Nathan Kleinberger

Nie potrafiłem cieszyć się z wyzwolenia

Ostatni miesiąc przed wybuchem wojny spędziłem z polskimi harcerzami, Żydami z Krakowa, na obozie w Zawoi. Mama specjalnie mnie wysłała, ponieważ było to niedługo po śmierci ojca. Chciała, żebym odreagował wśród dzieci i może trochę zapomniał. Brat Zygmunt przyjechał mnie odwiedzić. Chodziliśmy w mundurach harcerskich, jedynymi Polakami-katolikami byli harcmistrz i harcmistrzyni. Na obozie nie mówiliśmy wprost o wojnie, ale czuło się, że nadchodzi, w Zawoi stacjonował oddział żołnierzy. Kiedy wracaliśmy pociągiem do Krakowa, wszędzie było już dużo wojska.
Maria Kleinberger z córeczką Salą, około 1924 roku.Od pierwszego września nie poszedłem do szkoły, Żydom nie było wolno. Zygmunt miał siedemnaście lat, a ponieważ mówiono, że młodzi Żydzi są w największym niebezpieczeństwie, uciekł na wschód. My z mamą około trzeciego, czwartego września schroniliśmy się w Krakowie u rodziny i kiedy Niemcy na Rynku w Wieliczce złapali trzydziestu dwóch Żydów, a potem ich rozstrzelali, nie było nas w domu. Niemcy nie potrafili dokładnie rozpoznać, kto był Żydem, a kto Polakiem. Natomiast każdy Polak rozpoznawał Żyda po pierwszych trzech wypowiedzianych słowach. Obok stacji kolejowej Wieliczka Rynek był wtedy kiosk z gazetami, tabaką, papierosami, który należał do Kopery. Prowadził go za zasługi, po tym jak został ranny podczas I wojny światowej i stracił rękę. Jego syn był volksdeutschem i podczas tej wrześniowej akcji prowadził Niemców do żydowskich domów , a oni zaganiali znalezionych mężczyzn na Górny Rynek, upokarzali ich, a potem wywieźli na zabicie. Wszyscy pozostali w mieście Żydzi z początku byli przerażeni, ale powoli sytuacja stawała się znośna.
Pod koniec września stwierdziliśmy, że nasze domy zostały puste, a ciężko było siedzieć na głowie rodzinie w Krakowie, więc przyjechaliśmy z powrotem do Wieliczki. Zygmunt wrócił dopiero po roku, w tym samym czasie co inni młodzi Żydzi, którzy uciekli i dotarli aż na rosyjską stronę. Tęsknił za rodziną, chciał być razem z nami.
Między 1939 a 1940 rokiem zaczęto w Wieliczce brać Żydów do przymusowej pracy, głównie do odgarniania śniegu z dróg, nosiliśmy już też opaski z gwiazdą Dawida.
Dla nas, dzieci żydowskich, poruszanie się po ulicach było utrudnione.
Nie zapomnę też, gdy podczas wojny szedłem raz z Urim Szmulewiczem przez miasto i spotkaliśmy na ulicy jego rodziców, a oni w całym tym piekle zaczęli rozmawiać z nim po hebrajsku. Dla mnie to było niesłychane.
W 1940 roku, gdy rozpoczęła się deportacja Żydów z Krakowa, zaczęli się oni przenosić do Wieliczki. Żyło się trochę inaczej, w naszym domu na ulicy Limanowskiego 2 pomieszczenia po szynku zamieniliśmy na mieszkania i wynajmowaliśmy przyjezdnym, żyliśmy z opłat lokatorów. Sami przeszliśmy już wcześniej do dziadków. W ich małym domku, oprócz naszego, były jeszcze dwa mieszkania – w jednym żył nieżonaty górnik z matką, a drugie wynajęli Żydzi. Natomiast w sklepiku był warsztat szewski.
Cały czas czuliśmy się mniej lub bardziej zagrożeni, były akcje, podczas których łapano ludzi i zamykano w budynku powyżej Dolnego Rynku, w sali, gdzie miała swoje próby orkiestra górnicza. Każdy, komu pozwalano zostać w swoim domu, był zadowolony.
