Wiesław Żyznowski

TAJLANDIA, DO KTÓREJ POLACY JEŻDŻĄ RZADKO

Do Tajlandii jeździ się głównie do Bangkoku lub po plażowe nicnierobienie, ewentualnie na trasę trekkingową. W innych celach jeszcze nie, stąd skromniutkie niecałe trzydzieścioro Polaków przebywających w tym kraju na stałe. My jedziemy tam służbowo, miejscem docelowym jest Hat Yai, oddalone od Bangkoku ponad godzinę lotu na południe.

Lecąc liniami Austrian, Lufthansą lub Thai, przesiadka w Wiedniu lub we Frankfurcie jest nie do uniknięcia, następna w Bangkoku. Nie ma, jak kiedyś, połączenia z Warszawy, dlatego na podróżnych z Austrii i Niemiec na ich lotniskach godzinami czekają wstępnie umęczeni pasażerowie z Polski. Na dodatek przez polskich pośredników nie sposób zarezerwować na ponaddziesięciogodzinny lot z Europy do Bangkoku miejsc przy wyjściach ewakuacyjnych, gdzie w klasie ekonomicznej jest więcej miejsca na nogi.

Na przelotach międzykontynentalnych linie europejskie z oszczędności zagęszczają fotele tylko z nazwy lotnicze tak bardzo, że zagraża to zdrowiu i godności człowieka. Ciekawe, jak współgra to z regulacjami unijnymi, znanymi skądinąd z przysłowiowego prostowania banana. Najgorzej w czasie takich lotów mają stewardesy, uciekające gdzie się da przed agresywnymi lub rozpaczliwymi spojrzeniami pasażerów upchniętych w kanciastych łupinkach foteli.
Ponad 1500 złotych, tym razem zapłaconych więcej Thai Airways, zwraca się nam w czasie podróży. Podróż z Krakowa do Hat Yai trwa 20 godzin, a nie 26, w samolocie jest więcej miejsca na nogi, świeższe powietrze, smaczniejsze i zdrowsze jedzenie oraz milsza obsługa. W Tajlandii jest o sześć godzin wcześniej w porównaniu z czasem zimowym w Polsce, więc idzie się tu spać po południu naszego czasu, wstaje niedługo po północy. Starzy bywalcy na trasach wschodnich radzą wyjść czasowi naprzeciw, czyli nie mrużyć oka przez noc w samolocie, a następnego skróconego dnia tylko dotrzymać do wieczora, żeby zasłużenie paść do łóżka. Jednak udaje się to niezbyt wielu – będziemy musieli odcierpieć którąś z następnych nocy.
Mając za zadanie wznowić produkcję w jednej z fabryk wytwarzających rękawice medyczne, jeździmy do bodaj największego zagłębia kauczukowego na świecie. Już w samolocie do Hat Yai, patrząc na widoczne przez okno liczne plantacje, odnosi się wrażenie, że południe Tajlandii to kraina lateksem płynąca. Tak bowiem nazywa się mleczko kauczukowe, spływające tu ze specjalnych nacięć na drzewach do milionów małych kubków – tak jak wszystkich uczono na lekcjach geografii. Z odwirowanej, gęstszej frakcji tego płynnego daru natury wytwarza się rękawice, prezerwatywy i smoczki dla dzieci, z lżejszej zaś – inne pożyteczne produkty.

