„W strategii nie ma zwycięstwa”

Napisany 29/02/2016

 

In der Strategie gibt es keinen Sieg. Słowa Clausewitza mogą się wydać paradoksalne, bo na pierwszy rzut oka wszelkie strategie tworzy się i realizuje przede wszystkim po to, by zwyciężać lub przynajmniej nie przegrywać. Nikt o wojnie nie mówi rzeczy tak ważnych, jak Clausewitz w swoim dziele o takim właśnie tytule (tj. „O wojnie”).

Rozróżnia on trzy poziomy działań związanych z wojną.

Najogólniejsze i najważniejsze spośród omawianych przez niego, jest wyznaczanie celów politycznych, które można osiągnąć podczas wojny i przez wojnę. Takie cele z jednej strony powinny być jej godne i poważne, bo z natury wojna jest poważna i sroga, ale z drugiej strony na tyle elastyczne, że możliwe do realizacji – w miarę rozwoju wydarzeń. Wyznaczanie celów i one same często mylą się ze strategią, która jest od nich bardziej bieżąca i zmienna.

Strategia jest nieprzewidywalnym z góry wykorzystywaniem wyników działań taktycznych, tak pozytywnych, jak i negatywnych, do realizacji celów, o których mowa wyżej. Strategia nie jest czymś założonym raz i raczej nie jest też czymś powstającym z długich, wszechstronnych analiz i przemyśleń faktycznego stanu rzeczy, przynajmniej jeśli strateg nie zna tego stanu z bezpośredniego doświadczenia i nie może go analizować na bieżąco. Strategia jest w dużym stopniu wymagającym wprawnego rzutu oka, błysku umysłu, „łatwości spojrzenia”, „prostej wyobraźni”, „wolności ducha” decydowaniem, co i jak dalej robić w związku z tym, co już jest: ugrane, wywalczone, uzyskane bądź stracone, czasem dzięki posunięciom taktycznym, czasem przez przypadek. „Rzadko, a przynajmniej nie zawsze nakreśla sobie wódz to, co chce opanować, a uzależnia to od biegu wypadków. Natarcie doprowadza go często dalej, aniżeli zamierzał… ”. Jeśli w strategii jest coś stałego, oprócz – jak wynika z powyższego – wpływania na zmianę celów politycznych, to narzędzia mentalne stratega, takie jak: podejście do problemów, sposób myślenia, nastawienie psychiczne. Ale już nawet najogólniejsze zasady postępowania – więc z definicji stałe – raczej nie, bo czymże poręczniejszym one są niż dogmaty i doktryny, biorące się przecież zawsze z degeneracji myślenia lub postawy.

Najbliżej bieżących wydarzeń jest taktyka. Mowa o właściwej walce, która składa się głównie z naturalnie silniejszej, więc wymagającej mniejszych sił obrony, i naturalnie słabszego, więc wymagającego więcej siły natarcia, z tym że, „skuteczna obrona może niepostrzeżenie przerodzić się w natarcie, tak na odwrót natarcie w obronę”. Mowa o codziennym boju, który jest zasadniczym środkiem prowadzenia wojny, toczeniu będących jednym ciągłym kryzysem bitew i ich wygrywaniu bądź przegrywaniu. Tylko na tym poziomie dotyka się rzeczywistości, zna się ją doświadczalnie, doznaje się prawdziwych wygranych i przegranych, które skądinąd nie mają żadnej wartości, jak tylko „w stosunku do całości” – realizacji celu. Wynik walki jest wypadkową z grubsza trzech czynników: przewag ilościowych i jakościowych („sił fizycznych i moralnych”), woli walki, przypadku.

Dziedzina celu wykracza poza dziedzinę strategii, tak jak ta wykracza poza dziedzinę walki. Ceną za wykraczanie poza walkę i tym bardziej strategię jest coraz większe oderwanie od rzeczywistości, faktów. Ceną za niewykraczanie poza strategię i tym bardziej walkę jest wąskość dostępnej perspektywy. Wszyscy robią swoje w swoich zakresach. Ci działający z sercem, w sensie emocjonalnie, czynią dziedziny dojrzałymi. Te z kolei, jeśli już dojrzały w jakimś stopniu, niejako same prowadzą, a także wymuszają aktywność tych, którzy działają w nich bez serca – jeśli nie tych konkretnych, to innych, jak nie teraz, to kiedy indziej.