Przez rok chodziłem do tajnej szkoły zorganizowanej przez nauczycielkę Idzię Kornfeld, która przyjechała do Wieliczki z rodziną chyba z Bielska. Mieszkali na Górnym Rynku w domu Joachimsmana. W ich mieszkaniu jeden pokój został przeznaczony na klasę, siedzieliśmy przeważnie wokół stołu i uczyliśmy się około godziny dziennie. Razem ze mną na lekcje uczęszczał wtedy Roman Licht , Goldstein, Natek Gutman z Katowic.
Mamusia starała się o wyżywienie dla całej rodziny, robiła, co mogła, znała kobiety z pobliskich wsi, które przywoziły masło w garnuszkach, potem ona jeździła do Krakowa i sprzedawała je Żydom, którzy mieli pieniądze. Jednak z czasem stało się to dość niebezpieczne. Zazwyczaj jeździła furmanką i gdyby ją złapali z tym masłem, to byłoby niedobrze. Sprzedaliśmy fortepian, na którym mama grała jeszcze na początku wojny, ale z czasem dużo, dużo mniej. Nie było innej rady. Pamiętam jego kolor, piękny orzechowy, gdy go wynieśli z pokoju, nagle zrobiło się bardzo pusto, ktoś z Wieliczki go kupił. Zaczęliśmy wyprzedawać wszystko, co było. Wtedy ratowała nas też pomoc brata mamy Eliasza z Nowego Sącza. Kiedy było już bardzo źle i nie mieliśmy pieniędzy na chleb, dziadek sprzedał pół domu na Narutowicza 8 kobiecie o nazwisku Bru. Ona mieszkała na ulicy Pocztowej, kilka domów za budynkiem poczty, miała też stodołę i dwie krowy. Po podpisaniu dokumentów dała nam pieniądze za nasze pół domu, wymierzone i opisane przez mierniczego Grzywacza z Wieliczki. Oprócz tego co dzień przynosiła nam mleko.
Do 1942 roku do Wieliczki zjechało z Krakowa i okolic tyle ludności żydowskiej, że było jej może dwa razy więcej niż polskiej. Kto miał jakieś pieniądze i mógł sobie pozwolić, żeby wynająć pokój albo mieszkanie, to wychodził z getta i jechał do naszego miasta.
Kiedy zbliżał się sierpień 1942 roku i krążyły wieści o wysiedleniach z krakowskiego getta, słyszeliśmy, że niektórzy Żydzi szukają schronienia wśród Polaków, ale trzeba było mieć ludzi na tyle znajomych, żeby poprosić ich o wzięcie na siebie tak wielkiego ryzyka. A myśmy nawet nie mieli środków, pieniędzy, żeby można było rozważać złożenie komuś takiej propozycji. Ucieczka do lasu w naszym wypadku – czwórka dzieci, matka, stary dziadek i chora babcia – była niemożliwa. Gdyby chociaż dało się żyć jak bezdomni, chodzić po świecie, szukać jedzenia po śmietnikach lub jeść, co w polu rośnie, ale to nie było możliwe. Byliśmy siedmioosobową rodziną, to nie to samo co jeden człowiek, który spróbuje uciec i albo mu się uda, albo nie. Trzeba też pamiętać, że nikt nie wiedział, kiedy to się skończy, był czterdziesty drugi rok! Niemcy jeszcze wtedy pokazywali filmy z rodzaju Drang nach Osten. Gdyby ktoś na przykład powiedział, że za dwa tygodnie będzie po wszystkim, to może by się coś robiło, nawet zakopałoby się pod ziemię, ale nikt nie wiedział. Polaków, którzy pomogli Żydom się uratować, powinno się nosić na rękach, to było coś bardzo niebezpiecznego. Ale większość Polaków nie wzruszyła się faktem, że Niemcy wyrzucają i mordują Żydów.
