Przejdź do wybranych wpisów >>

Archiwum

Obchody 500-lecia Olchowca

25/07/2016

 

L1003430Mieszkańcy wsi mogli wybrać na obchody swojego jubileuszu rok 2015 lub ostatecznie 2016. Jedna z tych dat znaczy (niemal) pewne pięćsetlecie istnienia wsi, choć możliwe też, że Olchowiec jest jeszcze starszy. Leży on bowiem na jednym z dawnych szlaków handlowych, ciągnącym się przez Przełęcz Szarbowską, który przechodzi także przez pobliską Iwlę liczącą 650 lat. Zdecydowano się na 16 lipca 2016 roku – datę letnią i niekolidującą z innymi imprezami w sąsiedztwie.

Tadeusz Kiełbasiński, właściciel odwiedzanej przez turystów Zabytkowej Chyży Łemkowskiej w Olchowcu, proponował, by w czasie obchodów zobrazować rzeczywistość pierwszych mieszkańców ogniskami na wzgórzach i pieśniami wykonywanymi przez obecnych olchowian ubranych w oryginalne stroje łemkowskie. Względy praktyczne zdecydowały jednak o bardziej współczesnej, skromniejszej oprawie.

L1003483Zaproszono wszystkich mieszkańców Olchowca i sąsiedniej Ropianki, przyjaciół wsi, a spośród osób oficjalnych przybyli: Dariusz Sobieraj – radny  wojewódzki, Jan Juszczak – starosta powiatu krośnieńskiego, Aleksander Mercik – dyrektor etatowy członek zarządu powiatu krośnieńskiego, Andrzej Bytnar – burmistrz miasta i gminy Dukla, Jolanta Bik – skarbnik miasta i gminy Dukla, Bohdan Gocz – radny miasta i gminy Dukla, Grzegorz Jadach – sołtys Tylawy, Bronisław Dubis – sołtys Zyndranowej, Józef Magmuszewski – sołtys Barwinka, Mariusz Kędra – sołtys  Iwli, Stefan Kłapyk – przewodniczący prezydium Zjednoczenia Łemków w Gorlicach, Stefan Hładyk – zastępca   prezydium Zjednoczenia Łemków w Gorlicach, Lesław Leśniak – dyrektor Magurskiego Parku Narodowego, Jacek Mercik – kierownik powiatowego zarządu dróg  w Dukli. W sumie 150 osób.

W przygotowaniach do obchodów wzięło udział wielu mieszkańców Olchowca, a największy udział mieli: sołtys Zenon Fedak z żoną Marią, Mikołaj Gabło, Tadeusz Kiełbasiński, Małgorzata i Grzegorz Kiełbasińscy, Urszula i Wiesław Żyznowscy.

L1003538Rozpoczęto uroczystą służbą bożą w lokalnej cerkwi, którą odprawili w obrządku grecko-katolickim kapłani tego wyznania: miejscowy proboszcz, dziekan Andrzej Żuraw i ksiądz Bogdan Kiszko, proboszcz w Mokrym. Uczestniczyli w niej także proboszcz miejscowej parafii rzymsko-katolickiej, ksiądz Zbigniew Preiznar, który odczytał Ewangelię i ksiądz Józef Obłaj, proboszcz w Desznicy. Kapłan Andrzej Żuraw wygłosił kazanie wyjątkowo po polsku, nie jak zazwyczaj – po łemkowsku czy po ukraińsku – ze względu na uszanowanie obrządku rzymskiego i obecność jego przedstawicieli. Wszystkich uczestników nabożeństwa, którzy opuszczali teren cerkwi, sfotografowano w identycznym ujęciu pojedynczo lub w grupkach na zabytkowym kamiennym mostku.

L1003571Stojący w centrum wsi kamienny obelisk z tablicą pamiątkową ufundowaną przez gorlickie Zjednoczenie Łemków odsłonili w obecności wszystkich zebranych  burmistrz Andrzej Bytnar i sołtys Zenon Fedak. Następnie wszyscy obecni kapłani poświęcili obelisk. Zaraz potem wykonano zdjęcie zbiorowe.

L1003593

Obelisk wymurował Robert Salwa, mieszkaniec Polan i przyjaciel Olchowca. Pomagali mu w tym olchowianie: Marek Tomaszczyk, Robert Pysz, Krzysztof Kiełbasiński, Sylwester Kondraciuk, Daniel Tomaszczyk.

Po zgromadzeniu się zaproszonych w obu salach miejscowego domu ludowego Andrzej Wielocha, wieloletni okresowy mieszkaniec wsi i prezes Towarzystwa Karpackiego, dał prelekcję wspartą slajdami zatytułowaną „Najstarsze dzieje Olchowca – co wiemy na pewno”.  Znalezione dotąd dokumenty pozwalają ustalić rok 1515 lub najpóźniej 1516 jako (niemal) pewną datę istnienia wsi, jednak bynajmniej nie oznaczają w sposób pewny daty założenia, która może być wcześniejsza, nawet znacznie. Wieś założono na dostosowanym do odmiennych warunków górskich prawie wołoskim. Na sali żartowano, że wystarczy głębiej poszukać w archiwach i Olchowiec będzie się niedługo szykować na 600-lecie, albo i jeszcze starszy jubileusz.

L1003629

L1003661Po zakończeniu obiadu serwowanego smacznie i sprawnie przez firmę Domenico z Tylawy uhonorowano sześcioro najstarszych mieszkańców wsi i dwóch najbardziej dla niej zasłużonych specjalnymi „dyplomami uznania i wdzięczności za wkład w życie Olchowca” , a także kwiatami i upominkami. Uhonorowani seniorzy i seniorki to: Anastazja Moriak ze Skorodyńskich, Michał Toropiła, Maria Toropiła z Gabłów, Anna Fedak z Buriaków, Anna Tomaszczyk z Romańczaków, Leokadia Hudak z Wróblów. Za najbardziej zasłużonych sołtys wsi i kilka osób doradzających uznali Mikołaja Gabłę i Tadeusza Kiełbasińskiego. Honorowali samych zainteresowanych lub ich dzieci, w przypadku nieobecności: Zenon Fedak, Jan Juszczak, Andrzej Bytnar, Stefan Kłapyk. Wiesław Żyznowski czytał każdemu honorowanemu z osobna przeznaczony specjalnie dla niego wpis na dyplomie. Na przykład Anastazji Moriak napisano: „Spośród olchowian żyje i mieszka w największym stopniu tak, jak łemkowscy przodkowie, najdłużej utrzymuje przy życiu prastare formy. Ucierpiała osobiście wskutek emigrowania najbliższych za chlebem. Zdołała powrócić na ojcowiznę wraz z rodziną z wygnania na wschód. Odumarta przez ukochanych współmieszkańców domu, osamotniona strzeże dzień i noc nie tylko jego, ale też sakralnego dziedzictwa wsi – cerkwi i cmentarza, ponieważ mieszka najbliżej miejsca, które przeznaczyli na ten cel Jej ojcowie”.

L1003596Szczególnie uroczysty był moment, gdy olchowieccy seniorzy stawali po kolei na środku sali. Ich rodzice mogli brać udział w jubileuszu 400-lecia wsi, gdyby taki miał miejsce, a pradziadowie niektórych z nich byli pośród zakładających wieś na korzeniu.

Przedostatnim punktem uroczystości były wspomnienia mieszkańców Olchowca. Zgłosili się na ochotnika kolejno: Wiesław Żyznowski, Tadeusz Kiełbasiński, Stanisław Kryciński. Wszyscy oni jako niepochodzący ze wsi, ale mieszkający w niej długie lata od czasu do czasu, położyli w swoich wypowiedziach nacisk na niezwykłość – wręcz magiczność – miejsca oraz nietuzinkowość mieszkańców. Wymieniali małe zdarzenia, które zdaje się mogły mieć miejsce tylko w Olchowcu i których się nigdy nie zapomina.

Sołtys Zenon Fedak zamykając część oficjalną wspomniał i podziękował wszystkim wcześniejszym powojennym sołtysom Olchowca. Byli to kolejno: Stefan Buriak, Wasyl Gabło, Wasyl Toropiła, Jan Romańczyk, Mikołaj Gabło, Jan Mikulik, Stanisław Toropiła, Jan Buriak. Podziękował także wszystkim za udział i uczestnictwo, po czym bardzo osobistymi słowy opowiedział o swoim zaangażowaniu w rodzinną od wielu pokoleń wieś, którą traktuje nie tylko jako swoje jedyne miejsce na ziemi, ale i miejsce najpiękniejsze, niepowtarzalne, warte całego życia.

L1003681Ciepła, łagodna, a momentami wręcz czuła energia pierwszej części uroczystości przeszła w biesiadną, taneczną, gorącą energię części drugiej. Spisał się wtedy zespół Allegro, grając utwory trwające po 20 minut i dłużej. Kapela pochodzi ze Słowacji, gdzie wielu olchowian ma członków swoich rodzin. Zakontraktowana na koniec grania pierwsza w nocy okazała się za wczesna dla najwytrwalszych.

