Przejdź do wybranych wpisów >>

Archiwum

krysi f na 70 urodziny

10/08/2015

rówieśnaś polsce

po wojnie

u niej u ciebie

dwie fazy

 

trudno z początku

łatwo na końcu

łatwo z początku

trudno na końcu

 

ona jedna ty jedna

obieście przełomne

w połowie zebrane

nie dużo użyte

 

jej tajemnica

ginie wśród cieni

pogańskich bogów

pól lasów

 

twoja tajemnica

ustaliła się wcześniej

niż siedemdziesiąt

lat temu 

 

na łąkach

płaskich komarnych

przywiślańskich

na ścieżeczkach

 

przy płotkach

z wikliny

w szopkach

za rogiem chatki

 

przy stole

kryjącym przy oknie

 klepisko

w dużej izbie

 

sień mała izba

w dużej wbito podłogę

wyniesiono łóżka

małe dzieci za chadrami

 

na weselu niemcy

tańczą z młodą

partyzanci w ogrodzie

obłaskawieni wódką  

 

lekki teren znosi

ciężko opuszczenie

gruntuje się

w duszy

 

twoje narodziny

faza pierwsza

miasteczkowość

w rodzinie

 

twoje wyjazdy

 emigracja

faza druga

polska zagraniczność

 

twoje sekrety

też się wyjaśnią

w swym czasie

nieustalonym

 

przed tobą lata

wchodzenia w siebie

oby świetlistego

promiennego

 

twój los się wypełni

bez jedności

czasu miejsca akcji

chyba że

Continue reading krysi f na 70 urodziny

Byt im płodniejszy, tym się szybciej starzeje, zakończenie c.d. Wrażenia z podróży biznesowej po USA

15/07/2015

 

Z myślą o sobie, nie bacząc na skutki, a już zwłaszcza na opinię innych, Amerykanie płodzą z producentami azjatyckimi w niewyobrażalnych, nieokiełznanych, nieopamiętanych ilościach przedmioty jednorazowego użytku, po czym je do siebie sprowadzają morzem, zużywają byle jak i wyrzucają, nie wiem dokąd.

W hotelu porcję mleka przeznaczoną do jednej kawy dostałem w jednorazowym kubku zamiast w oryginalnym kartonie lub w dzbanku. Równie wiele zużywa się samych jednorazowych kubków, talerzy, widelców, noży, torebeczek cukru, wszelkich innych dodatków, nie mówiąc o serwetkach papierowych. Sztywna tacka na kilka kaw z Mac Donalds’a na wynos robi wrażenie tak trwałej, że chyba można by jej używać do końca życia. Kosze na śmieci o objętości beczki lub większe stoją wszędzie, nie rzadziej niż co kilkanaście metrów, a ich zapełnianie i opróżnianie w uczęszczanych miejscach liczy się chyba w minutach, tym bardziej, że zużytych jednorazówek nikt nie zgniata, czy inaczej – nie zmniejsza ich objętości przez wyrzuceniem. Średniej wielkości dystrybutor produktów jednorazowych w USA sprzedaje ich rocznie 5–10 tys. kontenerów. A takich jest wielu. Duzi gracze w USA obracają zapewne dziesiątkami, jeśli nie setkami tysięcy kontenerów rocznie i jest ich pewnie co najmniej kilkunastu, jeśli nie kilkudziesięciu.

Amerykanie stanowiący 3–4 % populacji świata zużywają około 50% jednorazowych rękawic użytku medycznego i pozamedycznego, tak jest. Podobnie może wyglądać zużycie innych jednorazowych produktów, a może być i tak, że ten procent jest jeszcze większy, jako że stosowaniem rękawic medycznych w innych krajach rządzą faktyczne potrzeby, regulacje, zwyczaj. Dzielą się bowiem produkty jednorazowe na takie z konieczności, chirurg nie powinien operować drugi raz w jednych rękawicach, oraz na takie z kaprysu, mleko do kawy można podawać w oryginalnym opakowaniu lub w dzbanku, ale te jednakże wymagają jakiegoś zajęcia się, troski. Tych koniecznie jednorazowych produktów należałoby często używać nawet więcej, czasem znacznie więcej, choć pewnie nie w USA. Wszyscy na przykład słyszeli o problemie prezerwatyw w Afryce.

Amerykanom wychodzi tak z jednorazowymi produktami z wygody, lenistwa, pośpiechu, beztroski, braku troskliwości, wstrętu (obrzydzenia) do przedmiotów użytych przez innych ludzi, obawy przed zarazkami, może z racji jakichś przepisów, z poczucia, że tak mogą, ale może przede wszystkim dlatego, że nauczyli się ciągle coś jeść i pić, często w ruchu, w biegu. Każdy coś tam ma w ręku do picia lub jedzenia.

Materialnemu bytowi jednorazowego użytku jest przeznaczona śmierć nim się zestarzeje. W ładzie, w który wierzę, byt im płodniejszy, im więcej potomstwa wydaje, tym się szybciej starzeje i ginie. Zakładam, że dożywającej tysięcy lat sekwoi było ciężej przyjść na świat niż żyjącej krótko musze. Napisany w pół godziny tekst dla Faktu o kosmitach w Pcimiu żyje krócej niż dojrzewający w Miłoszu dziesiątki lat Traktat teologiczny. Zastanawiam się, jak obecny przerób produktów jednorazowych, zwłaszcza tych niekoniecznych, ma się do tego ładu. Zakładam z góry, że go zaburza. Mnie ciągle dziwi trwałość – i w tym sensie wartość – dajmy na to puszki z coca colą wyrzucanej natychmiast po wypiciu. Ciągle potrafię odnieść wrażenie, że puszki w ogóle nie powinny powstawać dla takich napojów, lecz te należałoby rozlewać każdemu do jego własnego naczynia wielokrotnego użytku – tak bywało z napojami, kiedy byłem dzieckiem. Ciągle patrzę z żalem na właśnie przejrzane przeze mnie gazety – jako stertę papieru zmarnowanego tak błaho. Marnuję tak papier od wielu lat, właśnie przechodzę na gazety na Kindle’u, ale na przykład dla Rzeczpospolitej nie jest to możliwe.

Amerykanie zdają się mieć samych siebie za wszystko, a materię za nic. Bruno Schulz myślał inaczej o ludziach i materii. Postacie ludzi chce tworzyć: „dla jednego gestu, dla jednego słowa podejmujemy się trudu powołania ich do życia na tę jedną chwilę. Przyznajemy otwarcie: nie będziemy kładli nacisku na trwałość ani solidność wykonania, twory nasze jak gdyby prowizoryczne, na jeden raz robione”. Schulz zostawia w swoich opowiadaniach mniej więcej tyle po swoich nigdy nieżyjących naprawdę charakterach, co żywego zostaje w świecie po śmiertelnych ludziach: najwyżej gest czy intonacja głosu powtarzane bezwiednie przez (żyjące) dzieci, wnuki, znajomych (Kundera pisze o tym wciągająco w Nieśmiertelności), być może stworzona przez kogoś i składająca się z żywych ludzi instytucja, firma, fundacja (Jan Dukała CM mówi w takim wypadku o „żywych pomnikach”), ale przecież ta sprowadza się dla innych ludzi do nazwy lub wizerunku. Może jeszcze coś innego zostaje z ludzi w świecie, nie mówię tu o zaświatach. Człowiek, jego cała obronna iluzoryczna potęga, jego całe wyobrażenie o sobie, sprowadzają się ostatecznie do czegoś nieznacznego i każdemu życzyć, by do czegoś takiego, jak „na jeden raz robione” przez Schulza.