Wieczór 26 sierpnia 1942 roku zaczął się ogłoszeniami na mieście, że nazajutrz o siódmej rano musimy się zebrać wokół Górnego Rynku i być gotowi do wymarszu. Rozwieszono duże plakaty mówiące, że każdy ma mieć paczkę, która nie waży więcej niż pięć kilo, a kto się nie stawi, zostanie rozstrzelany. Osobno były ogłoszenia dla Polaków, że kto pomoże w jakikolwiek sposób Żydom, zostanie ukarany śmiercią. Wieczorem po całej Wieliczce chodził człowiek z bębnem i nawoływał, żeby ludzie wyszli z domów czytać te ogłoszenia. Miasto było zamknięte, dookoła rozstawiona policja polska, Niemcy, SS, wszystko, co chciałeś, nie można było się ruszyć. Już wcześniej podejrzewaliśmy, że zbliża się coś strasznego, ale w tym momencie zrozumieliśmy dokładnie, że nasz los się rozstrzygnął i czeka nas najgorsze. Były też inne opowiastki, że Żydzi pojadą na wschód, do obozów pracy, dużo ludzi w to wierzyło, ale my w naszym domu nie. Tej nocy z 26 na 27 prawie nie spaliśmy, przygotowywaliśmy te paczki, zastanawialiśmy się, co wziąć, co zostawić, czy można spróbować jeszcze kupić jakiś prowiant na drogę, wydać ostatnie grosze. Mamusia wzięła pieniądze i zostawiła u Polaków u rodziny B. Panowało wielkie napięcie, w nocy usnąłem może na jakąś godzinę, w każdym razie nad ranem obudzili mnie z informacją, że trzeba już iść. Babcia została w domu, błagała nas, żeby jej nie brać, była bardzo schorowana, ciężko było jej się podnieść, nie mogła za bardzo chodzić, miała osiemdziesiąt lat. W takiej sytuacji nie mieliśmy wyjścia, pożegnaliśmy się z nią i wyszliśmy z domu: dziadek, mama, Zygmunt, Sala, Beniek i ja. Powiedzieliśmy sobie, że kto z nas zostanie przy życiu, ma dotrzeć do pani B. w Wieliczce, tam się spotkamy. Wiedzieliśmy też, że dziadek zakopał w komorze w domu na Narutowicza małą ogniotrwałą kasetę, ale nie wiem, czy tam była zostawiona część pieniędzy czy coś innego. Poszliśmy prosto do stacji towarowej na łąki bogucickie. Każdy trzymał się jeden drugiego, szliśmy prawie w milczeniu. Widzieliśmy bardzo wielu ludzi idących w tę samą stronę. Gdy doszliśmy do tego pola, wiedzieliśmy, że z tego zgromadzenia nikt albo mało kto ujdzie z życiem. Strażnicy posadzili wszystkich w szeregach. Siedzieliśmy twarzą w stronę Krakowa, stacja towarowa była po lewej stronie, ale stąd, gdzie usiedliśmy, nie było widać wagonów pociągu. Myślę, że stały około półtora kilometra od nas. Nagle przyjechały ciężarówki, ludzi starych i chorych dosłownie wrzucano na nie i odjechały. W tym dniu było bardzo gorąco, nikt nie starał się o wodę, o nic. Wszystko wskazywało na to, że to jest koniec.
Po jakimś czasie przeszli dwaj Sturmbannführerowie lub Scharführerowie, wskazali palcem na mego starszego brata Zygmunta, kazali wstać i iść. On się podniósł, mamusia mnie pchnęła za nim, nic nie powiedziała, tylko pchnęła, wiedziała, co robi. Ja prawie automatycznie wstałem, zrobiłem dwa–trzy kroki, obejrzałem się na mamusię, brata, siostrę, dziadka i poszedłem za nim i za niemieckimi oficerami SS, nie wiem, czy oni mnie nie zauważyli, czy nie zwracali uwagi, przeszliśmy przez tory na drugą stronę. Wszędzie dookoła na całym placu stało kilkuset strażników: niemieccy żołnierze z karabinami maszynowymi, granatowa policja, Łotysze, Ukraińcy. Posadzili nas na wzniesieniu, to była taka bardzo mała górka, w osobnym miejscu, daleko od rodziny, może nawet kilometr dalej, teraz stację mieliśmy po prawej stronie i stąd było widać pociąg, ale tylko dwa–trzy ostatnie wagony, może zasłaniały jakieś drzewa albo krzaki, nie pamiętam. Gdy uzbierali na tej górce grupę około sześciuset mężczyzn, zaczęli resztę ludzi gonić do wagonów. Chciałem się pożegnać z mamą, z siostrą i z bratem, ale już nie mogłem przejść. Patrzyłem cały czas w ich kierunku, chciałem ich widzieć i chciałem, żeby oni mnie też widzieli, ale z daleka obraz był niewyraźny. To było coś strasznego, płacz, krzyki, i trwało to kilka godzin.
