Benefis Henryka Kozubskiego, 10 grudnia 2011

10 grudnia, w stulecie urodzin wielickiego malarza-amatora Henryka Kozubskiego, odbył się benefis poświęcony jego twórczości. Uroczystość odbyła się w wielickim Centrum Kultury i Turystyki, a poprzedzona została mszą świętą w intencji Jubilata w Kościele pw. św. Klemensa. Za wkład w rozwój artystycznego i kulturalnego życia miasta dziękowali Jubilatowi miejscy włodarze oraz przewodniczący stowarzyszeń, których pan Henryk jest członkiem, a także koledzy i koleżanki z organizacji skupiających wielickich twórców-amatorów.

Burmistrz Artur Kozioł w liście gratulacyjnym skierowanym do Henryka Kozubskiego napisał:
Z okazji wspaniałego Jubileuszu 100-lecia Urodzin, proszę przyjąć serdeczne gratulacje oraz wyrazy uznania za wieloletnią, aktywną działalność artystyczną na terenie naszego miasta.
Pańskie życie to historia człowieka, który doświadczył bardzo wiele. Na szczęście zawieruchy wojenne, z trudem zdobywane wykształcenie, ciężka praca fizyczna, nie przekreśliły zamiłowania do sztuki. Zatryumfowała ona w jesieni życia, kiedy inne sprawy zostały już zrealizowane.
Pragnę podziękować za owocne lata, w ciągu których stworzył Pan wiele wyjątkowych dzieł, ściśle związanych z urokliwymi miejscami Wieliczki i okolic. Dostrzec w nich można unikalne, subtelne piękno i miłość do świata wielickiego Chagalla, co zostało docenione przez grono wielbicieli i znawców sztuki, którzy uhonorowali Pana wieloma prestiżowymi nagrodami.
Życzę zdrowia oraz sił do kontynuacji pracy artystycznej, radości z realizacji pasji malarskiej oraz zadowolenia z poczucia dobrze wypełnionej misji życiowej, która z pewnością będzie służyć następnym pokoleniom.

Gość honorowy dziękując wszystkim za przybycie przypomniał pokrótce koleje losu, które zaprowadziły go do Wieliczki:

Drodzy Państwo,

Patrząc w zwierciadło minionych stu lat trudno mi uwierzyć, że jest to fakt i że one już nie wrócą. W mojej pamięci pozostaną na zawsze i przypominać mi będą życiowe upadki, o których mówi wierszyk napisany w chwilach zadumy pod tytułem „Refleksje człowieka nad jego żywotem” – cytuję fragment tego wiersza:

„A ty człowieku też płyniesz w głębinach morza wśród fal
i stale powracasz, by żyć wśród słońca i gwiazd
i wciąż ci się zdaje, żeś młody i chwat
i tak płynąć będziesz bez końca, bez końca w dal.
Mijają lata, a ty człowieku wciąż walczysz o życie i o byt
wśród życiowych wichrów i fal, chcesz żeby trwało i trwało bez końca –
a gdy przyjdzie życia kres i coraz ciszej będzie wokół nas
i czas już będzie spojrzeć wstecz w zwierciadło minionych lat
w których zobaczysz swe osiągnięcia, życia blaski, cienie i łzy
wtedy pozwolisz, że powiem ci, że nie żałuję przeżytych dni
i chciałbym przeżyć je jeszcze raz, by żyć i żyć”

To, że mogę przeżyć sto lat – nigdy nie przypuszczałem, że stanie się to faktem, o którym będę mógł powiedzieć parę zdań.

Urodziłem się w Bieczu, w powiecie gorlickim, 10 grudnia 1911 roku, w urokliwym, średniowiecznym miasteczku pamiętającym czasy Piastów – Jagiellonów, miasteczku pełnym historii i zabytków – zwanym przez kronikarzy „Małym Krakowem” – po którego uliczkach do dziś wałęsa się duch średniowiecza. Dziś żyje ono wspomnieniami minionych wieków.

Biecz i Wieliczka to miasta związane z historią mojego żywota. Biecz – wpisany w historię dziejów Polski – jedno z największych miast średniowiecza w Polsce, miejsce mojego urodzenia. Wieliczka – podziwiana przez świat – oglądający bajkowe komory solne wykute ręką polskiego górnika – miejsce mojego zamieszkania od 86 lat. Jestem dumny z tego, że moje życie jest związane z takimi miastami jak Biecz i Wieliczka.