Z materią u Schulza jest inaczej: „Materii dana jest nieskończona płodność, niewyczerpana moc życiowa i zarazem uwodna siła pokusy, która nęci nas do formowania. […] Pozbawiona własnej inicjatywy, lubieżnie podatna, po kobiecemu plastyczna, uległa wobec wszystkich impulsów – stanowi ona teren wyjęty spod prawa, otwarty dla wszelkiego rodzaju szarlatanerii i dyletantyzmów, wszelkich nadużyć i wątpliwych manipulacji demiurgicznych. Materia jest najbierniejszą i najbezbronniejszą istotą w kosmosie. Każdy może ją ugniatać, formować, każdemu jest posłuszna”. Człowiek może z materią zrobić, co chce, bo to ona jest nieśmiertelna jako całość, a nie on jako jednostka: „Wszystkie organizacje materii są nietrwałe i luźne, łatwe do uwstecznienia i rozwiązania. Nie ma żadnego zła w redukcji życia do form innych i nowych. Zabójstwo nie jest grzechem”. Ale co ta – czy aby nie pozorna – bezkarność człowieka wobec materii oznacza dla niego? Schulz się tym bezpośrednio nie zajmuje, ja go tylko tak interpretuję. „Materia nie zna żartów. Jest ona zawsze pełna tragicznej powagi”. Niepotrzebne, czyli niepoważne traktowanie materii nie pociąga rewanżu z jej strony, bo ona jest pasywna i nieśmiertelna. Niepotrzebnie używana odzwierciedla, odbija niczym lustro, tych, którzy tak z nią zrobili, chyba nic więcej.  „Płaczcie, moje panie, nad losem własnym, widząc nędzę materii więzionej, gnębionej materii, która nie wie, kim jest i po co jest, dokąd prowadzi ten gest, który jej raz na zawsze nadano”.

W sposobie użycia materii przez człowieka odbija się on sam, taki, jaki jest. W nieśmiertelnej materii użytej raz, niepotrzebnie, niekoniecznie, tandetnie przez kogoś odbija się jego jednorazowość, niepotrzebność, niekonieczność, tandetność, śmiertelność. W tym przeźroczystym, kilkugramowym, plastikowym kubeczku, do którego kelner nalał mi odrobinę mleka do kawy, zanim zdążyłem mu powiedzieć, że jej nie użyję, i zamiast mi jej nalać bezpośrednio do kawy lub zostawić w kartoniku, nie mówiąc o dzbanku, ujrzałem tandetność kelnera i moją własną oraz moją chęć walki z tą tandetnością. Każdy przegląda się w tym, na co zasługuje. Amerykanie nasilają przerób jednorazówki, by się kiedyś w niej wreszcie przejrzeć i opamiętać, póki czas.

 

Na marginesie: Zdarzenie z kubeczkiem miało miejsce w hotelu Best Western, niedaleko New Haven. Znajduje się tam słynny uniwersytet Yale, którego architektura wprawdzie pociąga, ale zarazem tchnie jakąś pretensją do ówczesnej europejskości. Choć daj Boże takiej aury jak w Yale gdzie indziej w Ameryce. Czytałem ostatnio w wywiadzie z kimś, kto się zna, że amerykańska liga bluszczowa to przede wszystkim nazwa, wizerunek, sława, wielkie pieniądze, które widać, ale niekoniecznie najlepsze wykształcenie, bo to zapewnić oczywiście trudniej niż te pierwsze. Uniwersytety kształcą lepiej albo gorzej. Natomiast podróże nie za bardzo kształcą, jak się potocznie powtarza. Kształcenie to formowanie umysłu własną mozolną pracą przez obcowanie z innymi umysłami i ich wytworami, kształcącymi mową, pismem, znakiem, to nabieranie przez kształcący się umysł (fizjonomista mówiłby o mózgu) formy, która w nim zostaje, nawet kiedy jego właściciel zapomni wszystko, czego kształcenie dotyczyło. Podróże za to, pokazując nowości, wyrabiają w (w wystarczająco uważnym) człowieku smak, to jest, jak mówi Maria Ossowska, uczą porównań, których raczej nigdy się nie zapomni. Podobnie jest z trwałą formą umysłową uzyskaną przez kształcenie, ale już inaczej niż z nabytymi wiadomościami, które się często zapomina. Smak pozostaje bardziej w oczach i innych zmysłach, wykształcenie w rozumie, a wiadomości w pamięci, o ile można porównywać te trzy potencjały człowieka.

 

Wiesław Żyznowski

Tokio, 16 czerwca 2015

 

 

IMG_20150604_201526

Oto szmaty zachęcają do wejścia do księgarni szacownej sieci Barnes and Noble, usytuowanej w samym sercu nie mniej szacownego uniwersytetu Yale, należącego do Ligi Bluszczowej i Bóg wie, czego jeszcze. Propaganda uniwersytetu może zmyślać do woli na temat swojej wysokiej pozycji w nauce i kształceniu bez brania specjalnej odpowiedzialności za słowa, jak to bywa u akademików. Natomiast to księgarniane okno wystawowe nie kłamie, bo ma na siebie zarabiać prawdziwe pieniądze. Szmaty przyciągają studentów Yale bardziej niż książki, a zapewne broń Boże trudne książki.

 

 

Starszemu synowi, Tomaszowi Żyznowskiemu, na urodziny drugie z poważniejszych – czternaste

27/06/2015

Tomek, moje życzenia urodzinowe dla Ciebie są czymś więcej niż wypowiadaniem mniej czy bardziej oryginalnych myśli o tyle, o ile ja się wykazuję wolą, by Ci się działo dobrze i o ile moja wola jest i będzie silna. Kurtuazyjne życzenia są często tylko słowami niepodbudowanymi wolą życzącego, bo przecież ta zawsze wiąże się z czymś więcej, często kosztuje jak najprawdziwszy wysiłek i pociąga wiele innych zobowiązań. Rodzice nie tyle życzą Ci dobra, co życzą sobie, by Tobie się dobrze działo, co znaczy, że życzenie to biorą na siebie jak mogą. Mówiąc o życzeniu i życzeniach nieco komplikuję, natomiast już same życzenia dla Ciebie mógłbym sprowadzić do jednego słowa: „dzielność”.

Chcę, mam i wykazuję wolę, byś był dzielny, a także byś był szczęśliwy i miał przyjemne życie. Jednak nie wprost, a tym bardziej nie na skróty, bo szczęście i przyjemność jako takie, nie mówiąc o pojedynczych przyjemnościach, są zbyt proste, przez to nudne od początku i coraz bardziej w trakcie, a już w szczególności są one nieinteresujące i nudne dla innych. Lepiej, żeby szczęście i przyjemność się ciągle zbliżały do Ciebie, ocierały o Ciebie, ale nigdy Cię ostatecznie nie osiągnęły, nie dostały Cię w swoje łapki, bo wtedy przestaniesz znaczyć i odznaczać się w świecie, czyli istnieć w nim istotnie, żeby nie powiedzieć – istnieć w nim w ogóle. Pamiętaj, że Odyseja jest o dążeniu Odysa na Itakę, a nie o nim na Itace. Odys jest arcyciekawy w dążeniu i zmierzaniu ku zobaczeniu samego siebie na Itace, jest już mniej ciekawy jako patrzący na siebie na Itace i niezbyt ciekawy, zwłaszcza w zestawieniu z jego ciekawszym wersjami, jako zażywający Itaki.

Jestem zwolennikiem szczęścia i przyjemności jako efektów ubocznych rzeczy wznioślejszych, poważniejszych,  ambitniejszych, trudniejszych, wymagających większego wysiłku, uwagi, uważności, skupienia niż bezpośrednie zabiegi o szczęście czy przyjemności. Doczytaj o wariancie szczęścia jako efekcie ubocznym rzeczy innych w książce Władysława  Tatarkiewicza O szczęściu, skądinąd  chyba najlepszej na świecie na ten temat, jak mówił na wykładzie do kursu Ontologii Miłości jeden z moich ulubionych profesorów filozofii, Józef Lipiec. A i nikt już teraz nie potrafi pisać tak piękną polszczyzną o zagadnieniach filozoficznych jak Tatarkiewicz.

Nie żebym Ci nie życzył szczęścia, radości, wesołości i ich lżejszych odmian: szczęśliwości, radosności, wesołkowatości. Ale przede wszystkim wolę Ci w kategoriach Platona życzyć dobra, piękna, prawdy. Niech Twoje życie w jak największym stopniu toczy się wokół tych trzech wzniosłych wartości i ich dotyczy, a one niech ciągle stają na Twojej drodze, komplikując i wysubtelniając dla Ciebie osiąganie szczęścia i przyjemności. Niech Twoje życie będzie obcowaniem z tymi trzema wartościami bądź uświadamianiem sobie ich braku, deficytu, niedostawania, niezależnie od tego, o czym akurat myślisz, na co patrzą Twoje oczy, co robią Twoje ręce, nogi, ciało, gdzie się fizycznie znajdujesz, z kim lub czym obcuje Twój duch. Dobro, piękno, prawda, bądź ich brak, są bowiem do znalezienia wszędzie, zawsze, w każdej sytuacji i niezwykle ważną sztuką – jeśli nie esencją – życia jest umieć się ich doszukiwać i czerpać z tego satysfakcję, czy – niech będzie – przyjemność i szczęście.