Nas zabrali tego samego dnia ciężarówkami i wpuścili do dużego baraku na Zadorach, nie było tam podłogi, żadnego stołu ani krzesła, dosłownie nic. Pamiętam stamtąd Uriego Szmulewicza i jego ojca. Na drugi dzień rano wzięto około pięćdziesięciu osób, między innymi mego brata Zygmunta, i kazano im kopać groby na cmentarzu żydowskim w Wieliczce dla pomordowanych; to byli ci, którzy zostali w domach albo próbowali się ukryć. Tych, którzy kopali, nie było cały dzień, wracali tylko na noc, Zygmunt jak przyszedł pierwszego dnia, powiedział, że widział babcię rozstrzelaną. Starał się też dowiedzieć, czy pociąg ze stacji towarowej odjechał, ale ktoś mu powiedział, że jeszcze nie, podobno dwa dni tak stał. W kolejnym dniu wzięli Uriego z ojcem i część innych do fabryki kabli do Krakowa, myśmy zostali w baraku w sumie cztery dni, potem zabrali około czterystu osób, w tym nas, do obozu pracy do Stalowej Woli.
Pojechaliśmy pociągiem do Rozwadowa, a jak wyszliśmy z wagonów, napadli nas Ukraińcy i gonili, lecieliśmy ze stacji, a oni na nas krzyczeli: „Dawaj! bystro! dawaj!” i bili nas kolbami z każdej strony. Tak dotarliśmy do naszego nowego lagru, był straszny – coś takiego tylko Dante mógłby przedstawić. Na miejscu zastaliśmy małą grupę więźniów, wyglądali koszmarnie, widocznie mieli za zadanie postawić te pięć baraków dla nas, w każdym miało być po sto osób, wszystkie nowe. Zorientowaliśmy się, że wkrótce i my będziemy tak wyglądać.
Na miejscu strażnicy zabrali nam pieniądze. W barakach były dwupiętrowe łóżka, a raczej prycze z papierowymi siennikami, wypchanymi trocinami i więcej nic. Nazajutrz rano dali nam kawę, której ja, który nie byłem specjalnie wypieszczony i wiedziałem, co to znaczy iść spać głodnym, nie mogłem wypić ani połknąć, była bez żadnego smaku, nie podobna ani do kawy, ani do cykorii, nawet kolor nie był podobny. Dostaliśmy też chleb, którego żaden piekarz nie zgodziłby się wyjąć z pieca. Po śniadaniu wzięli nas do huty, pracowaliśmy bardzo ciężko przy różnych walcach, piecach. Wracaliśmy wycieńczeni, a po drodze Ukraińcy znów gonili nas z okrzykami: „Dawaj! Dawaj! Bystro, bystro!”, po pracy zmuszali nas, żeby biec. Był tam z nami rabin Frenkel z Wieliczki, dentysta Schlang, który miał gabinet na Dolnym Rynku, brat Cesi Lax, bardzo dużo wieliczan i ludzi z Krakowa, którzy podczas wojny byli w naszym mieście.
W tym czasie wypadł dzień, w który przypadało ważne święto żydowskie Jom Kippur, związane z postem. Musieliśmy iść do pracy. Esesmani wiedzieli, że Frenkel jest rabinem, zawołali go i kazali się modlić do Boga, żeby go wyratował, potem jeden wyjął rewolwer i strzelił mu w głowę.
Powiedziałem Zygmuntowi, że ja tu długo nie wytrzymam, on sam też to czuł i postanowił, że uciekniemy. Razem z nami przyjechał jego kolega, Mietek Sielberg, z którym byli jeszcze ojciec i młodszy brat. Tenże Mietek miał kuzyna Żyda z węgierskim obywatelstwem w Prokocimiu i Zygmunt wymyślił, że jeśli on zgodzi się uciec z nami, to będziemy mieli gdzie pójść. Zaproponował mu ucieczkę, tamten poszedł się poradzić do ojca, ale ostatecznie musiał sam zdecydować i przyłączył się do nas. W obozie byliśmy w sumie cztery dni.