Hat Yai, trzecie pod względem wielkości populacji miasto w Tajlandii – po Bangkoku i północnym Chiang Mai – gospodarcze centrum południa, leży nieopodal sennej, urzędniczej Songkhli, administracyjnej stolicy prowincji. Jeśliby spojrzeć na główny korpus terytorium Tajlandii jak na głowę słonia patrzącego na nas oczami w postaci Bangkoku i birmańskiego Kanchanaburi, to Hat Yai leży na końcu trąby zwisającej między Morzem Adamańskim a Zatoką Syjamską, ku Malezji i równikowi. Nazwa miasta po tajsku znaczy dosłownie „wielkie wybrzeże”. Na miejscu pisze się ją też Hatyai, Had Yai lub Hadyai, jako że nie dopracowano się jeszcze jednolitych zasad transliteracji z alfabetu tajskiego na łaciński. W mieście mieszka około 160 tysięcy ludzi, z czego 15% stanowią muzułmanie, a 85% buddyści i wyznawcy innych religii – miasto leży w przygranicznej strefie mieszania się dwóch religii. W całej prowincji proporcja ta wynosi 30 do 70.
Lotnisko leży 30 minut od centrum, prowadzą do niego w miarę zadbane i niezbyt zatłoczone drogi. Wizerunków króla Tajlandii Phumipola Adullayadeta oraz królowej Sirikit Adullayadet niemal tyle, ile reklam – dzięki temu na drogach jest uroczyściej. Portrety panujących pochodzą sprzed jakiegoś czasu, niekiedy pokazują króla podczas pracy w terenie lub oddawania się hobby – z aparatem fotograficznym w ręku wśród natury lub w czasie gry na saksofonie. Niektóre billboardy reklamowe na rogatkach miasta wyglądają dziwnie: są to wykonane ręcznie obrazki, mające imitować zdjęcia, tak jest podobno taniej. Jednak przy okazji rysy przedstawianych postaci zachodnich, dajmy na to gwiazd hollywoodzkich, azjatyzują się nieco, azjatyckie zaś westernizują. Znane marki reklamują modelki i modele o wyglądzie albo zachodnim, albo uniwersalnym, międzyrasowym. Praktyki te wzbudzają sprzeciw niektórych miejscowych – w Malezji powołano nawet stowarzyszenia do walki z nimi.
W ciągu ostatnich 30–40 lat gremialnie zamieniono tu dwupiętrowe, stylowe kamieniczki drewniane na kilkupiętrowe budynki murowane, czasem z żelbetu, postawione w stylu wschodniej moderny. Jest też kilkanaście wieżowców, w tym okazałe apartamentowce. Budynki są w większości podobne do siebie dzięki pewnemu, biorącemu się z podzwrotnikowego klimatu odsłonięciu na świat zewnętrzny, co w naszej kulturze mogłoby wskazywać braki w wykończeniu: nieocieplone ściany, elewacje szklane tylko gdzieniegdzie, wszędobylskie balkony, fasady w ornamentyce wschodniej, dachy w większości płaskie – mimo ulewnych pór deszczowych, wszechobecność różnych agregatów.

W czasie wolnym głównie włóczymy się ulicami w centrum, niezobowiązująco zaglądamy do lokali. Nie zmieniamy swoich zwyczajów, mimo dwóch niedawnych wybuchów bombowych w centrum. Gdyby zaprowadzono tu zachodni porządek na ulicach, miasto straciłoby trzy czwarte uroku. Wyrabiamy sobie nowy pogląd na to, co znaczy „wylewanie się” sklepików i lokali usługowych na ulicę. W zazwyczaj kilkumetrowym pasie przyulicznym przechodnie przeciskają się w centrum przez dwa, czasem trzy rzędy interesików – od pokaźnych straganów do małych pojemników styropianowych, wypełnionych lodem, z kilkoma orzechami kokosowymi w środku. Odnosi się wrażenie, że pas ten jest własnością prywatną, a nie publiczną. Sprzedawcy, nierzadko z rodzinami, żyją tu, jedzą, śpią, bawią się z dziećmi. Czasem przejście wzdłuż ulicy – trudno to nazwać chodnikiem – wyłożono terakotą aż po sam asfalt jezdni. Koło tego wszystkiego parkuje się często w dwóch rzędach, a środkiem na grubość lakieru ocierają się przejeżdżający motorowerzyści i samochody.
Wszyscy są zmotoryzowani, wszędzie się jeździ – pas dla pieszych potrafi urwać się nagle w połowie drogi, bez powodu. Mamy służbowe auto, ale często dla wygody łapiemy jednego z chmary tuk-tuków – to pojazd w kształcie małego fabrycznego wózka akumulatorowego, tyle że spalinowy; ma dwie malutkie, zadaszone ławeczki z tyłu, mieści do 10 osób. Raz, z ciekawości, wziąłem taksówkę motorowerową – kierowca zachęcił mnie, trąbiąc z troski, że męczę się na piechotę. Osobliwe uczucie, jazda bez kasku przez centrum miasta, dobrze, że choć okrakiem – dziewczyny w spódnicach siedzą jak amazonki. Po rowerach nie ma śladu.
W mieście niezbyt wielu ludzi z Zachodu, zwłaszcza za dnia można spacerować dwie godziny po centrum i nie spotkać ani jednego. Czasem się widzi bardziej Europejczyka niż Amerykanina, w typie globtrotera; albo turystę, któremu przejadła się plaża. Nie ma tu bowiem morza ani podobnych atrakcji. W barze chicken & rice patrzą na nas jak w ogóle na pierwszych białych. Mimo to, a może właśnie dzięki tej wyjątkowości czujemy się bezpiecznie.
Miasto tętni życiem. Jego gospodarkę napędzają liczni weekendowi turyści z pobliskiej Malezji, przyjeżdżający tu dla wyśmienitej kuchni, niższych cen i innych uciech trudno u nich dostępnych. Ciało jest tu ewidentnie ważniejsze niż duch. Księgarni, muzeów i innych przybytków kultury jak na lekarstwo, za to dla upojenia każdego zmysłu rozwinięto zdaje się odrębną gałąź gospodarki.