Dopatrzenie się braku jakiejś wartości może się tylko nieznacznie różnić od obcowania z nią. Nieobecność wartości pokazuje ją w świetle jej braku, wskazuje na nią, przypomina o niej, skłania do tęsknoty za nią. Brak wartości jest wartością, tylko inaczej. Uświadomienie go sobie przede wszystkim masuje delikatnie ego, uruchamia wyobraźnię, pobudza inicjatywę, aktywuje energię, katalizuje ruch i zmianę. Świadomość braku wartości jest dobra, a nawet lepsza niż nieuświadomione jej istnienie. I tak dzięki odpowiedniemu podejściu można w normalnych warunkach zawsze i wszędzie czuć się dobrze i mieć satysfakcję.

Zwróć uwagę, że Platon nie włączył do swojego arcykanonu wartości na przykład wolności, tolerancji, równości (wzajemnej ludzi czy jednostki względem innych), mądrości, pobożności. Nie włączył, bo po pierwsze niekoniecznie czy niecałkowicie był do nich przekonany i to zasługuje na dłuższą wypowiedź. A także dlatego, że dobro, piękno i prawda posłużyły mu do budowania najpoważniejszych konstrukcji dotyczących ludzkiego życia prywatnego i publicznego, co też wymagałoby rozwinięcia. Czas na Twoją lekturę Platona i jego omówień przecież się zbliża.

Nie musisz wiedzieć, ani kto oczywiście życzy Ci dobrze, jak rodzice, bo to masz na pewno, ani kto oczywiście nie życzy Ci dobrze, jak obcy, bo to też pewne. Najważniejsze to wiedzieć kto lub co życzy Ci nieoczywiście.  I nie myślę tu o ludziach i ich życzeniu, lecz o naturze jako takiej oraz nadprzyrodzonych zjawiskach i siłach. Życzą Ci dobrze, bo jak widać, prowadzą Cię nie najgorzej, Twoja natura i aura, która Cię otacza. To, co w Tobie pewne, co masz w sobie naturalnego, wrodzonego, wsobnego, genetycznego, danego Ci przez przodków na życie życzy Ci najmocniej, najwięcej, najważniej, co nie zawsze znaczy, że najlepiej. Aura już jest chyba trochę mniej ważna od natury. Chciałbym, by życzyło Ci dobrze coś lub ktoś jeszcze, byś miał przysłowiowego anioła stróża opiekuna, dobrego ducha, trudno powiedzieć, czy dobrze, żeby mocniejszego niż życzenie Ci przez Twoją naturę, najbliższych czy inne czynniki.

Życzę Ci, byś na tyle skutecznie zmieniał to, co trzeba, by wszystko zawsze pozostawało bez zmian, po staremu, jak za starych dobrych czasów, które są zawsze za nami, nigdy przed nami. Życzę Ci przede wszystkim bezruchu sprawczego, to jest wystarczająco dużo luksusu postawy obserwatora, a mniej luksusowego ruchu sprawczego tylko wtedy, gdy trzeba, ale ten jakże często jest potrzebny lub konieczny. Bezruch w życiu, by był odpowiedni, trzeba niemal bez przerwy podtrzymywać ruchem, zmianą, inicjatywą, kreacją, ryzykiem, wysiłkiem.

Jak wspominam w wyprzedzających te słowa życzeniach dla Miłka, jedne uzupełniają drugie i oba stanowią wspólne życzenia dla Was obu, tamte dla Miłka i młodszej części Ciebie, te dla Ciebie i starszej części Miłka.

I co Ty na to wszystko?

Tata Wiesław

Rattaphum w Tajlandii, 20 i 26 czerwca 2015

Najmłodszemu synowi Miłoszowi Żyznowskiemu na jego pierwsze okrągłe – dziesiąte urodziny

21/06/2015

 

Miłek, ja jestem raczej człowiekiem takiego typu, że moi najbliżsi powinni wiedzieć, czego im życzę. Jak się nauczyłem od moich rodziców, Zbigniewa i Heleny, tej łatwości i zarazem trudności, tak się ich do dziś trzymam, choć niekonsekwentnie. I właśnie ze względu na pamięć o nich zrobię tu wyjątek i Ci trochę „pożyczę”, ale tylko opowiadając, jak to było z życzeniami moich rodziców dla mnie.

Moi rodzice nigdy nie składali mi okolicznościowych życzeń, zresztą nie obchodziliśmy w domu rodzinnym urodzin czy imienin, ale oczywiście nie było tak, że mi niczego dobrego nie życzyli, czy też nie życzyli sobie czegoś dla mnie i przy okazji dla siebie jako moich rodziców. Wręcz przeciwnie. Życzyli mnie i sobie w związku ze mną dużo dobrego, nawet ponad miarę – na moje całe życie, jakbym miał nadrobić za ich życia, których nie postrzegali jako najlepsze z możliwych, i słusznie. Innymi słowy, miało mi być dobrze aż tak, że i za mnie, i za nich, a może jeszcze za ich rodziców i dziadków, zwłaszcza w przypadku mojej mamy. Tyle o tym, co wspólnego mogę powiedzieć o ich życzeniu mi dobrze, bo już co do tego, czego mi konkretnie życzyli lub życzyliby, gdyby akurat o tym myśleli, każdy od siebie, to różnili się znacznie, powiem nawet, że ich życzenia trochę by się wzajemnie wykluczały.

Moja mama pochodziła z nader skromnej, płodnej rodziny, więc może dlatego chciała, bym z pomocą skromnego wybiegu polegającego na przynależności do pewnego mniejszościowego ruchu religijnego dostał się łatwo, prosto i przyjemnie do wiecznego raju na ziemi, a póki co, bym żył doraźnie jakby na chwilę, bez nadawania większego znaczenia czemukolwiek, bez doceniania powagi życia oraz niepowtarzalności, nieodwracalności jego każdej chwili, to jest, żebym żył skromnie, pokornie, bogobojnie, niezbyt wymagająco, duchowo i czekał sobie na Armagedon, który miał być dla większości ludzi zniszczeniem, a dla mnie wyzwoleniem ku życiu wiecznemu. Często słyszałem, jak mówiła: „obecne życie to tylko namiastka życia przyszłego”, „teraźniejsze życie nie większej wartości”, „oczy nie widziały i uszy nie słyszały, co nas czeka w przyszłości”, „pokorne ciele dwie krowy ssie”, „lepiej być kochanym niż kochać”, „lepiej dźwigać niż ścigać”, nie jestem pewien, czy używała powiedzonka „znajdź w kącie, a znajdą cię”.

Natomiast tata pochodził z rodziny, którą można podejrzewać o przeszłość ciekawszą i przede wszystkim dłuższą niż w przypadku rodziny mamy. Dlatego tacie coś tak skromnego dla mnie jak przyszłe życie wieczne na ziemi za cenę teraźniejszego już nie wystarczało. On miał skłonność do dużo większych ambicji w moim imieniu i moim wysiłkiem. Stanowczo odmawiał racji bytu mojej chłopięcej synowskiej naiwności, która mi się wymsknęła może ze dwa razy w jego obecności i tylko wtedy, że chciałbym wykonywać taki sam zawód, jak on, a on był mechanikiem, choć zdolnym i cenionym. Mówił, że zamiast tego powinniśmy z bratem Piotrkiem się kształcić i zabiegać o wiele ambitniejsze zawody. Powtarzał, pouczał, straszył, że jak się nie będziemy dobrze uczyć, to będziemy kopać rowy, że zostaniemy łopaciarzami. Powtarzał czasem, że na świecie ludzie w większości są źli i w życiu zazwyczaj nie jest łatwo, miło, przyjemnie. Ale co najważniejsze w związku z tym, często z naciskiem mówił, żebyśmy w życiu „zostali kimś”. Po tylu latach myślę sobie, że skoro tata twierdził, że można być „kimś”, to musiał zakładać niekoniecznie po chrześcijańsku, że można także być „nikim”. Ojciec nie chciał, bym wyszedł na kogoś, kto jest nikim, to jest człowiekiem nic nie znaczącym dla ludzi innych niż najbliżsi. Interesowało go, by moja przyszła pozycja względem obcych ludzi była jak najbardziej znacząca. I zawsze, kiedy widział z mojej strony coś, co uznał za moje odznaczanie się na tle innych, reagował bardzo emocjonalnie, co z kolei u mnie wywoływało i nadal wywołuje emocje. Nie wpajał mi w ogóle skromności czy pokory, a raczej ambicję, dążenie do mądrości, wiedzy, sprytu, może także pracowitości, choć akurat inklinacji do tego, jeśli ją mam, upatrywałbym w protestanckim rysie mniejszości religijnej, o której wspomniałem wyżej. Armagedon, twierdził mój tata, każdy ma swój osobisty, a przychodzi on do każdego szczególnie w ostatniej godzinie. Dopatruję się teraz u niego postawy i poglądów dość konserwatywnych, starożytnych, wszak takie nazwisko nosił oraz przekazał je mnie, moim dzieciom, więc i Tobie oraz Twoim potomkom.

