Izaak Birnbaum

Przeżyłem w ukryciu

Gdy wybuchła wojna, każdy, kto mógł, kto miał konia i wóz, pakował się i uciekał z Wieliczki na wschód, nie tylko Żydzi, Polacy też. My jechaliśmy trzema wozami, w trzy pary koni, wszyscy razem z rodziną mojej mamy, dotarliśmy aż nad San. Moja ciotka Czesława Perlberger, która była lekarzem, przedostała się razem z synkiem Ryszardem i babką Teresą Perlberger, swoją teściową, do Lwowa, zaczęła tam pracować i zmobilizowano ją do Wojska Polskiego, a następnie w troje zostali wysłani z oddziałem wojskowym do Rosji. Niemcy posuwali się bardzo szybko na wschód, kiedy już byli dużo dalej od nas – ponieważ Rosjanie uciekali przed nimi – zdecydowaliśmy się pod koniec września lub na początku października wracać do Wieliczki.
Były dom rodzinny Birnbaumów przy ulicy Garbarskiej, lata osiemdziesiąte XX wieku.Po powrocie dowiedzieliśmy się o łapance Żydów na Rynku. Wśród tych, których Niemcy zabrali do obozu, był mój kolega Maks Ferber, ostatecznie przeżył on wojnę w lagrach, był długo w Pustkowiu.

Nasza garbarnia prawie nie była zamknięta, przydzielili nam komisarza niemieckiego, nazywał się Rudolf Pospiszyl, Czech, mieszkał w Krakowie na Podgórzu. Był mniej więcej w wieku mego ojca, około czterdziestki, mówił bardzo dobrze po polsku, rozmawiał też po niemiecku i oczywiście po czesku. Nie wiem, czy był posłany do Wieliczki, czy może sam się starał, żeby zostać dyrektorem, w każdym razie było mu u nas bardzo dobrze. Ojciec wprowadził go w pracę zakładu na początku wojny, jeszcze w 1939 roku, ale w zasadzie nadal sam wszystkim kierował. Niemcy zostawili nam auto ciężarowe, zdaje się tylko mercedesa zarekwirowało wojsko niemieckie. Ja też pracowałem w garbarni przez cały czas, zanim mieszkaliśmy w Wieliczce, prowadziłem dział, do którego przywożono surowe skóry. Po obróbce przekazywałem je dalej, aż wychodziły skóry gotowe. Cały proces trwał parę tygodni. W zasadzie orientowałem się w pracy na każdym etapie takiej obróbki. Przywożono skóry w różnym stanie, jedne wysuszone, inne wczoraj zdjęte z krowy, przygotowywaliśmy je, potem wieszaliśmy w dużych basenach z wapnem, żeby włosy z nich opadły. Były kupowane od rzeźników, nie za pośrednictwem władz, więc część sprzedawaliśmy na czarnym rynku, a skóry były drogie. Czasami w garbarni było dwadzieścia tysięcy skór. Dostawałem pensję, miałem pieniądze, ojciec też miał, nie znałem ich wartości, nigdy mi nie brakowało, nie głodowałem. Potem w ukryciu również nie głodowałem, ani w obozie w Bieżanowie – obok miejsca, gdzie pracowaliśmy, był dom rodziny Brusów i chodziło się do pani Bruski na obiady, pamiętam ryż ze śmietaną i z cukrem.
W Wieliczce do 1942 roku mogłem się poruszać w opasce, nie ściągałem jej, nie wolno było, natomiast do Krakowa praktycznie nie jeździłem, trzeba było mieć przepustkę.
Niemcy na samym początku wojny zamknęli wszystkie bożnice i chajdery . Ludzie modlili się po domach; w mieście słyszałem, że u Attermanów była oficjalna bożnica na około dwadzieścia osób, i u Grossów za sukiennicami.