Jak świętować 500 czy więcej lat, to najlepiej w domu ludowym w Olchowcu.

 

Wiesław Żyznowski

Artykuł zamieszczony za zgodą wydawcy „Dukielskiego Przeglądu Samorządowego”, na łamach którego wkrótce zostanie opublikowany.

Do dwójki jako bytu

16/06/2016

 

Filozofowie nie wiedzą czy istnieją dwójki

Tomek i Miłek Żyznowscy są dwójką

Dla rodziców będących dwójką dla nich

Dla innych co ich nie rozróżnili

 

Ta dwójka żyje w Sierczy

Jeździ do Wieliczki Krakowa Olchowca

Rzadko coś knuje skutecznie albo nie

Inni zwą ją braćmi ale rodzice inaczej

 

Ich dwójkowość – to co między nimi

Kiedyś przeminie oby zostawiła resztę

O niej ta powiastka zamyślona jako resztka

Mało prześwitująca przez inne

 

Starszy a młodszy młodszy a starszy

Dwa światy cztery byty

Cyfra się nie ustali nigdy

Dwójka niepoliczonych możliwości

 

Ciągną w życie blisko siebie

Każdy w swoją stronę sam

Każdy z częścią drugiego w sobie

Dumnie ambitnie za zwyczajem

 

Wyłączą czy nie środek między nimi

Zawieszony między ich głowami i sercami

Istniejący niezależnie w świecie

Także w wyobrażeniach innych ludzi

 

Którą logiką każdy wybierze dla ich dwójki

I Tomasz i Miłosz i Miłosz i Tomasz

Nie Miłosz nie Tomasz nie Tomasz nie Miłosz

Tomasz lub Miłosz Miłosz lub Tomasz

 

I Miłosz lub Tomasz i Tomasz lub Miłosz

Albo Tomasz i Miłosz albo Miłosz i Tomasz

Albo Miłosz lub Tomasz albo Tomasz lub Miłosz

Albo Tomasz albo Miłosz albo Miłosz albo Tomasz

 

Bracia rodni rodzeni z rodziców jednych

Chcących dla nich jednego i różnego

Różni złączeni zawsze jedną rodnością

Jednym domem jednymi widokami jedną Bazą

 

Niewielu braci wyzyskuje braterstwo

Niewiele ludzi wie co im dano

Nie o bezmiar możliwości chodzi a o jedną

Dla Miłka i Tomka niepowtórzoną dla nikogo

 

Rzadko starszy zawsze ucieka a młodszy goni

Motywacje i impulsy się nie starzeją

Nie kończą łatwo wzajemne porównania

Różnice nie znikają nie maleją

 

Dwójka gdyby nie istniała można ją nazwać

Tomko-Miłek Miłko-Tomek Miłko-Tomki

Słuszne pojęcia stworzą ich dwójkowość

Wyjdą z niej nowe słowa dla świata

 

Wiesław Żyznowski

Na oddzielone na zawsze o cztery dni, w zasadzie wspólne, tym razem piętnasto-jedenaste urodziny Dwójki Żyznowskich.

Ukończone 8 maja 2016 roku w Hat Yai, w południowej Tajlandii.

 

Na moje 52 urodziny – pobieżnie

29/05/2016

 

Istotę tego wieku, jego zaletę, wadę, siłę i słabość, a także to, jak jestem w tym czasie postrzegany, określam tak:

Nie jestem ani młody, ani stary – w oczach innych, bo sam oczywiście czuję się młodo, jak wszyscy w moim wieku i wszyscy ludzie w ogóle.

Wiele atrakcji, które świat oferuje młodym i starym, nie jest już albo jeszcze dla mnie. Przywileje, ulgi, zainteresowanie, sympatia, serdeczność, miłość, współczucie, czas wolny – to nie dla takich jak ja. Dla mnie są: robota, obowiązek i odpowiedzialność, co prawda przyprawione czasem szacunkiem i często grzecznością zwaną życzliwością. Młodzi są piękni, słodcy, pociągający, mało winni, patrzący w przyszłość i niewiele jeszcze mogą. Starzy są raczej brzydcy, czasem tłuści, obleśni i odpychający, interesujący tylko dla innych starych, mają nieświeże winy na sumieniu, są zanurzeni w przeszłości i niewiele już mogą.

Mój wiek sprawia, że w oczach innych jestem nijaki, wszystkiemu winny, za wszystko odpowiedzialny i wszystko mogę, a nawet muszę móc. Jestem w sytuacji, w której mną osobiście interesują się tylko najbliżsi, za to wszyscy traktują jako oczywiste, że mogę wiele zrobić i powinienem harować jak wół w celu dostarczania tego, co potrafię, światu składającemu się głównie z młodych i starych. Mogę sobie czerpać z tego dowolnie dużo satysfakcji osobistej, płynącej z zaspokojenia ambicji, tylko że to mało kogo obchodzi. Jaki jest osobnik w sile średniego wieku, zdążyło się ujawnić w rysach jego twarzy, wystarczy na nią spojrzeć, po co drążyć więcej i interesować się nim w całości?

Świat uwierzył w prawdziwą i korzystną tylko dla prawników paremię mówiącą: „chcącemu nie dzieje się krzywda”. Wyobrażam sobie przybierających świętoszkowate i skupione miny biznesmanów branży prawniczej zwanej „sprawiedliwością”, jak zapominają jak zwykle dookreślić tego, co w praktyce wszystko zmienia, w tym przypadku tego, że chodzi o upupianie „i chcących, i mogących”. A w wieku 50+ właśnie jeszcze dużo się chce i jeszcze więcej może, w przypadku wielu – najwięcej. Omijają tę zdradliwą rafę łączącą możność i wolę okresy: młodość, która kończy się dobrze po czterdziestce i starość, która potrafi zacząć się dobrze przed sześćdziesiątką. U wielu te dwa okresy się zazębiają: albo młodość przechodzi od razu w starość, albo oba trwają jednocześnie – niektórym udaje się ta sztuka nawet przez całe życie, w każdym razie chodzi o zostawianie innym „siły wieku” i jej pracowitej nijakości.

Kiedy miałem kilkanaście lat, mój tata będący po pięćdziesiątce, jak ja teraz, pewnego razu uciął sobie przy czymś koniec palca wskazującego prawej dłoni. Z tej przyczyny zrobiło mi się go żal, ale dość płytko i na krótko, praktycznie nie bardziej niż, dajmy na to, kiedy któreś z moich dzieci, będąc jeszcze małe, bęcnęło i obdarło sobie kolana. Zresztą w ostatnim etapie życia mojego taty, który trwał 12 lat, kiedy samotny chorował, niedomagał, cierpiał, przy współczuciu mu zawsze pojawiało się u mnie przeczucie, że na pewno da radę. Zawsze liczyłem na to, że był nie do zdarcia i równocześnie mało potrzebował dla siebie, jak to prawdziwy mężczyzna i ojciec.

Bardziej filozoficznie. Człowiek jako Arystotelesowe zwierzę rozumne obcuje z dwiema sferami. Ta subiektywna, w pewnym sensie zwierzęca, jest wszystkim tym, co unikalne dla jednego człowieka – chodzi o jego indywidualne, prywatne, osobiste życie, właściwe tylko jemu i wraz z nim przemijające. Subiektywność człowieka jest tym, co go czyni jednostką – różną od pozostałych. Sfera obiektywna, tworzona przez (wielu) ludzi, jest wspólna więcej niż jednemu człowiekowi, w pewnej części wspólna wszystkim ludziom, jak na przykład zdolność do wyrażania się językiem. Czasem nazywa się ją tym, co oczywiste, powszechne, obowiązujące, z angielska to common sense, „wspólne rozumienie”, „wspólny sens”.

Człowiek rodzi się, pozostaje przez większą część życia i umiera subiektywny. Obiektywności i posługiwania się nią uczy się on długie lata, wpierw w szkołach, potem w życiu dorosłym. Ludzie w bardzo różnym stopniu opanowują obiektywność, niektórzy prawie wcale – pozostając zawsze osobami prywatnymi – inni uczą się ją zauważać, wykorzystywać, określać, operować nią, a najwybitniejsi potrafią ją tworzyć lub odkrywać – wybór spośród tych dwóch określeń zależy od światopoglądu. Niezależnie od zdolności do rozumienia i posługiwania się obiektywnością przynależnych danej jednostce, szczyt człowieka w tym zakresie przypada właśnie na szóstą i czasem na siódmą dekadę życia. Platon nie pomylił się, pisząc, że rządzący w państwie powinni mieć minimum 50 lat.