Najmniej może cieszą się oczy, o wygląd rzeczy i ludzi nie dba się tu do końca – na jednostkę powierzchni przypada przygniatająca ilość przekazu wizualnego, mało gładkości, wszystko jest pstrokate. Chyba nawet kobiety po wyjściu z domu nie lustrują się wzajemnie aż tak jak gdzie indziej, a jeśli już coś przegląda się w cudzych oczach, to bogactwo. Uszom nie daje odpocząć jazgot ulicy, głośna paplanina, wszędobylska, agresywna muzyka, szum klimatyzacji. O węch dbają gotujące się w kociołkach lub smażące się w wielkich misach potrawy, przygotowywane na poczekaniu wprost na ulicy. Ich zapachy mieszają się z ciepłym i dusznym oddechem kanałów, smrodem pomyj wylewanych wprost na ulicę i zaduchem zalatującym z zapchanych straganików z ciuchami. W pomieszczeniach komercyjnych swoje robią eliminatory przykrych zapachów – w hotelach są to maszyny na kółkach, wielkości małych betoniarek, wystarczy po czyimś pobycie dmuchnąć z takiej do pokoju i jest jak nowy.
Żyjemy głównie smakiem. Mając się za dobrze wychowanych i powściągliwych Europejczyków, trzęsiemy uszami podczas jedzenia, a każdy po cichu daje sobie dyspensę na dodatkowy fałdek. Poza tajską i chińską są tu pozostałe kuchnie azjatyckie. W ananasach, mango i bananach jest 100 % tego, na co wskazuje nazwa. Nasz wielki przysmak, orzechy kokosowe, w świeżej zielonej skórze lub cieńszej białawej – po opaleniu – kupujemy na ulicy po pół euro jeden. Po otwarciu tasakiem przez sprzedawczynię wypija się przez słomkę mleczko kokosowe – nieschłodzone jest najsmaczniejsze i nie mniej orzeźwiające, delikatny smak pozwala na spożycie dużej ilości; następnie łyżką wydłubuje się ze skorupy miąższ kokosowy. Krewetki, kraby i inne skorupiaki z dwóch pobliskich mórz ruszają się jeszcze żwawo na wystawach restauracji, a dania dostaje się najpóźniej w kilka minut po zamówieniu – nawet w najdroższych lokalach.
Niby bywali w świecie, odkrywamy niezliczone smaki potraw, które znaliśmy wcześniej. Stare odczucia przypominamy sobie tylko w restauracjach dla biznesmenów i turystów spoza Azji – tam jest jak u Chińczyka czy Wietnamczyka w Polsce. Innym zaskoczeniem są smaki, które dobrze znamy, ale z dzieciństwa, na przykład ryż na słodko czy małe, przesmaczne paruchy z mięsnym lub słodkim nadzieniem, sprzedawane z pary na ulicy, trzy sztuki za równowartość 80 groszy. Że też jeszcze chce się je przygotowywać dzielnym kobietom, w większości szczelnie okutanym muzułmankom, krzątającym się przy swych minibarach na wózkach doczepionych do motorowerów. Pierwszym z rana zarobionym banknotem sprzedawczynie omiatają na szczęście swoje stoisko.
Zajadając się bezwstydnie, szybko dochodzimy do rozmowy, jak ten raj dla podniebienia przenieść do Polski. Może to jakieś specjalne składniki, dałoby się je sprowadzić, ale chyba to nie – przecież wszystkie są już dostępne w Polsce. To może nieodłączne tutaj sosy do maczania – ale też nie, wszakże wspomniani azjatyccy restauratorzy w Polsce też ich nie żałują. A i książek kucharskich także nie brakuje – ale to jednak nie to. Trywialne „to samo, ale nie tak samo” zyskuje jeszcze inny odcień.
