Paweł Biegacz

ANTONINA

Antonina Michalewicz z domu Szymoniak w czasie „Służby Polsce”. Gdzie teraz można ujrzeć tak szczerą buzię jak ta? Fotografia w posiadaniu Pawła Biegacza.

Szkołę podstawową kończy w 1951 roku a we wrześniu 1952 roku podejmuje pierwszą pracę w fabryce kopert na Grzegórzkach (budynek fabryki już nie istnieje – został rozebrany w latach siedemdziesiątych). Po ośmiu miesiącach zwalnia się jednak, aby 7 kwietnia 1953 roku podjąć pracę w kuchni Państwowego Szpitala Klinicznego A.M. w Krakowie przy ulicy Kopernika 17. Przepracuje tam 47 lat. W maju 1953 roku zostaje powołana do tzw. Brygad Pracy POSP (znanych bardziej jako Służba Polsce) i wyjeżdża na przymusowe prace do Wężewa – wsi położonej na Pojezierzu Mazurskim. Jej pierwszym mężem zostaje Adam Biegacz, który pochodzi z Dobrowody – wioski położonej niedaleko Buska-Zdroju na Kielecczyźnie. Antonina, nie wiedząc, że Adam jest żonaty i ma dziecko, zachodzi z nim w ciążę. 5 marca 1961 roku rodzi mu syna, któremu dają imię Franciszek (obecnie Paweł). Po rozwodzie Adama z pierwszą żoną, wychodzi za niego w marcu 1961 roku Mieszkają w Kłaju niedaleko Bochni, gdzie znajduje się macierzysta jednostka wojskowa Adama. 17 lipca 1961 roku, niespełna cztery miesiące po ślubie, Adam popełnia samobójstwo, strzelając sobie w głowę ze służbowej broni.W niedługim czasie po jego pogrzebie nakazano jej opuścić służbowe mieszkanie. Aby więc nie wracać do rodzinnego domu jako wdowa z dzieckiem, postanawia powtórnie wyjść za mąż. 4 sierpnia 1962 roku oddaje swą rękę starszemu sierżantowi sztabowemu Stanisławowi Michalewiczowi, z którym do chwili obecnej pozostaje w związku małżeńskim. W czerwcu 1963 roku rodzi córkę, której nadają imię Jolanta. W 1966 roku wraz z rodziną przeprowadza się do Krakowa. W latach 1978–1980 uczy się w Gastronomicznym Technikum dla Pracujących. W roku 1981 przeprowadza się z osiedla Azory na osiedle Prądnik Czerwony, gdzie, wraz z mężem, mieszka do dzisiaj.