Ot, dylemat pięćdziesięciolatka plus:

Z jednej strony można pławić się we własnej już dość dobrze rozwiniętej subiektywności, inaczej – we własnej, starzejącej się „mojości”, nurzać się w niej z dala od innych, co gorsza budzić tym samym nie tylko niesmak, ale i podejrzenie bycia „idiotą” w sensie pierwotnym – osobą prywatną stroniącą od spraw publicznych, widocznie nie znającą się na nich. Z drugiej strony można zajmować się sferą publiczną, a więc „innością” (innych ludzi), to jest być pożytecznym publicznie, być użytecznym dla innych bardziej niż dla siebie kosztem reszty swojego nie tak starego jeszcze życia. W tym wieku można wybierać między czymś trochę milszym, o czym jednakże nikt oprócz najbliższych nie wie i nie chce wiedzieć, a czymś mozolnym, o czym można głosić światu obciążonemu obecnie ponad miarę wszelakim głoszeniem, ale co niestety ma mniejsze osobiste znaczenie, niż się wydaje na pierwszy rzut oka.

Pięćdziesięciolatek plus jest w życiowym momencie „ani, ani”:

Ni młodość, ni starość

Ni namiętność, ni obojętność

Ni zdrowie, ni choroba

Ni kara, ni nagroda

Ni w górę, ni w dół

Ni dupa, ni ch…

Zgodzę się, że taka osoba zdaje się być w najniższym punkcie krzywej życiowej, którą można zobrazować literą „U”, o ile zmienić tę literą na znak bliższy literze „Ɩ”, z dużo krótszą, drugą odnogą wznoszącym się na prawo po obniżeniu i o ile ograniczyć to obrazowanie do relacji tej osoby z otoczeniem. Z dołka wieku średniego raczej się nie wychodzi na tak długo, jak się żyło przed wejściem weń.

Wszystko, o czym wyżej piszę tylko pozornie gorzko, jest na temat: pięćdziesięciolatek plus a świat. Zupełnie inaczej i dużo lepiej przedstawia się w moich oczach jego relacja z sobą samym i z najbliższymi. Akurat mnie z sobą samym, jako istotą rozumną i czującą, i z najbliższą rodziną, jako tym bardziej istotami niż osobami dla mnie, jest z upływającym czasem coraz lepiej. Mój życiowy przypadek obrazuje lepiej coś na kształt znaku, co prawda oryginalnie pisanego od prawa, ale dla mnie czytanego od lewa: ”ﻝ„– rozkosz wczesnego dzieciństwa, dołek młodości, późniejszy wznios, utrącenie na końcu (wspólne wszystkim żywym ludziom).

Takie podejście pozwala mi się bawić przez codzienny mozół i pot ciągłym nierozstrzyganiem banalnego dylematu szóstej dekady życiowej: żyć wbrew innym po swojemu czy wbrew sobie po inszemu. Ostatecznie liczy się nie tyle wysiłek i reakcja otoczenia, dylemat i jego nierozstrzygnięcie czy zabawa tym wszystkim, co raczej poczucie, że można się bawić, a może tylko poczucie, że można z tej zabawy zrezygnować – stan psychiczny, który jest delikatny, niepozorny, niezauważalny, jakkolwiek nie aż tak ulotny, także nieprzeliczalny na nic innego, i co najważniejsze, lepiej, żeby się nim nie interesowało zbyt wielu. Ale może o tym napiszę więcej, jeśli nie zapomnę, na moje następne urodziny, będą one ciągle pięćdziesiąte plus.

 

Wiesław Żyznowski

28 maja 2016 r., Hat Yai

Jedność domu i gospodyni: Anna Buriak i jej łemkowska chyża

11/04/2016

15 lutego 2016 roku, w greckokatolickie święto Matki Bożej Gromnicznej, wyruszyliśmy z Olchowca z moją żoną Urszulą Żyznowską i naszym przyjacielem, olchowianinem z dziada pradziada i da Bóg po prawnuki Janem Buriakiem, by odwiedzić jego stryjenkę (żonę kuzyna ojca) żyjącą w sąsiednich Polanach. Chcieliśmy zobaczyć i sfotografować dom, w którym mieszka, a także lepiej poznać jej rodzinę i ją samą.

Anna Buriak z domu Wasylenko (Wasylenkania) urodziła się w 1922 roku. Mieszkała i nadal mieszka w drewnianej chyży łemkowskiej o numerze 45 (przedtem 48) w Polanach. I tak od dziewięćdziesięciu czterech lat trwa uratowana („zatrzymana”) od zawieruch życiowych i dziejowych jedność miejsca na ziemi, domu i czyjegoś całego długiego życia.

W obrębie naszej fotoreporterskiej trójki podzieliśmy role następująco: Janek Buriak wprowadził i przedstawił nas oraz miał w razie czego podtrzymywać rozmowę, co okazało się zbędne wskutek gościnności gospodarzy, nadzwyczajnej nawet jak na Łemków i Łemkowszczyznę. Ula pytała i notowała. Ja fotografowałem przede wszystkim wnętrze chałupy – zastane, nieprzygotowane.

Rodzice gospodyni Aleksy i Anna w 1921 roku „wpierw wyrychtowali dom, a niedługo potem ją”, jak mówi sama Anna Buriak. Mieli ponadto dwie córki i syna. Ojciec był jednym z zasobniejszych gospodarzy w okolicy, kosztowało go to życie jeszcze w 1939 roku, kiedy żądający kontyngentów żywnościowych Niemcy pobili go ze skutkiem śmiertelnym. Trzeba założyć, że konsekwencji za to nie ponieśli ani oni, ani ich potomkowie. Matkę wywieziono czy wyjechała przymuszona podczas wojny na Ukrainę, skąd nie wróciła, także za to nikt nikomu nie odpłacił do dziś. Anna Buriak uniknęła po wojnie wysiedlenia w ramach akcji „Wisła”, bo akurat wraz z siedmioma innymi osobami wyjechała na Słowację za pracą na drutach, gdzie umyślny zawiadomił ich, że w rodzinnej wsi trwa wysiedlanie. Po powrocie nie zastała nikogo w domu. To przymusowe fizyczne przemieszczanie życiowe ludzi miało jeszcze charakter wojenny – kogo okrążono i złapano, tego brutalnie usuwano z ojcowizny i małej ojczyzny, natomiast nie dbano już później o tych, których nie złapano o czasie.

Po umknięciu atakom nienawistnych władz niemieckich, sowieckich, polskich dwudziestopięcioletnia Anna bez zwłoki w 1947 roku wyszła za mąż za Michała Buriaka, w dwa tygodnie po tym, jak wrócił z robót w Bawarii. Ślubu udzielał ksiądz Jan Wysoczański.  Sama mówi, że „wianek donosiła, a nawet przenosiła”. Młodzi zamówili sobie wspólny portret ślubny, który jednakże do nich nie dotarł. Zwalczające Łemków powojenne władze polskie ją zostawiły w spokoju, ale nie męża, którego zamknęły na pół roku w obozie w Jaworznie. Po wyjściu z obozu siepaccy urzędnicy UB nękali i znęcali się nad nim jako nad „banderowcem”. Małżeństwo postanowiło stworzyć sobie drugi portret ślubny na bazie późniejszej fotografii, na której byli już innymi ludźmi i inaczej wyglądali. Poślubne zdjęcie ślubne zawisło na ścianie w głównej izbie. Swego czasu Michał, mąż Anny, zachodząc do pewnego domu w Polanach zauważył ich pierwszy oryginalny portret wiszący na ścianie jak gdyby nigdy nic, widać ze względów innych niż te, które wydawałyby się jedynymi skłaniającymi do powieszenia na ścianie obrazu tego rodzaju. Wyszła na jaw pomyłka przy przesyłce pocztowej kilka lat wcześniej i nadużycie tego przez fałszywego adresata. Od tej pory w domu Buriaków w jednej izbie wiszą dwa portrety ślubne, „zdjęte z” jednej pary małżeńskiej w odstępie kilku lat. Pierwszy prawdziwy wisi nad łóżkiem Anny (il. 1), drugi na przeciwnej ścianie (il. 2).

L1002911_il.1

il.1

 

L1002914_il.2

il. 2

 

Para spłodziła i wychowała córkę i syna. Maria jest znaną w regionie śpiewającą i tańczącą członkinią łemkowskich zespołów muzycznych. Mieszka z mężem Kazimierzem Serniakiem i matką. Syn Aleksander mieszka poza Polanami.