Hitlerowcy założyli Judenrat, został wybrany przewodniczący, chodził do Niemców i oni wydawali mu polecenia, co Żydzi mają robić: na przykład jutro ma się stawić sześćdziesiąt osób do odgarniania śniegu, a pojutrze do czego innego. Udzielało się tam kilku Żydów, mieli biuro, dostawali instrukcje. Każdy wiedział, że oni muszą wykonywać, co Niemcy im każą. Burmistrz Wieliczki był Polakiem, urzędnicy byli niemieccy i polscy, a na ich usługach granatowi policjanci – wszyscy brali łapówki, wszyscy, a Żydzi musieli dawać. Na policji, na przykład, pewnie nie mogli wyżyć z tego, co dostawali, a może i mogli, ale brali – za wszystko: jeśli jutro trzeba było podstawić sześćdziesiąt osób do odgarnięcia śniegu, to jeden drugiemu, kto miał, dawał, żeby go nie posyłać do tej pracy, łapownictwo kwitło. Żydzi próbowali przekupywać władze niemieckie, żeby panował względny spokój. Do nas przychodził oficer niemiecki, który pracował w Wieliczce na policji, wtedy mój ojciec wypraszał mnie z pokoju, żebym nie widział, a Niemiec odchodził zawsze zadowolony. Jak mówił, że następnego dnia wyjeżdża na urlop do domu, to dostawał paczki z żywnością od nas. Różni Niemcy przychodzili, nie naraz, każdy osobno, z żandarmerii niemieckiej na Zadorach, i dostawali paczki. W Polsce było co jeść, nie dla wszystkich, bo była bieda, ale był i dobrobyt. Ogólnie moja rodzina dużo dawała, bo przede wszystkim przychodzili do tych, o których wiedzieli, że mają, a w grę wchodziły duże pieniądze. Przychodzili też Polacy z podziemia. Był w Wieliczce wielki działacz socjalistyczny Jedynak . Wiem, że ojciec jemu też zanosił pieniądze. Mnie zawsze wypraszano z pokoju, miałem siedemnaście lat.
Na Klaśnie w miarę dobrze się żyło, ci, którzy tu mieszkali, przeważnie zostali. Przed wywózką w Wieliczce przybyło dużo Żydów z Myślenic, Gdowa, Dobczyc, z całej okolicy, do każdego domu dokwaterowały się jakieś rodziny, do nas nie, bo mieszkaliśmy przy samej garbarni, gdzie był komisarz niemiecki, nie mogliśmy nikogo przyjąć. Codziennie widziałem jakieś nowe twarze i dowiadywałem się, że mieszkają obok.
Kiedy przyszedł sierpień 1942 roku i wszyscy wyczuwali zagrożenie, okazało się, że żadna kryjówka nie była pewna. Wydawało się, że najbezpieczniej będzie dogadać się z jakimś Niemcem, a oni prawie zawsze brali, ponieważ ich nie podejrzewano. Nieraz zdarzało się, że Niemiec pomógł.
Przed 27 sierpnia mieliśmy przygotowaną kryjówkę w garbarni pod podłogą, trzeba było podnieść kilka desek, żeby wejść, było nas więcej niż piętnaście osób – rodzice, siostry, wujkowie z rodzinami, ci, którzy mieszkali w Wieliczce, nie wszyscy. Zaufani robotnicy wykopali dużą jamę, na pewno był wśród nich Tomasz Zasadny. Jego żona też nam bardzo pomagała. Warunki były bardzo złe, ciasno, leżeliśmy na nierównej, spadzistej ziemi. Wiedzieliśmy, że długo tak się nie da. Pospiszyl wiedział, że jesteśmy schowani, dobrze żył z moim ojcem, zarabiał u nas dużo pieniędzy, był zadowolony, to nam pomagał. Ale nie mogliśmy długo siedzieć pod garbarnią, ludzie pracowali na górze osiem godzin dziennie, nie wiedząc, że leżymy pod deskami. My wszystko słyszeliśmy, siedzieliśmy cicho, nie wolno było rozmawiać, żeby nikt nie usłyszał, na szczęście na górze pracowały maszyny, to nie było bardzo słychać, ale i tak byliśmy w wielkim strachu. Po akcji w Wieliczce na dworcu towarowym Niemcy nie przyszli do garbarni sprawdzać, czy jacyś Żydzi się nie ukrywają, ze względu na komisarza. Siedzieliśmy w ukryciu około tygodnia, potem, gdy się dowiedzieliśmy, że wszyscy zostali wywiezieni albo pomordowani, zdecydowaliśmy się pojechać do getta krakowskiego.