Ze szkatułki wspomnień

Niemieckie mundury, czekolada, i biedy czas

Przed domem rozciągał się piękny ogród pełen kwiatów, krzewów malin, agrestu i drzew owocowych[1]. Często bawiłam się tam z moim starszym rodzeństwem. Ale przyszedł dzień, że do zabaw dołączył ktoś, kto był dla nas zupełnie obcy, a my byliśmy zmuszeni go zaakceptować. Był to niemiecki oficer, który pojawił się w naszym domu wraz z wybuchem wojny. Pomimo, iż był on okupantem i wszyscy bardzo bali się Niemców, ja nie czułam przed nim żadnego strachu. Zapewne dlatego że byłam jeszcze zbyt mała, aby zrozumieć, kim tak naprawdę jest wróg i czym jest wojna. Często siadałam mu na kolanach, a on bawił się ze mną w czarodzieja, który spełnia dziecięce marzenie o tabliczce czekolady. To był dobry Niemiec… Oni wszyscy byli dla nas dobrzy.Pamiętam, że Niemcy mieszkali u Jelenia, naszego sąsiada. Na podwórku stała kuchnia polowa, z której dobiegały smakowite zapachy gotującego się jedzenia. Gdy pewnego dnia Niemcy weszli do naszego domu i zobaczyli, w jakich warunkach żyjemy, postanowili się nami zaopiekować. Codzienne wołali na nas: – Komm, komm – i przez płot podawali nam suchary, prasowaną kawę w puszkach i zupę. Do końca 1944 roku zawsze mogliśmy liczyć na ich pomoc. Gdy spojrzy się na okrucieństwo wojny, wiem, że to, co teraz opowiadam, przez wielu może być odbierane z pogardą, ale tak wtedy było. Niemcy starali się leczyć tych, którzy tego potrzebowali. Mojego przyszłego szwagra, Franciszka Barana, zawieźli do Szczurowa, do szpitala polowego i usunęli mu dziwną narośl na ręce. Potem jeszcze długo leczyli ranę, jaka po niej pozostała…W naszym domu panował podział obowiązków. Śniadanie przeważnie składało się z zupy kminkowej lub grochowej na zmianę z czarnym chlebem i mlekiem lub kawą. Gdy starsze rodzeństwo szło paść krowy, młodsze kosiło trawę i kroiło buraki, aby wieczorem nasza jedyna krowa i dwie kozy miały co jeść. Z wykoszonego wyka[2] wybieraliśmy groszek, który mamusia potem gotowała. Za jedzenie lub drobne pieniądze wykonywaliśmy różne prace dla innych gospodarzy. Najczęściej jednak pasaliśmy krowy. Zajmowało nam to praktycznie cały dzień, z południową przerwą na dojenie. Krów było bardzo dużo, należały do mieszkańców wsi i okolic. Rano dostawaliśmy od mamy butelkę czarnej kawy i kromkę chleba z marmoladą. Wszystko to, owinięte kocem, musiało nam wystarczyć na pół dnia. Najgorzej bywało wczesną wiosną i jesienią, gdy rano panowały przymrozki. Pamiętam, że gdy tylko udało nam się dobiec do sikającej krowy, byliśmy szczęśliwi. Jej ciepły mocz na chwilkę ogrzewał nasze zmarznięte, bose nogi. Było ciężko, ale za wypasanie krów otrzymywaliśmy pieniądze i jedzenie: zbyt mało jednak, jak na naszą dużą rodzinę. Tatuś najmował się do różnych prac, chociaż najczęściej udrażniał rowy melioracyjne i konserwował tamy przeciwpowodziowe, których w naszej okolicy było kilka. W czasie żniw młócił zboże u bogatych gospodarzy, a my zbieraliśmy to, co pozostawiali na polach (obowiązywało wtedy niepisane prawo, że nie grabiono dokładnie pól, aby biedni mogli z nich coś jeszcze zebrać). Krew lała nam się z nóg od chodzenia boso po ściernisku. Gdy wracałam do domu, marzyłam tylko o tym, aby zjeść coś ciepłego i spać. Zazwyczaj nasz posiłek składał się z gotowanej kapusty z chlebem, w niedzielę natomiast był kawałeczek mięsa i omaszczone skwarkami ziemniaki – choć tych skwarek w kartoflach było nie wiele więcej, niż nas wszystkich w domu. Wieczorami mama prała nasze, umorusane po całym dniu koszule i szliśmy spać nago, a nasze jedyne okrycia suszyły się na przypiecku.Były także chwile przeznaczone na zabawę. Latem często graliśmy w cyrkę lub bitwę narodów, zimą natomiast chodziliśmy na staw podziukac[3]. Pamiętam, że kiedyś nasze dziukanie skończyło się kąpielą w przerębli. Siostra i ja bałyśmy się wejść mokre do domu, żeby nie dostać lania od mamusi. Stałyśmy oparte o ścianę domu, aby osuszyć przemoczone ubrania i zarazem, choć troszkę, ogrzać się w ostatnich promykach zachodzącego słońca. Nasze koszule sztywniały od zimna, ale na szczęście żadna z nas się wtedy nie rozchorowała.

Ogień, śmierć i strach

Ta śmierć była dla mnie straszliwym przeżyciem. Miałam wtedy pięć lat, ale wszystko pamiętam. Moja siostra Maria opowiadała to wielokrotnie, więc zapewne ta tragiczna historia została już spisana i znajdzie się w tej książce. Powiem tylko tyle, że Niemcy wypytywali potem mojego ojca, kto mu sprzedał benzol. – Powiedz, kto to był – przekonywali. Tatuś nie chciał jednak powiedzieć. Wiedział, że jeśli im powie, znajdą tego człowieka i zabiją. U Milki stwierdzono poparzenia rąk, twarzy oraz dróg oddechowych, które były główną przyczyną jej śmierci. Po latach często rozmawialiśmy o tym w domu. Brat obwiniał się, że nie powinien oblewać Milki wodą, którą przecież nie ugasił od razu ognia. – Pewnie wtedy zachłysnęła się wodą i ogniem, który dostał się do jej gardła – często do nas mawiał. A może jednak stało się to już wtedy, gdy przeraźliwie krzyczała o pomóc. Jedno wiem na pewno. Gdyby dzień wcześniej obwoźny handlarz nie pomylił się i sprzedał nam butelkę nafty, zamiast benzolu, do tragedii nigdy by nie doszło, a Milka być może żyłaby do dziś wśród nas…