Za to nie pamiętam, by któreś z rodziców mówiło o szczęściu czy – niech „ręka Boska ochroni” – przyjemności dla nas, choć może przez mamę coś takiego pobrzmiewało, ale słabiutko. Takie nastroje u nas w domu rodzinnym się nie liczyły za bardzo, o tym się nie mówiło, o to się nie zabiegało. Ktoś powie, co za prosty dom, ale ja uważam inaczej, niemówienie o szczęściu i przyjemności, a zwłaszcza niehołdowanie im, dowodzi wyrafinowania mieszanki, jaką jest życie. Ale o tym może napiszę szerzej niebawem w życzeniach urodzinowych dla Tomka, do których niech powyższe życzenia dla Ciebie będą niejako przedmową, a życzenia dla niego niech z kolei będą posłowiem do tych dla Ciebie.

 

Miłek, jak widzisz, sprawa się niechcący trochę skomplikowała, to teraz Ty mi powiedz, czego Ci życzyć na życie, którego długość oznacza się od kilku dni dwiema cyframi?

 

Tata Wiesław

Hat Yai, 19 i 20 czerwca 2015

Byt im płodniejszy, tym się szybciej starzeje. Zakończenie

15/05/2015

Byt im płodniejszy, tym się szybciej starzeje. Zakończenie

Kiedy Schulz mówi o rzeczach odzwierciedlających słowa, to jego tożsamość słowa i rzeczy ma związek z Heglowską tożsamością rzeczy i kontemplującego ją, a ogólniej – z jednością podmiotu i przedmiotu. Komentator Hegla Alexandre Kojeve pisze, że człowiek, kontemplując przedmiot, traci swą podmiotowość, bo staje się kontemplowanym przedmiotem – na ten czas. Człowiek kontemplujący rzecz jest z nią tożsamy. Słowo pochodzące od kontemplującego rzecz, które ją określa, też będzie z nią tożsame. Z kontemplacji utożsamiającej człowieka z rzeczą wyrywa go jego pożądanie. Mimo że pożądanie ludzkie jest bliskie zwierzęcemu (może nawet z nim tożsame), odgrywa ono istotną rolę w emancypowaniu się człowieka od zwierzęcia. Tłumaczący Hegla na ludzki język Kojeve pięknie rozwija ten wątek we Wstępie do wykładów o Heglu. Ja sobie go tu streszczę dla pamięci.

Człowiek jest kimś więcej niż samym sobą w sensie samo-czującym się zwierzęciem tylko, jeśli posiadł samowiedzę, to jest wiedzę o własnym ja. A zdobywa ją dzięki temu, że pożąda i zaspokaja pożądanie. Pożądanie pobudza do działania, bo jest brakiem negującym status quo i dążącym do jego zmiany; tam, gdzie negacja tego, co dane, tam też rozum, który poznaje. Człowiek rozumny to ten, który z pożądania działa, tym samym neguje to, co dane. Nie chodzi tylko, jak w przypadku zwierząt, o pożądanie prostych, naturalnych rzeczy, jak jedzenie. To także i przede wszystkim pożądanie uznania przez innych ludzi. Jako że cechuje ono nas wszystkich, takie pożądanie to pożądanie innych ludzi, pożądanie bycia pożądanym. Ale może też chodzić o rzeczy pożądane przez innych lub przez więcej niż jedną osobę, o rzeczy konkretne – jak wartościowy, pojedynczy eksponat muzealny – czy rzeczy nieunikalne, ale o wartościowej kategorii, jak pieniądze, piękne przedmioty masowe, luksusy, przyjemności.  Człowiek staje się tym, co pożąda, nabiera on natury tego pożądania, którym się karmi. „Ludzkie Pożądanie musi się kierować na inne Pożądanie”. Kojeve pisze: „Historia ludzka jest historią pożądanych Pożądań”. Rzeczywistość ludzka to w swej istocie „Pożądanie i działanie ze względu na Pożądanie”. Przypomnijmy sobie, że według Platona ludzie pożądają głównie: zysków (korzyści materialnych i cielesnych), sławy (dobrego imienia w oczach innych, bycia uznanym za osobę godną, honorową), mądrości (wiedzy, rozumienia, umiejętności wyjaśniania).

Zwierzęta pożądają głównie i ostatecznie zachowania swego życia i ponad własne życie nie wykraczają w żadnym (istotnym) względzie. Zwierzęta rozumne, ludzie, narażając się na utratę własnego życia lub przynajmniej na poświęcenie jego części, walczą o cudze uznanie, walczą wszyscy z wszystkimi, we wszystkim, o wszystko. Wszyscy przegrywają bądź wygrywają w tym czy w owym. Pożądanie ludzi, by przewyższyć to zwierzęce, musi pożądać pożądań narażających życie pożądającego. Zaspokoić pożądanie pożądania innych to zastąpić to ostatnie czymś, co skutkuje narażeniem własnego życia i tym samym zdobyć uznanie tych, których na to nie stać, a z którymi się konkuruje w pożądaniu i walczy o prestiż, uznanie. Ale konsekwentna walka aż do zabicia słabszego przeciwnika eliminowałaby tegoż z grona uznających zwycięzcę, a zwycięzcą staje się właśnie poprzez uznanie. Dlatego u walczących wykształcają się różne – nie prowadzące do wzajemnego zabijania się – sposoby walki, dzięki czemu walczący zachowują życie, by przegrani mogli uznawać zwycięzców.

Kojeve dzieli za Heglem ludzi na Panów, którzy są gotowi utracić życie w walce przeciw innym, i tych, którzy nie są na to gotowi – Niewolników. Niewolnicy uznają Panów bez wzajemności. Pan zniewala, to jest czyni Niewolnikiem, tego, kogo pokonuje, ale zachowuje mu życie i zarazem świadomość uznającą Pana, a zabiera samoistność oraz uznanie będące przedmiotem pożądania. Ale pozycja Pana psuje go, blokuje w rozwoju, zmusza do impasu. Jego życie jest pozbawione pracy, próżne, nic nie tworzące na zewnątrz, więc nieobiektywne, to jest nieinteresujące kogokolwiek. To Niewolnik pracując i tworząc dla Pana, to jest dla innych, jest obiektywny. Pozycja Niewolnika, konieczność pracy, której podlega, rozwija go i emancypuje. Niewolnik, pracując, z konieczności powściąga swoje pożądania, tym samym sublimuje je. Sfera wspólna Pana i Niewolnika zmienia się ze stratą dla pierwszego, a na korzyść drugiego. W końcu ich pozycje się odwracają dialektycznie: Pan staje się Niewolnikiem – by zacząć zyskiwać od nowa, Niewolnik staje się Panem – by zacząć tracić od nowa. Niewolnik im płodniejszy obiektywnie, tym szybciej obraca się w Pana – egzystencjalnego starca.

Najlepsze położenie to bycie w przejściu. Już były Niewolnik, ale jeszcze nie Pan (pełną gębą) i najlepiej taki, który się nim nigdy nie stanie. To były Niewolnik i zarazem nie Pan jest zasłużony, obiektywny, usatysfakcjonowany, wysublimowany, wyzwolony, ale nie próżny, subiektywny, znudzony, wyalienowany.

Mam swoje własne spostrzeżenia co do tego podziału. Relacja Pan-Niewolnik dotyczy z osobna każdej sfery stosunków międzyludzkich, niemalże każdej relacji między ludźmi, to znaczy w każdej sferze i relacji, niezależnie od innych, są Panowie i Niewolnicy. Ktoś w jednym jest Panem, a w drugim Niewolnikiem, ktoś jest wszędzie Panem, ktoś inny wszędzie Niewolnikiem. Każdy człowiek jest w każdej dziedzinie, w której staje się więcej niż naturalnym sobą, czyli walczy z innymi o uznanie, bądź Panem, bądź Niewolnikiem. Relacja Pan-Niewolnik jest także często z filozoficznego punktu widzenia inna, niż się powierzchownie i potocznie sądzi. To znaczy: o postrzeganych potocznie jako Pan i Niewolnik filozof może powiedzieć przeciwnie.