Jak każda łemkowska chyża, niemal stuletni dom Buriaków składa się z kilku tysięcy elementów, w przeważającej części drewnianych bądź metalowych. Można je podzielić na  pochodzące z czasu powstania domu i nowsze, których jest tak niewiele, że można je wszystkie z grubsza wymienić i uzasadnić ich późniejsze wprowadzenie. Stary piec kuchenny, „kuchnię” – prawdopodobnie „maszczoną lepionkę” z kamienia na glinie – zburzono chyba po wojnie. W jego miejsce postawiono nowy piec kaflowy, równie skomplikowany co poprzedni, grzejący w dwóch izbach mieszkalnych, komórce i sieni, z zawiłymi, zakręcającymi w poziomie kanałami i wieloma drzwiczkami rożnej wielkości o wyrafinowanych zastosowaniach. Żaden piec domowy eksploatowany na okrągło w dzień i czasem nocami nie wytrzyma dłużej niż 25–35 lat. „Elektrykę” zainstalowano w 1964 roku, bo nie robili tego wówczas tylko wierzący w rychły koniec świata, ale i to przez krótki czas. Strzechę zmieniono na eternit w latach 1970, jak przypuszczam, przede wszystkim ze względu na wymogi związane z ubezpieczeniem domu. Okna wymienił i przy okazji powiększył Jan Buriak, tak że odwiedzając ten dom mógł przy okazji swoje dzieło oglądać i osobiście za nie odpowiadać. Stare okna rozlatywały się ze starości po kilkudziesięciu latach pośredniczenia między aurą kuchenną a beskidzką. To samo stało się z drzwiami wejściowymi. Wymieniono także podłogę w komórce, stare deski obróciły się w próchno, być może od wilgoci. Łóżka też są młodsze niż dom, mają po 50–60 lat i wyglądają na dorobkowe małżeństwa Anny i Michała. Zapewne są jeszcze inne rzeczy, które weszły do tego domu później.

Reszta chyży wraz z właścicielką żyją razem już niemal od dziewięćdziesięciu pięciu lat. Ciągle zmieniająca się struktura drewniana i człowiek przeżyli już jasną, zbierająca się w sobie, trzeszczącą młodość, wiecznie dojrzewający, delikatnie patynujący się wiek średni i weszli w mądrą, godną, niemal pomnikową, więc nieco zmurszałą, ale jednak pogodną a nawet wesołą starość, trochę inaczej wyglądającą na pierwszy rzut oka, inaczej po bliższym poznaniu. Ściany chyży zbudowane najpewniej z jodłowych beli – o masywności niedostępnej w regionach o słabszych lasach – od frontu pomalowano tradycyjnie na czarno i niebiesko, od tyłu imponują one żywą barwą naturalnego drewna. Przykryta dachem, zadbana więźba zachowała słuszną postawę. Od strychu służącego do składowania siana i słomy, na który wchodzi się po stopniach konstrukcji biorącej co najlepsze z drabiny i schodów (il. 3), wionie charakterystycznym zapachem. Stajnia emanuje odgłosami, wonią i ciepłem Malwiny, Makówki i Kwiatuli (il. 4). Drewniane szerokie deski podłogowe w sieni i izbach mieszkalnych zdążyły wyszlachetnieć dzięki nieznacznemu wytarciu się miększego miąższu i samoistnemu wyszlifowaniu. Ciemnobrązowa patyna solidnych belek, w tym oznaczonego datą i wschodnim krzyżem sosrębu, i grubych desek sufitu składa się z unoszącej się w górę od niemal stu lat lotnej warstwy pochodzącej z czynności życiowych mieszkańców; pary z płuc, smakowitych zapachów kuchennych, w tym pieczonego chleba, różnych pachnideł, oparów farb używanych do odręcznego zdobienia pisanek, w których specjalizują się mieszkanki tego domu, dymów spod kuchni, dymu z papierosów, wyziewów przypalających się potraw oraz opalania i oprawiania drobiu, wiatru zawiewającego od sieni przy otwartych drzwiach do chałupy (il. 5). W normalnym użytku są tu ciągle meble z roku na rok coraz bardziej zabytkowe. Gospodyni seniorka siedziała skromnie przy stole na błyszczącej żółto od użytkowania, niegdyś rozkładanej do spania na twardym, drewnianej ławie kuchennej, zwanej w tym domu „rozkładaną kanapą”. Szafa i kredens służą dalej, pracowały mniej niż okna i drzwi wyjściowe. Niełatwo wymienić wszystko, co trwa w tym domu od początku.

L1002922_il.3

il. 3

 

L1002956_il.4

il. 4

 

L1002880_il.5

il. 5

W chałupie w Polanach oprócz rzeczy z czasu jej powstania i późniejszego znajduje się jeszcze specjalne miejsce, które można nazwać pozaczasowym – w tym sensie, że zawsze współgra z emocjami Anny Buriak. To urządzony przez nią jej tradycyjny prywatny kącik sypialny w głównej izbie. Stoi tam pokryte poduszkami łóżko, na którym gospodyni śpi. W tym miejscu rodziła także dzieci i przeżyła niejedno. Tu wisi na ścianie makata z rozczulającym rajskim widokiem, wspomniany portret ślubny, obrazki święte (il. 6). Tu unosi się duch tego domu.

L1002869_il.6

il. 6

Jak wszyscy w miarę zdrowi ludzie w jej wieku, Anna Buriak, uważająca się za osobę młodą, oczekiwała od nas, jeszcze młodszych, traktowania jej po rówieśnemu. Popijała żubrówkę i zakąszała jak pozostali. Śpiewała piosenki, przyśpiewki, kolędy łemkowskie, z których jest znana, jak jej córka Maria. Obie wyraziście i przekonująco śpiewają w sąsiadującej z ich domem cerkwi na mszach w obrządku greckokatolickim; dochowują wiary ojców. Całowała nas w lico jak młoda dziewczyna. Stała i pochylała się, oglądając album fotograficzny, jak każdy. Pozowała do zdjęć, jak wprawiona w to zajęcie (il. 7).

L1002891_il.7

il. 7

Anna Buriak mówi, że to niesprawiedliwość, ona żyje tak długo, a inni nie. Jeszcze jedna dobra, choć niesprawiedliwa, rzecz na świecie.

Wiesław Żyznowski

Więcej zdjęć w naszej galerii

Tekst ukaże się w najnowszym wydaniu pisma „Magury”.

 

 

„W strategii nie ma zwycięstwa”

29/02/2016

 

In der Strategie gibt es keinen Sieg. Słowa Clausewitza mogą się wydać paradoksalne, bo na pierwszy rzut oka wszelkie strategie tworzy się i realizuje przede wszystkim po to, by zwyciężać lub przynajmniej nie przegrywać. Nikt o wojnie nie mówi rzeczy tak ważnych, jak Clausewitz w swoim dziele o takim właśnie tytule (tj. „O wojnie”).

Rozróżnia on trzy poziomy działań związanych z wojną.

Najogólniejsze i najważniejsze spośród omawianych przez niego, jest wyznaczanie celów politycznych, które można osiągnąć podczas wojny i przez wojnę. Takie cele z jednej strony powinny być jej godne i poważne, bo z natury wojna jest poważna i sroga, ale z drugiej strony na tyle elastyczne, że możliwe do realizacji – w miarę rozwoju wydarzeń. Wyznaczanie celów i one same często mylą się ze strategią, która jest od nich bardziej bieżąca i zmienna.

Strategia jest nieprzewidywalnym z góry wykorzystywaniem wyników działań taktycznych, tak pozytywnych, jak i negatywnych, do realizacji celów, o których mowa wyżej. Strategia nie jest czymś założonym raz i raczej nie jest też czymś powstającym z długich, wszechstronnych analiz i przemyśleń faktycznego stanu rzeczy, przynajmniej jeśli strateg nie zna tego stanu z bezpośredniego doświadczenia i nie może go analizować na bieżąco. Strategia jest w dużym stopniu wymagającym wprawnego rzutu oka, błysku umysłu, „łatwości spojrzenia”, „prostej wyobraźni”, „wolności ducha” decydowaniem, co i jak dalej robić w związku z tym, co już jest: ugrane, wywalczone, uzyskane bądź stracone, czasem dzięki posunięciom taktycznym, czasem przez przypadek. „Rzadko, a przynajmniej nie zawsze nakreśla sobie wódz to, co chce opanować, a uzależnia to od biegu wypadków. Natarcie doprowadza go często dalej, aniżeli zamierzał… ”. Jeśli w strategii jest coś stałego, oprócz – jak wynika z powyższego – wpływania na zmianę celów politycznych, to narzędzia mentalne stratega, takie jak: podejście do problemów, sposób myślenia, nastawienie psychiczne. Ale już nawet najogólniejsze zasady postępowania – więc z definicji stałe – raczej nie, bo czymże poręczniejszym one są niż dogmaty i doktryny, biorące się przecież zawsze z degeneracji myślenia lub postawy.

Najbliżej bieżących wydarzeń jest taktyka. Mowa o właściwej walce, która składa się głównie z naturalnie silniejszej, więc wymagającej mniejszych sił obrony, i naturalnie słabszego, więc wymagającego więcej siły natarcia, z tym że, „skuteczna obrona może niepostrzeżenie przerodzić się w natarcie, tak na odwrót natarcie w obronę”. Mowa o codziennym boju, który jest zasadniczym środkiem prowadzenia wojny, toczeniu będących jednym ciągłym kryzysem bitew i ich wygrywaniu bądź przegrywaniu. Tylko na tym poziomie dotyka się rzeczywistości, zna się ją doświadczalnie, doznaje się prawdziwych wygranych i przegranych, które skądinąd nie mają żadnej wartości, jak tylko „w stosunku do całości” – realizacji celu. Wynik walki jest wypadkową z grubsza trzech czynników: przewag ilościowych i jakościowych („sił fizycznych i moralnych”), woli walki, przypadku.