Młodzieńczy bunt, weselna zabawa i partyzanci

Moja siostra Helena zawsze buntowała się przeciw światu. Niepokorna córka – tak mawiała o niej mamusia. Może chciała sama decydować o swoim życiu. Niestety, już nigdy nie dowiemy się, dlaczego chciała to zrobić…Pewnego dnia, w czasie okupacji, Helena wyszła z domu z postanowieniem, że już nie wróci. Zdecydowała, że wyjedzie do Niemiec, na roboty. Na ulicy Wąskiej w Krakowie przyjmowano wszystkich chętnych na taki wyjazd. Mamusia, dowiedziawszy się, że Helena pojechała do Krakowa, natychmiast się tam wybrała, choć nie miała pewności, czy uda się jej zmienić decyzję córki. Wypatrzyła Helenę w tłumie oczekujących ludzi, podeszła i zaczęła prosić ją, aby wróciła do domu. Ta jednak była uparta. Nie widząc możliwości przekonania Heleny, mamusia zaczęła na kolanach błagać stojących tam Niemców, aby oddali jej córkę. Jeden z nich, widząc klęczącą przed nim kobietę, ulitował się i kazał im obu odejść. Gdy znalazły się już parę przecznic dalej, doszło między nimi do kłótni. Zdenerwowana mama uderzyła siostrę w twarz. – Żeby Ci rękę za to wykręciło – krzyknęła Helena. Mamusia wielokrotnie później wspominała tamtą sytuację. Czuła wielki żal do swej córki.Ale jak to w życiu bywa, jest czas smutku i czas radości. Wreszcie nastał dzień, w którym było widać uśmiech na twarzach obu kobiet. Wesele Heleny było dużym wydarzeniem w moim życiu. Sprzątanie i krzątanina w domu, szykowanie mocno już sfatygowanych sukienek i bucików oraz roznoszący się po całym domu zapach pieczonej buchty[4] oznajmiał, że nadszedł wyjątkowy dzień.Gdy wróciliśmy z kościoła, rodzice podali na stół kartofle z mięsem, trochę ciasta i bimber, który tatuś kupił od jakiegoś wędrownego handlarza. Rozsiedliśmy się przy stołach, gdy nagle usłyszeliśmy jakiś gwar przed domem. Przyszli Niemcy, a wśród nich zakochany w Helenie oficer. Przyniósł kiełbasę, konserwy, biały chleb, czekoladę i alkohol. Towarzyszyło mu dwóch oficerów. Położyli broń na wygrzewaczu obok pieca i przysiedli się do weselnego stołu. W okolicznych lasach walczyła wtedy partyzantka, a w jej szeregach niejaki Włodarczyk. Okropny człowiek. Wszyscy się go bali. Na nasze nieszczęście on również był zakochany w Helenie. Gdy dowiedział się, że siostra wychodzi za mąż, postanowił przyjść na wesele. Tatuś jednak w porę zorientował się, że coś niedobrego dzieje się pod domem. Gdy zobaczył Włodarczyka, zaczął go prosić, żeby ten nie zrobił czegoś niemądrego. Wiedział, że jeśli partyzanci zabiją nieuzbrojonych Niemców, dojdzie do krwawego odwetu, na czym ucierpi cała wieś. Tatusiowi cudem udało się ubłagać Włodarczyka. Partyzanci dostali bimber i trochę jedzenia. Wtedy odeszli…Siostra szła do ślubu w pięknej, białej sukni. W ręku trzymała bukiet kwiatów – bodajże goździków, róż i konwalii. Do kościoła tatuś zawiózł ich wypożyczoną od sąsiada bryczką. Ślub odbył się w pięknym, drewnianym kościele na Grabiu.

Żyd

Tę piwnicę tatuś własnoręcznie wykopał kiedyś pod piękną gruszą. Ukrywał tam Żyda, który, gdy mnie widział, zawsze cicho wołał: – Tosieczko chodź, dam ci grosza…Nie wiem, co się z nim stało, gdy Niemcy już uciekli. Nagle po prostu zniknął…

Antonina Michalewicz z synem w Brzegach (ok. 1965/66). Fotografia w posiadaniu Pawła Biegacza.

Szkoła, tańce i religia

Moja szkolna edukacja rozpoczęła się jeszcze za czasów okupacji. Pamiętam, jak mamusia ubrała mnie w lśniący, granatowy chałacik z białym kołnierzykiem, zawsze przywiązywała wielką wagę do czystości i do naszego wyglądu. Nie stać jej było, aby każdej z nas kupić nowe ubrania, więc nie mogłam liczyć, że tego dnia przyjdę do szkoły wystrojona w nowy chałat. Ale mój szkolny strój po starszej siostrze prezentował się wspaniale. Nigdy również nie miałam nowego podręcznika, zawsze dziedziczyłam książki po starszym rodzeństwie. Nie zazdrościłam jednak tym nielicznym, którzy je posiadali.