Polacy powiedzieli, że Żydów, którzy wsiedli do pociągu, zabrano na śmierć, a na afiszach było napisane, że pojadą do pracy na wschód. Ale nikt nie wierzył, że wszystkich mogą wykończyć, mieliśmy nadzieję, że Niemcy ostatecznie muszą przegrać wojnę, że nie zdążą wszystkich zlikwidować. Nikt nie wiedział, jak naprawdę wyglądają obozy zagłady, myśleliśmy, że część ludzi wywożą do pracy, na wschód na roboty.
Nasz pracownik Frankowski przygotował furmanki i po kolei przewiózł nas wszystkich na wozie pod bramę getta. Tam stał policjant żydowski i Niemiec, nie pamiętam, jak się przedostaliśmy za ogrodzenie. Była z nami też ciotka Fryda z Austrii, która już w 1938 roku uciekła z dziećmi do Wieliczki i mieszkała u nas. Jej mąż został w Wiedniu i stamtąd udało mu się przedostać do Ameryki. Obowiązywała taka ustawa podczas wojny, że Niemcy pozwalali obywatelom amerykańskim wyjechać z getta. Ciotka dostała odpowiednie papiery dla siebie i dla dzieci i wyjechała z getta do Ameryki, gdzie się uratowała. Myśleliśmy, że w getcie będzie dobrze, byliśmy ogrodzeni, zaczęliśmy pracować dla Niemców. Ojciec wyrobił sobie kontakty, dowiedział się, że w Krakowie nie jest zbyt bezpiecznie, że może w Bochni byłoby pewniej, i wyjechaliśmy całą rodziną. Pomógł nam Niemiec, który nie był w wojsku, tylko tam pracował, miał ciężarówkę. W każdym razie, jakby nas złapali, to zabiliby też jego, narażał się.
Nie pamiętam, jak, ale z jakiegoś powodu wróciłem z powrotem do obozu do Bieżanowa, a po pewnym czasie przyszedł po mnie Polak Rudolf Przetaczek i powiedział: „Chodź ze mną, u mnie przeżyjesz wojnę”, i chciał, żebym poszedł do niego do domu. Pracowaliśmy z kolegą Zygmuntem Waldmanem przy zakładaniu torów kolejowych. Przetaczek nas znalazł, dowiedzieliśmy się od niego, że dzień wcześniej Niemcy wywieźli transporty Żydów z getta z Bochni. Tak jak stałem, zadecydowałem, że pójdę do Przetaczka, nie wiedziałem, czy ktoś z moich przeżył. Nie znałem go, zapytałem, skąd on mnie zna, okazało się, że jego brat był naszym pracownikiem. Kolega dziwił się: „Idziesz do Polaka? Ja może tu przeżyję”. Nie powiem, że to było mądre, bo postanowiłem iść do człowieka, którego nie znałem, i wtedy nie miałem co mu dać w zamian. Słyszało się, że byli tacy Polacy, co brali Żydów, jeśli ci coś mieli, to im zabierali i wydawali Niemcom. Nieprzyjemnie mi o tym mówić, ale były takie przypadki. Przetaczek chciał zabrać także mojego kolegę, ale ten nie zgodził się pójść, rozstaliśmy się, on nie przeżył, ja przeżyłem.