Dziedzina celu wykracza poza dziedzinę strategii, tak jak ta wykracza poza dziedzinę walki. Ceną za wykraczanie poza walkę i tym bardziej strategię jest coraz większe oderwanie od rzeczywistości, faktów. Ceną za niewykraczanie poza strategię i tym bardziej walkę jest wąskość dostępnej perspektywy. Wszyscy robią swoje w swoich zakresach. Ci działający z sercem, w sensie emocjonalnie, czynią dziedziny dojrzałymi. Te z kolei, jeśli już dojrzały w jakimś stopniu, niejako same prowadzą, a także wymuszają aktywność tych, którzy działają w nich bez serca – jeśli nie tych konkretnych, to innych, jak nie teraz, to kiedy indziej.

Tak domyka się koło (systematycznego) działania – dla jednych błędne, dla drugich nie. Mnie akurat do działania – to jest osobistego zmagania się z oporem ludzi i materii, tak entropią, jak inercją, „tarciem” Clausewitza – pobudza  bardziej niż jego błędność jego marionetkowość. When a man acts he is a puppet, Oscar Wilde. Każdy działający jest marionetką w stopniu, w którym wymuszają to na nim obiektywne okoliczności towarzyszące działaniu, co uwalnia go od rzeczywistej osobistej – a nawet moralnej – odpowiedzialności. Działający w pełni pod presją zewnętrznych okoliczności jest w pełni ich marionetką, jest nareszcie od czegoś wolny, niechby i od odpowiedzialności. Im potężniejsza i bardziej niebezpieczna presja, tym więcej człowiek ma wolności. Nic nie jest takie, jakim się wydaje na pierwszy rzut oka. Lew Tołstoj mówi w Wojnie i Pokoju: „Niezliczona ilość wolnych sił (gdyż człowiek nigdzie nie bywa tak wolny, jak w czasie bitwy, gdy idzie o życie lub śmierć) wpływa na kierunek bitwy i ten kierunek nigdy nie może być z góry przewidziany i nigdy nie odpowiada kierunkowi jakiejkolwiek jednej siły”. Jakże uskrzydlające może być poddawanie się wszechogarniającej konieczności, jeśli tylko dobrowolne i z możliwością rezygnacji, na którą nadzieja umiera ostatnia.

Nie istnieje bycie w ogóle zwycięzcą, nawet gdyby się wygrywało po kolei wszystko, na co się natrafia. Bo wygrywać można bieżące boje i bitwy, skądinąd rzadko się je toczy dla nich samych. Ale nawet jeśli wygra się je wszystkie, nie pociąga to automatycznie wygrania wojny. I to głównie nie dlatego, że rezultat wojny potrafi być inny niż (zsumowany) rezultat bitew. Powód jest inny: wojna – wygrana czy przegrana – jest tylko narzędziem do osiągnięcia celu, a ewentualne osiągnięcie celu nie jest wygraną z nikim, bo cel sam w sobie nie jest przeciwko nikomu wymierzony. Nawet cel polegający na eksterminacji kogoś nie ma po drugiej stronie tego kogoś jako przeciwnika, ponieważ ten ktoś jest przeciw własnej eksterminacji jako takiej, a nie jej jako czyjemuś celowi. Czyjś cel, zwłaszcza jeśli jest dogłębnie przemyślany, kompleksowy, skomplikowany, innymi słowy trudny do ogarnięcia przez kogoś innego niż ustalający go, w zasadzie może być przedmiotem bezpośredniego sprzeciwu czy wrogości kogoś innego tylko w przypadku, jeśli ten wyznaczyłby sobie jako własny cel dokładne przeciwieństwo celu tamtego, swoisty anty-cel, co wymagałoby od niego przede wszystkim pełnej znajomości i rozumienia celu pierwotnego, a przecież (po)ważne cele bywają nie tylko trudne, ale i niejawne, ukryte. W praktyce niezwykle rzadko powstają i są realizowane anty-cele wobec (po)ważnych celów; „każdy wiosłuje ku własnym marzeniom”.

Realizowanie celów jest osiąganiem, ale nie wygrywaniem. Działając więc wygrywamy bądź przegrywamy najczęściej małe potyczki na bieżąco, osiągamy cele albo nie, ale tak w ogóle, to nie wygrywamy. Co najwyżej udaje się nam osiągać nasze własne cele, ale one jako takie mało kogo interesują.

Takie podejście stawia nas przed innym problemem: czy brak wygranej pociąga samoistnie przegraną, czy jednak można w ogóle nie być ani wygranym, ani przegranym? Na pierwszy rzut oka chyba można: skoro nie ma w ogóle wygranych, to nie ma przegranych.

 

Wiesław Żyznowski

12 lutego 2016

Czytając krytycznie pół paragrafu z Kodeksu Karnego

01/02/2016

Spotykam się czasem z poglądem wśród prawników, że teksty zwykłych ustaw bywają niechlujne i nieścisłe, więc mylące i niesprawiedliwe, ale już teksty kodeksów, w tym Kodeksu Karnego, to ho, ho, jako że są destylującą się od wieków esencją dorobku wybitnych umysłów prawniczych. Biorę więc na warsztat część paragrafu 1 z art. 9, bardzo ważnego do określenia zbrodniczości przestępstwa, zawartego w najważniejszej części KK zatytułowanej „Zasady odpowiedzialności karnej” i brzmiącego w całości:

Czyn zabroniony popełniony jest umyślnie, jeżeli sprawca ma zamiar jego popełnienia, to jest chce go popełnić albo przewidując możliwość jego popełnienia, na to się godzi.

Szczegółowo przyjrzę się tu pierwszej części zdania: „Czyn zabroniony popełniony jest umyślnie, jeżeli sprawca ma zamiar jego popełnienia, …”. „Czyn jest popełniony”. Czy użycie tu formy dokonanej czasu teraźniejszego „jest popełniony” wskazuje najtrafniej, że chodzi o czyn popełniony przez kogoś w przeszłości? A może jest tu mowa o czynie popełnianym (właśnie) teraz? Gdyby chodziło o przeszłość, trafniejsze byłoby użycie czasu przeszłego: „Czyn zabroniony został popełniony/popełniono umyślnie”, ale takiemu podejściu przeczyłby następny człon zdania wyraźnie mówiący o czasie teraźniejszym: „jeżeli sprawca ma zamiar”. Ale jeśli chodzi o teraźniejszość, poprawniej byłoby użyć formy niedokonanej czasu teraźniejszego „popełniany” zamiast dokonanej „popełniony”: „Czyn zabroniony popełniany jest umyślnie”. Sądzę, że autor tych słów miał na myśli czyn, który co prawda miał miejsce w przeszłości, ale jego skutki, co najmniej prawne, trwają nadal. Czy jednak w tym wypadku nie brzmiałoby ściślej: „Czyn zabroniony, który popełniono, jest umyślny”?

Co więcej, czy można w uprawniony sposób stwierdzić o czynie, że „jest umyślny”? Już od Arystotelesa dowiadujemy się, że orzekać ściśle o czymkolwiek można pod określonym względem, a orzekanie „w ogóle” jest zarezerwowane dla stwierdzeń ontologicznych, literackich, poetyckich, dotyczących bytu w sensie rzeczywistości jako takiej. W paragrafie, który z zasady jest wypowiedzią normatywną, mowa o czynie traktowanym przez normę w określony sposób – w tym wypadku – jako umyślny. Czy zatem jest uprawnione podszywanie się zwrotu „jest umyślny” pod określanie rzeczy pod względem normatywnym? Może fraza powinna brzmieć: „jest uznany za umyślny”. Czy jeśli jeden i ten sam czyn jeden sąd uzna za umyślny, a drugi za nieumyślny, to jaki on jest, jeśli nie uznany jako taki czy inny? On sam w sobie jest taki, jaki jest, niezależnie od orzeczeń sądów. Prawnicze orzeczenia mogą go uznawać za taki czy siaki z punktu widzenia wymiaru sprawiedliwości, nic ponad to.

Z omawianej tu części zdania wynika, że o umyślności czynu zabronionego stanowi zamiar popełnienia go. Stwierdzenie zamiaru warunkuje więc orzeczenie u umyślności. Czy jest możliwe wiarygodne i miarodajne stwierdzenie zamiaru bez potwierdzenia samego zainteresowanego, a więc bez jego przyznania się? Zamiar to akt woli – na co zresztą wskazuje dalsza, nieomawiana tu przeze mnie część zdania („chce go popełnić”). Zamiar to stan umysłu, duszy, ducha, stan mentalny, nie fizyczny czy materialny. Nie ma prawd materialnych o stanach mentalnych. Stany mentalne kogoś mają to do siebie, że są niedostępne bezpośrednio innym, którzy mogą tylko przypuszczać o nich na podstawie ich znamion. Można zatem w sposób pewny stwierdzić najwyżej o własnym przypuszczeniu czyjegoś zamiaru lub o istnieniu zewnętrznych znamion zamiaru, nie o samym zamiarze. Czy zamiast „ma zamiar” nie powinno być napisane w paragrafie: „wskazuje na zamiar”, „wykazuje się znamionami zamiaru”, „można przypuszczać, że ma zamiar”?