Wiejska szkoła w tamtych czasach nie była nastawiona na gruntowną edukację. Pomimo iż trwała wojna, nie uczono nas języka niemieckiego. Obowiązywały nas zaledwie trzy przedmioty: język polski, matematyka i przyroda. Pierwsze litery, które kaligrafowałam w czyściutkim zeszyciku były okropnie koślawe. Moje palce, od częstego wycierania stalówki, były zawsze zaplamione atramentem. W klasie, ze względu na dużą ilość dzieci, było bardzo ciasno. Często siedzieliśmy w trójkę w jednej ławce. W szkole były trzy sale, w których dzieci w różnym wieku podzielone były na trzy grupy. Pierwszą grupę stanowiły klasy od 1–3, drugą klasy 4–6, trzecią natomiast klasy 7–8. Zdarzało się, że starsi siedzieli w klasie podczas naszej lekcji, lub w tym czasie bawili się na podwórku. Chyba właśnie wtedy – w latach szkolnych – przylgnęło do mnie, już na stałe, przezwisko Fikuś. Budynek szkoły stoi w naszej wsi do dziś.Do kościelnego chóru ksiądz najczęściej wybierał dzieci. Trafiłam tam również i ja. A ponieważ natura obdarzyła mnie wyjątkowo silnym głosem, szybko zostałam wcielona do ludowego zespołu tanecznego, prowadzonego przez bardzo wymagającą nauczycielkę, panią Szumidłową,. Próby odbywały się w baraku, nieopodal szkoły, stanowiącym wiejskie centrum kultury. Odbywały się w nim przedstawienia szkolne, dożynkowe i partyjne. Ale nie mogło oczywiście zabraknąć i zabaw. Barak podzielony był na dwie izby. W jednej bawiła się młodzież, w drugiej natomiast zasiadała starszyzna. W korytarzu łączącym sale, sprzedawano oranżadę i wódkę nazywaną „strażacką” – zapewne dlatego, że porządku pilnowali strażacy, którzy organizowali zabawy. Gdy miejscowa kapela przestawała grać, za oknami można było dostrzec naszych rodziców, zerkających, czy przypadkiem nie dochodzi do zgorszenia. Nie wiedzieli jednak, że często wtedy wymykałyśmy się na wały biegnące wzdłuż rzeki, gdzie chłopcy ukradkiem całowali nas w policzek.W zespole tanecznym byłam uznawana za jedną z najzdolniejszych dziewcząt, a za taniec Cyganki zawsze zbierałam największe brawa. Moim partnerem w tańcu był Tadeusz Czaplak. Taniec mieliśmy we krwi. Podczas dożynkowych występów na krakowskich Błoniach, stało się coś zupełnie nieoczekiwanego. Tańcząc, zgubiłam wianek. Po występie podszedł do mnie mężczyzna, trzymając go w ręku. Okazało się, że był to sam wojewoda krakowski. Bardzo mu się spodobał mój występ – Pięknie zatańczyłaś moje dziecko, ale uważaj na swój wianek – powiedział, uśmiechając się. Słowa te okazały się prorocze…Do kościoła chodziliśmy zwykle na sumę. Mamusia ubierała nas wtedy odświętnie. Nie byłam jednak faworyzowana przez naszą mamę. Jej oczkiem w głowie była Krystyna (kochałam ją jak siostrę, choć często skarżyła na nas rodzicom). To jej dostawał się jedwab, a nam tylko perkaliki. Ponieważ nie miałam swoich własnych butów, musiałam czekać, aż któraś z sióstr wróci z kościoła. Wraz z koleżankami i kolegami szliśmy na nogach ponad dwa kilometry do sąsiedniej wioski, Grabie, aby uczestniczyć w mszy. Bardzo lubiłam śpiewać i bywanie w kościele sprawiało mi wielka przyjemność. Nie byłam jednak związana z nim emocjonalnie, choć uważałam się za dobrą katoliczkę. Musiało być jednak inaczej, skoro moje poglądy uległy diametralnej zmianie. A stało się to dzięki mojej siostrze, Helenie.Jako młoda dziewczyna podjęłam pracę w fabryce kopert na Grzegórzkach. Ciężko jednak było mi dojeżdżać codziennie ze wsi do Krakowa, często więc nocowałam u mojej siostry Heleny. Wieczorami siadywałyśmy w kuchni i rozmawiałyśmy o naszym życiu, pracy i związanymi z nią kłopotami. Wtedy po raz pierwszy zetknęłam się z literaturą Świadków Jehowy. Helena czytała mi różne czasopisma, a ja – potwornie zmęczona całodzienną pracą – usypiałam, słuchając jej spokojnego głosu. Nieraz w myślach mówiłam do siebie: – A czytaj sobie czytaj, ja i tak wiem swoje. Pewnego dnia zrozumiałam jednak, że w tym, co mówi moja siostra, jest wiele prawdy. Od tej pory moje życie ściśle związało się z Bogiem. Mijały dni, tygodnie i miesiące a ja czułam, że coraz bardziej przybliżam się do Prawdy. Helena umacniała mnie w tym przekonaniu. Nasze spotkania na moją prośbę stawały się coraz częstsze. Helena tłumaczyła mi wtedy, gdzie i dlaczego należy szukać Boga. Po kilku latach przyjęłam chrzest i zostałam Świadkiem Jehowy.

