Urszula Żyznowska: Wiersze

*** (jeśli)

jeśli wpisując się
w ciąg życiowych wydarzeń
dobrze jest używać

wykrzykników przekreśleń rozdarć
natręctw nawiasów wymazywań
dla jasności przekazu
szybkiego rozumienia
złapania oddechu

można wierzyć
porządkują cię
umiesz upaść bezboleśnie
szarpać przebaczenie po nic
wymacać guz którego trudno nie mieć
zdefiniować kogoś bardziej
niż by przypuszczał

i nie zachłysnąć się bliskim milczeniem
nie potknąć się o spojrzenie dobrotliwe
nie dać się zwieść szczerej chęci
ani przeczuciom starego człowieka

jeśli
nie będę używać
ni twarda ni łatwa

czy okażę się niezdatna
do zapisu od lewej do prawej
oprawiania w schematy
i czytania do poduszki
albo do przeredagowania
w wersję doskonałą
do czyjegoś planu

[2011]

***

na moich oczach

zmalały domy, drzewa
rozpierzchły się przestrzenie
zniknęły zakamarki
co je dawno znam

ktoś rozpoznał że to ja
zaczął rosnąć chleb spod ręki
dojrzewa zboże
nawet kiedy gospodarza brak
dzieci mogą słodko spać
mruczy kołysanka
kogoś kto cię dobrze zna

zasuszyło i wymiotło ludzi
rozpędził się czas
dużo silniej
dmie przeciwny wiatr

na co przyjdzie znowu patrzeć
lubiąc chodzić wpław

[kwiecień 2010]

 

zaproszenie

dalej wędrujmy górą
z widokiem na przyszłe, przeszłe
i te pod nogami strony
zdejmiemy buty życzeń
aby zdążyć krok w krok
za zderzonymi ze sobą
twego z moim
co po linie będą ku sobie iść
by znaleźć równowagę rozkoszy
szlaków nie będziemy gładzić
dywanami w chwalące wzory
po nierównym i twardym żywiej iść
czy do śmiechu nam będzie
bliżej, czy do łez
powiemy sobie co tak a co nie
zajrzymy za kołnierze, otrzepiemy
kurz i śmieć
a po drodze na ziemi
będziemy się kłaść
drżeć ocierając się o swoje
niepewności, pasje i czar
zaglądać w kieszenie ciał
jak dzieci do szafek z cukierkami
kołysać się w fotelach swoich ud
piersiami błyszczeć w słońcu
i nasłuchiwać echa czy odpowie:
chcemy żyć

[2009]

***

lubię kiedy wracasz
z i n n e j krainy
w której nie może być mnie
gdzie prosząc o znak
mego w tobie przyjaciela
nie czuję na sobie znanego oddechu

lubię dotykać
nasze nagie tematy
opatrywać rany
wdrapywać się po najsłodszą czereśnię
na sam wierzch
chodzić bosym uporem
po piekących złośliwościach
nie bać się

polubiłam czekanie
w słonych strugach deszczu
by ujrzeć słońce
zza błędnych chmur

i tylko
niczym dziecko
co widzi potwora
w czarnym oku pluszowego psa
boję się natknąć
z niecierpliwej tęsknoty
na głuchą studnię
w której najczulszy szept
pozostaje bez echa
także sprzeciw:
n i e z g a d z a m s i ę

[2009]

 

jabłoń

na jabłoni
ze skórą nieco zmęczoną
z oswojonym łonem
przywiędniętą radością
podciętych gałęzi
i gniazdkiem robaczywych myśli
na tulącej owoc w sobie
siadł przelotem
wielobarwny ptak
niespotykany w jej stronach
dziwny letnią porą
spoczął mimochodem
z lekko rozchylonym dziobem

nie wiedzieć kiedy
poruszona
spłonęła czerwienią liści
porwał je wiatr
stanęła naga
jabłkami odziana
dostawszy soków do głowy
puściła gałązkę zieloną
z kwiatem różowym

ptak
zdziwiony
poleciał dalej
owoc niedojrzały
usechł
usłał dywan zgniły
pod jabłonią

ocknęła się
nieco
spróchniała
za jedną chwilę
to wszystko się stało
może
odrośnie
przed zimą

[2008]


początek
woń samiczego feromonu
rozstraja zmysły
sączy mulącą słodkość
z łaszących się piersi
napiętych pośladków
wessałaby do cna
jego samczość
napięty jak cięciwa
drżąca w garści
swego wojownika
uwalnia strzałę za strzałą
zdobywa uległe ciało
wewnątrz którego nowe życie
chętnie by zamieszkało
[2007]

 

olśnienia
powabne spojrzenia
unoszące na pajęczej nitce
życie przeładowane codziennością

spojrzenia – ściągające obdarowanych
do źródła swej wylewności
gdzie kończy się coś lub zaczyna

kurczysz się
nie lubisz otwartości
bledniesz
mam same czyste myśli
za mało masz rąk
do ogarnięcia żarliwości
toniesz w cichości

spojrzenie zamiera
nerwowo zasuwasz powieki
zabrakło olśnienia

[1996]

 

wytchnienie
wyszła z siebie
w stronę wytchnienia
otuliła się ciepłym słowem
z ust swoich
zabrała w termosie serce
schudło po ostatniej diecie

doszła
do łąki wiatru nieba
z nimi się kochała tuliła
z ich ręki jadła piła
szkoda i nie
że bez niego

nie zauważył
że wyszła

[1998]

***
ty mężczyzno
chcesz pojąć kobietę
jej dusza nieuchwytna
jaśniejąca potężna kometa
którą pięknie oglądać z daleka

nieudaczniku
wieczny chłopczyku
herosie z porcelany
ona szybuje ponad twą wielkością
uzbrojona w substancje lżejsze
lepkość cielesności
finezja sprytu
mgiełka czułości
czar nienasycenia
to obszary tobie nieznane
kochanie
sięgasz po nie
co nieco dostajesz
lecz to zaledwie ochłapy
chytrze rozdane

[1998]

 

choćby tylko
połóż na mnie swoje oko
łudzę się
że twoja rzęsa
zna niebiańskie pieszczoty
w moich fantazjach
wirują słone namiętności
znad twego ciała
zasól mnie sobą
nienażytego
łaknący zaciekawień
potrzebuję ciebie
bądź mi muzą
ulepioną z mojej gliny
choćby tylko na chwilę
choćby tylko na niby

[2006]

 

***
targasz fasady mego ciała
wprawiasz w ruch
bezpamiętny
przenikasz wnętrze
dławisz wzbierający się krzyk
atakujesz
falujesz
wstrząsasz
zapalasz
wysadzasz w powietrze
w twoim ogrodzie
spadają białe owoce
z rajskiego drzewa

[1993]