Pięćdziesiąt metrów od nas znajdował się cmentarz dla Rozwadowa. Zygmunt znalazł miejsce w narożniku ogrodzenia obozu, gdzie trawa była dość wysoka, jak ktoś się czołgał, nie było go widać, i gdzie o czwartej nad ranem, jak nas budzili, było jeszcze ciemno. Tego dnia pierwsza rzecz, jaką zrobiliśmy, to poszliśmy po ciemku do tego kąta, Zygmunt przytrzymał podniesione druty, ja przeszedłem pierwszy, potem Mietek i on. Przeczołgaliśmy się do cmentarza i schowaliśmy się między grobami. Zaczekaliśmy, aż więźniowie pójdą do pracy, słyszeliśmy z daleka Ukraińców wołających „Dawaj, dawaj!”, aż w końcu krzyki ucichły i zrobił się spokój. Zaczęliśmy iść w kierunku miasteczka, kiedy napotkaliśmy pierwszy domek, zapukaliśmy do drzwi, otworzyła nam kobieta. Zygmunt zapytał, czy chciałaby kupić jego marynarkę, mieliśmy jeszcze ubrania z domu. Odpowiedziała, że jest zainteresowana, otworzyła nam drzwi, wpuściła do środka, w domu był też jej mąż, prawdopodobnie musieli wiedzieć, że uciekliśmy z obozu. Zapłaciła nam kilkaset złotych za tę marynarkę, spytaliśmy, czy jest gotowa zrobić śniadanie za pieniądze, zgodziła się. Tak smacznego śniadania nie jadłem do dzisiaj. Humor nam się trochę poprawił. Zapytaliśmy też, czy kupiłaby nam bilety do Krakowa, bo na stacji kręciło się sporo policjantów, żołnierzy, woleliśmy nie rzucać się nikomu w oczy. Ona powiedziała, ile będą mniej więcej kosztować, daliśmy jej pieniądze i pojechała je kupić. Strasznie się baliśmy, czy przypadkiem nie wróci z policjantem, jej mąż został z nami w domu, ale ona po prostu przywiozła bilety i tyle. Z wrażenia nawet nie zapytaliśmy, jak się nazywa. Poszliśmy w kierunku stacji, czekaliśmy w ukryciu, aż nadjedzie nasz pociąg i weszliśmy do wagonu w ostatnim momencie, jak już prawie miał ruszać. Wcześniej umówiliśmy się, że nie będziemy siedzieć razem, tylko każdy osobno, tak, żeby widzieć jeden drugiego, ale ze sobą nie rozmawiać. W razie, gdyby ktoś z nas został zaczepiony, żaden miał nie zdradzić spojrzeniami innych. Ja usiadłem w kąciku, Mietek Sielberg stał twarzą do mnie, a Zygmunt trochę dalej. Pociąg był dość pełny, w pewnym momencie ktoś powiedział do Mietka: „Co pan się tak pcha, jak Żyd?”. Ten pytający na szczęście nie widział jego twarzy, która zrobiła się biała jak kreda, ale jakoś dojechaliśmy pod Kraków. Nie chcieliśmy wysiadać na głównej stacji, żeby się nie spotkać z policjantami, na nasze szczęście semafor przed Krakowem był czerwony, pociąg się zatrzymał i wyszliśmy. Znaleźliśmy kuzyna Mietka w Prokocimiu, on nas bardzo ładnie przyjął. Przespaliśmy się u niego, ale rano powiedział, że bardzo mu przykro, ale tylko Mietek może zostać dłużej ze względu na ryzyko. Pożegnaliśmy się i to na długo, bo ponownie spotkałem go dopiero po wojnie w Izraelu, ostatecznie osiadł w Australii.
Pierwszym miejscem, które nam przyszło do głowy, była Wieliczka i pani B., chcieliśmy się jak najszybciej dowiedzieć, czy może ktoś z naszej rodziny zgłosił się do niej wcześniej, myśleliśmy, że może chociaż najmłodszemu bratu udało się wyskoczyć z pociągu, ale niestety. Chcieliśmy też poprosić ją o pieniądze, które zostawiła mama, ponieważ nie mieliśmy co jeść. Na miejsce doszliśmy wieczorem, pani B. nas przyjęła, dała coś zjeść, ale kiedy zażądaliśmy pieniędzy, odpowiedziała, że potrzebny jest podpis matki i odmówiła. Dostaliśmy pół chleba i mieliśmy więcej nie przychodzić, gdyż ona bardzo ryzykuje. Zdecydowaliśmy się wracać do Krakowa, szliśmy polami, niedaleko od szosy. Ni stąd, ni zowąd natknęliśmy się na grupę Żydów prowadzoną przez policjanta żydowskiego, dołączyliśmy się do nich i dotarliśmy do obozu w Prokocimiu. To był początek września 1942 roku. Mieszkaliśmy w barakach, spaliśmy na pryczach, pilnowali nas z reguły tylko policjanci żydowscy, którzy normalnie nie robili nam nic złego, chyba że przychodził jakiś Niemiec, wtedy chcieli pokazać, jacy są dla nas ostrzy, i mogli kogoś zbić. Chodziliśmy z nimi do pracy do Bieżanowa. Ja pracowałem jako hamowniczy przy kolejce wąskotorowej, która woziła ziemię. Bagiel ładował ją na specjalne wagony, które można było wywracać, następnie jechaliśmy w wyznaczone miejsce, gdzie czekali robotnicy do rozładunku, chyba budowano jakieś lotnisko. Ja stałem cały dzień przy hamulcu ręcznym kolejki, ona jechała z góry na dół i trzeba było go zaciągać, żeby kolejka się zatrzymała. Dla mnie to była bardzo ciężka praca, zwłaszcza jak zbliżała się zima, nieraz całymi dniami padał deszcz, było mokro, zimno.