Polityczna ideologia Mazurskich Jezior i zakochania czas

Z pieśnią na ustach… Który tam, z drogi, partia kroczy… i młodzieńczą werwą – bo przecież wtedy wielu Polakom wszystko wydawało się takie proste i dające nadzieję – dojechaliśmy pociągiem do Wężewa[5]. Naszą grupę, liczącą kilkadziesiąt osób, zakwaterowano w barakach niedaleko PGR-u. Polowe łóżka i drewniana szafka to wszystko, na co mogły wtedy liczyć młode dziewczyny, ściśnięte po sześć w małych boksach. Nawet dokładnie nie wiedziałam, gdzie leży ta wioska. Powiedziano nam tylko, że jedziemy budować nową Polskę na terenach gnębionych niegdyś przez naszych dziejowych wrogów, Niemców. Owo budowanie Polski oznaczało nic innego, tylko niewolniczą pracę w polu. Od świtu do nocy plewiliśmy buraki, potem rozpoczęły się wykopki ziemniaków. Wieczorami, gdy mieliśmy mniej pracy, a tym samym byliśmy mniej wyczerpani, spacerowaliśmy po polach i łąkach rozmawiając o sobie, o swych bliskich i o tym, co też chcielibyśmy w swym życiu robić, kim zostać i kogo pokochać. Jak to jednak często w życiu bywa, to oni pierwsi pojawiają się z tym kochaniem, na co my, kobiety zwykle jeszcze nie jesteśmy przygotowane. Tak też było w moim przypadku. Patrząc na tamte wydarzenia z perspektywy czasu i moich późniejszych decyzji, żałuję, że odrzuciłam tę miłość. Może byłby on lepszym człowiekiem, niż ten, którego wybrało moje serce…Miał na imię Henryk (pamiętam nazwisko, ale nie wiem, kim jest teraz i co robi, więc może lepiej będzie, jeśli je pominę). Za każdym razem, gdy przyjeżdżała nowa brygada, organizowano festyn. Schodziła się okoliczna młodzież. Tak też zjawił się on. Był starszy ode mnie trzy, może cztery lata i chociaż był przystojny i miły, nie poruszył mojego serca. Ja jednak poruszyłam jego, jak się później okazało, bardzo mocno. Gdy nasza brygada miała już wyjeżdżać, nalegał, abym mu dała swój adres. Byłam przekonana, że miłość mu przejdzie jak tylko pociąg zniknie za horyzontem. Myliłam się jednak. Pewnego dnia niespodziewanie zjawił się w naszym domu w Brzegach. Byłam zaskoczona i zarazem zła, bo ja naprawdę go nie chciałam. Mojej mamusi jednak bardzo się spodobał i gdy zaczął u nas bywać częściej tak bardzo go polubiła, że zawsze gdy odjeżdżał, powtarzała: – Moje dziecko, on Cię bardzo kocha i czuję, że jest dobrym człowiekiem. Jej przekonywania jednak nie pomogły i nasze drogi pewnego dnia rozeszły się na zawsze. Gdybym mogła teraz cofnąć czas…