W Bieczu spędziłem najpiękniejsze lata mojego dzieciństwa – wśród zieleni łąk i pól, tu urodził się mój brat Franciszek i siostra Maria Matuszczyk. Sielanka w Bieczu nie trwała długo, bo ojciec, mając 41 lat, umiera, a po powtórnym wyjściu za mąż mojej matki – los kieruje nas do Glinnika Mariampolskiego, dziś Gorlice – gdzie po pięciu latach małżeństwa drugi mąż też umiera, a my przenosimy się do rodzinnego miasta mojego ojca – Wieliczki.

Tu rozpoczyna się nowy okres mojego życia – nauka w Gimnazjum im. Jana Matejki – matura i studia. I tu mała dygresja, wybierając kierunek studiów stanąłem przed dylematem – co wybrać – farmację, bo to rodzinna tradycja ze strony matki, czy Akademię Sztuk Pięknych, bo coś tam malowałem, czy rolnictwo, które gwarantowało mi pracę wśród przyrody i czas pracy nieregulowany wskazówkami zegara. Wybrałem rolnictwo – bo przecież mając 10 lat, w gospodarstwie mojego przybranego dziadka w Bieczu – siedząc na koniu uganiałem się po polach lub poganiałem konie przy kieracie w czasie omłotów, co najlepiej świadczy o moim zainteresowaniu przyrodą i życiem na wsi.

W roku 1938 rozpoczynam pracę w Zakładzie Doświadczalnym Wydziału Rolniczego w Krakowie, ale wojna kończy tę pracę, a ja obejmuję administrację majątku Rajko, a po krótkim czasie majątku Kornatka koło Dobczyc. Po wyrzuceniu właścicieli przez okupanta byłem zmuszony opuścić majątek. Kolejno pracuję w zakładach związanych z rolnictwem, np. kontroli mleczności krów, hurtowni ziemniaków i Monopolu Tytoniowym w Krakowie.
Lipiec 1945 roku zastaje mnie na Dolnym Śląsku, gdzie obejmuję administrację jednego majątku, a później Zespołu Państwowych Nieruchomości Ziemskich w Wysokiej Górze (rejon Jeleniej Góry).

Opuszczając Śląsk na własne żądanie niespodziewanie otrzymuję wezwanie z milicji do stawienia się. Jestem zatrzymany i siedzę dwa dni w pace i doprowadzony przed oblicze władzy ludowej – prokuratora, który wita mnie słowami: „7 lat nie pańskie za sabotaż gospodarczy”. Wyliczył mi 7 bzdurnych zarzutów. Przed następnym przesłuchaniem prokuratora nasłany prowokator, taka „pisz panna” oświadcza – „Ja wiem, że pan dyrektor ma sprawę u prokuratora, ja mogłabym panu pomóc, pan jest jeszcze taki młody. Kariera przed panem…” Ślicznie podziękowałem i z propozycji nie skorzystałem, ale miesiąc później już nie siedziałem na stołku dyrektora, tylko jako kierownik 3 gospodarstw w Sierczy, Pawlikowicach i Sierakowie, z których niedługo zrezygnowałem chcąc uniknąć dalszych spotkań z władzą ludową.

W 1950 roku zakładam rodzinę z Haliną Taborską, która po 20 latach małżeństwa umiera, pozostawiając córkę Hankę i syna Wojtka.

Po zwolnieniu się z pracy w PGR-ach, zatrudniam się w charakterze kierownika działów w Przedsiębiorstwie Skupu Surowców Wtórnych, potem w Przedsiębiorstwie Włókienniczym, Mleczarskim i innych.

Jako członek Stronnictwa Demokratycznego od 1954 roku, w 1964 zostaję wybrany Powiatowym Sekretarzem SD na Powiat Krakowski, gdzie w sumie na tym stanowisku przepracowałem 12 lat, do chwili likwidacji powiatów.