Wcześniej wspominam, że zdanie cytowane mówi o równoczasowości popełnienia czynu i jego zamiaru: „Czyn jest popełniony, jeśli sprawca ma zamiar”. Pomijając nieścisłość językową – o której mówię wyżej – wynikającą z niedozwolonego pomieszania czasów przeszłego i teraźniejszego, zachodzi pytanie, co z przypadkami nierównoczesności czynu i zamiaru, która przecież może się zdarzać? Ktoś miał zamiar przed popełnieniem czynu, ale już w czasie popełnienia go nie miał. Czyż nie zdarza się nam pożałować i zmienić zdanie natychmiast po rozpoczęciu czegoś? Chyba właśnie o takiej sytuacji mówi uprawniona empirycznie fraza „od razu czegoś pożałować”. Z pewnością intencją autora paragrafu jest, by taki przypadek zasługiwał na karę, choć przepis tego wyraźnie nie mówi. Czy nie powinno więc być napisane: „Jeśli sprawca miał lub ma zamiar”?

Jeśli poprawnie odczytuję intencję autora omawianej tu frazy, ściślej mogłaby ona brzmieć:

Czyn zabroniony, który popełniono, uznaje się za umyślny, jeśli sprawca wykazywał lub wykazuje znamiona zamiaru jego popełnienia … .

Różnica między obowiązującym zapisem a sugerowanym przeze mnie jest zasadnicza i daleko wykracza poza kwestie stylu językowego. Przez oryginał przebija pretensja prawników do prawdy w ogóle, natomiast moja sugestia jest o wiele skromniejsza, ponieważ odnosi się do prawdy prawniczej jako jedynej tylko w swojej (to jest prawniczej) sferze. Nie powinno się lekceważyć Ewangelii, która mówi, że kto pozna prawdę, tego ona wyswobodzi.

Jeśli stwierdzę zainteresowanie moim wymądrzaniem się na temat niebezpiecznej nieścisłości zapisów KK, rozbiorę drugą część paragrafu – nie do naga.

Wiesław Żyznowski
27 stycznia 2016

W obronie rasowych psów, w tym ich kupowania

28/12/2015

Na ponad 50 lat życia miałem w domu dotychczas jednego psa. Mieszka z nami Xara, suczka rasy labrador. Urodziła się dziesięć i pół roku temu, dwa tygodnie wcześniej niż nasz najmłodszy syn Miłosz, dzięki czemu przez ten cały czas możemy obserwować, jak dwójka rówieśników dorasta w jednym domu – człowiek i pies, każde po swojemu. Oboje do dziś mają zabawy i relacje wyłączne dla nich, ich przyjaźń jest specjalna. Nikt tak jak Miłosz nie skupia się wyłącznie na Xarze, czy robiąc coś dla niej, czy z nią. Z pewnością będzie on dzięki niej innym człowiekiem, lepszym niż gdyby jej nie miał. Od dawna sama suczka traktuje siebie i my wszyscy ją podobnie – jako członka naszej rodziny, o uprawnieniach najmniejszych, ale zapewnionych. Nie mówimy, że ona jest członkiem rodziny, bo w naszym przypadku to przesłanka pierwsza, służąca czasem do dalszego argumentowania i żartów, ale przede wszystkim do ciągłego zauważania coraz to nowszych niuansów wspólnego życia. Polega to między innymi na tym, że znamy przyzwyczajenia swoje i pozostałych tak dobrze, że nie musimy zwracać na nie świadomie uwagi.

Xara to suczka wychowana lepiej niż psy, z którymi się w większości styka. Na początku mojej drogi z psem, jako jego przejęty początkujący posiadacz, odrobiłem swoją lekcję: przeczytałem odpowiednie książki i przeszedłem ze szczeniakiem tresurę pełną, aczkolwiek bardziej domową niż jakąś specjalistyczną. Książki podają, że optymalny czas nauki dla młodej suczki obejmuje kilkanaście pierwszych tygodnia życia (nie pamiętam dokładnie). W tym okresie Xara sporo się nauczyła i do dziś dobrze to pamięta. Nie chodzi tu o niepotrzebne sztuczki niczym z cyrku, ich nie uczyłem jej w ogóle, lecz o umiejętności, które powinien mieć chyba każdy pies przebywający z ludźmi i innymi zwierzętami. Xara umie między innymi chodzić przy nodze bez smyczy, nawet gdy wokół jest mnóstwo bodźców, które mogłyby ją odciągać, potrafi też na zawołanie zawrócić z najatrakcyjniejszej pogoni, nigdy nie skakać na kogokolwiek, nie szczekać bez potrzeby, zostać w jednym miejscu na dłużej, nie wchodzić niezauważona do zakazanych miejsc, nie załatwiać swoich potrzeb tam, gdzie nie powinna. Umie też aportować i znakomicie pływa, choć akurat tego jej nikt nie uczył. Potrafi znaleźć się nieproszona w każdym kadrze fotograficznym, jeśli tylko jest w pobliżu. Zawsze wie, kiedy nadchodzi godzina na jej przywileje. Swoje niektóre przewiny pamięta jakby wybiórczo. Za niesprawiedliwe potraktowanie jej potrafi się obrazić nawet na pół dnia, co przeczy teorii, że psy żyją wyłącznie chwilą bieżącą.

Xara mogłaby robić o wiele więcej, należy do ras pracujących i praca ją cieszy bardziej niż niejednego człowieka, choć może dlatego, że się w życiu nie przepracowuje. Jedyną pożyteczną dla świata, konkretną pracą, która ona wykonuje, to przeganianie saren obgryzających świeże pędy sadzonek drzew sadzonych ręką ludzką. Pomagałaby bardziej, gdybyśmy tego potrzebowali i ją odpowiednio przygotowali, kiedy był na to czas. Z ważniejszych rzeczy Xara nie umie nie uciekać za siatkę w celu bliższych i dalszych wędrówek urozmaicanych wyjadaniem z obcych misek oraz odpowiadać pełnymi zdaniami na pytania jej zadawane ☺.

Nigdy nie ujada, nie charczy wściekle, nie warczy, nie zionie złością i tym podobne, ale może to wszystko ma wrodzone. Nie będę rozwijał opowieści o tym, co w niej może najcenniejsze i zarazem najśmieszniejsze, ale z pewnością dane, jak: rozumność, serdeczność, życzliwość, uległość, godność.

Kupiłem Xarę od właścicielki hodowli specjalizującej się w labradorach i jeszcze jednej innej rasie. W tamtym czasie trzymała ona u siebie kilkadziesiąt psów rozmnożonych bodaj przez nią, ale trudno sprzedawalnych lub wręcz niesprzedawalnych, co w sumie czyniło z tej hodowli zarazem schronisko dla psów własnych, utrzymywane zapewne ze sprzedaży psów takich jak nasza Xara. Ta sympatyczna i entuzjastyczna pani chwaliła się i pokazywała odwiedzającym, jak spała w jednym łóżku z kilkunastoma psami i gdzie który miał miejsce, włącznie z kilkoma nad jej głową. Chyba lubiła specyficzny zapach w jej domu. Wątpię, żeby robiła to z powodów innych niż zasługująca na opis miłość do psów.

Przypuszczam, że gdyby prowadzono mniej komercyjnych hodowli psów rasowych, kurczyłyby się i może znikały rasy nie tylko niepotrzebne, stworzone dla kaprysu, ale i potrzebne, pracujące, wręcz konieczne. Wiele rasowych, specjalnie szkolonych psów pracuje dla niepełnosprawnych, ratownictwa, służb różnego rodzaju. Psy pracujące dla myśliwych są może w mniejszości, biorąc pod uwagę to, że nie wszyscy oni je mają. Sam nie poluję (na zwierzęta ☺), ale nie potępiam myśliwych, choćby ze względu na długą tradycję polowań w Polsce, wystarczy wspomnieć o Panu Tadeuszu.

Mężczyźni rozsądzali swe dzisiejsze łowy.

Asesora z Rejentem wzmogła się uparta

Coraz głośniejsza kłótnia o kusego charta,

Którego posiadaniem pan Rejent się szczycił

I utrzymywał, że on zająca pochwycił;

Asesor zaś dowodził na złość Rejentowi,

Że ta chwała należy chartu Sokołowi.

Pytano zdania innych; więc wszyscy dokoła

Brali stronę Kusego albo też Sokoła,

Psy rasowe warto rozwijać choćby dla jeszcze jednego takiego fragmentu literatury:

Ogary poszły w las.