Pierwsza miłość, narodziny i śmierć

Nasza pierwsza miłość? Kiedyś wszyscy ją przeżywamy i to tak mocno, że pozostaje nam ona w pamięci do końca życia.Adama poznałam latem w moim domu rodzinnym. Przyprowadził go mój brat, Kazek. Właśnie wymyłam włosy i zakręciłam na nich wałki. Na głowie miałam zawiązaną brązową chustkę w czerwone i zielone kwiaty. Kładłam się już spać, gdy nagle usłyszałam jakiś gwar w kuchni. Do pokoju wszedł mój brat. Wstań – powiedział cicho, szturchając mnie energicznie – i zrób nam coś do jedzenia. Przyjechałem z kolegą, poznasz go. Podniosłam się z łóżka i ponownie ubrałam. Gdy weszłam do kuchni, ujrzałam przed sobą młodego mężczyznę w wojskowym mundurze. Pociągła twarz o ostrych rysach, wesołych oczach i usta rozciągnięte w uśmiechu dopełniały wizerunku wyprostowanej jak struna sylwetki. Spod ściągniętej czapki wysypały się jasne włosy, gładko zaczesane do tyłu. Tego wieczoru poczułam, że serce zabiło mi mocniej. Gdybym jednak wtedy wiedziała…Adam zaczął bywać u nas coraz częściej. Jego macierzysta jednostka wojskowa znajdowała się w Pomiechówku, niedaleko Warszawy, lecz jeśli tylko miał możliwość, przyjeżdżał do Brzegów. Kazek bardzo go polubił, toteż pozwalał mu często zostawać na noc (sypiali w baraku, który mój brat postawił sobie w pobliżu rodzinnego domu). Jak to jednak na wsiach bywało, dziewczyny miały swoich cichych wielbicieli, którym towarzystwo „obcych” nie odpowiadało i tylko szukali pretekstu, aby ich zniechęcić do bywania w naszych stronach. Często dochodziło do bójek, zwłaszcza na zabawach, gdy nadmiar alkoholu dodatkowo wzmagał emocje.Wszyscy na wsi mówili o Tadku, że to mój absztyfikant i że pewnie niedługo u Szymoniaków będzie wesele. On sam zapewne zaczął w to wierzyć, co raz to częściej zachodząc do naszego domu. Musiało wreszcie dojść do konfrontacji między nim a Adamem. Pewnego wieczoru siedzieliśmy w kuchni, gdy w drzwiach stanął Tadek. Zmieszał się na widok Adama, ale zaproszony przez mnie przysiadł się do stołu. Rozmowa nie kleiła się jednak, bo jak mogła, skoro „dwa byczki” tylko szukały sposobności by wziąć się za rogi. Nie wiem skąd ten zwyczaj, ale wtedy do bójki chłopcy wyzywali się dowodami osobistymi. Śmieszne, ale tak było naprawdę, coś z rycerskich obyczajów i w chłopach ze wsi drzemało. Rzucony przez Tadka dowód był ostatnim gestem rozpaczy zawiedzionego i zranionego chłopca. Gdy Adam zerwał się od stołu, wiedziałam, że nic dobrego to nie wróży. Szybko podniosłam z podłogi dowód Tadka i stanowczo, choć ze spokojem w głosie poprosiłam go, aby opuścił mój dom. – Ty wychodzisz, on zostaje – powiedziałam do Tadka, patrząc jednocześnie na Adama. W takich okolicznościach podjęłam jedną z najważniejszych decyzji młodej dziewczyny, choć już właściwie dojrzałej kobiety.Pierwsze zbliżenie? Może to dziwne, ale te wspomnienia nie budzą we mnie emocji. W tamtych czasach na wsi trudno było o chwile prywatności i do tego aż tak intymnej. Gdy więc tylko pojawiła się możliwość (moja mamusia chyba wtedy pojechała do Krakowa, tatuś był w pracy) wykorzystaliśmy tą chwilę, podświadomie jednak czując strach. Przynajmniej ja bałam się wtedy bardzo, czy ktoś nas na tym nie nakryje. Teraz, sięgając pamięcią wstecz, zastanawiam się, dlaczego nie odezwały się wtedy wpajane przez Kościół i rodziców zasady, iż seks nie jest grzechem tylko po ślubie. Tak, zgrzeszyłam. Najgorsze jest jednak to, że tego grzechu Adam nie był wart.Gdy w okropnych bólach rodziłam naszego syna, nadal nie byłam żoną Adama. Dziecko przyszło na świat 5 marca 1961 roku. Daliśmy mu imię Franciszek (obecnie nosi imię Paweł). To po dziadku. Po sześciu dniach od porodu zostałam mężatką. Ślub zawarliśmy w Urzędzie Stanu Cywilnego w Wieliczce, a całe nasze przyjęcie to wizyta u mojej siostry Marysi, która zaprosiła nas na kawę i ciasto. Mieszkała wtedy z mężem w baraku, nieopodal szkoły.Adamowi wojsko przydzieliło służbowe mieszkanie w Kłaju, małej miejscowości położonej niedaleko Bochni. Blok, w którym zamieszkaliśmy, został wybudowany w sąsiedztwie lasu. Nasze mieszkanie składało się z dwóch pokoi, kuchni i łazienki. Blok nie posiadał instalacji gazowej, musieliśmy więc palić w piecach. Ale i tak byliśmy bardzo szczęśliwi z posiadania własnego kąta. Niestety, nasze szczęście nie trwało długo. Adam dużo pił, często nie wracał z jednostki na noc, a bywało i tak, że nagle znikał na kilka dni. Feralnego popołudnia, 17 lipca 1961 roku, jak zwykle wróciłam z pracy i zdziwiłam się zastając pusty dom, gdyż Adam miał wtedy dzień wolny od służby. Zaniepokojona wyszłam przed dom. Na drodze odnalazłam ślady wózka i poszłam tym tropem. Ślady doprowadziły mnie do lasu. Na polanie zauważyłam kilkanaście osób, wśród nich był również Adam. Nie trudno się domyślić, że pili alkohol i grali w karty. Gdy poprosiłam, aby wrócił ze mną, Adam zaczął krzyczeć, był już pijany. Zabrałam dziecko i wróciłam do domu sama. Bałam się, gdy był w takim stanie. Pamiętam, że często trzymał broń pod poduszką. Gdy zapytałam, dlaczego to robi, odpowiadał wymijająco. Myślę, że było to związane z lękami, u podłoża których tkwił alkohol. Jego reakcje często były nieprzewidywalne. Tak było i w tym dniu. Gdy wrócił, już w drzwiach doszło między nami do ostrej wymiany zdań. Sprzeczka przerodziła się w awanturę. Adam rzucił się na mnie i zaczął mnie dusić. Na mój przeraźliwy krzyk zareagowała mieszkająca obok nas sąsiadka. Dalej wypadki potoczyły się już błyskawicznie. Adam, widząc kobietę, puścił mnie i wbiegł do łazienki. Usłyszałyśmy strzał. Zginął mając zaledwie 27 lat.Gdy wspominam te chwile i przed oczami mam postać Adama, czuję wielki ból, ale i ogromną złość na samą siebie i rozgoryczenie, gdy myślę o mojej mamie. Ból, bo przecież tak wiele mi go zadał. Jestem zła na samą siebie, bo pozwoliłam się uwieść. Tak, uwieść – byłam przecież jeszcze bardzo młoda. Rozgoryczenie czuję do mamy, ponieważ nigdy nie powiedziała mi, czym naprawdę jest seks. Nie przygotowała ani mnie, ani żadnej z sióstr do tego, jak należy postępować z mężczyznami i kiedy zachować względem nich należyty dystans. Skupiając się na pracy i przetrwaniu, mama nie przygotowała ani mnie, ani żadnej z sióstr do życia.