U Hegla prawdą (absolutną) jest całość rzeczywistości. Die Wahre ist das Ganze. Będąca częścią prawdy absolutnej prawda obiektywna powstaje tylko wskutek ścierania się prawd subiektywnych ludzi, którzy negują swą zwierzęcość, czyli to, co bezpośrednio dane, walcząc wzajem o uznanie. Prawda obiektywna powstaje jako synteza dialektycznie znosząca w subiektywnej tezie i subiektywnej antytezie to, co przypadkowe i pozbawione sensu, a jednocześnie zachowująca z nich to, co istotne, znamienne.  Kojeve pisze: „Wszelka prawda może i musi być wyrażona słowami. Prawda jest to rzeczywistość objawiona przez poznanie, a to poznanie jest rozumowe, pojęciowe. Daje się więc ona wyrazić przez racjonalny dyskurs (Logos). Rzeczywistość = Rzeczywistość objawiona = Prawda = Pojęcie = Logos.”

Logos u Schulza, ten pierwszy, najważniejszy, pozostający ukryty w człowieku z jego osobistego praczasu, ku któremu cofa się on całe życie, i Logos u Hegla, ten ostatni, ledwo osiągnięty przez człowieka dochodzącego do niego całe życie przez rozumowanie, to musi być jeden i ten sam Logos. Ci obaj geniusze podeszli zbyt blisko tajemnicy Jedności z różnych stron, by było inaczej. Jeszcze sporo podchodzenia przede mną, mam czas.

 

Wiesław Żyznowski

Ryszard Rodzik – wspomnienie o kimś więcej niż poecie z Sierczy

06/04/2015

Rys jego sylwetki jest łatwo dostępny, więc tu napiszę tylko coś od siebie. Spotykaliśmy się przez moje całe życie incydentalnie. Znaliśmy się powierzchownie i słabo, a mimo to jakoś zażyle, być może dzięki odprawianym niegdyś wspólnie gusłom wokół nicości, jednej i tej samej, o której Ryszard mówi w cytowanym niżej utworze. Znaliśmy się długo, bo na pewno od połowy lat 80., a może nawet jeszcze w latach 70., a więc dla mnie jednak od dawna. Znajomość tego typu oznaczała w naszym przypadku daleko posuniętą wzajemną serdeczność i rozmowy tak rzadkie i zdawkowe, że nie zaczynające się po długim niewidzeniu od punktu, w którym się skończyła ostatnia. Akurat to chyba nieco zmieniliśmy podczas Festynów Szkolnych w Sierczy, które Rysiu zwykł prowadzić, a ja na nie przychodzić i jego między innymi fotografować. Zaczynałem wówczas po prostu rozmowę od zwrócenia uwagi na jego powtarzającą się rolę w tym cyklicznym wydarzeniu.

Tylko jeden raz Rysiu, tak do niego zawsze mówiłem, zaznaczył się w moim życiu, i to od razu mocno, ale opowiastkę o tym epizodzie postanowiłem umieścić we wstępie do drugiego  wydania monografii Sierczy, która ma się ukazać w naszym wydawnictwie w tym roku.

Wydawał się być z tych tuszujących siebie: osobę i osobowość tuszą fizyczną, twarz wąsami oczy okularami, dłonie sygnetem, niepokój zapisaną kartką papieru, wrażliwość wesołością i humorem, poglądy delikatnością charakteru oraz pasją poetycką i społeczną, brak zdrowia aktywnością, umiarkowane dochody rozmachem osobistego dzieła. Miał głos zdatny do prowadzenia każdej uczuciowej audycji radiowej, co też robił przez wiele lat, na przykład w pociągu (kolejce) relacji Kraków-Wieliczka, kultowej dla wielu osób z pokolenia mojego i pobliskich.

Wziął odpowiedzialność za zaczernienie poezją wielu czystych stronic przez wiele osób, za co Bóg mu zapłać. Podejrzewam, że był mu bliski wywrotowy dla niektórych pogląd, że każda poezja każdej poezji równa, że miał podejście magazyniera poezji: sztuka jest sztuka. Był typem człowieka wwiercającego się długo i wytrwale w miejsce i sprawę, w które wrzucił go los, wwiercającego się tak uparcie, aż wióry z wiercenia, mające najczęściej większą objętość niż materiał wiercony, przysłaniały wiercącego. Z wiekiem taka postawa stawała mi się coraz bliższa i coraz bardziej cenię takich ludzi. Jeden człowiek, jedno życie, jedna sprawa, jedna śmierć.

Zacząłem uważniej czytać jego nieobficie wydaną drukiem poezję dopiero teraz, na trzeci rok po jego śmierci. A ta przyszła, o ile wiem, nagle w środku zwykłego dla niego dnia. Rozpoznaję go przez jego słowo pisane. Lubię w ten sposób poznawać ludzi, bo tak są lepsi, mądrzejsi, zwięźlejsi, piękniejsi, mniej banalni i – co ważne – mniej zmienni i trwalsi niż w rzeczywistości. W książce Piotra Kiszki, określającego siebie w notce biograficznej jako „rolnik z Mietniowa”, aczkolwiek piszącego tam błyskotliwy, miejscami metaforyczny wstęp, zatytułowanej Rodzik i przyjaciele, znajduje się między innymi wiersz Ryszarda Rodzika:

 

Targowisko

 

po targowisku życia

przechadzam się między kramami

spoglądam łapczywym wzrokiem

na całe sterty

większych i mniejszych sukcesów

których nigdy nie osiągnę

bo nie stać mnie

by zapłacić za któryś z nich

tak wygórowanej ceny

a jest to często

najwyższa cena

cena życia

są jednak tacy

którzy ją płacą

bez zmrużenia oka

a umierając z otwartymi oczyma

zabierają ze sobą w nicość

wizerunek swojej klęski

która miała być sukcesem

 

Rysiu, Duchu w Nicości, Wrażliwcu Sierczański, pozwól, że odpowiem na te słowa formą specjalną dla mnie, bo tak muszę, bywa tak, jak sam gdzieś powiedziałeś:

 

targowisko 2

 

targowisko życia

kramy martwe

sterty żywe

targowisko śmierci

kramy żywe

sterty martwe

jaka twoja cena

sukces to klęska

klęska to sukces

cena życia

najpopularniejsza i najwyższa

cena nieuznania

popularna i niższa

słowa twoje

śmierć nicość wizerunek

nicość niezabranie

wizerunku klęski sukcesu

 

Coraz częściej piszę do duchów zmarłych z nadzieją, że odpowiedzą mi chętniej niż żywi, kiedy żywi będą umarłymi, a umarli żywymi. Popełniam błąd wszystkich piszących – grafomanów, jeśli sztuka to sztuka. Co prawda uznaję rację niepiszących, podpartą najwyższymi autorytetami religijnymi i filozoficznymi, podziwiam ją, choćby za nietykalność po śmierci, chcę jednak inaczej.

 

Na koniec coś smakowitego od Ryszarda Rodzika:

 

Samokrytyka

 

Muszę Wam to dowieść

– muszę przyznać się –

choć jestem rencistą

dobrze sobie jem

na śniadanie bułkę

na obiad ziemniaki

na kolację dżem

i kiedy wieczorem

z pustym brzuchem leżę

… sumienie mnie gryzie

więc przepraszam szczerze:

przepraszam, że żyję

przepraszam, że piję

przepraszam, że jem

 

[W książce Piotra Kiszki można czytać ten utwór także z druku rękopisu, gdzie w drugim wersie autor ujął w nawias przed słowami „– muszę przyznać się –” słowa: „i wywnętrzyć się”, które ciekawie korespondują z następującymi potem wersami.]

Wiesław Żyznowski

L1000087

Ryszard Rodzik w jednym ze swoich żywiołów – jako prowadzący Festyn Szkoły Podstawowej w Sierczy, 7 czerwca 2008 roku o godz. 17.04. [fotografia wykonana z aprobatą fotografowanego: W. Żyznowski] .