Na specjalną wzmiankę zasługuje nieznany szerzej w Polsce durian. Sprawiedliwie nazywają go tu królem owoców. Rośnie na wysokich drzewach, waży kilka kilogramów i ma kolce mocne i ostre jak potłuczone szkło – bez specjalnej maczety pozostanie nierozebrany. Żółtego miąższu z jednego owocu starczyłoby do rozdzielenia na małym weselu. A konsystencja i smak? Cóż, gdyby u Bliklego wysilili się na najlepszy tort, to jego krem nawiązałby konkurencję z owocem może tak w połowie.
Do restauracji, na kolacją tu zwaną obiadem, staramy się iść zawsze z kimś z miejscowych. Trzeba bowiem wiedzieć, jak zamawiać i gdzie w danym czasie przychodzi najwięcej ludzi, a to się często zmienia. Według zaznajomionego z nami znawcy tematu to klienci, instruując kucharza przez kelnera, jak co przyrządzić, wychowują obu – złe restauracje to te, do których przychodzi mało klientów, na dodatek nieumiejących zamawiać. Choć czasem odnosimy wrażenie, zwłaszcza w restauracjach chińskich, że gdy zamawiamy sami, nie pomógłby nam nawet szczegółowy, spisany po chińsku i zawierający sposób przyrządzenia opis dań dla kelnera – chodzi o przewagę, którą chce się nam, filistrom kulinarnym, pokazać. Obiad, a właściwie kolacja, o średnim stopniu wykwintności, zamówiona przez znawcę, może wyglądać na przykład tak: na początek zestaw sosów kwaśnych, słodkich i ostrych, podanych w osobnych miseczkach dla każdego, do tego chińskie chipsy o dwóch smakach (nie mylić z junk food) oraz marynowane mango. Zaraz potem ryż i ryba w zupie jarzynowej w postaci miękkich liściastych warzyw chińskich, zaserwowana w czarce kształtem przypominającej statek parowy. Następnie na wspólnej tacy pieczone prosię, karmione wyłącznie mlekiem maciory. Najlepiej, żeby nie miało jeszcze dwóch tygodni. Piecze się je na wolnym ogniu – wskazany jest węgiel. Zwykle zaprawione solą i pięcioma korzeniami dla osiągnięcia odpowiedniego smaku kruchej skóry – je się bowiem tylko ją, mięsa się nie widzi, za to obgryza się ryjek, uszka, rapetki i ogonek. Do tego sos, koniecznie słodki, i małe „cebulki wiosenne”, dostępne tu przez cały rok. Dalej krewetki smażone w głębokim oleju z chińskim sosem sojowym, szczypiorkiem, sosem śliwkowym i brokuły z grzybami chińskimi. Te ostatnie moczy się w ciepłej wodzie około trzech godzin, by zmiękły i nabrały lesistego zapachu. Brokuły smaży się w głębokim oleju tylko przez kilka minut z czosnkiem, następnie dodaje grzyby i razem dusi w umiarkowanej temperaturze około 15 minut. Zazwyczaj na deser nikomu nie starcza już miejsca. Napojów nie wiąże się tu specjalnie z potrawami – może być herbata chińska, dolewana bez końca przez kelnerów, ewentualnie alkohol przyniesiony ze sobą i rozlewany przez tychże.