Samotność i cierpienie

Jako dwudziestoczteroletnia kobieta zostałam sama z półrocznym dzieckiem. Ogarnęło mnie uczucie pustki. Nie wiedziałam, co mam ze sobą począć. Wszyscy mówili mi: – Fikuś, ty przecież jesteś siódmą córką swej matki, a siódma córka to córka diabła, więc na pewno poradzisz sobie w życiu. Po śmierci Adama długo nie mogłam się otrząsnąć. Syna musiałam na pewien czas zostawić u mojej siostry Marysi. Pomimo, że ona także mieszkała w ciężkich warunkach, zaopiekowała się moim dzieckiem, za co zawsze byłam jej ogromnie wdzięczna. Mieszkanie, które miało być naszym gniazdem domowym, stało się dla mnie zupełnie obce. Codzienne powroty z pracy stanowiły, trudne do zniesienia, cierpienie. Nienawidziłam tego miejsca. Gdy okazało się, że istnieje możliwość zamiany mieszkania na inne, zrobiłam to natychmiast. Nadal jednak bardzo często nocowałam u moich sióstr, które bardzo wspierały mnie na duchu. Byłam jeszcze młoda, ale jednocześnie czułam się bardzo dojrzała. Sięgając pamięcią wstecz, nagle zdałam sobie sprawę, że właściwie nigdy młodości nie miałam, a wszystkie lata, które ona zazwyczaj obejmuje, były dla mnie zaledwie wstępem do ciężkiego losu. Kilka chwil z mych panieńskich lat, gdy bawiłam się z koleżankami, gdy tańczyłam i śpiewałam, gdy spacerowałam z chłopcami w wiosce lub w hufcach SP, gdy pojawiła się pierwsza miłość – wszystkie te chwile zacierają się w mej pamięci, przysłonięte przez późniejsze, bolesne doświadczenia. Niejednokrotnie sama nie mogłam sobie z nimi poradzić i, ani wtedy, ani później nie było przy mnie nikogo, kto mógłby mi dodać otuchy. Zapewne taki już był mi pisany los. W rok po śmierci Adama, ponownie wyszłam za mąż.