Opowiadając przebieg swojego żywota nie mogę nie wspomnieć o swojej działalności społecznej, na którą składają się:
Działalność w ZHP od 1927 roku, w którym przeszedłem drogę od zastępowego do hufcowego na powiat Wieliczka, a będąc na Dolnym Śląsku zorganizowałem harcerstwo na terenie powiatu Zgorzelec – będąc jego pierwszym hufcowym. Warto było poświęcić swój czas tej organizacji, bo była to szkoła życia i wychowania młodzieży w duchu miłości Polski, która kierowała się hasłem „Dobro Rzeczypospolitej najwyższym prawem”.
Przez 25 lat działałem jako radny powiatu krakowskiego, dwie kadencje w Radzie Miejskiej w Wieliczce.
Jestem współzałożycielem Klubu Przyjaciół Wieliczki i do dziś jego czynnym członkiem. Przez 18 lat pełniłem funkcję przewodniczącego Komisji Rewizyjnej.
Jestem członkiem Wielickiej Grupy Twórczej Art.-Klub działającej przy Centrum Kultury i Turystyki.
Będąc już na emeryturze pełnię funkcję przewodniczącego Miejskiego Komitetu SD w Wieliczce i w ramach tej działalności organizuję tzw. sejmiki kulturalne w latach 1984 – 87 nie bez sprzeciwu ówczesnych władz urządzam malarskie wystawy moich gimnazjalnych profesorów: Korpala, Chmiela i innych twórców. To oni organizując życie kulturalne w gimnazjum – tworząc różne zespoły taneczne, muzyczne a nawet teatr szkolny wzbogacili moje zainteresowanie się sztuką. Oni nie tylko nauczyli nas kochać sztukę, ale i brać czynny udział w jej tworzeniu.

Ale lata biegły. Jest 1995 rok. Ja, mając 85 lat biorę szkolne akwarele mojej wnuczki i maluję obrazki, takie dla zabicia wolnego czasu emeryta, dla zabawy i poznania siebie samego – nie zdając sobie sprawy, że rozpoczyna się moja życiowa niespodzianka i przygoda z farbami i że będę doznawał przygody tworzenia, a malowanie stanie się moją życiową pasją i trwać będzie do dziś. Malując obrazki zastanawiałem się, czy jest sens tak dalej parać się farbami i pędzlem.

Poddałem krytyce to moje malowanie profesjonalnemu malarzowi Zbigniewowi Wójcikowi, na co ten, po wcześniejszej krytyce, stwierdza: „Ale talent to pan ma”. Zachęcony pochwałą i późniejszymi pozytywnymi ocenami fachowców, maluję dalej, stale poprawiając sposób malowania i kolorystyki. Dziś drodzy Państwo możecie oglądać część mojej amatorskiej twórczości malarskiej z ostatnich 16 lat. Przy okazji benefisu chciałbym podziękować Zbigniewowi Wójcikowi za słowa krytyki i pochwały, które pozwoliły mi uwierzyć we własne siły i pokazać świat w kolorach. Serdecznie dziękuję.

Parząc w zwierciadło mojej przeszłości pozostaję w przekonaniu, że życia mojego nie zmarnowałem. Kończąc tę opowieść o sobie powiem – 100 lat minęło jak najlepszy film, pozostawiając tylko wspomnienia – to szmat czasu przeżyty razem z Wami, kochani Wieliczanie, w radości i smutku, ale zawsze razem – moi przyjaciele, znajomi i członkowie mojej rodziny z Warszawy, Krakowa, Bochni i Wieliczki.

Serdeczne podziękowania kieruję do włodarza sławnego solnego miasta, coraz piękniejszej Wieliczki, Artura Kozioła, za tę – dla mnie życiową niespodziankę – dzisiejszy wieczór poświęcony dacie mojego urodzenia.

fot. W. Żyznowski

fot. W. Żyznowski

fot. W. Żyznowski

fot. W. Żyznowski

fot. A. Krzeczkowska

fot. A. Krzeczkowska

fot. W. Żyznowski

fot. W. Żyznowski

fot. A. Krzeczkowska

fot. W. Żyznowski

fot. A. Krzeczkowska

fot. A. Krzeczkowska

fot. W. Żyznowski

fot. W. Żyznowski

fot. A. Krzeczkowska

fot. W. Żyznowski

fot. A. Krzeczkowska

fot. W. Żyznowski