Kiedy byłem w Bieżanowie, pomyślałem, że spróbuję jeszcze raz, bez Zygmunta, pójść do pani B. do Wieliczki po nasze pieniądze. Szedłem akurat, gdy była straszna ulewa, cieszyłem się, że nie było ludzi, czułem się wolny jak ptak, ale doszedłem cały przemoczony, do ostatniej nitki. Było już ciemno, prawie noc, postanowiłem wejść do naszego mieszkania na Narutowicza z nadzieją, że znajdę jakieś ręczniki czy prześcieradło i trochę się wysuszę. Wszystkie okna były połamane, szyby porozbijane, na podłodze pełno szkła, wszystko potargane, nie było nawet czym się wytrzeć. Zdjąłem ubrania do przesuszenia i spędziłem tam noc. Następnego dnia rano, a była to niedziela, nasz dzień wolny od pracy, wyjrzawszy przez okno, zobaczyłem ładnie ubranych ludzi idących modlić się do klasztoru, całe korowody. Przesiedziałem w zniszczonym domu cały dzień, w międzyczasie wysuszyłem się i pod wieczór poszedłem do pani B. Bardzo się przestraszyła, że znowu przyszedłem, powtórzyła swoje życzenie, że nie chce, żebyśmy więcej przychodzili. Odpowiedziałem, że jesteśmy głodni i potrzebujemy naszych pieniędzy, ale znów zażądała podpisu matki. Dostałem pół chleba i miałem sobie iść. Było ciemno, nie chciałem już wracać na noc do naszego mieszkania, zobaczyłem w pobliżu duży kosz na ziemniaki, kucnąłem, nakryłem się tym koszem i tak spędziłem noc, słysząc co godzinę dzwonki zegara kościelnego. Gdy tylko wzeszło słońce, wróciłem do obozu z połową chleba.
Na szczęście nasza ciotka Rebeka z Sosnowca, siostra ojca, która zamieszkała tam z mężem i doglądała fabryczki swego brata, wujka Izaaka, inżyniera prowadzącego warsztat, gdzie wyrabiano z metalu szabaśniki , w jakiś sposób nas odnalazła i przysłała nam walizkę z różnymi ubraniami, a ubrania były wtedy bardzo poszukiwane. Sprzedawaliśmy je, a za zdobyte pieniądze mogliśmy kupować obiady w domu niedaleko naszej pracy w Bieżanowie, u rodziny Mrozów. Mężczyzna był kolejarzem, jego żona gotowała i sprzedawała obiady za pieniądze, mieli dwoje małych dzieci. Chodziliśmy do nich, czasami nawet nie wracaliśmy do baraków w Prokocimiu, tylko spaliśmy u nich na strychu. Żyło się nie tak strasznie. Ale gdy jesień się skończyła i przyszła zima, spadł śnieg, a nasza walizka była już pusta, zaczęliśmy się zastanawiać, co dalej, nie mieliśmy pieniędzy na jedzenie, zaczął się 1943 rok.