Tak domyka się koło (systematycznego) działania – dla jednych błędne, dla drugich nie. Mnie akurat do działania – to jest osobistego zmagania się z oporem ludzi i materii, tak entropią, jak inercją, „tarciem” Clausewitza – pobudza  bardziej niż jego błędność jego marionetkowość. When a man acts he is a puppet, Oscar Wilde. Każdy działający jest marionetką w stopniu, w którym wymuszają to na nim obiektywne okoliczności towarzyszące działaniu, co uwalnia go od rzeczywistej osobistej – a nawet moralnej – odpowiedzialności. Działający w pełni pod presją zewnętrznych okoliczności jest w pełni ich marionetką, jest nareszcie od czegoś wolny, niechby i od odpowiedzialności. Im potężniejsza i bardziej niebezpieczna presja, tym więcej człowiek ma wolności. Nic nie jest takie, jakim się wydaje na pierwszy rzut oka. Lew Tołstoj mówi w Wojnie i Pokoju: „Niezliczona ilość wolnych sił (gdyż człowiek nigdzie nie bywa tak wolny, jak w czasie bitwy, gdy idzie o życie lub śmierć) wpływa na kierunek bitwy i ten kierunek nigdy nie może być z góry przewidziany i nigdy nie odpowiada kierunkowi jakiejkolwiek jednej siły”. Jakże uskrzydlające może być poddawanie się wszechogarniającej konieczności, jeśli tylko dobrowolne i z możliwością rezygnacji, na którą nadzieja umiera ostatnia.

Nie istnieje bycie w ogóle zwycięzcą, nawet gdyby się wygrywało po kolei wszystko, na co się natrafia. Bo wygrywać można bieżące boje i bitwy, skądinąd rzadko się je toczy dla nich samych. Ale nawet jeśli wygra się je wszystkie, nie pociąga to automatycznie wygrania wojny. I to głównie nie dlatego, że rezultat wojny potrafi być inny niż (zsumowany) rezultat bitew. Powód jest inny: wojna – wygrana czy przegrana – jest tylko narzędziem do osiągnięcia celu, a ewentualne osiągnięcie celu nie jest wygraną z nikim, bo cel sam w sobie nie jest przeciwko nikomu wymierzony. Nawet cel polegający na eksterminacji kogoś nie ma po drugiej stronie tego kogoś jako przeciwnika, ponieważ ten ktoś jest przeciw własnej eksterminacji jako takiej, a nie jej jako czyjemuś celowi. Czyjś cel, zwłaszcza jeśli jest dogłębnie przemyślany, kompleksowy, skomplikowany, innymi słowy trudny do ogarnięcia przez kogoś innego niż ustalający go, w zasadzie może być przedmiotem bezpośredniego sprzeciwu czy wrogości kogoś innego tylko w przypadku, jeśli ten wyznaczyłby sobie jako własny cel dokładne przeciwieństwo celu tamtego, swoisty anty-cel, co wymagałoby od niego przede wszystkim pełnej znajomości i rozumienia celu pierwotnego, a przecież (po)ważne cele bywają nie tylko trudne, ale i niejawne, ukryte. W praktyce niezwykle rzadko powstają i są realizowane anty-cele wobec (po)ważnych celów; „każdy wiosłuje ku własnym marzeniom”.

Realizowanie celów jest osiąganiem, ale nie wygrywaniem. Działając więc wygrywamy bądź przegrywamy najczęściej małe potyczki na bieżąco, osiągamy cele albo nie, ale tak w ogóle, to nie wygrywamy. Co najwyżej udaje się nam osiągać nasze własne cele, ale one jako takie mało kogo interesują.

Takie podejście stawia nas przed innym problemem: czy brak wygranej pociąga samoistnie przegraną, czy jednak można w ogóle nie być ani wygranym, ani przegranym? Na pierwszy rzut oka chyba można: skoro nie ma w ogóle wygranych, to nie ma przegranych.

 

Wiesław Żyznowski

12 lutego 2016

Zapisany w: Bez kategorii.

Brak komentarzy

Napisz komentarz

*