Echo ich grania słabło coraz bardziej, aż wreszcie utonęło w milczeniu leśnym. Zdawało się chwilami, że nikły dwugłos jeszcze brzmi w boru, nie wiedzieć gdzie, to jakby od strony Samsonowskich lasów, od Klonowej, od Bukowej, od Strawczanej, to znowu jakby od Jeleniowskiej Góry… Gdy powiew wiatru nacichał, wynurzała się cisza bezdenna i nieobjęta na podobieństwo błękitu nieba spomiędzy obłoków i wówczas nie słychać było nic a nic.

Samo publiczne finansowanie rzeczywistego zapotrzebowania na rasowe psy nie wystarczyłoby, bo państwo nigdy nie zaspokaja wszystkich potrzeb w jakimkolwiek zakresie. Zmniejszający się napływ dobrej, selekcjonowanej krwi i genów do psiej puli zwiększałby jej ogólne skundlenie, w konsekwencji powiększałby jej wielkość, jako że psy nierasowe mnożą się szybciej i więcej niż szlachetne – tak jest w praktyce, niezależnie od dobrych i chwalebnych chęci ludzi bezinteresownie pomagających i ratujących niechciane zwierzęta domowe. Argument statystyczny: z jednej pary psów beztrosko się rozmnażających, dajmy na to w ósmym pokoleniu, to jest nawet mniej niż po ośmiu latach, gdyby wszystkie mioty miały potomstwo i rozmnażały się równo dwójką potomstwa z jednego rodzica, byłoby – 128 potomków, analogicznie przy trójce – 2187, przy czwórce – 16384 i tak dalej w postępie geometrycznym. Oznacza to, że na wagę złota jest każdy pies powściągnięty w jakimkolwiek względzie bardziej niż średnia w puli, bo ogólne powściągnięcie psa przekłada się raczej na jego powściągliwość rozrodczą. Warto pamiętać, że popyt wzmaga podaż i nie jest tak tylko w przypadku psów rasowych, ale także nierasowych. Po prostu dobre schroniska dla bezpańskich psów i dobrzy ludzie biorący je z nich rozzuchwalają, nawet podświadomie, nieodpowiedzialnych właścicieli psów. Ponadto im więcej psów nierasowych, tym więcej  bezkarnego i niekaranego, wściekłego atakowania zza siatki, powszechnego w Polsce. W naszym kraju uwalnia się codziennie milionowa agresja z gardeł psów hasających koło domów i nikt sobie nic z tego nie robi, a przecież to ewidentnie zwiększa ogólną agresję Polaków. Pochwalę się, że jako miłośnik długich spacerów już w czasach przedsieciowych i przedhejtowych wiedziałem, dzięki powszechnie charczącym zza siatek psom, jak wiele jest agresji w Polakach.

Ale co może najważniejsze – malałaby ilość piękna psiego w świecie. Xara może i jest beczułkowata, może zasługuje na czułą nazwę „Wersalka”, ale mimo wieku i figury – jakże szlachetny ma krój pyska i jak mądre spojrzenie.

Nie może nie podobać się zachęcanie do brania już żyjących psów ze schronisk czy innych miejsc, zamiast kupowania rasowych psów rozmnażanych na sprzedaż. Ale nie przesadzajmy, że to drugie to wstyd. To pierwsze – psie nieszczęście zmniejsza w krótszej perspektywie, to drugie – w dłuższej. Psia perspektywa jest krótka, zgoda. Ale ja lubię dłuższe perspektywy, dlatego nie wstydzę się, że kupiłem kiedyś małego szczeniaka, którego nazwaliśmy Xara ze względu na wymóg kontynuacji litery „X”, od której zaczynały się zawsze imiona w jej linii rodowej, kończącej się w tym przypadku na naszym psie. W ogóle rodów w świecie jakby coraz mniej, trzeba na nie chuchać. Świat im mniej rodowy, tym gorszy i brzydszy. Zrobiłbym to jeszcze raz.

 

Wiesław Żyznowski

26 grudnia 2015, na krótko przed spacerem z Xarą

 

Demokraci niczego nie kończą

03/12/2015

 

Pierwsze 25 lat przeżyłem w dyktaturze PRL i już ponad drugie tyle w demokracji III Rzeczpospolitej. Z wiekiem mogę więc tęsknić coraz bardziej nie tylko do odległych czasów, ale i minionych epok. Czuję się równie swojsko w autobusie „ogórku”, co na najbardziej blichtrowych zachodnich imprezach. Żyłem w czasach, kiedy nie było nic, ale wszystko miało znaczenie. Dożyłem epoki, w której jest wszystko i nic nie ma znaczenia. Był więc PRL po platońsku tylko tyranią gorszą od demokracji czy może jednak jakąś mieszaniną tyranii z elementami lepszych od demokracji oligarchii i timokracji? Kiedy byłem chłopcem i młodzieńcem, w Polsce istniała hierarchia społeczna, każdy nie tylko znał swoje miejsce w porządku dziobania i nie tylko sam je uznawał – nie znaczy lubił – ale i jego otoczenie je znało,  uznawało i lubiło, jeśli było odpowiednio niskie. Jedni się wspinali, inni osuwali, co w obu przypadkach pociągało rzeczywisty ruch w relacjach z otoczeniem. Awansować w hierarchii można było tylko za sprawą i zgodą stojących w niej wyżej i robiących nowemu miejsce, co było trudniejsze niż teraz, kiedy każdy może się samo-awansować, ale prawdziwsze i trwalsze, a przede wszystkim – mające znaczenie.

W Pogardzie mas Peter Sloterdijk pisze: „Demokratyczny projekt opiera się na decyzji innej interpretacji zróżnicowania ludzi – takiej mianowicie, że odkryte różnice między nimi odrzuca się i zastępuje różnicami tworzonymi”. W demokracji nie liczą się odkrywające się z czasem, wrodzone lub nabyte różnice między ludźmi, bowiem liczenie się z nimi hierarchizuje ludzi naturalnie, więc niedemokratycznie, nie według widzimisię należących do większości. Stanowiący demokratyczną większość, „ruchliwi, zazdrośni, pędzeni ambicjami”  małoważni ludzie odrzucają „wysokie poszanowanie czy cześć” wobec niektórych, za to wolą „sprawiedliwy przydział małoważności, której nikomu się nie odmawia”. Zamiast prawdziwych hierarchii preferują oni zmieniające się jak w kalejdoskopie rankingi, w których każdy może się znaleźć – raz niżej, raz wyżej. „Chodzi o uznanie, że różnica między zwycięzcami a pokonanymi na rynkach i stadionach nie poświadcza ani nie rodzi żadnej istotowej różnicy, lecz zawsze stanowi tylko zmienną listę rankingową”. Demokraci nie chcą słuchać o istocie, bo jeśli ona istnieje, to trudno negować jej przewagę nad towarzyszącymi jej przypadłościami, a za przewagą jednego nad drugim idzie hierarchia, szereg, porządek. Demokratyczna rzecz w tym, by „odróżniać się tak, by nie robiło to różnicy”, by jak najbardziej osłabić rzeczywiste różnice między ludźmi, a jeśli już ich rozróżniać, to jak każdy chce, byle jak. Największą przewiną demokratycznej niechęci do różnicowania ludzi jest tłumienie potencjalnego odkrywania się naturalnych i nabytych różnic w ludziach. Nierozróżnianie się, to jest nieodznaczanie się ludzi, zmniejsza ilość znaczenia w sensie ważności i ilość znaczeń w sensie odróżnień.

Ludzie demokratyczni zajadle nie doceniają jednostek wyjątkowych „w dawniejszym sensie”, robiących rzeczy, które może zrobić mało kto lub zgoła nikt, i w tym sensie niezastąpionych i mających znaczenie. Demokraci są horyzontalni, ruszają się bardziej w bok niż w dół czy w górę, a jeśli już robią to ostatnie, pozorują to bez większego wysiłku; takie samo podejście wolą u innych. Elitaryści są wertykalni, interesuje ich u siebie i innych przemieszczanie się w pionie, które kosztuje osobistą cenę.

W tych samych rozważaniach Sloderdijk robi jedno z rozróżnień dotyczących demokracji, w którym ja się dopatruję w miarę mało znanej antytezy określającej różnicę między konserwatywnością a nowoczesnością. „Między odkrywać a tworzyć będą później przebiegać granice stanowiące obiekt najgwałtowniejszych walk: granice między zachowawczością a postępowością, między podległością a samookreśleniem, między ontologicznym postrzeganiem a konstruktywistycznym robieniem na nowo i inaczej, wreszcie między high a low culture”.