Z okazji 90 rocznicy narodzin mojej Mamy Heleny

10/03/2015

 

20 lutego 2015 roku moja Mama ukończyłaby 90. rok życia, gdyby żyła. Chciałbym mieć taką stareńką żywą Mamę choćby na okamgnienie, ale ona nie żyje już od 21 albo 22 lipca 1988 roku.

Dzień 20 lutego tego roku był rocznicą narodzin osoby zmarłej dawno temu, przez co skłaniał do ogarnięcia myślą dwóch czasów ludzkiego nieistnienia: przed i po życiu. Zacząłem pomału dorastać do postaci i pamięci Mamy, odkąd począłem interpretować jej życie, co zaczęło się od zanegowania nie tego, że ona sama negowała wiele z zastanych w życiu rzeczy, lecz tego, w jaki sposób to zrobiła i do czego przez to doszła. Pojęcia „negowanie” używam tu w sensie aktywnego sprzeciwiania się temu, co dane i nieakceptowane, w celu zmienienia tego na coś w najgorszym przypadku mniej nieakceptowanego. Jak to początkujący interpretatorzy, zacząłem interpretować jej życie od niezbyt rozumiejącego wyjaśniania, które jest wszak czymś więcej niż nieświadomy brak wyjaśnienia i rozumienia, ale czymś wiele mniej niż świadomie niewyjaśniające rozumienie. Negowania było tak dużo w życiu Mamy, że mój konstytutywny tekst na jej temat zatytułowałem Heleny „nie tak, jak się chce”. Z pomocą tytułu i tekstu próbowałem wyrazić, że negacja, emancypacja, afirmacja były istotą jej walki i życia, być może, podobnie jak w każdym innym życiu, ale u niej to było zastanawiająco silne.

Musiała się czuć ogromnie nierówna wobec bardzo wielu, skoro tyle nawojowała w swym życiu, które było całkowicie prywatne. Nawojowała zapewne wbrew swoim zmysłom, odczuciom, postrzeżeniom, nawet zdrowemu rozsądkowi – starsza siostra Maria dedykowała jej kiedyś słowa: „Nie wiesz, jak zacząć, od czego” – ale nie wbrew, lecz zgodnie ze swym rozumem, bo właśnie w ten sposób go zdobywała. Widocznie nie stać jej było na negowanie w inny, bardziej wyrafinowany sposób tego wszystkiego, w co została wrzucona w życiu. Tylko tym sposobem mogła osiągnąć na swoją miarę to, w czym się czuła tak nierówna wobec tak wielu: rozum. Przy okazji uzyskała – przynajmniej w swoim przeświadczeniu – przewagę nad większością ludzi, do których równała pod innymi względami: zdobyła – we własnym mniemaniu – uprzywilejowaną pozycję wobec Boga, który stał się dla niej najwyższym autorytetem, obrońcą, powiernikiem, niemal przyjacielem, tak jak w niego wierzyła. Zaszła tak daleko w swoim negowaniu, że nie wystarczyło jej zrównanie się z tymi, do których równała. Ona znała jedyną objawioną prawdę, oni nie. Ona poświęcała doczesne życie na służbę jedynemu prawdziwemu Bogu, oni nie. Ona miała być zbawiona, oni nie. Ona miała powstać z martwych tu, dosłownie na tej ziemi, oni nie. Poszła w szpitalną śmierć jakby bez zawahania, lekko, machająca ręką z okna na ostatnie pożegnanie jak bohaterka sagi, epicka postać. Zgodnie z przekonaniami religijnymi, często mówiła o tym, że dla umarłych czas się nie kończy definitywnie, lecz tylko zatrzymuje do momentu zmartwychwstania. Właśnie tak postrzegam pod jej nieobecność przez te ponad 26 lat czas, który dla mnie się nie skończył, ani nie zatrzymał: jako bardziej stracony dla niej niż niedotyczący jej.

To, że tamci, do których za życia równała, nie zauważali i tym bardziej nie uznawali jej przewag i ich to nie interesowało, podczas gdy ona uznawała ich inne „światowe” przewagi, chyba nie miało dla niej znaczenia. Ją satysfakcjonowało głoszenie im boskiej prawdy, występowała względem nich jako oferująca nauki biblijne potencjalna nauczycielka, wtajemniczona w sprawy absolutne, czyli wyższe niż ich sprawy obiektywne. Czyniło to lżejszymi ewentualne upokorzenia, których doznawała od nich i ze względu na nich. Więc w pewnych rzeczach się nie myliła. A tam, gdzie się myliła, to także po to, bym ja się mylił inaczej niż ona i już z osłabionym przez nią skutkiem pomyłek jej rodziców. Moje dzieci będą się mylić jeszcze inaczej, także z osłabionym przeze mnie skutkiem jej pomyłek. I tak dalej, aż po odgadnięcie tajemnicy świata i życia, to jest rzeczywisty koniec Historii, który oby nie umknął nikomu.

Kiedy zaczynałem pisać tamten tekst o Mamie, wydarzenia związane z końcem jej życia i odejściem jawiły mi się jeszcze jako nieodległe, żywe, ważne, aktualne. Być może podobnie odczuwali to moi rozmówcy z rodziny, których wypytywałem o szczegóły z jej życia. Ona była ode mnie starsza o 39 lat, dlatego nie mogłem pamiętać dwóch trzecich z jej życia. Kiedy go skończyłem pisać i opublikowałem, zacząłem wierzyć, że Mama przechodzi do spisanych historii prywatnych – a jakże – przynależnych naszej cywilizacji. A obecnie coraz bardziej dociera do mnie, że ja ciągle walczę o obiektywne uznanie pamięci o niej, co ją zrówna w moich oczach z tymi nieuznającymi jej za życia lub pamięcią o nich. Ciążą mi te wszystkie poprzednie generacje i generacje jeszcze wcześniejsze, które ze strony innych spotkały się z wąskim, wątłym, wątpliwym uznaniem.

 

Wiesław Żyznowski

1 marca 2015

Byt im płodniejszy, tym się szybciej starzeje c.d.

28/02/2015

Na początku prajednią dla człowieka jest wdzięczne łono matki. To jego intymna, indywidualna, najbardziej pierwotna wersja prajedni, która z definicji jest jedna i dla wszystkich ludzi. Opuszczenie łona matczynego przez jednostkę to wrzucenie jej w wielość dookólnego świata. Ale ta wielość to rzeczywistość będąca – według Schulza – odbiciem, odzwierciedleniem słowa, to „cień słowa”. Taki pogląd przeciwstawia się potocznemu mniemaniu, jakoby słowa odzwierciedlały rzeczywistość. Tutaj zaś pra-jedno słowo to – odbity przez rzeczywistość –  sięgający daleko wstecz, przed narodziny jednostki jeden, ogarniający całość, pierwotny „mit, historia, sens” – niekomunikowalny, majaczliwy, bajany.

Człowiek przechodzi więc z prajedni o formie matczynego łona do (światowej) rzeczywistości będącej  „cieniem” – siłą definicji – jednej i tej samej prajedni. Bo prajednia może być tylko jedna. Przechodzi z jedności w wielość, która jest  jednakowoż „cieniem” jedności. Tą rzucającą cień rzeczywistości jednością jest mitologiczny, przednaukowy, przed rozumny, przed komunikowalny jeden sens – będący istotą rzeczywistości (światowej), z którą człowiek ma do czynienia i którą oswaja. Ten sens jest słowem, od którego wszystko się zaczęło, jest jednym Słowem kosmogonicznym ujętym przez Biblię i inne święte księgi. Ale to Słowo to też nic innego jak każde jedno słowo, nie tyle opisujące każdą (jedną) rzecz, bo opisywanie to dzielenie ku wielości, co tożsame z rzeczą. Słowo tożsame z rzeczą to nie jakaś tajemnicza wersja słowa potocznego, lecz słowo potoczne, ale odpowiednio, to jest tożsamo z rzeczą, umieszczone w wypowiedzi.  To słowo cofnięte do swych „dawnych związków”, od których odchodzą coraz to dalej wyrazy potocznie umieszczone w wypowiedzi – wyrazy coraz to dalsze sensowi pierwotnemu. Chodzi o słowo wracające  „do uzupełnienia się w sens”, wracające do swego jądra, którym jest pierwotny sens. Schulz mówi: „[…] I tę dążność słowa do matecznika, jego powrotną tęsknotę, tęsknotę do praojczyzny słownej, nazywamy poezją […] Poezja odpoznaje te sensy stracone, przywraca słowom ich miejsce, łączy je według dawnych znaczeń. U poety słowo opamiętuje się niejako na swój sens istotny, rozkwita i rozwija się spontanicznie według praw własnych, odzyskuje swą integralność. Dlatego wszelka poezja jest mitologizowaniem, dąży do odtworzenia mitów o świecie” [za: Bruno Schulz, Mitologizacja rzeczywistości]. Schulz używa tu słowa „poezja” w sensie artystycznej wypowiedzi pisanej, nie może bowiem nie mieć na myśli własnej twórczości literackiej, która jest czystą poezją napisaną prozą, prozą poetycką.