Postanowiliśmy, że pojedziemy do getta do Bochni, bo dowiedzieliśmy się, że mieszkają tam jeszcze bracia i siostra ojca: wujek Israel Kleinberger z Targowiska z żoną i z dwoma synami, wujek Izaak, ciocia Hela z dwiema córkami oraz babcia. A także, co było bardzo ważne dla Zygmunta, była tam jego sympatia Muszka Schenker. Wiedzieliśmy, że raz w tygodniu z Bochni do Bieżanowa przyjeżdżała furmanka – w zimie sanie – która przywoziła jakieś paczki. Pewnego wieczoru, gdy furman, Polak, zapakował ostatnią paczkę i wyszedł, wślizgnęliśmy się z Zygmuntem do tych sań, bo była zima, przykryliśmy się brezentem i odjechaliśmy z nim do Bochni. Podczas drogi Zygmunt odkrył się, miał nożyk w ręce i powiedział mu, że jedziemy z nim i żeby wiedział, że jeśli nas nie zawiezie do getta do Bochni, to nie zostanie przy życiu, i tak dotarliśmy. Myśleliśmy, że jak dostaniemy się do getta, skończy się nasza udręka, że trochę poprawi się nasze życie. I rzeczywiście znaleźliśmy tam ciepłe łóżka, nie musieliśmy pracować. Był podział na getto A, w którym przebywali ci, co mieli miejsca pracy, i getto B z ludźmi, którzy nie pracowali, ale wszyscy wiedzieli, że w razie planowanej wywózki po nich pierwszych przyjadą. My trafiliśmy do getta B, gdzie przebywała nasza babcia Kleinberger i reszta rodziny; babcia gotowała z tego, co udało się przynieść z pracy wujkowi Izaakowi, i tak żyliśmy. W każdym bądź razie dla mnie to był odpoczynek, nie musiałem stać mokry na zimnie i pracować. W sumie byliśmy w Bochni kilka miesięcy, dotarliśmy w zimie, jak był śnieg, a już po świętach Pesach w kwietniu zabrali nas do kacetu, obozu koncentracyjnego Plaszow, na Jerozolimską w Krakowie. Znienacka zajechały trzy–cztery ciężarówki do getta B, załadowali je do pełna ludźmi, kto im wszedł pod rękę, złapali między innymi mnie z bratem i wujka Izaaka. Eskortowali nas żołnierze z karabinami. Wiedzieliśmy, że do dobrego miejsca nas nie zabierają.
Naszym komendantem był zbrodniarz Amon Göth. Po przyjeździe umieścili nas wszystkich razem w jednym baraku, tzw. bocheńskim. W obozie były różne warsztaty, ja dostałem się do metalowego, był też tapicerski i inne. Raz podczas pracy odwiedził nas Göth, przeszedł pomiędzy nami ubrany w biały mundur, nagle wyciągnął rewolwer i strzelił jednemu więźniowi w głowę, ale kula przeszła na wylot i chłopak został przy życiu, z tego, co wiem, przetrwał wojnę. Widocznie nie została naruszona żadna istotna część. Wujek Izaak po tygodniu pobytu w obozie uciekł, nie wiem, jak on to zrobił, ale udało mu się. Wówczas wzięto trzydziestu mężczyzn z naszego baraku, między innymi mnie, i zamknięto nas w więzieniu w samym obozie. Chodziły słuchy, że z tego więzienia nikt nie wychodził żywy, że wszyscy kończyli na Hujowej Górce . Mój brat Zygmunt biegał i szukał kogoś, żeby mnie stamtąd wyciągnąć, dotarł do pana Laxa, który był w obozie z synem Ryśkiem. On znał wyższej rangi policjanta, wtedy ważną osobę w kacecie, jakiegoś kolegę Cesi Lax, i udało się załatwić, że tamten przyszedł i powiedział, że jestem potrzebny, w ostatniej chwili mnie zwolnili, zaraz po tym straż ukraińska poprowadziła pozostałych więźniów na górę na rozstrzelanie. Mieliśmy nadzieję, że Izaak zostanie przy życiu, po tym, jak udało mu się uciec, ale ślad po nim zaginął.
Z rodziny, która została w getcie w Bochni, przeżyły tylko córki cioci Heli, zabrane do obozów pracy, potem do Oświęcimia i ostatecznie wyzwolone w Bergen-Belsen, natomiast wszystkich pozostałych wywieziono do Bełżca. Przeżyła też siostra ojca, ciotka Rebeka, ta, która przysłała nam do Bieżanowa walizkę z ubraniami, spotkała się z córkami Heli w jednym z obozów, one troszczyły się o nią i została przy życiu, ale z nimi spotkałem się dopiero po wojnie, w Izraelu.

W obozie w Płaszowie byliśmy w sumie około pięciu–sześciu miesięcy do końca 1943 roku.
