarkę,
Chodzi z Peweksu w ubrankach.

Tak nam życie szybko płynie,
Ubywa nas już w rodzinie,
Wnet się musimy rozłączyć
I tak się wszystko zakończy.
Za tą pracę, zabieganie,
Będzie w grobie spoczywanie.
Przyjdą dzieci, złożą kwiatki,
Tyle przysługi dla matki.
Co matka zaoszczędziła,
Wszystkich by równo dzieliła.

Ale dzieci jak to dzieci,
Chciwość nie za jednym leci.
Będą sobie zazdrościli,
Z tego się będą kłócili,
Jak które będzie morowe,
Porwie to, co wartościowe.
Jak zabraknie matki dzieci,
To cały dom się rozleci.
Potem wszystko zrozumiecie,
Jak zakończy swoje życie.

Opowiadanie pochodzi z książki Brzegi i Grabie pod Niepołomicami. Historia, zwyczaje, pisarstwo, dzieje jednej rodziny, Siercza 2007.