Ale nie po przysmaki przybywają tu tak liczni Malezyjczycy. Do Tajlandii, gdzie niewskazane jest dotknięcie głowy tubylca, skierowanie nogi w jego stronę czy uścisk dłoni kobiety, przyciąga ich możliwość… kupienia szczerego dotyku. Właśnie dotyku, ponieważ chodzi o znacznie więcej niż masaż czy usługi erotyczne. W zwykłym punkcie usługowym, jakich w Hat Yai – ze względu na turystów – jest więcej niż kiosków „Ruchu” w Polsce, można dać sobie wymasować stopy, nogi, plecy, twarz, głowę, wyczyścić uszy, przemyć powieki, ostrzyc się, ogolić, umyć głowę i szyję. Jednak nie sam zakres usług zastanawia, lecz sposób wykonania. U kobiet, które wykonują te zabiegi, nie ma bowiem charakterystycznej w innych częściach świata rezerwy w czasie dotykania klienta – chodzi o dotykanie z równoczesnym niewidzialnym, niemniej wyczuwalnym odpychaniem. Tutaj kobiety pracujące, powiedzmy, w sektorze dotykania podchodzą do swych podopiecznych – niezależnie od ich wieku i powierzchowności – w pewnym stopniu jak mamy do dzieci lub siostry do młodszego rodzeństwa.
Wiadomo, że dla Tajów i Chińczyków mieszkających w Tajlandii masaż to niemal podstawa zdrowia. Salonów wyspecjalizowanych tylko w masażu, ale za to dosłownie od koniuszka palców u nogi do czubka głowy, jest trochę mniej. Cierpliwie czekają tam na klientów masażystki w różnym wieku i o różnych umiejętnościach, wszystkie siedzą w jednym pomieszczeniu jak na wystawie, każda ma numerek – kto spamiętałby ich imiona. Wnętrza i zachowanie personelu mają coś wspólnego z kameralną atmosferą filmów japońskich. Do wyboru jest masaż z użyciem olejków – polegający na ich wcieraniu – oraz tradycyjny tajski – którego podstawą jest ucisk. Czas trwania wynosi od jednej do trzech godzin.
Ilość wysiłku włożonego przez małe kobietki w ciało każdego delikwenta robi wrażenie. Uciskanie przez chwilkę lub kilka minut, naciąganie gwałtowne lub wolne, przekręcanie, wykręcanie, klepanie, pocieranie, napinanie – w kontakt wchodzą rękami, nogami, całym ciałem. I jeszcze wyrwą swój, wystarczająco długi i sztywny włos, złamią go, zwiną w cieniutką strunkę i wkręcą klientowi – leżącemu i czekającemu na to, co dalej – do ucha, aż po błonę bębenkową. Ale dobrze wiedzą, gdzie leży granica między usługą relaksacyjną a erotyczną, i nie muszą jej przekraczać, co dla czerpiących tutaj z życia pełnymi garściami może być ciekawym uzupełnieniem. Te proste masażystki cieszą się swą przewagą nad każdym leniuchem, którego obrabiają. Koszt dwóch godzin masażu w klimatyzowanej, eleganckiej salce, z telewizorem nastawionym na CNN i orzeźwiającą herbatą z żeń-szenia na pożegnanie – niektórzy zasypiają podczas sesji – włącznie z napiwkiem, to maksymalnie 450 bahtów, czyli około 40 złotych.
Hat Yai według przewodników uchodzi za silny, nawet jak na Tajlandię, ośrodek usług seksualnych. Faktycznie, gdy siedzimy w sobotni wieczór w lobby hotelu na stanowiskach obserwacyjnych, zauważamy i na bieżąco komentujemy wzmożony ruch par. Dziewczyny, wiadomo: młode, zadbane, wszystkie dość zgrabne, niektóre bardzo ładne; mężczyźni prawie wyłącznie o rysach azjatyckich i niekoniecznie dużo starsi. Stopień tymczasowości związku między nimi a dziewczynami wygląda na niższy niż w przypadku par złożonych z białego, najczęściej znacznie starszego mężczyzny i kobiety pochodzącej stąd – takich par spotyka się sporo na ulicach Bangkoku. Tutaj, w Hat Yai, pośrednika załatwiającego prostytutkę można spotkać wszędzie – na ulicy, pośród obsługi hotelowej, ale nie rzucają się w oczy bary go-go ani podobne rozwiązania, widocznie nie są one atrakcyjne dla klientów lokalnych.
Czas w Hat Yai mija szybciej niż na wczasach w pięciogwiazdkowym ośrodku – tu wszystko jest prawdziwe, tam sztuczne. Nasz rytm wyznaczają terminy posiłków – przestrzeganie ich stało się dla nas niemal święte. Bariera wynikająca z zachodniego wyglądu i nieznajomości tajskiego skazuje nas na rolę obserwowanych obserwatorów, a to przecież nigdy się nie nudzi, najwyżej może zmęczyć. Na wszelki wypadek każdy ma laptopa z dostępem do Internetu, podłączonym Skype’em i rodzinką czekającą po drugiej stronie o określonej godzinie. Jedni opowiadają na bieżąco, inni tylko obiecują, że zrobią to po powrocie. A jest o czym mówić – choćby o żyjących tu Tajach i Chińczykach, o ich różnorodnych sposobach na życie i poglądach na świat oraz jeszcze różnorodniejszym wyglądzie, stylu zachowania, uśmiechania się. Zdecydowanie zasługuje to na osobną opowieść.

(2006)