Następnie wzięto nas do obozu pracy w Częstochowie nad Wartą, do fabryki amunicji. Na powitanie przemówił do nas niemiecki naczelnik i oznajmił, że nie jesteśmy w obozie koncentracyjnym, tylko w obozie pracy i mamy pracować, to dostaniemy lepsze warunki. Był tam żydowski Lagerältester (starszy obozowy) z Niemiec o nazwisku Joles, mówił po niemiecku, przyjechał do fabryki też z Płaszowa razem z synem, młodszym ode mnie o rok. Miał dobre układy z pewnym Niemcem, z którego pomocą udało mu się sprowadzić do Częstochowy swoją żonę z innego obozu, dostał dwa pokoje w fabryce dla siebie i rodziny. My z bratem mieszkaliśmy w obozie, zdarzało się, że grywałem z kolegami w szachy i ten Żyd dowiedział się o tym. Pewnego dnia kazał mi przyjść do nich do mieszkania i grać z ich synem. Tamten chłopiec był ładnie ubrany, czysty, a ja brudny, w podartym ubraniu, więc nie cieszył się moim przyjściem, ale jego matka postawiła szachy na stole, żebyśmy grali. Miałem dylemat, jak prowadzić grę, czy wygrać, czy przegrać, od początku widziałem, że jestem dużo lepszy. Myślałem sobie, że jak dam mu wygrać, to on nie będzie zainteresowany kolejną grą, a jeśli wygram, to być może zechce rewanżu. Postanowiłem wygrać, po czym chłopiec wstał i odszedł, jego matce zrobiło się nieprzyjemnie. Odprowadzono mnie z powrotem i więcej tam nie chodziłem. W obozie w Częstochowie nad Wartą byliśmy ponad rok, prawie do końca 1944 roku, aż do zimy, kiedy zaczęli się zbliżać Rosjanie.
Wtedy przyjechali Niemcy, załadowali nas do pociągu i przewieźli do Buchenwaldu na około trzy tygodnie – była zima. Stamtąd wysłano nas dalej do małego obozu o nazwie Flossenbürg we Freibergu , gdzie wyrabiano pancerfausty. W Buchenwaldzie zamiast pasiaków dostałem ubranie, jakby żakiet malowany w pasy, w dość dobrym stanie z pozostawionym czerwonym trójkątem z literą F. Było to oznaka francuskiego więźnia politycznego. Zajmowałem się czyszczeniem różnych sprzętów na polu. Wtedy pilnowali nas już nie młodzi Ukraińcy, tylko starsi Niemcy, wydawało mi się też, że byli wśród nich Węgrzy, patrzyli ze zdumieniem na mój strój. Brat Zygmunt był ze mną cały czas – wcześniej wiele razy uratował mnie od śmierci – aż do feralnego 17 marca 1945 roku w obozie we Freibergu. Na jednym z apeli napadł na niego niemiecki Lagerältester, około trzydziestopięcioletni sadysta. Zaczął go strasznie bić, kopać, aż Zygmunta zabrano z apelu. Ja musiałem pójść do pracy, ale po powrocie do obozu od razu pobiegłem zobaczyć brata, pytałem, gdzie jest, doszedłem do jego pryczy, ale go nie było. Nikogo nie był przy tym, gdy przynieśli go z placu apelowego – zostało półtora miesiąca do wyzwolenia. To była najcięższa chwila mojego życia. Nie wiedziałem, co się dzieje, cały czas byliśmy razem, a tu nagle nie miałem do kogo słowa powiedzieć. Bardzo mocno przeżyłem śmierć brata.
To był już czas powolnej ewakuacji Niemców, słyszeliśmy bombardowanie Drezna, zaraz potem zabrano nas przez Czechosłowację, gdzie życzliwa ludność przychodziła z chlebem i rzucała go nam przez okna do wagonu, do Mauthausen w Austrii. Postanowiliśmy z dwoma kolegami, że uciekniemy z wagonu w Czechosłowacji, zrobiliśmy między sobą „en-den-dino” , kto pierwszy wyskoczy. Następnie zdjęliśmy druty z okienka i jeden kolega z Warszawy wyskoczył, ale dwie minuty po tym usłyszeliśmy strzał, otworzono drzwi wagonu i wrzucono go nieżywego do nas.
Gdy zostałem wyzwolony, nie wiedziałem, czy mam się cieszyć. Cóż z tego, że zostałem przy życiu, skoro nikt mi nie został.