Nigdy nie pomyślałem, że Niemcy zabiją wszystkich Żydów, wierzyłem, że ktoś się uratuje, dzisiaj likwidowali coś tu, jutro tam. Przede wszystkim nie można było uwierzyć, że da się wszystkich zlikwidować, zawsze ktoś zostanie. Moja córka raz mnie zapytała, jak się uratowałem, nie potrafiłem jej odpowiedzieć, nie rozumiałem, jak to się stało, że rozstałem się z rodzicami, siostrami, ciotkami, wujkami i przeżyłem. Jak Niemcy zaczęli się cofać z Rosji, wtedy już było inne nastawienie, ludzie myśleli inaczej, i Żydzi, i Polacy, w obozie widzieliśmy jeńców rosyjskich przywiezionych do pracy, opowiadali nam o froncie.
Uciekłem z Przetaczkiem, po drodze powiedział: „Nie boję się, że cię Niemiec pozna, boję się, że cię Polak pozna”. Polacy poznawali nas po oczach, zawsze zdawało mi się, że wiedzą, kim jestem. Zdjąłem opaskę, a gdy przechodziliśmy obok Polaka, Rudolf zwrócił się do mnie: „Staszek, pójdziemy tędy!”, żeby tamten słyszał zwyczajną rozmowę ze Staszkiem, a nie podejrzewał, że prowadzi się Żyda. Szliśmy w dzień, w sumie łatwo było uciec, doszliśmy do jego domu w Lednicy Górnej. Mieszkał z żoną i dwójką dzieci u teściów, nazywali się Ziarko. Wchodziło się do nich, była długa sień i jedna izba, gdzie mieszkali rodzice jego żony Zofii, a w drugiej izbie mieszkali Przetaczkowie z dwojgiem dzieci w jednym pokoju. Okazało się, że będą ukrywać ze mną jeszcze dwoje młodych, Żydówkę Frydę Katz i jej kolegę Alstera. Ona była ładna. Przetaczek wziął ją, ponieważ jej ojciec kupował u niego sól, ale postawiła mu warunek, że pójdzie do niego pod warunkiem, że on zabierze też jej znajomego, którego poznała w obozie. Na początku mieszkaliśmy wspólnie z Przetaczkami, siedem osób w jednym pokoju, dopóki nie został wykopany bunkier. Parę dni siedzieliśmy w stodole obok domu na sianie. Bunkier był zrobiony specjalnie dla nas, wchodziło się ze stajni, wyjmowało cztery–sześć cegieł i tak się człowiek zsuwał do niego. Z kryjówki była wyprowadzona rura, miała może trzy centymetry średnicy, patrzyliśmy przez nią na słońce. Siedzieliśmy półtora roku bez światła dziennego, osiemnaście miesięcy. Ale jak się ma dwadzieścia lat, to można wytrzymać.
Teść Przetaczka nie zauważył, że zięć coś kopie, był stary, dużo nie chodził, choć mieszkał w tym samym domu. Nas też nie widział, gdy byliśmy w domu. Babka uważała, żeby nie wychodził z pokoju, mógłby się bać, żona nie powiedziała mężowi. Ich dzieci wiedziały, choć to było niebezpieczne, ponieważ mogły się w szkole wygadać. Córka Janka miała wtedy jedenaście lat, syn Józek piętnaście, ja – dwadzieścia jeden.
Nie bałem się poprosić Przetaczka, żeby poszedł do Anieli Zasadnej do nas do domu i powiedział, że się u niego ukrywam. Czasami przychodziła, za pierwszym razem przyniosła ciasto, ale swojemu mężowi nie powiedziała. Nikt we wsi o nas nie wiedział, najbliższy sąsiad mieszkał ze sto metrów dalej. Do ogrodu wychodziliśmy późnym wieczorem, Przetaczkowie mieli duży sad, drzewa owocowe, mogliśmy jeść, co chcieliśmy, rwać owoce, tylko żeby nie rzucać pestek, ze śliwek na przykład, dlatego nie jedliśmy śliwek. Rudolf nie pytał o pieniądze, nic nie żądał, a ja mu najpierw nic nie dałem, bo nic nie miałem.