Na marginesie – ta piękna myśl Schulza o powrocie słów do jednego sensu utwierdza mnie w przekonaniu, że temu, co najważniejsze dla psychiki człowieka, łatwiej dziać się w jego języku ojczystym. Bo tylko w nim są nam – ledwo, ledwo – dostępne słowa w ich pierwotnym, nie dającym się nauczyć jądrze, sensie. Stąd występująca powszechnie u piszących niemożność pisania w języku nieojczystym literatury pięknej, poezji, zwłaszcza tej wnoszącej coś istotnego do sfery ducha.

Od momentu wypadnięcia z prajedni w jej cień człowiek zaczyna tęsknić i poszukiwać jej na swój własny sposób. Może pierwszym skutkiem tej tęsknoty i poszukiwań są „statuujące żelazny kapitał ducha” człowieka na jego całe życie, dane mu „bardzo wcześnie w formie przeczuć i na wpół świadomych doznań” treści, wglądy, obrazy, założenia. „Te wczesne obrazy wyznaczają artystom granice ich twórczości. Twórczość ich jest dedukcją z gotowych założeń. Nie odkrywają już potem nic nowego, uczą się tylko coraz lepiej rozumieć sekret powierzony im na wstępie i twórczość ich jest nieustanną egzegezą, komentarzem do tego jednego wersetu, który był im zadany” [za: Bruno Schulz, do St. I. Witkiewicza]. Pochodzenie „wersetu” zadanego każdemu ginie w „mgle mitologicznej” jego dzieciństwa. Naturalna dzieciństwu miąższość wyobraźni „genialnej epoki” zatraca się z wiekiem. Człowiek żyjąc, cofa się, degeneruje, oddala od tego, co dla niego najważniejsze i wieczne, stąd jego odwracanie się ku dzieciństwu, z wiekiem coraz bardziej natarczywe, u każdego na jego własną miarę. Pisze Schulz do Andrzeja Pleśniewicza:

Gdyż zdaje mi się, że ten rodzaj, jaki mi leży na sercu, jest właśnie regresją, jest powrotnym dzieciństwem. Gdyby można było uwstecznić rozwój, osiągnąć jakąś okrężną drogą powtórnie dzieciństwo, jeszcze raz mieć jego pełnię i bezmiar – to byłoby to ziszczeniem „genialnej epoki”, „czasów mesjaszowych”, które nam przez wszystkie mitologie są przyrzeczone i zaprzysiężone. Moim ideałem jest „dojrzeć” do dzieciństwa. To by dopiero była prawdziwa dojrzałość.

Nie wiem, czy moi synowie, dziesięcioletni Miłosz i czternastoletni Tomasz, czasem zastanawiają się w określonych sytuacjach, co ja bym pomyślał, będąc na ich miejscu. Wiem, że zbyt rzadko zastanawiam się w określonych sytuacjach, co oni by pomyśleli, będąc na moim miejscu. A przecież od dawna i nieustannie zdradzają przede mną wyobraźnię bardziej miąższą niż moja. Oby nigdy nie stracili z nią bezpowrotnie kontaktu.

 

Wiesław Żyznowski
Siercza, 17 lutego 2015

(Wszystkie powyższe cytaty wziąłem z tekstów Schulza)

Byt im płodniejszy, tym się szybciej starzeje

31/01/2015

Czytając znów i znów Schulza, znajduję nieznane mi znikąd wcześniej odpowiedzi na znane mi pytania. Choć zazwyczaj lektura jego opowiadań czy innych tekstów to dla mnie czytanie odpowiedzi, których nie widzę, jako że nie znam pytań, na które odpowiadają. Jak tak będzie dalej, każde znane mi pytanie, na które nie znam odpowiedzi, wywoła u mnie odruch przeczytania całego Schulza jeszcze raz. Tak samo będzie w przypadku mojej chęci szukania nowych pytań.

Ponieważ poświęciłem dużo czasu i wysiłku dwubiegunowej skłonności człowieka bądź ku jedności, bądź ku wielości, zastanawiałem się nieraz nad tą pewnie nie najważniejszą zagadką człowieka, jaką jest najpierwotniejsze pochodzenie pierwszej z tych skłonności – wcześniejsze niż wykoncypowane w przeciwieństwie do wielości: prajednia u Plotyna, najwyższa idea u Platona, po jednym osobowym bogu w różnych pismach świętych z Biblią włącznie, homeryccy bohaterowie – tacy jak Achilles i Ajaks – oddani jednej idei oraz inne wszelkie jedności w literaturze, mowie, wyobrażeniu. Jaka jest najpierwotniejsza jedność, jednia, prajednia, zwłaszcza że te wcześniej wspomniane są tak bardzo konceptualne, myślne, istniejące niedowodliwie?

Otóż rozumienie, czym są zwierzęta, pokazuje człowiekowi jego zagadki w innym świetle, może nawet jaśniejszym niż rozumienie, czym jest człowiek. Pisze Schulz w opowiadaniu Nemrod: „Zwierzęta! Cel nienasyconej ciekawości, egzemplifikacje zagadki życia, jakby stworzone po to, by człowiekowi pokazać człowieka, rozkładając jego bogactwo i komplikację na tysiąc kalejdoskopowych możliwości, każdą doprowadzoną do jakiegoś paradoksalnego krańca, do jakiejś wybujałości pełnej charakteru”. Zaraz potem autor opisuje czule i zabawnie pieska Nemroda, przy okazji ukazując mi moją zagadkę w takim świetle, jak nikt dotychczas: „Nawet jeszcze w głębi snu, w którym potrzebę oparcia się i przytulenia zaspokajać musiał, używając do tego własnej swej osoby, zwiniętej w kłębek drżący – towarzyszyło mu poczucie osamotnienia i bezdomności. Ach, życie – młode i wątłe życie, wypuszczone z zaufanej ciemności, z przytulnego łona macierzystego w wielki i obcy, świetlany świat […] Lecz z wolna mały Nemrod zaczyna smakować w życiu. Wyłączne opanowanie obrazem macierzystej prajedni ustępuje urokowi wielości. Świat zaczyna nań nastawiać pułapki […]”.

Koncepcja i zarazem realność istnienia „łona macierzystego” jako prajedni dla każdego mającego napotkać wielość odpowiada mi obecnie najbardziej. Namacalna wielość przytłacza mnie pod każdym względem od dawna, natomiast wreszcie widzę jedność, która jest obecna, realna, dosłownie i dowodliwie powszechna, niemalże absolutna w sensie jednorodności substancji. Pierwszym doświadczeniem każdej istoty żyjącej w świecie jest (pra)jednia, pierwotna jedność, następnym „bycie wrzuconym” w wielość, ostatnim – znów jednia. Skłonność do jedności to skłonność do tego, co na początku i na końcu, co poza światowym życiem, to także oparcie się urokom i pułapkom zastawionym przez świat. Skłonność do wielości to skłonność do tego, co w życiu i jego środku, to także uleganie urokom i pułapkom świata.

Nie odczuwam pokusy myślenia i wyjaśniania, dlaczego pewne konkretne osoby mają tak, drugie mają inaczej. Nie ma żywej istoty bez doświadczenia jedności, nie ma też takiej bez doświadczenia wielości. Pewnie podobnie jest ze skłonnością bądź ku jedności, bądź ku wielości, nikt nie ma takiej jednej skłonności w czystej postaci, zwłaszcza ciągle. Wszyscy jesteśmy w tym względzie mieszańcami, choć z pewnością odchylającymi się to w jedną, to w drugą stronę. Odejście w filozofii i socjologii od (czystych i jednorodnych z założenia) typów ludzkich wydaje się słuszne, choć trochę żal. Bo przyglądanie się takim typom, podobnie jak przyglądanie się zwierzętom będącym wybujałymi schematami typologicznymi, pomaga rozumieć zagadki człowieka. Nie znaczy to wyjaśniać je, zresztą cóż to za zagadka możliwa do wyjaśnienia. Jedno genialne zdanie z Schulza posunęło do przodu całe moje myślenie w kwestii jedności-wielości bardziej niż niejedno dalekie od geniuszu tomiszcze, którego nie domęczyłem do końca.