Odkrywanie rozumiem jako dochodzenie do tego, co już było wcześniej, tyle że zakryte. Tworzenie to powodowanie, że staje się coś nowego, czego dotychczas nie było. Odkrywanie to pokonywanie zakrycia, przetwarzanie już istniejącego – z zakrytego w odkryte. Tworzenie to powoływanie do istnienia dodatkowego tworu, przykrywanie nowym tego, co było wcześniej. Pisze Schulz o (twórczej) komercji na magicznej „Ulicy Krokodylej”: „[…] Cała ta manipulacja wydaje się czymś nieistotnym, pozorem, komedią, ironicznie zarzuconą zasłoną na prawdziwy sens sprawy. […] Fatalnością tej dzielnicy jest, że nic w niej nie dochodzi do skutku, nic nie dobiega do swego definitivum, wszystkie ruchy rozpoczęte zawisają w powietrzu, wszystkie gesty wyczerpują się przedwcześnie i nie mogą przekroczyć pewnego martwego punktu”.

Konserwatysta, nie robiąc nowych rzeczy, póki nie odkryje starych, dąży do zmniejszenia ignorancji i naprawienia starych błędów, swoich i obcych. Modernista, robiąc nowe rzeczy, zanim odkryje stare, zwiększa ignorancję i mnoży błędy. Ten pierwszy odnosi się i przetwarza to, co jest starsze od niego i jako pierwotniejsze – bliższe Źródłu. Ten drugi sam aspiruje do bycia źródłem – mało poważnym, bo samozwańczym. Kto ciągle tworzy nowe, nigdy niczego nie zgłębi, więc niczego nie skończy tak, jak trzeba.

Wiesław Żyznowski

mój listopad

08/11/2015


znów urzeka

mój listopad

bujnością kontrastów

oczekiwanych bądź nie spełnień

w blasku radego słońca

dojrzała nagość pól i drzew

kąpie się w złocie łodyg i liści

czas wesela

dla szczodrych siewców

i troskliwych żniwiarzy

po orce kłaniającej się

lubej ziemi

staram się o taki listopad

 

Urszula Żyznowska

 

Siercza, 9 listopada 2015

 

Trzy mądre małpy – bywam zbyt rzadko jak którakolwiek z nich

28/09/2015

 

O istnieniu tej ikony kultury azjatyckiej przypomniała mi po długich latach mojego niepamiętania, czyli lekceważenia jej, koleżanka z pracy, Maria Gharib Ptasznik. W tym popularnym przekazie jedna z małpek zakrywa uszy, druga usta (pysk lub pyszczek wydają się tu nieeleganckim określeniem), trzecia oczy. Wyrażają tym: nie słyszę (nie chcę słyszeć), nie mówię (nie chcę mówić), nie widzę (nie chcę widzieć). Często też interpretacje idą w kierunku: nie słyszę (nic złego), nie mówię (nic złego), nie widzę (nic złego).

Najbardziej znane ich przedstawienie wizualne w postaci XVII-wiecznej rzeźby w drewnie znajduje się w japońskim chramie tradycji shintō o nazwie Tōshō-gū w mieście Nikkō. Właśnie ich zdjęcie skopiowane z sieci zamieszczam niżej. Sam przekaz nie jest pochodzenia japońskiego, lecz buddyjskiego i pierwotnie – staro indyjskiego. Nie wiem, co starożytny przekaz brał pod uwagę, ale wiem, że nie było to zło w naszym potocznym – więc dość współczesnym i łatwym – rozumieniu jako przeciwieństwo dobra, szczęścia, pomyślności i tak dalej. Stąd wolę dalej mówić o niestosowności w rozumieniu czegoś, co jest niechciane samo z siebie (z samej rzeczy), a więc niechcącemu niepotrzebne i już, bez konieczności tłumaczenia dlaczego, a w szczególności tłumaczenia, dlaczego dobrze czy niedobrze. Skądinąd kwestia, czy wszystko, co niechciane jako niepotrzebne, jest zarazem szkodliwe – w różnym stopniu – dla niechcącego, zasługuje i często się doczekuje odrębnej wypowiedzi.

Niestrudzeni w przekazie popularnych poglądów wikipedyści informują, że przesłanie trzech małp można interpretować jako – w domyśle mądre – przykazanie: „Nie szukaj i nie wytykaj błędnych czynów i słów innych ludzi”.

 

Monkeys2_3monkeys

Co widzę, patrząc na drewniane postacie małpek, które niżej nazywam po prostu małpkami?

Nie zapytałem żadnego Japończyka, jak odruchowo patrzy na małpki: od lewa do prawa, jak my od pisma łacińskiego, czy od prawa do lewa, zgodnie z porządkiem pisma japońskiego. Jeśli patrzeć odwrotnie niż my, mądrość małpek to niewidzenie, niemówienie, niesłyszenie – w kolejności może i słuszniejszej, jako że widzi się więcej niż słyszy. W obu przypadkach środkowo położone niemówienie wygląda na identyczną reakcję pochodzącą tak z niewidzenia, jak i z niesłyszenia. Przedstawienie małpek w ten sposób zrównuje reakcję na niestosowność niezależnie od tego, czy dotyczy czegoś przychodzącego do reagującego, jak w przypadku niewidzenia i niesłyszenia, czy wychodzącego, jak w sytuacji niemówienia.  Pokazuje to niestosowność jako taką, jako istniejącą w oderwaniu od kogokolwiek, nadawcy lub adresata.

Nie tyle jedna małpka nie widzi, druga nie mówi, trzecia nie słyszy, co wszystkie pokazują, że  jednej z tych czynności nie robią. Co prawda bez użycia rąk najtrudniej nie słyszeć, ale nie mówić i nie widzieć już nie, wystarczy mieć zamknięte usta czy oczy. Małpki więc pokazują, że danej czynności nie robią, to jest informują innych, że nie robią czegoś niestosownego w danym momencie. Tym samym zdają się przestrzegać przed robieniem czegoś nieodpowiedniego. Faktyczne niewidzenie, niemówienie, niesłyszenie czegoś niestosownego to ograniczenie samego siebie. Można mieć po temu różne powody: własną subtelność, delikatność, wyczucie, ale też obojętność, gnuśność, lenistwo. Pokazywanie własnego niewidzenia, niemówienia, niesłyszenia bez faktycznego nierobienia tego to ograniczanie nie tyle siebie, co tych, dla których ten przekaz jest przeznaczony. Ma to wiele wspólnego z chęcią uzyskania przewagi informacyjnej nad adresatem przekazu: wiemy o czymś, ale on nie wie, że ja wiem.

To nie jedna małpka zarazem nie słyszy, nie mówi, nie widzi i tym samym odcina się od świata zewnętrznego. To są trzy małpki, z których każda nie robi czegoś z omawianych tu czynności, ale robi lub może robić pozostałe. Każda z nich zwraca się w stronę inną, aczkolwiek widoczną z (jednego) miejsca obserwatora, którym zresztą może być wchodzący do świątyni wierzący lub turysta, od którego małpki się nieco odwracają. Albo każda z nich zajmuje się inną niestosowną sprawą i po swojemu na nią reaguje – ja się tu dopatruje bardziej tego; albo każda zdążyła się odwrócić od czegoś lub kogoś jednego i reaguje inaczej niż pozostałe małpki. Małpka, która nie słyszy, może mówić i widzi. Ta, która nie mówi, słyszy i widzi. Niepatrząca słyszy i może mówić. Oznacza to, że każda z małpek jest w ogóle ciekawa tego, co wokół niej, jest zainteresowana słuchaniem, mówieniem, patrzeniem, ale chce i umie u siebie kontrolować te czynności dla korzyści, interesu, bezpieczeństwa – najczęściej zapewne swoich, ale nie ma dowodu, że także nie dla cudzych.

Wszystko to wskazuje na (życiową, praktyczną, przyziemną) mądrość – zwaną też sprytem – małpek, wyrażającą się w zdolności do przesmykiwania się między innymi, jeśli uznają, że tak trzeba, ale w innych przypadkach do potykania się, a może nawet zderzania z innymi, jeśli założyć, że słyszenie, mówienie, patrzenie niekiedy nieuchronnie prowadzi do zwarcia z innymi. Hipotetycznie pozwala im to na bycie nawet sygnalistami, choć one wyglądają raczej na sprytne niż na odważne.

Bywam zbyt rzadko mądrą małpą, co zresztą nie świadczy o mojej odwadze, za to coraz częściej jestem starą małpą, co nie świadczy o doświadczeniu. Kilka miesięcy temu w Japonii pierwszy raz w życiu podszedłem pod prawdziwy chram, nie ten wspomniany wyżej, co prawda wśród takich samych turystów jak ja. Kiedy się w nim znalazłem, przeniknęła mnie harmonia człowieka otoczonego naturą – niewyczytana i nieoczekiwana uprzednio, niezasłużona tamtym moim nastrojem. Gdybym w chramie jeszcze pożył kilkadziesiąt lat, być może udałoby mi się nadrobić zaległości w stosownym reagowaniu, odkładające się w moim rodzie tylko od dwóch-trzech pokoleń, jak obliczam.

 

Wiesław Żyznowski

20 września 2015 roku

 

Next »
|
« Previous