W bunkrze było nisko, nie można było stanąć, tylko klęknąć, co najwyżej dało się schylić, to wszystko, jeszcze dało się usiąść na pudle z marmolady, czyli na naszej ubikacji. Rura, która wychodziła ze środka, na zewnątrz była zasłonięta liśćmi albo trawą, żeby nie było jej widać. W zimie na przykład dookoła niej topił się śnieg, bo wychodziło ciepło i para, trzeba było czymś przysłaniać. Przetaczek codziennie przynosił nam gazetę „Kurier Krakowski”, choć sam nie umiał za bardzo czytać, wtedy były inne czasy. Dzięki temu wiedzieliśmy, co się dzieje, gdzie jest front, że Niemcy się cofają, że Rosjanie z dnia na dzień zbliżają się coraz bardziej. Wokół Wieliczki nigdy nie było żadnych walk. Leżeliśmy całymi dniami, dużo rozmawialiśmy, po polsku, kłóciliśmy się też, nie można było leżeć półtora roku, nie kłócąc się. Moi współlokatorzy kłócili się też trochę między sobą, ale wyglądało na to, że się pobiorą. Nasze pudło z marmolady, tę ubikację, zawsze pomału wynosiliśmy tą samą dziurą, przez którą wysuwaliśmy się na brzuchu, koło krowy, czasami się trochę rozlało. W zimie zamiast do ogrodu szliśmy trochę do stodoły, żeby nie zostawiać śladów na śniegu i nie pomoczyć się, albo do Przetaczków do mieszkania. Nie było nam nigdy zimno, byliśmy pod ziemią, koło krów, żadne z nas nie rozchorowało się przez półtora roku. Czuliśmy się dobrze, jakoś radziliśmy sobie też z tym, że Fryda była dziewczyną, a my chłopakami. Jedzenie przynosiła nam przeważnie pani Przetaczkowa, nie pamiętam drugiej takiej dobrej kobiety , albo dzieci. Mężowi zdarzało się czasami przez dwa dni nie być w domu, gdy odchodził z kolegami pić w piątek, to wracał w niedzielę ze śpiewem, na pół kilometra było słychać. Ale zawsze wiedział, co mówi i co robi, nawet gdy był pijany, nikogo się nie bał, a jego bali się wszyscy. Handlował solą, a sól była monopolem, nieduża bryłka ważyła kilogram, który kosztował dwadzieścia groszy, a to było dużo na tamte czasy.
W Wieliczce działał w podziemiu Józef Jedynak, członek PPS-u, bardzo pomagał, jeśli wiedział, że jakiś Polak przechowuje Żyda, dawał mu środki na utrzymanie, bo podziemie miało pieniądze. Mieszkał z rodziną w Domu Śląskim , takim długim przy drodze do Krakowa, przed wojną organizował strajki w kopalni, był wszędzie, gdzie trzeba było strajkować. Wszyscy wiedzieli o jego działalności, ja dowiedziałem się o nim w ukryciu, bo Przetaczek dostawał od niego pieniądze.
Przetaczkowie przynosili nam jedzenie przez półtora roku, trzy razy dziennie, to, co sami jedli, dostawaliśmy ciepłe, ale nie zawsze, bo i oni nie zawsze. Rano się jadło chleb, czasami było masło, nikt nie liczył na specjalne jedzenie, cokolwiek się zjadło, to było dobrze.
Myliśmy się raz na trzy tygodnie u nich w izbie, ze stodoły wchodziło się tam schodami na piętro, była duża miska, w której myła się cała rodzina, ojciec, matka, syn, córka i my, w tej samej misce, tylko każdy zmieniał wodę po sobie, przynosiliśmy ją nosidłami w wiadrach z małego źródełka, pięćdziesiąt metrów pod górę od domu. Potem tę samą miskę się myło i robiło się w niej pięć chlebów, dużych jak pół stołu, które piekło się w dużym piecu w kuchni.