Przeklinam imię, pamięć i wszelką pozostałość po zabójcy Brunona Schulza, niemieckiego oficera Karla Günthera, oraz tych, którzy doprowadzili do tego, że to się mogło stać.

 

Wiesław Żyznowski

27 stycznia, Hat Yai

 

Izaak Birnbaum nie żyje

25/12/2014

 

Poznałem osobiście tylko kilkoro Żydów i Żydówek żyjących dawno temu w Wieliczce. Do każdej z tych osób nabrałem stosunku, którego nie powtórzę wobec nikogo innego. Izaak Birnbaum uosobił w moich oczach wiele z tego, niemalże wszystko, do czego tęsknił, o czym marzył i co niekiedy wspominał w związku z Żydami, jakich pamiętał z Wieliczki, mój niezatartej pamięci Ojciec Zbigniew Żyznowski. Wychowywał się on obok Żydów wielickich i za wzór wziął sobie ludzi bogatych bardziej w aktywa materialne niż duchowe. Izaaka Birnbauma z jego czasu w Polsce przedwojennej i tuż powojennej odbieram jako postać, którą mój Ojciec być może uznałby za wzorcową w sensie godną zazdroszczenia, naśladowania, zapamiętania.

Izaak urodził się w styczniu 1922 roku, był starszy od urodzonego we wrześniu 1930 roku Ojca o ponad osiem lat, więc pierwszy zdążył okrzepnąć do wybuchu wojny, drugi nie, zresztą Ojciec zawsze skłaniał się ku starszym od siebie, nawet tak się ożenił. Pan Izaak pochodził z jednego z najbogatszych domów wielickich, w których kierunku mój Ojciec w chłopięctwie mógł zerkać tylko z daleka, może nawet ukradkiem. Birnbaumowie mieli jeszcze przed wojną w domu łazienkę i telefon, Ojciec posiadł łazienkę do końca własną w 1961 roku, a co do telefonu, pamiętam w 1977 roku, jak siedząc na taborecie w przedpokoju wydzwaniał namiętnie po wszystkich mających telefon znajomych, żeby się pochwalić nabytkiem. Pan Izaak chodził do szkoły powszechnej, tak jak Ojciec, ale douczał się w klaśnieńskim chederze religii i przy okazji samodyscypliny, jak inni religijni Żydzi, a jakiekolwiek douczanie się za młodu zawsze imponowało mojemu Ojcu. Pan Izaak pochodził z rodziny posiadającej duży zakład rzemieślniczy, prawie zakład przemysłowy, co w oczach mojego Ojca było znakomitym pochodzeniem. Młody Izaak Birnbaum chodził po zakładzie rodzinnym niczym przyszły właściciel, o czym opowiedział mojej żonie Uli i mnie, a coś takiego nie śniło się w młodości mojemu Ojcu. Dziedzicowi Izaakowi było pisane wybrać zawód zgodny z przemysłem rodzinnym, a coś analogicznego mój Ojciec odrzucił ze względu na niskość, jak sądził, zawodu swego ojca Ludwika Żyznowskiego, który był ogrodnikiem, inaczej postąpił inny syn Ludwika Marian Żyznowski, który po przejściu na emeryturę natychmiast wziął się szerzej za to zajęcie. Nastoletniego Izaaka posłano do jak najlepszej nauki biznesu garbarskiego, do renomowanej szkoły w Wiedniu, czego mój Ojciec dla siebie by sobie nie wyobraził. Młodzieniec Izaak należał do złotej młodzieży wielickiej, o czym zaświadczają jego opowieści i zachowane fotografie, podczas gdy mojemu Ojcu nigdy nie udało się przynależeć do złotego czy nawet srebrnego towarzystwa, czy to wielickiego czy jakiegokolwiek innego. Izaak Birnbaum znał całą śmietankę towarzyską Żydów z Wieliczki, mój Ojciec znał osobiście tylko jedną dobrze sytuowaną wielicką rodzinę żydowską, i to w czasach, kiedy świetność Żydów w Wieliczce przeminęła. Mieszkający w Izraelu od wczesnego powojnia pan Izaak Birnbaum mówił do końca polszczyzną czystą, a intonował po żydowsku o wiele lepiej niż Ojciec był w stanie mi kiedykolwiek wytłumaczyć lub pokazać.

Pan Izaak, mimo przeżyć związanych z Zagładą wyglądał na zachowującego spokój ducha przez całe życie, natomiast mój Ojciec Zbigniew, mimo aryjskiego pochodzenia i otarcia się o ryzyko utraty życia, bynajmniej nie bohaterskiej, niewiele razy podczas wojny, nie zdążył osiągnąć spokoju ducha nigdy, choć na starość zdawał się zbliżać do tego. W końcu, czego Ojciec nie mógł się już dowiedzieć, pan Izaak żył od niego dłużej o 17 lat.

Iciek i Zbinek nie kolegowali się, pewnie nie raz natknęli się na siebie w Wieliczce, może najczęściej gdzieś na ulicy Klaśnieńskiej, biegnącej niedaleko domu pierwszego i przechodzącej poza miastem w drogę meandrującą w kierunku Sierczy, gdzie stał dom rodzinny drugiego.

Dwa razy odwiedziliśmy z Ulą, w tym drugi raz z naszymi synami Tomkiem i Miłkiem, państwa Birnbaumów w położonym na wietrznym zielonym wzgórzu ich domu w Hajfie. W czasie pierwszego spotkania udało się nam nakręcić na video dobre kilka godzin intensywnego wywiadu. To wtedy padła wymiana zdań z żoną pana Izaaka Zofią, od której zacytowania zaczęliśmy z Ulą Przedmowę do Żydów Wieliczki i Klasna 1872-2012: „- Dzisiejsza Wieliczka jest taka, jakby nigdy nie było w niej Żydów. – To dziwne, bo ja w rozmowach z mężem przez te wszystkie lata odnosiłam wrażenie, że w Wieliczce byli głównie Żydzi”. Choć teraz nie jestem pewien, czy pani Zofia nie powiedziała wtedy „tylko Żydzi”. W Przedmowie napisaliśmy o tej parze jeszcze między innymi: „Dom Izaaka i Zofii Birnbaumów w Hajfie to polski dom Żydów przeniesiony z Polski do Izraela. Po przestąpieniu jego progów poczuliśmy się jak u siebie, tyle że urodzeni wcześniej o lat więcej, niż sobie liczymy. Przedwojenna gościnność, serdeczność, szyk, nienaganna polszczyzna, ujmująca bezpośredniość, ciągle zastawiony stół. Wbrew prawom biologii ta para dziewięćdziesięciolatków pomogła nam w pracy nad książką tyle, co sześciu innych trzydziestolatków. Po pierwszych sześciu godzinach wywiadu nagrywanego na video pan Izaak dopiero się rozkręcił. Doskonale rozumiał, że pewne rzeczy powie albo on, albo nikt, albo teraz, albo nigdy”.

W czasie drugiej wizyty pan Izaak okazał się znacznie słabszy niż podczas pierwszej, już nie zniósłby takiego wypytywania, ale w rozmowie uczestniczył na ile mógł, koniakiem poczęstował, jak wcześniej, sam też się napił, choć symbolicznie. Powtarzał, że bardzo by chciał się z nami jeszcze raz zobaczyć, żebyśmy go jeszcze koniecznie odwiedzili. Na pożegnanie uścisnął nam serdecznie dłonie i powiedział: „ -Tylko zdążcie mnie jeszcze odwiedzić”. W najlepszym przypadku brakło nam kilka miesięcy. Od stycznia 2014 roku, kiedy byliśmy w czwórkę w Izraelu, zmarli już Natan Kleinberger i Izaak Birnbaum.

Izaak Birnbaum jest jednym z najważniejszych bohaterów Żydów Wieliczki i Klasna 1872-2012, a tym bardziej tym spośród ważnych bohaterów, którzy żyli podczas powstawania tej książki. Jest więc ważnym żywym bohaterem monografii.

Niech pamięć o postaci Izaaka Birnbauma z Wieliczki okaże się jak najodporniejsza na obowiązkową redukcję.

 

Wiesław Żyznowski

23 grudnia 2014 roku, Białystok.

Next »
|
« Previous