Z biegiem dni i lat

Przez ponad czterdzieści pięć lat pracowałam w przyszpitalnej kuchni. Wychowałam dwójkę dzieci. Mam troje wnucząt. Zapewne wiele mogłam w swym życiu zmienić, ale tego nie zrobiłam. Może brakowało mi odwagi, a może sił. Niejedna chwila w moim życiu była pozbawiona ciepła. Rankiem poniżano mnie w pracy, a wieczorami odczuwałam chłód przy boku mężczyzny, którego nie pokochałam tak mocno, jak na to zapewne zasługiwał. Każdy dzień był dla mnie walką z szarością codzienności i otaczającym zewsząd bolesnym kręgiem cierpień mych bliskich. Moje dzieciństwo i młodość, to czas ciężkiej, fizycznej pracy, towarzyszącej mi do późnych lat. Jedyna wielka miłość, którą przeżyłam okazała się największym nieszczęściem, a tragedia z nią związana spowodowała, że nigdy nie potrafiłam już tak bardzo nikogo pokochać. Nie był mi straszny mróz zimowych nocy, upalne dni lata czy jesienne słoty, gdy szłam z pociągu kilka kilometrów przez pola i łąki, niosąc ciężkie torby jedzenia dla pozostawionych pod opieką siostry, dzieci. Bieda, w której przyszło mi żyć za młodu, wyzwoliła we mnie siłę do walki o byt i przetrwanie. Często wracam pamięcią do tamtych chwil, ale nie znajduję w nich nic poza bólem i cierpieniem. Nikt już teraz nie zliczyłby wszystkich przepłakanych nocy i dni, ale mimo wielu przelanych łez, nigdy nie poddawałam się złemu losowi. Wiedziałam, że gdy raz się poddam, przegram moje życie. Zapłaciłam za to wysoką cenę, ale może jednak było warto. No cóż, czas pokaże…


Maria Baran
Dla siostry Antoniny Michalewicz w dniu 61 urodzin.
Nasza siostro ukochana, zawsze jesteś roześmiana,
Ten Twój uśmiech Cię bogaci, na grzeczności nikt nie straci.

Dziś sześćdziesiąte pierwsze urodziny, naszej siostry Antoniny.
Wszyscy dobrze o tym wiecie, najładniejsze imię w świecie.

Święty Antoni wciąż Tobie sprzyja, co ma być przykre – niech Cię omija.
Kiedy zajdzie potrzeba, do świętego Antoniego wzdychać trzeba.

On zawsze w smutku pocieszy, zaraz na ratunek spieszy,
I ty nasza siostro droga takie samo serce masz,
Kto się udaje w potrzebie, jak możesz, tak wspomagasz.

Więc z okazji święta Twego, życzymy dużo dobrego,
Zdrowia szczęścia i radości, niech Cię cieszy piękny świat,
Dożyj siostro w dobrym zdrowiu, dożyj dwieście lub sto lat.
[9.05.1997]

Opowiadanie pochodzi z książki Brzegi i Grabie pod Niepołomicami. Historia, zwyczaje, pisarstwo, dzieje jednej rodziny, Siercza 2007.


[1] Wspomnienia Antoniny zostały zebrane i w całości opracowane oraz spisane przez jej syna, Pawła Biegacza.
[2] Wyko – pastewna roślina strączkowa.
[3] Cyrka – gra ( znana jeszcze w latach 70-tych XX wieku) polegająca na wybijaniu krótkiego patyka kijkiem z dołka, a następnie jak najdalsze jego wybicie uderzeniem w powietrzu.Bitwa narodów – gra grupowa polegająca na trafianiu rzutem piłką gracza drużyny przeciwnej.Dziukanie – gwarowe określenie ślizgania się na lodzie.
[4] Buchta – rodzaj ciasta drożdżowego?
[5] Antonina należała do Brygady SP – Wężewo na przełomie sierpnia i października 1953 roku. Powszechna Organizacja Służba Polsce (SP), działała w latach 1948–1955. Była to państwowa organizacja młodzieżowa o charakterze paramilitarnym. Prowadziła obowiązkowe przysposobienie zawodowe, wojskowe, wychowanie fizyczne oraz polityczno-ideologiczną indoktrynację młodzieży w wieku 16–21lat. Brygady SP pracowały między innymi przy odbudowie Warszawy, budowie ośrodków przemysłowych takich jak Nowa Huta k/Krakowa i Nowe Tychy oraz przy osuszaniu Żuław. SP została zlikwidowana w 1955 roku.