Często siedzieliśmy u nich w mieszkaniu wieczorami, jadaliśmy tam kolację, wszyscy byli bardzo uprzejmi, nigdy nie mówili, że się boją, my też się nie baliśmy, ale bardzo się pilnowaliśmy. Któregoś razu Zofia Przetaczkowa powiedziała mi, że u sąsiadów w czwartym domu od nich ukrywa się jeden, nazywa się Misiołek, i że to jest Żyd. „Skąd pani wie?”, zapytałem. „Po oczach poznałam”. On nie był z Wieliczki, rzeczywiście się tam ukrywał, przeżył wojnę, spotkałem go później.
Gdybym wiedział wtedy w obozie w Bieżanowie, że idę do Przetaczka na półtora roku, to nie wiem, czy bym poszedł ani czy on by mnie wziął na utrzymanie. Zawsze się myślało, że jak Niemcy zaczęli się cofać, to lada dzień się to skończy, kto tego nie przeżywał, nie zrozumie.
Od lewej siedzą: Zelig Goldstein, Mordechaj Koper, przyjaciel Izaaka Birnbauma ze szkoły garbarskiej w Radomiu, NN, Izaak Birnbaum, Kleinman (imię nieznane), około 1945 roku. Gdy wreszcie 21 stycznia 1945 roku do Wieliczki weszli Rosjanie, to Przetaczek nie dał nam od razu wyjść, powiedział: „Zaczekajcie dzień, bo front się może cofnąć”. Odczekaliśmy jeszcze dwa dni i wyszliśmy, było zimno, leżał śnieg. Pierwsze, co mi powiedział, gdy wyszedłem, to żebym nikomu nie mówił, że mnie uratował. Pożegnaliśmy się i pognałem do nas do domu. Tam mieszkała cały czas Aniela Zasadna z mężem, ale przecież dom miał dwanaście pokoi, nie było problemu, mnie wystarczył jeden pokój, ona gotowała jedzenie, jadłem to samo co oni i mieszkałem z nimi. Meble zostały, co najwyżej ubrania wszystkie były rozebrane, widziałem tego w moim płaszczu, tamtego w płaszczu ojca, ale nikomu nie zwracałem uwagi, wtedy już miałem pieniądze, mogłem sobie kupić. Najbliżsi znajomi i sąsiedzi cieszyli się, że wróciłem. W garbarni pracowali sami Polacy, prawie wszyscy ci sami, co przed moją ucieczką, trochę nowych doszło. Do końca wojny był tu niemiecki komisarz, volksdeutsch Pospiszyl. Gdy się dowiedział, że wróciłem, był wtedy jeszcze w Krakowie, potem wyjechał do Czechosłowacji, posłał mi przez jednego Polaka, naszego pracownika, dość dużą sumę. Dałem część Przetaczkowi, w takiej sytuacji nie liczyłem się z pieniędzmi, poza tym w garbarni były skóry, miałem co sprzedawać.
Byłem chyba pierwszym Żydem w Wieliczce, który wrócił po wojnie, a po paru dniach byliśmy w piątkę, wtedy jeden Polak mi powiedział: „Ja już wszystkich Żydów z Wieliczki widziałem”, co nie było trudne. Z dwustu czterdziestu rodzin pojawiło się nas pięciu. Dwie kobiety i trzech mężczyzn.

Całą moją najbliższą rodzinę Niemcy wywieźli z getta w Bochni do Bełżca i tam wykończyli. Babkę z dziadkiem od strony ojca wywieźli z Krakowa. Babka Teresa Perlberger umarła w Rosji podczas wysiedlenia, natomiast ciotka Czesława przyjechała razem z synem Ryśkiem do Krakowa do swego domu, zaraz gdy front się zbliżył, po wyzwoleniu, zaś jej mąż, Aleksander Perlberger, brat mojej mamy, dotarł z armią Andersa do Palestyny.
Aniela Zasadna wiedząc, że się ukrywam, schowała nasz album rodzinny ze zdjęciami, czekał na mnie po powrocie.